Droga do wodospadu Alara (UÇAN SU ŞELALESI)

Termin
Rozpoczęcie: 
19/04/2011
Zakończenie: 
19/04/2011
Podróżnik: 
piosharks
Organizator: 
brak

Krótki wstęp

W 2010 roku miałem ambitne plany, aby podczas rodzinnego pobytu na Riwierze Tureckiej wypożyczyć samochód i odwiedzić kilka miejsc, notorycznie pomijanych przez profesjonalne przewodniki i organizowane na miejscu wycieczki fakultatywne oraz parę tam prezentowanych. Przygotowywałem się do tego dość solennie. Szperałem po Internecie wyłuskując ciekawe dla mnie miejsca i informacje o nich. Korzystając z Google Maps porobiłem sobie mapki interesujących mnie rejonów. To wszystko wydrukowałem w kilku książeczkach-atlasach. No, może nie dosłownie wszystko, ale sporo, głównie mapki.

Wodospad Alara

I wszystko byłoby super, gdyby nie drobne „ale”. Po prostu zapomniałem zabrać ze sobą prawa jazdy. Mogłem tylko z rozpaczy i z własnej głupoty walić głową w jakiś starożytny mur, najlepiej w Aspendos, które wtedy zaliczyłem po raz trzeci, ale dopiero wtedy po raz pierwszy pochodziłem po ruinach miasta.

Akwedukt w Aspendos

No i cóż, marzenia o ambitnym połączeniu rodzinnych wakacji z dwójką dzieci, dla których, póki co, największą atrakcją są: basen, morze, wodne zjeżdżalnie, cola, kebab, frytki, lody (niekoniecznie w tej kolejności), z czymś, co można nazwać umiarkowanym (ze względu na dzieci, aby ich nie zamęczyć w tym upale, jaki panuje latem) zwiedzaniem na własną rękę, spełzły na niczym. Dzieci przyjęły to mężnie - skacząc i wyjąc z radości wniebogłosy, że nie będą zbyt często wyciągane z wody, w celu jakiegoś penetrowania nowych terenów czy patrzenia na ruiny starożytnych miast.

Sedno wyjazdu

Po prawie roku pojechałem, tym razem tylko z żoną, na zorganizowaną tygodniową wycieczkę do Turcji. Generalnie kolejny raz do Pamfilii. W planach były cztery dni jeżdżenia autokarem i zwiedzania oraz, co dla mnie było ważne, dwa dni wolne, z możliwością skorzystania z proponowanych przez biuro ofert, dla mnie mniej ważne, aczkolwiek wypad samolotem do Stambułu kusił. W trakcie tej objazdówki zaliczyliśmy, takie miejsca jak: Afrodyzja, Efez (razem z Domem Marii Dziewicy i bazyliką Świętego Jana w Selçuk), Hierapolis i Pamukkale, Laodikea, Perge i Antalya (a w niej Kaleici, rejs po zatoce, Muzeum Archeologiczne, wodospad arbuzowy). W niektórych tych miejscach to byłem nawet po raz pierwszy. Ale nie teraz o tym.

Kaleici w Antalyi

Dzień przed powrotem do kraju, a więc 19 kwietnia 2011 roku, wynajęliśmy samochód. Niestety wzięliśmy opcję droższą – samochód z hotelu, ale chcieliśmy mieć pewność odnośnie pełnego ubezpieczenia. Niedaleko, ze 200-300 m od hotelu, mogliśmy wynająć od ulicznych handlarzy o jakieś 10 euro taniej. A potem może byśmy się bujali, że jakiś odprysk pojawił się na lakierze samochodu, bo akurat tego właśnie ubezpieczenie nie obejmowało, a wszystko inne tak. Te parę euro to przecież nie majątek, a sumienie spokojniejsze.

Mieszkaliśmy w hotelu w okolicy Belek i mieliśmy do przebycia sporawy kawałek. Wystartowaliśmy od godziny 7:00 rano, no może trochę później, ponieważ dopiero od 6:30 było śniadanie. I pierwszą czynnością było zatankowanie na pierwszej stacji benzynowej po drodze – w naszym przypadku w Serik, można powiedzieć, że w normalnym mieście. Oczywiście paliwo, znacznie droższe niż w Polsce, pochłaniało najwięcej kosztów całej wycieczki.

Wycieczka do wodospadu Alara

Odnośnie normalności Serik. Dzień wcześniej zrobiliśmy sobie dolmuszem mały wypad do tego miasta. I dla przykładu za zestaw: kebab z kurczakiem i kebab z baraniną tutaj zapłaciliśmy ponad cztery razy mniej niż w Antalyi (tylko po 1.5 liry tureckiej). Poza tym zrobiliśmy sobie zakupy, tradycyjnie już herbatę turecką i, w końcu, czajniczki do tejże.

Serik

Jechać dwupasmówką (droga nr 400) w stronę Alanyi było miło i przyjemnie – i to po raz pierwszy w Turcji jako kierowca. Wciągu poprzednich dwóch lat jechaliśmy tędy wielokrotnie w obu kierunkach, ale zawsze jako pasażerowie autokaru, autobusu rejsowego lub dolmuszu.

Wycieczka do wodospadu Alara

Zaraz za Serik (5 km) po lewej stronie mijaliśmy rekonstrukcję mostu rzymskiego na rzece Köprü Çayi w miejscowości Belkis (Büyükbelkiz), i trochę dalej leżące ruiny miasta Aspendos z imponującym teatrem i akweduktem. Obecnie w nowoczesnym teatrze, położonym jakieś 2 km przed tym starożytnym, odbywają się pełne rozmachu i ceny widowiskowe przedstawienia. Zapewne warte obejrzenia.

Most w Aspendos

Po kolejnych 5 km (10 km od Serik) jest skręt w stronę Köprülü Kanyon Milli Parki. Trzeba przejechać jeszcze ze 40 km do miejscowości Beşkonak, gdzie na rzece Köprü Çayi odbywa się rafting kilku lub kilkunasto osobowymi pontonami. Nie jest to atrakcja dla spragnionych wrażeń, aczkolwiek można skorzystać, zwłaszcza w czasie upałów, kiedy to chłód wody (bryzgi płynącego pontonu, wodne bitwy pomiędzy pontonami, kąpiele wymuszone lub spontaniczne) daje wytchnienie. Nie jestem fanem sportów ekstremalnych i ten spływ do takich na pewno nie należy, ale jak dla mnie był zbyt łagodny. Jest to dobre dla rodzin i osób, dla których woda nie jest żywiołem. Dla żądnych większych przeżyć polecam inne spływy.

Wycieczka do wodospadu Alara

Na tym spływie byłem w ramach wycieczki fakultatywnej z polskiego biura podróży (miałem do wykorzystania voucher). Pilotka, która już wielokrotnie bywała tam, na moje pytanie o Selge (starożytne miasto położone w Parku Narodowym Köprülü Kanyon Milli Parki) zrobiła wielkie oczy. Nie wiedziała, co to w ogóle jest. Kolejny przykład, że piloci-rezydenci mają klapki na oczach i nie orientują się nic a nic poza tym, co oferuje biuro. Albo są to zupełnie przypadkowe osoby, których jedynym atutem jest znajomość języka, nie koniecznie tureckiego. A ja tylko chciałem się spytać, czy to w tą stronę jest Selge (i tu pokazałem ręką, w którą stronę). Niestety nie byłem tam w Selge, podobnie jak nie pochodziłem po Parku Narodowym, a szkoda. I to wielka.

Wycieczka do wodospadu Alara

Jedziemy jednak dalej 27 km (razem 37 km). I znów po lewej, tym razem Manavgat, z jego turystyczną wizytówką – wodospadem (a właściwie kaskadą) na rzece o tej samej nazwie. A jeszcze dalej w górę rzeki jest imponująca zapora i sztuczne jezioro Oymapinar Baraji, czyli Green Canyon z relaksacyjnymi rejsami po nim. Polecam głównie dla rodzin z młodszymi dziećmi oraz dla osób lubiących kojące piękno przyrody. Inną atrakcją miasta są rejsy do ujścia rzeki i lunch na zacumowanym przy plaży statku. W zasadzie nudna sprawa, a po drodze atrakcjami są: rosnące zboża i warzywa oraz stocznie dla tych statków. W poniedziałki w Manavgacie jest dzień targowy, jak kogoś to interesuje.

Zielony Kanion

Na wysokości Manavgatu (a właściwie to trochę przed nim), tym razem po prawej stronie, mamy Side, ze słynną pozostałością świątyni Apollina, której zdjęcie jest znakiem rozpoznawczym tej miejscowości i jest zamieszczone chyba w każdym przewodniku turystycznym. Niestety nie zaliczyłem tam teatru (to słońce nie po tej stronie, a to dzieci zmęczone upałem, albo już był zamknięty dla zwiedzających), a staram się to robić w każdym mieście, gdzie jest to tylko możliwe.

13 km za Manavgatem (czyli już 50 km), w Karacalar, odbijamy w lewo w kierunku na miasto Konya. Tędy jeżdżą wycieczki fakultatywne z nad Riwiery Tureckiej do bajecznej Kapadocji. Do wodospadu Alara można pojechać inną drogą, bliżej Alanyi, ale tamtędy chcieliśmy wracać, aby zasmakować różnych tras. Więc powoli wjeżdżamy coraz wyżej i wyżej w góry Taurus wypatrując drogowskazu na Gündoğmuş. Ale zanim skręciliśmy po 25 km (75 km) udało nam się także zjechać. Ta droga (nr 695) w porównaniu z tą nadmorską (nr 400) nie była zbyt zatłoczona, niewiele samochodów mijaliśmy po drodze. Lecz droga, którą teraz mieliśmy jechać, była niemal zupełnie pusta. I co ważne, był zaraz za skrętem z głównej drogi kierunkowskaz (ale nie taki urzędowy) z napisem Şelale i odległością do niego. Nie pamiętam dokładnie, ile tam było napisane, ale chyba jakieś 50 km.

Wycieczka do wodospadu Alara

8:45

Kiedy rano wyjeżdżaliśmy było pochmurno i czasem nawet trochę kropiło, ale tutaj w górach słońce pięknie świeciło i widoki cudowne przed nami się rozciągały jak okiem sięgnąć. Ogólnie było jak w słowach pewnej polskiej piosenki: jaki tu spokój i jaka cisza, nic się nie dzieje. Nie wiem, czy to dokładnie tak leciało, ale taki jest mniej więcej tego sens. Dla spragnionych pięknych krajobrazów, to prawdziwa rozkosz dla oczu i uszu, gdyż śpiewy ptaków było słychać niemal cały czas. Droga, to wiła się jak wąż, tworząc wspaniałe serpentyny i wtedy też była trochę węższa, ale dwa samochody bez problemów się mijały, to chwilami była szeroka niczym polska autostrada. Tam, gdzie to było możliwe, Turcy poszerzali drogę, aby uczynić ją bezpieczniejszą, zwłaszcza od spadających kamieni, których po zimie było sporo. Poza takimi przypadkami nawierzchnia szosy była bez zarzutu.

Co jakiś czas, ale nie tak często jak bym chciał, zatrzymywaliśmy się, aby utrwalić, w pamięci własnej i na matrycy aparatu, otaczające nas wspaniałe widoki. W górach, wyższych przecież od Tatr, dominowała biel śniegów, błękit nieba przecinały jakieś zbłąkane chmury, w dole królowała zieleń ogromnych połaci lasów, a na wysokości drogi różne odcienie skał: czerwone, żółte, brązowe itp. Nie jechałem szybko, może z 50 km/h, aby zachwycać się widokami, choć momentami spokojnie można było jechać 80 km/h i więcej. Przypomniałem sobie, czytaną przed rokiem czyjąś relację, że do wodospadu jedzie się ze 2-3 godziny przez góry. No tak, pomyślałem sobie, chyba że ktoś co chwilę się zatrzymuje, bo droga jest taka, że pozwala na normalną jazdę.

Jak to mówią, im dalej w las, tym więcej drzew. Tak i tutaj im więcej przejechaliśmy, tym droga stawała się coraz gorsza, węższa, bardziej poskręcana, z większą ilością pozostałości po lawinach błotno-kamiennych i zaczynało brakować asfaltu na coraz dłuższych odcinkach. Ale widać było, że ją poprawiają, bowiem w kilku miejscach stały, samotnie lub po kilka, różnorakie maszyny drogowe.

Wycieczka do wodospadu Alara

Aż w końcu stanęliśmy. Drogę, na całej jej szerokości, zagradzały nam pracujące maszyny (koparki, spychacze itp.). No cóż, załamka. Czyżby nie dało rady tędy przejechać i trzeba byłoby zawracać i jechać ze 100 km do innej trasy? Ale, zaświtał mi promyk nadziei, przecież jechały z naprzeciwka ze dwa albo nawet i trzy samochody, może one jakoś przedostały się przez tą niespodziewaną przeszkodę. Wysiadłem z samochodu, zaparkowanego bezpiecznie ze 100 m od pracującej ekipy, i poszedłem zapytać o jakąś szansę przejazdu dalej. Nie uśmiechało mi się wracać na tarczy z, i tak już odkładanej, wyprawy.

Na tyle ile znam turecki, a ze mnie taki poliglota jak z głazu baletnica, przywitałem się z przyglądającymi się pracy innych robotnikami, i spytałem o wodospad. Mniej więcej chodziło oto czy to tędy. No i czy w jakiś sposób przedostaniemy się. Ależ tak, oczywiście, czemu by nie, jak najbardziej – więc serdecznie podziękowałem mówiąc, „czeszę kurę”. Wsiadając do swojego wypożyczonego samochodu minął nas inny podążający w tą samą stronę, więc ruszyliśmy za nim. To był odcinek pełen wybojów i na czas przejazdu operator koparki podniósł łychę pełną kamieni a inni gość dawał znaki, abyśmy śmiało przejeżdżali pod nią (bo wstrzymujemy robotę). Uff, udało się i żaden kamień nie spadł na dach, ani tym bardziej łycha się nie oberwała.

9:40

Taka droga, z dołami oraz z wysypanym i przygotowanym tłuczniem pod asfalt, ciągnęła się tylko przez kilka kilometrów i dalej znów było normalnie. Jak na góry. W trakcie powrotu na twardą nawierzchnię musieliśmy przepuścić stado kóz, które sobie leniwie przechodziły. Uwielbiam takie klimaty! Na Krecie kilka lat temu też to mieliśmy.

Wycieczka do wodospadu Alara

9:50

W dalszej drodze do miasteczka o randze stolicy powiatu (tzn. tureckiego odpowiednika podziału administracyjnego II rzędu) Gündoğmuş nic specjalnego się nie działo. Tylko tyle, że było coraz bardziej kręto. Zatrzymaliśmy się także pod jakimś wysokim i wąskim wodospadem. Woda spadała ze skał po lewej stronie, tworząc malutkie oczko wodne, i pod drogą spływała sobie dalej kilkoma kaskadami. Dzięki temu, że nie było jeszcze dużo liści na drzewach można było sobie popatrzeć na wodospad, potem będzie pewnie mocno schowany i co za tym idzie trudniejszy do wypatrzenia.

Wycieczka do wodospadu Alara

Gündoğmuş (34 km od drogi nr 695 i 109 km od Serik) przejechaliśmy nie zatrzymując się tam. Mieliśmy zrobić to w drodze powrotnej jadąc tym razem w kierunku Alanyi. Ale życie jest pełne niespodzianek. Przeżyliśmy małe deja vu. Zaraz na wyjeździe z miasta znów natknęliśmy się na roboty drogowe. I znów jechaliśmy przez wertepy za jakimś miejscowym samochodem przez kilka kilometrów obok pracujących maszyn budowlanych. I w tym właśnie momencie po raz pierwszy pożałowałem, że nie wynajęliśmy samochodu terenowego. Później żałowałem tego jeszcze tylko 1372 razy.

Teoretycznie, wg postawionych przez jakiegoś prywatnego inicjatora co jakiś czas kierunkowskazów, wodospad miał być może z kilkanaście kilometrów dalej. Więc wypatrujemy go. A tu tylko tabliczka z napisem Şelale 5km. No cóż chwila oddechu, bo miejsca sporo a widoki ładne i dalej w drogę.

10:25

Przejechaliśmy znowu jakieś 5 km mając nadzieję, że już lada moment ujrzymy cel naszej wycieczki. I zobaczyliśmy… kolejną tabliczkę z napisem Şelale 5km. Droga była już szczupła niczym talia osy i kręciła nami jak tylko chciała. W pewnej wiosce myśleliśmy, że droga tu się nagle urywa. Bo nic nie było tam. Tylko piękny widok na sporą dolinę leżącą znacznie niżej od nas. Prawie się zatrzymałem przed samą przepaścią i okazało się, że droga jednak jest, ale prowadzi tak stromo w dół i w dodatku ostro skręca w prawo, że była niewidoczna. No cóż, zjechałem ten kawałek chyba na jedynce i dalej już normalnie z pełną prędkością, czyli jakieś 20-30 km/h. Od jakiegoś czasu tak trzeba było jechać, gdyż krętość drogi nie pozwalała na wykorzystanie wyższych biegów. Bo nie było widać, co czai się za zakrętem. Czy jakiś miejscowy kamikaze nie wypadnie zza winkla skały? I w jednym miejscu o mało co a wjechałbym Turkowi w tył. Jakaś rodzinka beztrosko zatrzymała się na środku drogi na ostrym zakręcie w dół, aby sobie odpocząć na skraju i popodziwiać widoki. Kawałek dalej (1-2 km) był zjazd do wioski. Zobaczyłem, że z drugiego zbocza doliny zjeżdża jakiś samochód większy od osobowego, a droga szeroka akurat na tyle, aby dwa objuczone osły mogły się w miarę swobodnie wyminąć. Przycupnąłem więc komuś pod domem na mini podwórku i przepuściłem go, gdyż on miał pod górkę, za co tamten kierowca podziękował mi.

11:00

Zjechaliśmy do wioski – prawdopodobnie Kayabükü i po przejechaniu mostu na rzece Çündere (chodzi o rzekę Alara lub jej dopływ – niestety czasami bywają rozbieżności w oficjalnych nazwach jakie znamy), której woda przypominała wypijane przez moją córkę kakao, żona nie wytrzymała i powiedziała, żebym się natychmiast zatrzymał, gdyż ona za żadne skarby dalej już nie pojedzie. Pierwsza rzecz, która przyszła mi do głowy to: jak zamierza wrócić do hotelu skoro o świcie mamy samolot do Polski. Druga rzecz to: tak się poddać tuż przed dotarciem do celu. Trzecia rzecz to: no trudno, może sam jakoś dostanę się do tego wodospadu.

Nieopodal kilku mężczyzn zbijało jakąś drewnianą wiatę. Widząc jak wytaczamy się z samochodu i wyglądamy przy tym jak siedem nieszczęść, jeden z nich podszedł i spytał czy może w czymś nam pomóc. Mówił, że tu zaraz można się napić herbaty (podstawa egzystencji). Podziękowaliśmy, że póki co, pomocy jako takiej nie potrzebujemy. Na pytanie o wodospad odpowiedział, że to już niedaleko tylko tędy pod stromą górę i dalej w lewo. Widząc obłęd w oczach żony i desperackie potwierdzenie tego, że dalej już nie jedzie zwątpiłem, że uda nam się dojechać do wodospadu. Pozostawało jedynie dojście do niego. Ale najpierw żona musiała dojść do siebie. A to z kolei nie było takie proste. Ani łatwe. Ani tym bardziej przyjemne.

Poszliśmy na obowiązkową herbatkę – 1 lira za dwa tulipaniki. Siedziało tam kilkoro starszych osób wszystkich płci zaintrygowanych naszym pojawieniem się (skąd, po co, dlaczego). Być może staliśmy się atrakcją tygodnia dla tej wioski, gdzie mało kto z obcokrajowców dociera. Ogólnie było miło a gospodarz był tak uprzejmy, że poprowadził nas skrótem, pod górę schodami przez podwórka, na drogę prowadzącą do wodospadu. W ten sposób zaoszczędziliśmy dobre 500 m, zamiast iść serpentyną szosy.

11:45

JEST! NARESZCIE! UDAŁO SIĘ! HURRA! JABA DABA DUU! Chciało się krzyczeć i śpiewać z radości. Wodospad, na razie widoczny z daleka z wyżej położonej drogi, którą szliśmy, bieli się wśród skał i otaczającej zieleni. I słychać było narastający szum hektolitrów spadającej wody, przechodzący następnie w huk niemal nie do zniesienia. Nie potrafię nacieszyć oczu tym widokiem, nasycam się i napawam, a wciąż mi mało i mało. I proszę więcej.

Wycieczka do wodospadu Alara

I jak to bywa z marzeniami najpiękniejsze jest dążenie do ich spełnienia. Bo nie oto chodzi, by złapać króliczka, ale by gonić go. Kiedy nareszcie osiągnąłem cel, czułem pewien niedosyt. Nie to, abym był rozczarowany. O co to, to nie. Absolutnie! Tam jest uroczo, pięknie, cudownie, fantastycznie, bajecznie itd. Ale zaraz pojawiło się stado pytań. Dlaczego tak krótko mogę tu być? Dlaczego nie mam czasu pokręcić się po okolicy? Dlaczego nie mogę wejść do rzeki (latem wody jest znacznie mniej i nie jest tak wzburzona i mętna, a nurt słabszy, teraz to byłoby szaleństwo) i przejść się nią? Dlaczego nie mogę wspiąć się na górę i zobaczyć jeziorka skąd wodospad sobie wypływa i spada w dół? Dlaczego nie mogę sobie przenocować?

Wycieczka do wodospadu Alara

Odpowiedź na te wszystkie pytania jest zasadniczo jedna: CZAS. A właściwie jego niedobór. Ledwo się znajdzie jakieś wspaniałe miejsce już trzeba wracać. Człowiek uwiązany do etatu, jak pies do łańcucha, nie może sobie pozwolić na ekstrawagancje i musi dzielić urlop, jak kiedyś dzieliło się zapałki. Do tego dochodzą wspólne wakacje z dziećmi i w zasadzie człowiek jest już skutecznie wyleczony z nadmiaru dni wolnych.

Wycieczka do wodospadu Alara

Jeszcze parę uwag praktycznych odnośnie robienia tam zdjęć jakie mi się nasunęły (być może latem pod pewnymi względami jest lepiej niż wiosną). Z bliska jest bardzo trudno zrobić dobre zdjęcie na długim czasie (wymagającym statywu lub podpórki). Poziomy deszcz utworzony z rozbryzgującej się wody docierał dość daleko niesiony wiatrem, charakteryzującym się dość sporą zmienną losową i co za tym idzie nieprzewidywalnością, i tak szybko zraszał obiektyw, że nie było mowy na uzyskanie dobrego ujęcia. Na krótkich czasach nie było aż takich problemów, jeśli działało się szybko i zdecydowanie, ponieważ zbyt długie kadrowanie i przymierzanie się do pstryknięcia powodowało zamoczenie obiektywu. Tak więc pozostawało odsunięcie się na bezpieczną odległość, poza zasięg rażenia pyłu wodnego. Ale wtedy pojawiało się wiele elementów, które wchodziły w kadr i psuły efekt całości. Trzeba było się nieźle nagimnastykować, aby uzyskać dobre zdjęcie lub iść na jakieś kompromisy. Podsumowując, prawdopodobnie chyba być może na pewno, sam wodospad lepiej odwiedzić latem.

Wycieczka do wodospadu Alara

Teren wodospadu jest ogrodzony, a na bramie wejściowej powiewa obowiązkowo flaga Turcji. Można tutaj przenocować w którymś z domków kempingowych i/lub posilić się. W tych pięknych okolicznościach przyrody planowałem abyśmy zjedli obiad. Ale widząc, że nieprzebrany tłum oblegających turystów, pomimo tego, że piękne panują tutaj nastroje, to nas dwoje, więc zrezygnowaliśmy (nie wiadomo jakiej świeżości mogło być jedzenie) i wypiliśmy jedynie po nieśmiertelnej herbatce (po 1 euro za tulipanik). Byliśmy tam jedynie godzinę, a wydawało się, że to minęła zaledwie chwila. Oj wielka szkoda było opuszczać to miejsce, ale musieliśmy jeszcze jakość wrócić do hotelu.

Wycieczka do wodospadu Alara

13:00

W znanej nam już herbaciarni-sklepiku kupiliśmy wielką bułę, która zastąpiła nam obiad. Na szczęście jeść nam się nie chciało, ale czekało nas jeszcze kilka godzin jazdy przez góry. Zapytaliśmy miejscowych o drogę do Alanyi. Okazało się, że w którąkolwiek stronę pojedziemy, wstecz lub do przodu, trafimy tam. Wracać nam się do Gündoğmuş nie chciało, więc wybraliśmy jazdę przed siebie, do przodu.

Wycieczka do wodospadu Alara

I to był wielki błąd! Nikomu nie polecam tego odcinka trasy przez Köprülü. No chyba, że jedzie z teściową. A i to nie z każdą. Owszem pierwsze kilometry były jak do tej pory, wąskie, kręte i strome. A potem było już tylko gorzej i gorzej. Pierwszym tego symptomem było stado czarnych kraczących ptaków, które właśnie zawracało. Kolejnym deszcz i przez moment nawet grad. W trakcie gdzieś wcięło asfalt i było coraz więcej dziur, kolein, kałuż. Trzeba przy tym pamiętać, że po prawej mieliśmy przeważnie przepaść a po lewej ścianę skał lub zbocza porośnięte lasem. Zapewne tędy jeździły samochody, ale terenowe, z napędem na cztery koła i do wyrębów drzewa, którego coraz więcej leżało ściętego przy drodze i czekało na zabranie.

Mogliśmy zawrócić. Teoretycznie. Bowiem praktycznie niewiele było takich miejsc, gdzie można to było zrobić bezpiecznie. A i tak byłoby do wykonania 17 manewrów i modlitwa, aby gdzieś nie wpaść lub się nie zawiesić samochodem. Pozostawała jedynie powolna jazda naprzód. Wiele było po drodze urokliwych miejsc, ale nie wiele utrwaliłem. Priorytetem stał się dojazd do jakiejś cywilizacji. Zresztą, jak wspomniałem wcześniej, pogoda już nas nie rozpieszczała. A po trasie na odcinku wielu kilometrów żywego ducha nie uświadczyliśmy.

Kiedy byliśmy w głębokiej rozterce, zobaczyliśmy gdzieś tam w oddali i w dolinie jakąś wioskę. To dodało nam otuchy. I chęci. Niedługo potem droga stała się jakby twardsza, a po pewnym czasie zaczął pojawiać się na niej asfalt. I wreszcie po długiej jeździe, może tylko ze 20 km, ale około godziny to trwało, pierwsze skrzyżowanie. Jechać dalej zboczem, czy zjechać w dół w stronę wioski? Na nasze szczęście jakaś starowinka szła i spytaliśmy się o miasto Alanya.

Kolejne kręte kilometry wzdłuż zbocza góry, ale przynajmniej utwardzone. I tak mijały nam jakieś wioski i pojedyncze chaty. Widzieliśmy, że nawet w takiej głuszy jak ta dzieci były ubrane w mundurki szkolne. Na skraju jakiejś wioski był nowy placyk zabaw dla dzieci. Nie skorzystaliśmy. Ogólnie na trasie było dość pusto, mało ludzi.

I kolejne skrzyżowanie – dylemat. Generalnie wybieraliśmy drogi jakby większe i częściej używane, na ogół w lewo. A tutaj wyglądało inaczej. Skręciłem w prawo, w dół. Po drodze spytaliśmy jakiegoś pasterza o drogę. Niby potwierdził. Ale po pewnym czasie patrzę a jedziemy pod prąd rzeki Alary. Coś tu nie tak? Zawróciłem, bo było tu sporo miejsca, i zatrzymałem się. Akurat nadjeżdżał motocyklista, więc poprosiliśmy go o pomoc. To był taksówkarz z Alanyi, wyjaśnił nam szczegółowo jak mamy jechać. Co prawda jego poczucie odległości nijak się miało do rzeczywistości, ale przynajmniej kierunek był dobry. Można by rzecz, że jedynie słuszny.

Potem już w domu, jak sprawdziłem naszą trasę, to tędy byśmy jechali z Gündoğmuş w kierunku Alanyi. Kilometrowo nie zrobiliśmy aż tak dużo więcej, ale czasowo zdecydowanie. Tak to jest, gdy się przygotowuje do wyjazdu rok wcześniej, a potem się tego nie przypomina sobie. Zapomniałem zbyt dużo niuansów i to się zemściło, a aż tak dokładnych map tych terenów nie miałem.

16:00

Kiedy dojechaliśmy do miasta Güzelbağ, odczuliśmy to tak, jakbyśmy już byli w domu (czytaj: w hotelu). Wszak do morza zostało nam już tylko 26 km. I to z górki. Szosa dalej wiła się, ale była szeroka i gładka. To była prawdziwa rozkosz po tym, co przejechaliśmy wcześniej. I w dodatku rozpogodziło się. Zaczęło się do nas uśmiechać słońce. Gdzieś po drodze, chyba nad Kargi Çayi, zobaczyłem napis Şelale. Niestety, z góry nic nie było widać, należało zejść na dół, i to dość sporo, a szkoda nam było czasu (czytaj: cierpliwość żony już dawno się wyczerpała), więc nie wiem, czy warty zobaczenia. Powrót do nadmorskiej dwupasmówki, czyli drogi nr 400, uznaliśmy za spełnienie kolejnych marzeń. Jak to człowiekowi czasami niewiele do szczęścia potrzeba.

W Konakli, po lewej stronie jadąc do Antalyi, a więc od strony morza, jest delfinarium, gdzie oprócz pokazów można popływać z delfinami. Oczywiście za odpowiednią opłatą. I to niemałą. Ogólnie warto zobaczyć pokaz, zwłaszcza jak ktoś wcale nie widział czegoś takiego.

Pokaz delfinów w Sealanya

17:30

Alarahan (51 km od Güzelbağ) było po trasie, tylko drobny skok w bok, więc grzechem było nie zajechać. Tam w końcu odetchnęliśmy zwiedzając sobie karawanseraj z 1231 r. i dając się w manewrować w zrobienie zdjęć w przebraniach (po 2 euro od osoby). No trudno. Przynajmniej wyszły ładnie. I my na nich. Szczęśliwi po przeżyciach z jazdy po górach, jakiej jeszcze nie doświadczyliśmy. Oprócz karawanseraju jest tam jeszcze twierdza, z potrójnym pierścieniem murów, wzniesiona na wysokiej górze. Ją podziwialiśmy jedynie z dachu karawanseraju, w którym odbywają się Tureckie Noce, czyli folklor dla turystów.

Zostało nam do przejechania tylko 90 km, ale to pryszcz w porównaniu z tym, co przejechaliśmy po górach. Ogółem przejechaliśmy około 330 km, ale to było tak jakbyśmy pokonali przynajmniej drugie tyle. Cała ta nasza wycieczka trwała trochę ponad 12 godzin. Hotelowa kolacja tego dnia smakowała nam wyjątkowo. Nie to, żeby wcześniej były niedobre. Tylko tak jakoś tego dnia wyszło.

I to już koniec

Podsumowanie

Nie jest to bynajmniej suchy przewodnik, tylko nadzwyczaj subiektywny opis wycieczki odbytej samochodem. Ogólnie polecam taki wyjazd każdemu, dla kogo szczytem udanych wakacji nie jest opalenizna na każdym skrawku ciała, i każdemu, kto się odważy przekroczyć samemu granicę hotelu, a nie za pośrednictwem autokaru, no i przede wszystkim każdemu, kto jest spragniony zobaczenia interesujących miejsc.

Miałem bardzo ambitne plany na ten dzień. I prawie wszystko wzięło w łeb, bo nie uwzględniłem poprawki na góry. Chciałem jeszcze pojechać za miasto Alanya. I tam przejść się kanionem Sapadere, potem podjechać nad rzekę Dim Çayi, aby zjeść rybę na (w) pływającej restauracji, zobaczyć zaporę na rzece i zwiedzić pobliską jaskinię. No cóż, nie tym razem. I raczej nie w tym roku.

Na szczególną uwagę zasługuje życzliwość ludzi, których spotkaliśmy w górach. Tam nie są zmanierowani turystami, po prostu normalni, dobrzy ludzie, chętni do pomocy. Można wysnuć wniosek, że życzliwość jest tym większa, im dalej od centrów turystycznych się znajdujemy.

Podawane godziny są jedynie orientacyjnie, wzięte z metadanych wykonanych zdjęć, ponieważ staram się robić w formacie RAW, a dopiero potem konwertuję do formatu JPG. Postoje robiliśmy w różnych miejscach i różnej długości, więc to także nie oddaje czasu normalnej jazdy, jak ktoś chciałby się sugerować. W każdym razie jest to wyprawa praktycznie całodniowa.

Niestety nie jest to opis jaki chciałbym przedstawić, a jedynie taki, jaki muszę zaprezentować z uwagi na 153 różne inne sprawy, które mnie absorbują i nie pozwalają skupić na tej jednej. Zapewne lepiej także byłoby, abym zużyte bajty wykorzystał w inny sposób, ale cóż nie każdemu się musi podobać. Można z tego opisu wyłuskać tylko to, co istotne i wykorzystać w sobie tylko właściwy sposób. Jeśli znajdzie się choć jedna osoba, która pojedzie do tego wodospadu, będzie mi niezmiernie miło. Powodzenia!

Odpowiedzi

z Twojej relacji uczynię sobie wyciąg...

być może a raczej na pewno wykorzystam fragmenty podczas kolejnej samodzielnej objazdówki...

znakomita proporcja opisu i fotek...

ok ! fajny opis i zdjęcia z odpowiednim dystansem do 'tematu' a co dla mnie najważniejsze, pozbawiony "misyjności" i "najfajnieszości" tak często przebijających się w niektórych opisach na TYM TU jednym z moich ulubionych portali o Turcji pzdr. rob.

Brawo - za opis. I zazdroszczę - bo ja mojej rodziny żadnymia rgumentami nei wyciągnę z basenu i nie namówię na taką wycieczkę :( Ale miło sie czytało twój opis, poczułam sie jakbym trochę tem była :)