Wyprawa TwS 2011 nad Morze Czarne - część ostatnia - 10

3. września (Pomorie - Warna - Ruse/Giurgiu - Bukareszt - Călimănești)

Wczesnym rankiem wyruszyliśmy z Pomorie, poganiani myślą o dalekiej jeszcze drodze do domu. Zresztą właścicielka kwatery, gdzie spędziliśmy nocleg, życzyła nam szerokiej drogi, dodając, że wiele przed nami kilometrów do Polski. Zdawaliśmy sobie sprawę, że tego dnia nie uda nam się wrócić, ale chcieliśmy zajechać jak najdalej.

Zgodnie z tym przesłaniem był to dzień spędzony w drodze. Minęliśmy bez zatrzymywania się piękną podobno Warnę - tam pożegnaliśmy się ostatecznie z Morzem Czarnym. Dalej trasa prowadziła w głąb lądu, do granicy z Rumunią. Studiując pilnie mapy i atlasy drogowe doszliśmy do wniosku, że jedynym sensownym przejściem pomiędzy Bułgarią i Rumunią jest Ruse/Giurgiu. Pozostałe przejścia na interesującym nas odcinku granicy zostały oznaczone wiele mówiącym symbolem promu. Nic w tym dziwnego, wszak granicę między tymi państwami wyznacza bieg pięknego, modrego Dunaju.

Okolice przygraniczne wyglądały dość nieciekawie, jak to często zresztą bywa. Bułgarskie Ruse stwarzało wyjątkowo niemiłe wrażenie, więc z ulgą doturlaliśmy się do granicy, na której czekała na nas wielka atrakcja: przejazd nad Dunajem przez słynny Most Przyjaźni. Ta kratownicowa konstrukcja powstała w latach 50-tych ubiegłego wieku przy wydatnej pomocy bratniego wówczas ZSRR. Jej budowa miała oznaczać symboliczne przełamanie wrogich nastrojów pomiędzy Rumunią i Bułgarią, które znalazły się w jednym 'bratnim bloku' komunistycznym. Co ciekawe, w chwili otwarcia mostu dla ruchu samochodowego i kolejowego, była to najdłuższa tego typu budowla w Europie. Za przyjemność przejazdu mostem należy uiścić opłatę (około 6 euro).

Most Przyjaźni

Od momentu przekroczenia granicy rumuńskiej wpłynęliśmy na mętne wody kompletnego nieprzygotowania merytorycznego. Dość powiedzieć, że nie byliśmy pewni, jak nazywa się waluta Rumunii (ale to tym cicho, lepiej się nie przyznawać). Na najbliższej stacji benzynowej przeprowadziliśmy szybki rekonesans dotyczący opłat drogowych w tym państwie i zapłaciliśmy za przywilej poruszania się po rumuńskich drogach. Na szczęście akceptowano karty płatnicze.

Zaraz za stacją benzynową zgubiliśmy się, a właściwie tak nam się tylko wydawało. Mylące okazały się kierunkowskazy na Bukareszt, przeznaczone dla ruchu ciężarowego. Dalej nie było lepiej. Wiedzieliśmy, że tuż przed centrum Bukaresztu należy wjechać na obwodnicę stolicy i odbić w kierunku na Piteşti. Szkoda tylko, że oznaczenia drogowe są bardzo dobrze ukryte. O mały włos, a wpakowalibyśmy się w samo centrum miasta i stracili cenne godziny. Przy drobnym pogwałceniu zasad ruchu drogowego udało się nam wjechać na obwodnicę, tylko po to, aby utknąć w gigantycznym korku.

Tkwiliśmy w nim dość długo, w żółwim tempie przesuwając się o parę metrów do przodu i obserwując obnośnych sprzedawców dóbr wszelakich, przykładowo ładowarek do telefonów. Najwyraźniej zła organizacja ruchu sprzyja rozwojowi handlu. Jaka była przyczyna korka? Znak stop, ustawiony przy skrzyżowaniu obwodnicy z małą dróżką, oczywiście zatrzymujący samochody jadące obwodnicą...

Dalsza droga przebiegała bez zakłóceń, chociaż przez pewien czas mocno zastanawialiśmy się, co tak często chcą palić Rumuni - raz po raz pojawiały się przy trasie ogłoszenia reklamujące 'spălătorie'. Z ulgą przyjęliśmy do wiadomości fakt, że chodziło o myjnie samochodowe. Słońce zaczynało chylić się ku zachodowi, więc nadszedł czas rozglądania się za noclegiem. Po drodze widzieliśmy sporo hotelików, moteli i pensjonatów, z których część wyglądała dość kiepsko z zewnątrz. Jakie oferowały warunki nie sprawdziliśmy, gnając z zawrotną prędkością 50 km/h w kierunku północno-zachodnim. Malownicza trasa składała się w przeważającej mierze z terenu zabudowanego, a niestety widzieliśmy sporo patroli rumuńskiej drogówki. Obserwację potwierdziliśmy następnego dnia: strategią policjantów było czajenie się przy końcu miasteczka, z nadzieją na złapanie kierowców przedwcześnie starających się rozpędzić...

W końcu trzeba było sobie powiedzieć: dość, dzisiaj dalej nie pojedziemy. Stanęliśmy w miasteczku uzdrowiskowym Călimănești. Wybór okazał się nadzwyczaj trafny, chociaż absolutnie nie był zaplanowany: wystarczył nam jednak rzut oka na mapę, aby uzmysłowić sobie, że dalej na naszej trasie nie ma przez dłuższy odcinek drogi żadnych miast.

 Călimănești

Călimănești

Călimănești

Călimănești

Călimănești

Călimănești

Călimănești położone jest w Oltenii, krainie położonej na południe od Karpat, i słynie ze źródeł termalnych. Zasadniczo miasteczko leży tuż u stóp pasma górskiego Karpat Południowych, w dolinie rzeki Olt. Przez Călimănești przebiegała tradycyjna trasa łącząca Oltenię z Transylwanią.

Rzeka Olt

Rzeka Olt

Nocleg znaleźliśmy za drugim podejściem. Najpierw odbiliśmy się od hotelu mieszczącego się w ogromnym gmaszysku, a zaraz później zatrzymaliśmy się przed malutkim hotelem Khafrely, który zaskoczył na wysokim standardem oraz niską, jak na ów standard, ceną noclegu. 4-osobowy, obszerny apartament z piękną łazienką, TV i dostępem do internetu (niestety tylko przewodowym) kosztował około 120 lei czyli tyle samo w złotówkach. 

 Hotel Khafrely

Ogromnym plusem była lokalizacja u podnóża Karpat, które posępnie spoglądały na nas szczerząc się groźnie w szybko zapadającym zmroku. Może było to tylko złudzenie, spowodowane perspektywą przeprawy przez te góry już następnego ranka?

Karpaty

Karpaty

Suma przejechanych w tym dniu kilometrów: 576.

4. września (Călimănești - Szeged - Budapeszt - Bratysława - Brno - Gliwice)

Gdy tylko wstało słońce ruszyliśmy w trasę, tym razem z jedną myślą przewodnią: dojechać do Polski. Na sam początek dnia przypadła jego największa atrakcja - przejazd przez Karpaty, prowadzący malowniczo doliną rzeki Olt.

 Karpaty

Karpaty

W dolinach górskich zalegała dość gęsta mgła, przez którą czasami przedzierały się promienie słońca. Wzdłuż drogi prowadziła linia kolejowa i płynęła rzeka. Czasami jechaliśmy tunelami i sztucznie stworzonymi podestami wzdłuż doliny rzecznej. Droga wiła się przez góry, a gdy znaleźliśmy się po ich drugiej stronie dzień był już piękny i słoneczny. Postanowiliśmy sobie, że do Rumunii jeszcze wrócimy, tym razem na dłużej.

Karpaty

Karpaty

Karpaty

Kolejny odcinek trasy należał do najbardziej męczących podczas wyprawy. Jechaliśmy przez senne miasteczka z kolorowymi domami, pilnie bacząc na prędkościomierz i dziękując szczęściu, które stało się naszym udziałem - była to niedziela i ruch ciężarowy prawie nie istniał. W inny dzień jazda tą jednopasmową trasą musi należeć do kategorii wymyślnych tortur piekielnych.

Do granicy rumuńsko-węgierskiej Nădlac/Nagylak dotarliśmy już po południu. Przedwcześnie cieszyliśmy się, że wszelkie komplikacje są już za nami - tuż za granicą czekał na nas objazd spowodowany przebudową autostrady. W pewnym momencie odkryliśmy, że zmierzamy w kierunku przejścia granicznego z Serbią - czyżby czekała nas powtórka z rozrywki i powrót do Turcji? Chwilę później kolejne kierunkowskazy wyprowadziły nas we właściwym kierunku północno-zachodnim. Jeszcze tylko daliśmy się grzecznie przeskanować węgierskim policjantom, sprawdzającym wjeżdżające na autostradę pojazdy pod kątem uiszczenia opłat drogowych i już mogliśmy gnać przed siebie. Szybkie napełnienie baku i żołądków na stacji benzynowej było ostatnim poważnym postojem na naszej trasie - dalej wzywała nas węgierska puszta, płaska jak stół, rozgrzana słońcem i monotonna aż do bólu.

Budapeszt okazał się za dnia niezwykle łatwy do ominięcia obwodnicą i znowu pędziliśmy, tym razem w kierunku granicy ze Słowacją. Zabawiałam się przy prowadzeniu w wyścigi z zachodzącym słońcem, które wygrałam - podczas ostatnich minut dnia mijaliśmy już Bratysławę. Zdumiewająca była zmiana perspektywy podczas tych trzech tygodni spędzonych w drodze: jadąc do Turcji wydawało nam się, że już na Węgrzech jesteśmy bardzo daleko od domu, natomiast wracając cieszyliśmy się podczas przejazdu koło Budapesztu, że to już tuż tuż i będziemy z powrotem w domu.

Ostatni odcinek drogi niczym nas nie zaskoczył: niestety, Czesi nie zmienili w cudowny sposób okropnej nawierzchni na odcinku od granicy ze Słowacją aż za Brno. Jedynym momentem, który wywołał u nas podniesienie brwi ze zdumienia była zabarykadowana w godzinach nocnych stacja benzynowa na autostradzie tuż przed polską granicą. Do domu dotarliśmy szczęśliwi i zmęczeni już po północy, czyli 5. września.

Suma przejechanych w tym dniu kilometrów: 1190.