Diyarbakır, miasto na rozdrożu

Termin
Rozpoczęcie: 
19/05/2012
Zakończenie: 
29/05/2012
Podróżnik: 
Ewelina i Ale (PL/IT)
Organizator: 
brak

Wschodnia część Turcji jest miejscem, które wydaje się być pod względem kulturowym i geograficznym gdzieś na końcu świata dla Turków mieszkających na zachodzie. Wielu z moich tureckich przyjaciół nigdy nie widziało swojego kraju dalej na wschód niż Ankara. Nasz następny cel, Diyarbakır, położony bliżej Syrii czy Iraku niż stolicy, jest często nazywany nieformalną stolicę tureckiego Kurdystanu. Nigdzie indziej we wschodniej Turcji nie spotka się ludzi tak bardzo szczycących się przynależnością do największego narodu na świecie, który nie posiada własnego państwa i otwarcie mówiących o swojej tożsamości narodowej. Przez wielu postrzegany jako niebezpieczny, niecywilizowany i zacofany, Diyarbakir był miejscem, którego nie mogliśmy przegapić podczas naszej podróży.

Nie potrzeba było dużo czasu, by okazało się, że te stereotypy mają niewiele wspólnego z rzeczywistością. Nasz kierowca wysadził nas w najbardziej eleganckiej części Diyarbakıru, jaką tylko mogliśmy sobie wyobrazić. Główna ulica – która nie była terytorium zarezerwowanym wyłącznie dla mężczyzn – była jaskrawa od blasków neonów, z klubów i restauracji dało się słyszeć głośną muzykę - nocne życie w pełni. Zamiast kobiet kurczowo trzymających się swoich mężów widzieliśmy piękne dziewczyny z twarzami, które zdobiła nie zasłona, ale makijaż. Wiele z nich miało na sobie obcisłe jeansy, bluzki z głębokimi dekoltami czy buty na wysokich obcasach. Szczerze mówiąc, wiele z nich wyglądało bardziej europejsko niż ja. Całą sytuację Ale skomentował 'Zbyt wiele dziewczyn na raz. Nie jestem przyzwyczajony'

Ponadto, pierwsze środowisko, jakie poznaliśmy w Diyarbakırze, to homoseksualni przyjaciele naszej hostki z couchsurfingu, z którymi w celach zawodowych miała ona przeprowadzić wywiad. Rzeczą, która w całej sytuacji najbardziej rzucała się w oczy był fakt, że mężczyźni ani trochę nie ukrywali swoich preferencji seksualnych, przebierając się w damskie fatałaszki czy mówiąc o swoich związkach. Przed nowo poznanymi ludźmi nie mieli oni absolutnie żadnych zahamowań. Turcja jest pełna niespodzianek – najpierw zaskoczyli nas ludzie, a później samo miasto.

Stare Miasto w Diyarbakırze tworzy skomplikowany labirynt pełen krętych, brukowanych uliczek, tętniących życiem bazarów, przestronnych dziedzińców i starych meczetów. Znajduje się tu także sporo kościołów, które służyły różnym grupom religijnym, jakie zamieszkiwały te rejony w dawnych czasach - protestantom, katolikom, syriatom, armeńskim ortodoksyjnym. Nigdzie w Turcji nie widziałam tak wielu nie-muzułmańskich miejsc kultu.

Odwiedziliśmy tematyczne bazary ,gdzie da się znaleźć dosłownie wszystko, od śmieci do skarbów. Nic dziwnego, że duże supermarkety nie są zbyt popularne w Turcji – wszystko, czego w domu potrzeba, można dostać na bazarze. Za niewielki pieniądze kupiliśmy przepyszne owoce, których nigdy nie widziałam w swoim życiu. Sprzedawca ze stoiska z zabawkami podarował Ale bąka-zabawkę, który wyglądał nieco inaczej niż te, jakie zazwyczaj spotyka się w Polsce.

Kiedy mijaliśmy piekarnię i poczułam wydobywające się z zewnątrz zapachy, nie mogłam się powstrzymać i musiałam kupić chleb anyżowy prosto z piekarnika. Przyjazny sprzedawca dał mi bochenek za darmo, pomimo tego, że nalegałam, by zapłacić. Nasze darmowe śniadanie jedliśmy na schodach blisko piekarni, gdy jeden z pracowników zobaczył nas i zapytał, czy nie wolelibyśmy usiąść na krzesłach. Nie mieliśmy absolutnie nic przeciwko naszym schodom, ale sprzedwca i tak przyniósł nam krzesła – grzecznie za nie podziękowaliśmy, a on natychmiast przyniósł nam herbatę. Wspaniali, przeżyczliwi ludzie – mało mieli oni wspólnego ze sposobem, w jaki są oni przedstawiani na zachodzie jako szaleni fanatycy.

W Diyarbakirze nie ma wielu białych turystów, więc mogliśmy liczyć na to, że przykujemy uwagę miejscowych. Trudno było przejść krótki dystans bez zatrzymania przez ciekawskie dzieci zafascynowane cudzoziemcami, proszące, by robić im zdjęcia, pytające o nasze imiona (chyba najczęstsze pytanie, jakie otrzymywaliśmy), kraje pochodzenia i drużyny piłkarskie, jakim kibicujemy. Starsi chłopcy bez przerwy prosili nas, aby pozwolić im pobawić się bąkiem.

Centrum Diyarbakiru jest otoczone przez imponujące mury, których początki sięgają IV wieku naszej ery i które pod względem długości krótsze są tylko od Wielkiego Muru Chińskiego. Chociaż noszą one ślady ostatnich wojen i najazdów, ich części, które nie są dostępne dla odwiedzających, są dobrze zachowane. Nadal istnieją jednak części, na które można się wspinać bez przeszkód - te powoli ulegają zniszczeniu. Brakuje barierkek ochronnych, mimo że w niektórych miejscach ściana jest na tyle wąska, że stać na niej może tylko jedna osoba. Gdy stanie się na murze w jego południowo-wschodniej części, ze szczytu można zobaczyć ogromną panoramę doliny Tygrysu rozciągającą się poniżej. Jest to pagórkowaty obszar zajęty pod rolnictwo, pełen zielonej roślinności, gdzie ludzie pomniejszeni do rozwiarów główki od szpilki zbierają plony.

Domy tuż za murami miejskimi przypomniały mi słabo mieszkania na obszarach wiejskich Maroka. To najbiedniejsza część Diyarbakıru, typowa dzielnica pełna gecekondu – marnie wyglądających, ciasno upakowanych domów, zbudowanych w pośpiechu, za niewielkie pieniądze, bez odpowiednich uprawnień, pozbawione prądu i bieżącej wody, zamieszkane głównie przez Kurdów, którzy przybyli tu z obszarów wiejskich. Ta dzielnica kontrastuje najbardziej z zamożnymi przedmieściami, gdzie nasza hostka i jej przyjaciele mieszkają w nowoczesnych, wysokich blokach.

Diyarbakır, teoretycznie cieszący się złą sławą, nie wydaje się ani trochę dzikszy czy bardziej niebezpieczny niż inne miejsca w Turcji. Jest to miasto na rozdrożu, z jednej strony nietknięte przez czas, żyjące w zgodzie z tradycjami; z drugiej strony, tętniące nowoczesnością. Tutejsze dziedzictwo zadziwia różnorodnością i harmonijnym współistnieniem różnych kultur i grup religijnych. Jeśli chodzi o mieszkańców, ci, których spotkaliśmy byli doskonałym przykładem kurdyjskiej gościnności. Dużym życzeniem byłoby prosić o lepsze traktowanie nas jako odwiedzających. Jeśli kiedyś będziecie wybierać się do Diyarbakıru, lepiej zostawcie swoje stereotypy w domu.

Więcej zdjęć i filmików znajduje się na moim blogu pod adresem http://ewelinalucy.blogspot.com/2012/06/diyarbakr-city-at-crossroads.html

Zapraszamy do zapoznania się z opisem Diyarbakır, z relacją redakcji TwS z 2005 oraz o relacją z powtórnej wizyty w 2008 roku.

Odpowiedzi

Rozumiem, że jesteś zachwycona Diyarbakirem i jego mieszkańcami, ale określeniem ich postawy 'doskonałym przykładem tureckiej gościnności' 99% jego mieszkańców byłoby mocno dotkniętych...

Racja :) Skutki pisania na szybko, błąd już poprawiłam.

Mój kolejny cel, chociaż zdjęcia raczej nie pokazują tej "nowoczesnej" strony miasta. Haydi bakalim :)

Nowoczesną stronę widziałam tylko nocą, a nie mam aż na tyle dobrego aparatu, by to dobrze wyglądało na zdjęciach. W każdym razie, bardziej od nowoczesności polecam zagłębienie się w kręte uliczki starego miasta.