Wyprawa TwS 2011 nad Morze Czarne - część 9

1. września (Kıyıköy)

W końcu nadszedł dzień, podczas którego mieliśmy okazję wykąpać się w Morzu Czarnym. Być może zabrzmi to niewiarygodnie, ale chociaż przejechaliśmy znaczną część jego tureckiego wybrzeża, aż od Giresun na wschodzie kraju, nie nadarzyła się nam okazja, żeby zrobić to wcześniej. Nie liczę tu nielicznych okazji rytualnego zanurzania stóp w morskich wodach.

Plaża w Kıyıköy

Wody Morza Czarnego w pierwszym pełnym zanurzeniu wydawały się być nieco chłodne, prawdopodobnie przez nasze wygórowane wymagania i ciała rozpieszczane w przeszłości ciepłymi wodami mórz południowych. Pierwsze wrażenie szybko zostało zmyte i kąpiel okazała się być całkiem przyjemna, na tyle, że kilka razy wychodziliśmy na brzeg, aby osuszyć się na słońcu i z powrotem dawaliśmy nura do wody.

Niestety sama plaża w Kıyıköy była sporym rozczarowaniem. Trudno było się do niej dostać, była dość zaśmiecona i brakowało na niej jakiejkolwiek infrastruktury. Tym pojęciem nie określam tu rzędu leżaków ze stolikami oraz śniadych kelnerów roznoszących napoje chłodzące, ale zwykły natrysk, który pozwalałby zmyć z siebie słoną wodę morską. Dodatkowo wyglądało na to, że plaża pełni podwójną funkcję miejsca wypoczynku i wypasu owiec, które spotkaliśmy po drodze.

Ponieważ był to nasz ostatni dzień w całości spędzony na terenie Turcji, spędziliśmy go na wypoczynku, sortowaniu i pakowaniu manatków oraz rozkoszowaniu się urokami kuchni tureckiej. Zaczęliśmy już od śniadania, na które spożyliśmy nasze ulubione danie poranne czyli zupę z soczewicy. Później przyszedł czas na herbatę, lunch w postaci ryżowo-mięsnej, a wieczorem - na piwo Efes, które miało jeden cel - zagłuszenie dobiegającej przez uchylone okna imprezy rozrywkowej, która ponownie odbyła się w centrum miasteczka.

Zupa z kurczaka w Kıyıköy

Herbata w Kıyıköy

Suma przejechanych w tym dniu kilometrów: 0.

2. września (Kıyıköy - Kapıkule - Małko Tyrnowo - Pomorie)

Już pobieżny rzut okiem na trasę przebytą przez nas tego dnia daje wskazówkę: coś poszło bardzo niezgodnie z planem. Czemu odwiedziliśmy najpierw Kapıkule, gdzie znajduje się przejście graniczne między Turcją a Bułgarią, a następnie znaleźliśmy się w Małko Tyrnowo, które co prawda znajduje się również w Bułgarii, ale w jej zupełnie innej części? Czyżby długotrwała wojna postu z karnawałem, czyli tygodnie Ramazanu zakończone trzydniowym świętowaniem wywołały w nas szaleństwo?

Aż tak źle z nami nie było, chociaż przyznaję, że zabrakło nam w tym momencie wyprawy poważnego przemyślenia trasy z uwzględnieniem uwarunkowań drogowych. Pierwotny plan zakładał powrót trasą znaną nam z przejazdu w przeciwnym kierunku. Pierwszego dnia mieliśmy przekroczyć granicę bułgarską, przejechać tranzytem całą Bułgarię i dotrzeć do Serbii, gdzie zanocowalibyśmy w Niszu - prosto, łatwo i przyjemnie, prawda?

Wczesnym rankiem wyruszyliśmy z Kıyıköy, kierując się do Edirne i dalej w kierunku granicy z Bułgarią. Na tym odcinku autostrada była prawie pusta, widzieliśmy jedynie nieliczne samochody, wszystkie kierujące się w tym samym co my kierunku. Co ciekawe, każdy z nich miał tablice rejestracyjne z państw Europy zachodniej... Miał to być dla nas znak, którego niestety nie odczytaliśmy.

W Kapıkule dotarliśmy do bramek przejścia granicznego po stronie tureckiej i bezproblemowo je przejechaliśmy, szybko uzyskując stosowne pieczątki w paszportach, które oznaczały że cztery osoby oraz jeden samochód opuściły terytorium Republiki Tureckiej. Tuż za bramkami czekała na nas niemiła niespodzianka...

Cały teren transgraniczny, a jest to znaczących rozmiarów plac z parkingami i budynkami biurowymi oraz sklepami, był dosłownie zapchany samochodami. Nie było ich widać przed przejechaniem przez kontrolę, ale zaraz potem aż nadto wyraźnie. Co gorsza, ta masa maszyn i ludzi wydawała się być kompletnie niezorganizowana... Wyglądało na to, że przyjedzie nam tam spędzić cały dzień, a może i noc. Oczywiście nie mogliśmy sobie na to pozwolić, zwłaszcza ze względu na najmłodszych uczestników wyprawy - poruszanie się w żółwim tempie i walka o każdy centymetr w palącym słońcu nie wchodziły w grę.

Krótka burza mózgów zaowocowała jednomyślną decyzją: wycofujemy się! Łatwiej postanowić, niż wykonać. Po pierwsze zasięgnęłam języka u pewnej kobiety, która była pasażerką samochodu na niemieckich tablicach. Wyglądało na to, że jego ekipa też ma zamiar powrotny. Całe szczęście, że język niemiecki nie do końca wywietrzał mi z głowy, bo po turecku wypytanie się o szczegóły techniczne operacji o kryptonimie 'powrót do Turcji' było z naszym zasobem słownictwa niemożliwe.

Dowiedzieliśmy się, że, co pierwsze i najważniejsze, nasz zamysł jest możliwy do zrealizowania, i, po drugie, gdzie należy się udać. Samochód wycofałam na wolne miejsce na skraju placu i udaliśmy się na biurokratyczną pielgrzymkę od okienka do okienka. Tu i ówdzie należało okazać paszport, odebrać karteczkę z tajemniczym numerkiem, dostarczyć ją do innego okienka i tak dalej. Ostatecznie, zaopatrzeni w potrzebne do ponownego przekroczenia granicy pieczątki wycofaliśmy się drogą okrężną z przejścia i ponownie znaleźliśmy się na ziemi tureckiej.

Zatrzymajmy się na chwilę w opowieści, aby wyjaśnić, skąd wzięły się tłumy na przejściu granicznym. Otóż 1. września był w 2011 roku ostatnim dniem Święta Słodyczy. Niezliczone masy Turków, którzy przybyli do ojczyzny świętować ze swoimi rodzinami, rozpoczęły tego dnia drogę powrotną na zachód, a my przez przypadek, wraz z nimi. Śmiem przypuszczać, że byliśmy tego dnia jednymi z nielicznym osób nie będących Turkami na przejściu w Kapıkule. O tym, że nie byliśmy jedyni wiem, gdyż spotkaliśmy kilku Greków, również gorączkowo załatwiających sobie papiery umożliwiające zawrócenie do Turcji.

Nasza decyzja o kapitulacji była dodatkowo silnie umotywowana obawą, że nawet po przedostaniu się do Bułgarii, czeka na nas powtórka z rozrywki na przejściach do Serbii i z powrotem do Unii na Węgrzech.

Aby zminimalizować czasy oczekiwania strawione bezproduktywnie w kolejkach granicznych postanowiliśmy podczas narady wojennej tuż po powrocie do Turcji obrać trasę wiodącą jedynie przez tereny Unii Europejskiej. Oznaczało to jazdę przez Rumunię, której absolutnie nie mieliśmy w planach tej wyprawy.

Najpierw jednak czekała nas droga z powrotem na wschód, do przejścia granicznego z Bułgarią - Dereköy/Małko Tyrnowo. Ten odcinek przejechaliśmy bez niespodzianek, chociaż towarzyszyło nam poczucie straconego czasu i wysiłku - zamiast pojechać bezpośrednio z Kıyıköy nadrobiliśmy szmat drogi do Kapıkule, 'ale to nie szkodzi' - jak ma w zwyczaju mówić nasza córka w sytuacjach podbramkowych.

Po stronie tureckiej droga do granicy była wyśmienita i świeżo wyremontowana, o czym świadczyły tablice informacyjne o współfinansowaniu robót drogowych przez Unię Europejską. Dojechaliśmy do przejścia granicznego i przeżyliśmy kolejne tego dnia zaskoczenie. Nie, nie czekały tam długie kolejki samochodów - wręcz przeciwnie - panowała błoga cisza i spokój. Zdumiał nas natomiast kontrast pomiędzy przypominającym przejście lotnicze z pełną infrastrukturą Kapıkule a zagubionym gdzieś w lesie niepozornym punktem granicznym Dereköy/Małko Tyrnowo. Ot, kilka skromnych budyneczków, maleńki parking, parę samochodów i jeden bus z rosyjskimi siatkarkami.

Formalności graniczne nie zajęły nam wiele czasu. Odprawa celna wyglądała nadzwyczaj radośnie - udałam się z paszportem do pewnego urzędnika, który siedząc w swojej kanciapie i nie oglądając naszego pojazdu wypytał mnie, czy na pewno niczego nie przemycam. Moje gorliwe zapewnienie, że nie przewożę kontrabandy wziął za dobrą monetę i już miałam odpowiednią pieczątkę do kolekcji. Jako ciekawostkę potraktowaliśmy płatny obowiązek dezynfekcji podwozia samochodu przed wjazdem na teren Bułgarii, o którym zresztą gdzieś wcześniej czytaliśmy.

Bułgaria powitała nas dziurawą drogą wiodącą przez jakieś zarośla. W ogóle odcinek od granicy aż do Burgas był tragiczny pod względem nawierzchni, chociaż w nielicznych punktach trwały jakieś prace mające na celu załatanie dziur w tym bułgarskim serze nazywanym drogą E87. Najwyraźniej Unia Europejska bardziej wspiera Turków niż należących do niej Bułgarów (a być może ci pierwsi sprawniej wykorzystują pozyskane fundusze).

Po wielu mozolnie pokonanych kilometrach tuż przed Burgas wróciliśmy na wybrzeże Morza Czarnego. W odmianie bułgarskiej wyglądało one zdecydowanie odmiennie od wersji tureckiej. Zapewne zostanę posądzona o stronniczość, ale wersja bułgarska wydała mi się o wiele mniej ciekawa. Mijaliśmy spore rozlewiska i tereny mokradeł, które wyglądają jak raj wakacyjny, szkoda tylko, że dla komarów...

  W Burgas na stacji benzynowej zaopatrzyliśmy się awaryjnie w mapy drogowe Bułgarii i Rumunii - o wiele bardziej szczegółowe niż posiadany przez nas atlas samochodowy całej Europy. Tam też stwierdziliśmy, że czas szukać miejsca postojowego na nocleg, co prawda dzień się jeszcze nie skończył, ale nasza energia - owszem. Wybór padł, po konsultacjach z wygrzebanym ze schowka przewodnikiem Lonely Planet. Bulgaria na miejscowość wypoczynkową Pomorie. Z opisu wyglądała ona na wersję dość ekonomiczną w porównaniu z innymi czarnomorskimi kurortami Bułgarii.

Ku naszemu zdziwieniu pierwszą rzeczą, jaką zobaczyliśmy zbliżając się do Pomorie, były luksusowo wyglądające hotele 5-gwiazdkowe. Hmmm, czy uda się nam tu zanocować nie tracąc majątku? Na szczęście po wjechaniu na teren miasteczka widoki stały się o wiele bardziej skromne. Zaparkowaliśmy samochód i wyruszyliśmy w poszukiwaniach noclegu. Po drodze zauważyliśmy jakieś lokalne biuro podróży, a ponieważ wstępne zwiady nie okazały się owocne, wstąpiliśmy do niego z zapytaniem o jakiś pensjonat.

Pomorie

Tutaj niespodzianka dla niewtajemniczonych: Bułgaria to kraj, w którym, aby się porozumieć, wystarczy mówić powoli i wyraźnie po polsku. Dziwne uczucie, zwłaszcza po paru tygodniach w Turcji, musieliśmy zacząć zwracać baczną uwagę na to co mówimy między sobą!

Pomorie

W biurze turystycznym miła pani zapytała nas, czy interesują nas kwatery prywatne, a po naszej potwierdzającej odpowiedzi zaprowadziła nas do pobliskiego domu, z którego właścicielką była w bardzo dobrej komitywie. Oględziny apartamentu i zaproponowana cena (około 20 euro) sprawiły, że zdecydowaliśmy się na nocleg. Przypadło nam 2-pokojowe lokum z łazienką i balkonem - byliśmy pozytywnie zaskoczeni relacją wartości do ceny, zwłaszcza po tureckich kosztach zakwaterowania.

Wieczór upłynął nam na łapaniu oddechu po dniu pełnym nieoczekiwanych zwrotów akcji oraz na konsumpcji lokalnych specjałów z piekarni uzupełnionych bułgarską odmianą cacık funkcjonującym w Bułgarii jako Sneżanka czyli swojska Śnieżka.

Kwatera w Pomorie

Suma przejechanych w tym dniu kilometrów: 418.