W Kurdystanie na wulkanie urządzili grzybobranie, czyli trzy tygodnie między Kurą a Batmanem

Termin
Rozpoczęcie: 
24/06/2010
Zakończenie: 
24/07/2010
Podróżnik: 
Iudex
Organizator: 
brak

Co roku ,zwykle na przełomie czerwca i lipca  uaktywnia się nam tryb "koczownik". Pakujemy wtedy nasz hotel na kółkach  i ruszamy wraz ze znajomymi powłóczyć się po świecie..

            Turcja już kilka razy była celem naszych wypraw, w 2010 r. chytry plan przewidywał oprócz ojczyzny Ataturka jeszcze Gruzję i Armenię  ( tak naprawdę to Gruzja i Armenia były głównym celem tego wyjazdu , ale na użytek TWS trzymajmy się tej pierwszej wersji :)) .

 

Pół roku przed wyjazdem zacząłem planowanie trasy do Erewania. W półfinale odpadł wariant z przeprawą promową przez Morze Czarne (prawdopodobieństwo załapania się na pokład za pierwszym podejściem bliskie zeru , a prom kursował raz w tygodniu ) .Pozostało więc rozważyć warianty lądowe .Zocha ( tak dzieci ochrzciły nawigację) sugerowała trasę przez Ukrainę . Przez Słowację ,Węgry Serbię  i Bułgarię było nieco dalej .Ostatecznie wybór padł na wariant serbsko -bułgarski.

Nauczeni doświadczeniem wcześniejszych wyjazdów staraliśmy się  tak zorganizować podróż aby uniknąć gigantycznej kolejki jaka tworzy się w weekendy na przejściu granicznym Horgoš – Reske między Węgrami a Serbią. Krytycznym terminem jest początek wakacji , kiedy na południe ruszają setki samochodów wypełnionych mieszkającymi na zachodzie Turkami.

Tym razem odprawa przebiegła sprawnie  i jeszcze przed północą udało się nam zalogować na parkingu stacji benzynowej około 20 kilometrów za granicą. Przerzut w okolice Sofii pochłonął nam następny dzień. Ten fragment podróży nie byłby wart wspominania ,gdyby nie atrakcje na przejściu granicznym Gradina – Kalotina. Ceremonia uroczystego przejazdu przez kałużę ( zwana szumnie dezynfekcją pojazdu ) po doświadczeniach z poprzednich lat  nie zrobiła na nas większego wrażenia, ale miejscowi celnicy zadbali  o inne atrakcje. Do dziś z rozrzewnieniem wspominamy lokalny sport – Bieg z Pendrivem ,czyli oryginalny pomysł na obejście kosztów budowy sieci komputerowej na przejściu granicznym. Wjeżdżający do Bułgarii turysta otrzymywał na pierwszym punkcie kontrolnym pendrive z którym – ruchem konika szachowego -  przemieszczał się pomiędzy licznymi budynkami przejścia granicznego, oddając go w jednym okienku i odbierając w drugim. Kolejną dyscypliną sportu  przewidzianą na ten dzień był slalom gigant na północnej obwodnicy Sofii( przy czym gigant odnosiło się do rozmiaru dziur w jezdni ) .

Po tych doświadczeniach wjazd do Turcji przez olbrzymi terminal na przejściu Kapitan Andrejewo – Kapikule nie zrobił na nikim wrażenia .Nocleg na ten dzień zaplanowany był na plaży w Kıyıköy, aby połączyć przyjemne z pożytecznym. Po trzech dniach podróży należał się nam mały reset. Z relacji znajomych wiedzieliśmy , że jest tam zacisznie ,a zejście dowody jest dogodne. Niestety ,nie dogadaliśmy się , którą z licznych plaż mieli na myśli .Kiedy wieczorowa porą doturlaliśmy się pod miejskie mury okazało się , że , owszem zejście do wody jest , ale o zacisznym miejscu do spania trudno mówić. Temperatura wody do dłuższej kąpieli nie zachęcała , więc po symbolicznym zamoczeniu się w Morzu Czarnym wynieśliśmy się w poszukiwaniu noclegu w głąb lądu.Kiyikoy

           Kiyikoy Następnego dnia rano dopadły nas dylematy moralne – jechać dalej , czy szukać miejscowej atrakcji – ruin  monastyru św Mikołaja . Od dawna wiadomo ,ze na głodnego źle się myśli , a doświadczenie uczy , że solidna porcja kulachy * rozjaśnia umysł.( * dla niewtajemniczonych  kulacha , to mieszanka wołowiny w sosie własnym , kaszy gryczanej i przygodnie spotkanych wypełniaczy jakie oferuje lokalny rynek – papryki, cebuli  , etc. etc. ) .Zgodnie z oczekiwaniami olśnienie przyszło jeszcze zanim dotarliśmy do połowy śniadania  .Oświeciło  nas , że jest niedziela rano – jedyna okazja ,aby przeprawić się przez Stambuł w miarę bezboleśnie . W pośpiechu zatarliśmy ślady naszego noclegu i wyruszyliśmy w drogę .

            Przeprawa przez Stambuł , zgodnie z oczekiwaniami , poszła łatwo. Tak pustej obwodnicy jeszcze nigdy nie widzieliśmy.Kolejny dzień jazdy zajęło nam dotarcie do Amasii.

 

            Amasya została szczegółowo opisana przez Miłosciwie Nam Panującą Izę tutaj: http://turcjawsandalach.pl/content/amasya ,więc nie ma co drzewa do lasu nosić  i  dublować informacji . Dla podróżujących samochodem przydatne będzie nasze odkrycie , że o parking najłatwiej na placu obok Büyük Ağa  Medresesi  (40.658426,35.835259 )- zjazd zaraz za mostem w prawo .Aby dotrzeć stamtąd do głównej atrakcji Amasyi –grobowców królów  Pontu , trzeba pokonać piechotą około pół kilometra .

Grobowce królów  Pontu

My na parking wracaliśmy drogą nieco okrężną  zahaczając o Sultan Beyazıt II Camii  po drugiej stronie rzeki .Meczet  Na ten dzień w planach była jeszcze jaskinia Ballica , więc po obejrzeniu meczetu i przetestowaniu miejscowej jadłodajni wykonaliśmy tzw. odwrót na z góry upatrzone pozycje i około godziny 16. Zalogowaliśmy się na parkingu koło jaskini. Bilety zanabyliśmy tuż przed zamknięciem kasy i brama do podziemi stanęła dla nas otworem . Jako że byliśmy tam przed sezonem , nikt nami nie interesował się , cała jaskinia była do naszej dyspozycji .Przełożyło się to oczywiście na ilość zdjęć zapełniających karty naszych aparatów.JaskiniaJaskinia JaskiniaJaskiniaPodziemny swiat tak zafascynował nas swoją urodą , że chyba mocno nadużyliśmy cierpliwości pilnującego wejścia starszego pana .Kiedy wreszcie wypełzliśmy na powierzchnię  pośpiesznie zamknął bramkę i odjechał .

Na parkingu zostaliśmy sami ,miejsce wydawało się zaciszne, więc po naradzie Rada Starszych zadecydowała ,że zostajemy tu na nocleg.

W nocy dogonił nas deszcz , przed którym uciekaliśmy z Polski. Deszczowa pogoda towarzyszyła nam cały następny dzień , tak ,że z przejazdu przez Góry Pontyjskie wspomnienia mamy dość mgliste ( w dosłownym tego słowa znaczeniu ) .Zanim tam dotarliśmy , zjeżdżając z parkingu pod jaskinią do miejscowości Pazar zatrzymaliśmy się na chwilę przy Mahperi Hatun Kervansarayi –seldżuckim karawanseraju .KarawansreajUlewa skutecznie nas demotywowała , więc po pośpiesznym obfotografowaniu zabytku ruszyliśmy dalej.

            Po południu zjechaliśmy na nadmorską drogę szybkiego ruchu, która doprowadziła nas do kolejnego punktu programu – Trabzonu, a w zasadzie położonego na południe od niego monastyru Sumela . Zajęci połykaniem kilometrów nie zwróciliśmy uwagi na zapadający zmierzch .Jak zwykle w takich przypadkach skończyło się to poszukiwaniem noclegu do światła latarek.

Oczywiście , jak mawiali starożytni Rosjanie , nie ma złego ,co by na dobre nie wyszło. Zanim znaleźliśmy jakąś przydrożną polankę na którą dało się wjechać bez urwania zawieszenia , to prawie dotarliśmy do bramy Parku Narodowego Altındere.

Rano , jak łatwo się domyślić , pierwszą rzeczą jaką spotkaliśmy na drodze był szlaban ze znajomo brzmiącym napisem haracz ( tak to sobie przetłumaczyliśmy ) .Pilnujący go cieć nie wyglądał na mafioza ,ale haracz zapłaciliśmy . Bonusem za wczesny przyjazd była możliwość zajęcia strategicznych miejsc na położonym najbliżej monastyru parkingu .Wąska i kręta droga doprowadziła nas do placu z którego do bramy wiszącego na skale klasztoru jest jeszcze 30 minut spaceru .TurcjaKlasztor

Klasztor szczegółowo opisany jest tu : http://turcjawsandalach.pl/content/klasztor-sumela , więc tradycyjnie odpuszczę sobie powtórkę . Dodam tylko, że zabytek robi niesamowite wrażenie , nie tylko ze względu na lokalizację , ale również z uwagi na niezwykłą szatę ikonograficzną cerkwi w grocie  i jej otoczenia .

Klasztor

 

KlasztorKlasztorKlasztor Od klasztoru Sumela do przejścia granicznego z Turcji do Gruzji ( Sarp/Sarpi ) jest blisko ( co wcale nie znaczy ,że do ojczyzny kierowcy czołgu Rudy 102 można się dostać szybko ) .Przejście Sarp to typowy przykład prywatnej firmy pograniczników i celników tureckich .Aby przedsiębiorstwo funkcjonowało sprawnie i przynosiło dochód niezbędny jest tłum ,najlepiej , jeżeli tłum złożony jest z handlarzy i przemytników .Recepta na tłum jest prosta – zamykamy granicę i czekamy aż pod szlaban podjedzie kilka autobusów ,potem wyganiamy pasażerów na parking przed terminalem i każemy im iść z tobołami do odprawy . Następnie w kłębowisko przemytników wpuszczamy niewielką dawkę  pasażerów samochodów osobowych i uruchamiamy tylko jedno okienko do odprawy . Kiedy stojąca w pełnym słońcu kolejka skruszeje do dzieła przystępują pośrednicy , którzy za drobną opłatą  oferują przyśpieszenie odprawy . Dziwnym trafem pośrednicy okazują się kolekcjonerami portretów Benjamina  Franklina, a pomoc w odprawie polega na zebraniu paszportów z „wkładką” i podaniu ich tylnymi drzwiami pogranicznikowi do ostemplowania.

 

Jako że łapownictwem się brzydzimy , postanowiliśmy wziąć pohańców na przetrzymanie ( przed nami jeszcze ponad trzy tygodnie wakacji , więc może jakoś do tej Gruzji wjedziemy ) .Dyskretnie wmieszaliśmy się w grupę Ormianek formujących zwarty szyk przed szturmem na punkt odpraw. Najmłodszy ( ośmioletni ) uczestnik wyprawy zaczął powywać sobie z cicha ( biorąc pod uwagę upał i nudę w kolejce do okienka to nic dziwnego ) .Nauczeni doświadczeniem z kolejek z czasów PRLu pacyfikowaliśmy go z umiarkowanym entuzjazmem . Ostatecznie generowane przez Juniora dźwięki zmiękczyły kolejkę i zostaliśmy wepchnięci  przed oblicze dyrektora Pieczątki ,który w łaskawości swej zamaszyście przystawił dziewięć stempli na naszych paszportach .Do pełni szczęścia brakowało nam jeszcze tylko około stu metrów. Zapakowaliśmy się do samochodów i wbiliśmy się do kolejki w stronę szlabanu z napisem Sakartvelo. Następną godzinę zajęło nam  mozolne podjeżdżanie po kilkanaście centymetrów i pilnowanie aby nikt nie wślizną się przed nas .Kiedy dojechaliśmy do szlabanu i wydawało się nam , że raj już blisko spotkała nas przykra niespodzianka – Z tej radości , że udało się odprawić pasażerów  zapomniałem o odprawie auta .Bez kolejnej pieczęci w paszporcie z Turcji nas nie wypuszczą .Za nami tłoczyło się około setki samochodów stojących zderzak w zderzak. Cofnąć nie ma jak ,a do przodu nie puszcz terenówką z „ ogonem „ w miejscu nie zakręci .Ostatecznie skończyło się na odpięciu przyczepy i wymanewrowaniu osobno samochodami , osobno przyczepą. Uzyskanie adnotacji w paszporcie potwierdzającej , że wywozimy ten sam samochód którym wjechaliśmy zajęło kilka minut. Na wszelki wypadek przed ponowną próbą wbicia się do kolejki podszedłem do strażnika aby upewnić się czy ilość i rodzaj pieczątek w paszporcie jest odpowiedni.. okazało się to strzałem w dziesiątkę . Dyrektor Szlabanu poczuł się dowartościowany i własną piersią zablokował wjazd wszystkim chętnym  i utorował nam drogę wygrażając co bardziej niecierpliwym tzw. gumowym przedłużeniem kodeksu karnego .

 

 W tym miejscu pora wygłosić kilka światłych wskazówek ;))  dla jadących do Gruzji przez Turcję :

§  Przejście Sarp/Sarpi wygodniej przekraczać w chłodniejszej porze dnia , a jeśli musisz to robić w południe zadbaj o zapas wody do picia .

§  „pośrednicy „ pomagają tylko przejść odprawę paszportową , dalej  i tak jest „wolna amerykanka „ .Wygodniej , uczciwiej i taniej jest w razie kolejki do odprawy paszportowej puścić przodem kierowcę aby odprawił siebie i samochód i zajął miejsce w kolejce do szlabanu.

§  Odprawa samochodu odbywa się w zupełnie innym miejscu niż odprawa ludzi ( tak jest wszędzie )

§  Jeśli nie przeraża cię kilkukilometrowy odcinek drogi  praktycznie bez nawierzchni ( stan na rok 2010) ,to rozważ podróż przez przejście   Turkgozu (Posof)-Vale (41.587242,42.818192 )

 

Wracając do relacji :

Przeprawa przez granicę turecką umęczyła nas srodze ,za to Gruzini odprawili nas błyskawicznie .Nie zmieniło to faktu , że  zrobiło się już późno. W brzuchu pusto , w baku sucho ( wożenie tureckiego paliwa do Gruzji to ekonomiczne samobójstwo ) a tubylcy raczej w nastroju do życia towarzyskiego niż do handlu. Na oparach paliwa udało się nam dojechać do jakiejś stacji benzynowej  , zbudzić pompiarza i zatankować do pełna płacąc kartą kredytową .

Kolejny raz w tej podróży przyszło nam szukać miejsca do spania  po ciemku. Mimo iż drastycznie zaniżyliśmy swoje wymagania co do lokalizacji  dopiero jakieś 15 km za Batumi wytropiliśmy łączkę koło linii kolejowej.

Dopiero następnego dnia rano okazało się , że jakieś 100 metrów dalej , po drugiej stronie torów jest mała kamienista plaża na którą bezproblemowo można zjechać  ( to tu : 41.7724,41.755899 ) .

Jak mawiał poeta :” tu mi ciepło , tu mi dobrze , tu się będę rozmnażał” .Z tym rozmnażaniem to może nie przesadzajmy , ale ciepło i dobrze było wszystkim.plaża Plaża Batumi

 

Załoga donośnym głosem domagała się dnia kondycyjnego , więc zapadła decyzja : d o południa moczymy swoje powłoki doczesne w Morzu Czarnym , a potem jedziemy szukać ogrodu botanicznego w Batumi.

Dalej wszystko przebiegało zgodnie z przerabianym od wielu lat schematem :
Rudowłosi i Bladoskórzy członkowie wyprawy , mimo obfitego namaszczenia kremem z filtrem UV 50 zaczęli zdradzać pierwsze objawy poparzenia słonecznego już po pierwszej godzinie ekspozycji na gruzińskie słońce  i zrejterowali w cień sosen .Pozostali światło i wodoodporni moczyli się do obiadu. Kuchnia wydała posiłki i popołudniowa porą ruszyliśmy na poszukiwania sławetnego ogrodu botanicznego . Dojazd do tej zacnej i wiekowej placówki był oczywiście starannie utajniony. Strzałka , nota bene rozmiarów nieco większych niż znaczek pocztowy , widoczna była tylko dla jadących od strony Batumi, jadący od północy zdani byli wyłącznie na własną pomysłowość . Teraz już wiem ,że w miejscu gdzie droga E-70 ( S-2)  odchodzi na południe od linii brzegowej i torów należy zjechać z niej  na drogę lokalną (41.686133,41.703082 ) stanowiącą objazd tuneli .Należy pilnować aby nie zboczyć po zjeździe w lewo ( o ile dobrze pamiętam pod wiadukt ) , tylko jechać prosto , aż droga wyprowadzi nas na górę za którą znajdę parking przed bramą ogrodu. Jadący od północy mogą próbować wstrzelić się w drugi koniec tej drogi ( tutaj :  41.70202,41.733798) , określanej jako „Chakvi-Makhinjauri tunnel Bypass „  i wejść do ogrodu bramą zachodnią .

Ogród Botaniczny zajmuje 111 hektarów Zielonego Przylądka ( Mtsvane Kontskhi ) i podzielony jest na dziewięć części eksponujących rośliny pochodzące z Azji wschodniej , Nowej Zelandii , Meksyku , Himalajów, Ameryki Południowej , Australii regionu Morza Śródziemnego Kaukazu i wilgotnej strefy subtropikalnej.

BananowiecOgród BotanicznySekwoja

 

 

Penetracja najciekawszych miejsc ogrodu zajęła nam kilka godzin, karty pamięci w aparatach puchły od setek zdjęć ,a nogi zaczęły nam wchodzić do….  miejsca gdzie plecy tracą swą szlachetną nazwę.

Kiedy dotarliśmy do końca szlaku  okazało się ,że projektant ogrodu był podstępny i upie@#&*wy – zaplanował trasę tak , że trzeba wrócić się kilka kilometrów po własnych śladach .Kilkoro z nas obraziło słownie jego matkę , tudzież dalszych żeńskich przodków i powlekliśmy się w drogę powrotną.

Jeżeli nie jesteście maniakami botaniki , to bez żalu możecie zawrócić w miejscu ,gdzie za oczkami wodnymi droga zaczyna opadać w kierunku południowo – wschodnim odchodząc od morza a zaoszczędzony w ten sposób czas poświęcić na kontemplowanie widoków z najwyżej położonej części klifu .

 

Zielony PrzylądekZielony Przylądek

 

Do najciekawszej części ogrodu szybciej dojdziemy wchodząc przez bramę od strony południowej .

Marsze p-o ogrodzie botanicznym zajęły nam tyle czasu , ze odpuściliśmy sobie zwiedzanie Batumi i wróciliśmy na naszą plażę .

Kolejnym punktem programu była zapora Inguri .Położona obok miejscowości Jvari , druga co do wysokości betonowa zapora na świecie .(w rankingu zapór bez względu na materiał użyty do budowy zajmuje trzecie miejsce ) .Licząca 272 metry wysokości budowla powstała w latach 1961 - 1987 .Już roku 1999 była remontowana ze względu na fatalny stan techniczny.W elektrowni wodnej zainstalowane jest 20 turbin o mocy 60 MW każda .Rocznie produkowane jest tu 3.8 billiona kW/h energii elektrycznej .

Aby dotrzeć do zapory trzeba pokonać niezbyt pasjonującą drogę z Batumi do Zugdidi , a następnie udać się w kierunku miejscowości Jvari .Za Jvari stajemy przed dylematem:  droga rozchodzi się w dwie strony .Wybieramy wariant wschodni i wyjeżdżamy na wzgórza . Z  kilku punktów tama jest widoczna , ale panoramy nas nie satysfakcjonują.

 

 

Zapora

 Wracamy do punktu wyjścia i wybieramy drogę zachodnim brzegiem rzeki. Tym razem jest lepiej. Przejeżdżamy przez osiedle obskurnych bloków i docieramy do dróżki wiodącej do podnóża zapory  - i tu niestety –zonk. Droga zagrodzona bramą  pilnowaną przez dwóch emerytów.  Z wyglądu sądząc , na swoje emerytury zapracowali ciężką służbą w  oddziałach Specnazu . Od bramy niewiele widać , więc wysyłamy na  pożarcie piękniejszą część wyprawy , by powołując się na polsko-gruzińską przyjaźń wynegocjowały wejście . Panowie okazują się bardzo mili i godzą się nas wpuścić , przestrzegają jednak aby nie wychodzić za zakręt , bo właśnie odbywa się zrzut wody i u podnóża zapory jest niebezpiecznie .

Zapora

Posłusznie dostosowujemy się do zaleceń , zwłaszcza ,że w miejscu do którego pozwolono nam dotrzeć czuć huraganowy podmuch niosący od zapory rozbitą na drobne kropelki wodę.

Po krótkiej kontemplacji ogromu zapory ( najwyższa zapora w Polsce ma zaledwie 82 m , a ta 272m wysokości )demotywujemy się informacjami , że do niedawna konstrukcja  groziła zawaleniem i roztrząsając co by to było gdyby ….ewakuujemy się do samochodów.

 

Zapora 

Przed nami przeskok do Kutaisi

 

W praktycznie cała trasa z Inguri do Kutaisi biegnie po mało ciekawym obszarze Niziny Kolhidzkiej ( w zasadzie jedyny w miarę płaski kawałek Gruzji )Słuszniejszych rozmiarów wzgórza zaczynająsie koło Kutaisi. Będąca celem tego etapu katedra Bagrati widoczna jest z daleka , ale jak zwykle w tym pięknym kraju trzeba się trochę pogimnastykować , żeby tam dotrzeć. Kiedy już się to udaje , okazuje się , ze o miejsce parkingowe na łączce musimy konkurować z miejscową wołowiną.

Zwiedzanie wybudowanej w 1003 r, i zrujnowanej przez Turków w 1691 r. świątyni zajęło nam mniej czasu niż początkowo planowaliśmy. Okazało się , że dla zwiedzających dostępna jest tylko mała kaplica, reszta budynku szczelnie obstawiona jest rusztowaniami.

Kutaisi

Na nocleg zaszyliśmy się w nieczynnym kamieniołomie na obrzeżach miasta .Kutaisi

 

Kiedy stawialiśmy obóz zauważyliśmy tubylca, który na nasz widok sięgnął po telefon  i długo z kimś konferował. Nie minęło kilkanaście minut i koło naszego obozowiska zatrzymała się terenowa Toyota w barwach policji. Dwóch miłych panów przepytało nas o szczegóły naszej wyprawy, po czym życząc nam dobrej nocy  i zapewniając o tym ,że będą czuwać nad naszym bezpieczeństwem oddalili się w sobie tylko wiadomym kierunku.

Następny w kolejce do zwiedzania był monastyr Gelati. Przez cały wieczór żyliśmy w przekonaniu ,że to ten klasztor ,który widać po drugiej stronie drogi .KutaisiDziwiło nas trochę ,że jakiś taki niepozorny jak na obiekt z listy UNESCO ,ale postanowiliśmy ,że nasze wątpliwości rozwiewać będziemy rankiem.

Rano , po bliższych oględzinach ,okazało się , że nasz monastyr zupełnie nie pasuje do rysopisu. Tubylcy wyjaśnili nam , że Gelati znajduje się na sąsiedniej górce , ale ,żeby tam dojechać należy wrócić się do centrum i wybrać inną drogę ,bo w okolicy nigdzie nie ma mostu.Za drugim podejściem udało się nam trafić .Kompleks klasztorny robi wrażenie swoimi rozmiarami  i świetnością dekoracji mimo wyraźnych śladów zniszczeń i wieloletniego zaniedbania .KutaisiKutaisi

Jeszcze tylko seria zdjęć z miejscowym chórem i możemy ruszać na spotkanie tytułowej Kury.

Kura ( Mtkwari ), to oczywiście rzeka płynąca przez Bordżomi i Gori – następne miasta na naszej trasie.

 

Wypad do Bordżomi okazuje się nieporozumieniem .Sam kurort jest zapyziały i zupełnie pozbawiony uroku .Wierzymy na słowo autorom przewodników ,którzy zachwalają uroki okolicznych gór  i czym prędzej ewakuujemy się do Gori.

W Gori kolejna wtopa. Zachwalana w przewodnikach twierdza ( Gori Ciche) , mimo iż z daleka wygląda dość ciekawie ,z bliska okazuje się porośniętą trawą kupą kamieni.

Z pewną taką nieśmiałością wyruszamy w drogę do kolejnej polecanej w przewodniku atrakcji –położonego na wzgórzu za miastem kościoła Gori Dżwari .

Kościół jest z daleka znakomicie widoczny , ale pierwsza próba dotarcia do niego kończy się niepowodzeniem.Gori Wysłani  przodem zwiadowcy biorą języka ( bardzo rozmownego ,acz nieco zamroczonego ) ,który uświadamia nas ,że jedyna droga do naszego celu wiedzie przez most będący przedłużeniem Alei Stalina. Za mostem należy jechać przez wiadukt z którego zjeżdżamy w prawo tak aby dostać się na drogę biegnącą wzdłuż linii kolejowej i rzeki na zachód. W końcu docieramy do położonego na samotnym wzgórzu osiedla z którego wychodzi droga prowadząca do kościoła.

Jeden z mieszkańców osiedla widząc nas przymierzających się do wjazdu pod górę gwałtownie protestuje .Po krótkiej dyskusji okazuje się , że droga przejezdna jest tylko dla aut terenowych. Zostawiamy u niego na podwórku vana i przyczepę  i na dwa kursy wyjeżdżamy Land Cruiserem na górę .

Kościół Goridżwari ( dżwari po gruzińsku znaczy krzyż ) wybudowany został na samotnym wzgórzu dominującym nad miastem w XII wieku .Podobnie jak większość obiektów w okolicy zniszczony został podczas najazdu tureckiego. .W późniejszych wiekach był jeszcze kilka razy burzony i odbudowywany. W obecnej postaci istnieje od lat osiemdziesiątych XX wieku po zniszczeniach wywołanych trzęsieniem ziemi z 1920 r.

Nazwa kościoła wywodzi się od stojącego ongiś przed ołtarzem krzyża ufundowanego około roku 1440 przez króla Aleksandra. Krzyż pokryty jest piętnastoma srebrnymi plakietami przedstawiającymi sceny z życia św Grzegorza. Krzyż obecnie znajduje się w Muzeum Sztuki Gruzji .

Z racji swej burzliwej historii sam kościół nie jest w tej chwili perełką architektury. Największą atrakcją tego miejsca jest panorama Gori i zamykających horyzont gór Kaukazu .Na tarasie przed świątynią spędzamy czas do zachodu słońca.

Gori

Kolejny dzień zaczynamy od odszukania muzeum Stalina. Bez problemu znajdujemy park w którym stoi słynny domek i wykonane nad nim zadaszenie , które nieodparcie kojarzy się nam ze świątynią jakiegoś podejrzanego bóstwa .GoriEkspozycję w pałacu programowo ignorujemy .Jeszcze tylko pamiątkowe zdjęcie pomnika Słoneczka Narodów i tabliczki z napisem Aleja Stalina i można rozglądać się za kolejnymi atrakcjami.

W rozpisce jako kolejny cel figuruje kamienne miasto  Upliscyche . Niestety rozpiska nie wskazuje jak tam dojechać. Nasza mapa jest niewiele dokładniejsza od globusa , Google maps z tego regionu są w najgorszej rozdzielczości , a na mieście o tak wczesnej porze nie można uświadczyć żadnego potencjalnego informatora. W końcu  podśpiewując pod nosem stary przebój Dezertera „Spytaj policjanta „idziemy na komisariat. Przeczucia nas nie zawiodły. Okazuje się ,że miejscowi stróże porządku właśnie wybierają się na szkolenie w tamten rejon i chętnie nas popilotują.

Formujemy konwój i ruszamy za Ładą naszego przewodnika.Z miasta wyjeżdżamy tą samą trasą ,którą opisywałem jako dojazd do Goridżwari , z tą różnicą ,że za wiaduktem skręcamy na wschód – w kierunku Mcchety (Mtskhety).Około 5,5 kilometra od zjazdu z wiaduktu docieramy do odchodzącej na północ bocznej drogi (41.958932,44.163105 )i nią dojeżdżamy na miejsce .

Nie należy sugerować się tabliczką z nazwą miejscowości  Upliscyche .Nasz cel znajduje się dużo dalej – po drugiej stronie rzeki. Aby się tam dostać trzeba dojechać do mostu za miejscowością Kvakhvereli i po przejechaniu na drugi brzeg wrócić w stronę zachodnią około 1200m .Droga kończy się na parkingu przed kamiennym miastem.( obecnie na mapach Google trasa jest znakomicie widoczna ) . 

 

Kiedy dotarliśmy na miejsce  okazało się , że są problemy z zakupem biletów . .. Bynajmniej nie z powodu tłumów szturmujących kasę – byliśmy jedynymi chętnymi . Przyczyna tkwiła gdzieindziej, otóż kasjer miał zbyt małe stężenie krwi w alkoholu i z trudem radził sobie z wydaniem właściwych kartoników. Po kilku próbach wreszcie opanował tę trudną sztukę i mogliśmy legalnie wejść na teren miasta.

Pierwsze pomieszczenia wydrążono tu w skałach około V. wieku przed naszą erą .Teren zasiedlony był do późnego średniowiecza . Upadek miasta zapoczątkowały mongolskie najazdy z XIV wieku.

Upliscyche dzieli się na trzy części środkową , górną i dolną .Po mieście poruszamy się przeważnie po wykutych w kamieniu ścieżkach i schodach .

 

UpliscycheUpliscycheUpliscycheUpliscycheUpliscycheUpliscycheZwiedzającym towarzyszą dostępne w hurtowych ilościach jaszczurki.Upliscyche

 

Po dość gruntownym zwiedzeniu kamiennego miasta ruszyliśmy w kierunku Mcchety 

 

Naszym celem był Sveti Cchoveli –„ kościół życiodajnej kolumny” – jeden z najwspanialszych zabytków Gruzji. Pierwszy kościół wybudowano tu już w IV wieku, a miejsce  u zbiegu rzek Kury i Aragwi miała wybrać sama święta Nino- kobieta , która przyniosła do Gruzji chrześcijaństwo .

Katedra

Obecnie istniejąca świątynia powstała w latach 1010-1029 .Mccheta

 

Przez stulecia stanowiła miejsce koronacji i pochówków królów Gruzji. Do dziś swą siedzibę ma tu Katolikos Gruzji.

Sveti Cchoveli

 

Zupełnie niechcący wybraliśmy chyba najlepszy możliwy czas do zwiedzania tego miejsca  - sobotnie wczesne popołudnie. Dzięki temu byliśmy świadkami kilku ślubów i chrztów z całą ich barwną oprawą.

Kiedy przyglądaliśmy się jednej z ceremonii chrztu próbując dyskretnie zrobić jakieś zdjęcie dostrzegł nas celebrans i żwawo ruszył w naszą stronę. Wydawało się , że afera wisi na włosku , tymczasem on …porozstawiał uczestników obrzędu tak , aby nam nie zasłaniali .Dzięki jego pomocy mamy krótki fotoreportaż .

 

McchetaMcchetaMcchetaMccheta

 

W tym samym czasie nasze dzieci dołączyły się do zabawy zainicjowanej przez miejscowych :   Pewien mnich podlewał rabatki ,gdy  odłożonego na chwilę szlaucha porwał   jakiś dzieciak  i zaczął podlewać ..mnicha .Wkrótce zakonnik odzyskał władzę nad polewaczką i uchachany od ucha do ucha jął polewać wszystko co się w okolicy ruszało, ze szczególnym uwzględnieniem dzieciaków

 

 

McchetaMccheta

 

( ale współbraciom na balkonie też się oberwało ) .Czterdziestostopniowy upał i lekki wiaterek powodowały , ze uczestnicy tej zabawy wysychali błyskawicznie .

Przed nocą udało nam się jeszcze wyjechać na dominujące nad miastem wzgórze zabudowane monastyrem Dżwari.Mccheta Oprócz szacownego zabytku ( zbudowanego w latach 586-605 ) podziwialiśmy panoramę Mcchety.

McchetaMccheta

 

 

Na nocleg zatrzymaliśmy się u podnóża twierdzy Ananuri .

 

 Gruzińska Droga Wojenna

 

    

Żeby tam dotrzeć trzeba skorzystać z Gruzińskiej Drogi Wojennej – niezła nazwa jak na szlak prowadzący do rosyjskiej granicy .Skojarzenia są jak najbardziej prawidłowe. Droga wybudowana została za czasów caratu i była utrzymywana w całorocznej przejezdności , aby można było sprawnie pacyfikować wojowniczych górali kaukazkich .

Twierdza Ananuri ma dłuższą historię. Zbudowana została w strategicznym punkcie na przełomie XVI i XVII wieku przez książąt Aragwi. Dziś  droga ,której strzegła twierdza zalana została wodami sztucznego jeziora , anowa szosa -  wytwór radzieckich drogowców  - nie wydaje się być przesadnie trwała.

 

Gruzińska Droga Wojenna

Przy niskim stanie wody w jeziorze odsłaniają się resztki dawnej infrastruktury , a nad brzegiem można znaleźć całkiem przyzwoite miejsce do spania.

Gruzińska Droga Wojenna

Przy ładnej pogodzie ( a tylko wtedy jest sens tam jechać ) na Gruzińską Drogę Wojenną przeznaczyć trzeba minimum jeden dzień .Do przejechania jest zaledwie 140 kilometrów w jedną stronę , ale nie da się tamtędy jechać bez robienia „fotostopów”.

Sam podjazd pod Krestowyj Perewał ( Przełęcz Krzyżową 2379 m n.p.m. )  to konieczność zatrzymania się w co najmniej dwóch specjalnie do tego celu przystosowanych punktach widokowych.Gruzińska Droga Wojenna Gruzińska Droga WojennaSamej przełęczy i położonego na niej cmentarza niemieckich jeńców wojennych też nie da się przejechać bez zatrzymywania.

Gruzińska Droga Wojenna Gruzińska Droga Wojenna

 

Dalej jest już tylko gorzej .Na podróżnych czyha tam gruzińskie Pamukkale i opuszczone tunele  na starym przebiegu drogi.

Kto był w prawdziwym Pamukkale na pewno nie odmówi sobie powtórki z rozrywki . Co prawda temperatura wody jest o 30 stopni niższa i pierwszy z nią kontakt powoduje ścięcie białka i wytrzeszcz oczu , ale jak organizm upora się z szokiem termicznym , to pozostaje czysta przyjemność spacerowania na bosaka po wapiennych „ kalafiorach „ .

 

Gruzińska Droga WojennaGruzińska Droga WojennaGruzińska Droga Wojenna

 

Dodajmy, przyjemność niezakłócona obecnością dzikich tłumów przeganianych jak bydło z miejsca na miejsce przez uzbrojonych w ...... gwizdki strażników.

Do pamiętających czasy cara tuneli tiry się nie mieszczą , więc obecnie droga przebiega obok nich,  po usypanych z kamieni półkach .Miejscami jest dość wąsko , Gruzińska Droga Wojennaa mijanie się z rozpędzonymi tirami ( na wschód od Bosforu tiry inne niż rozpędzone w naturze nie występują ) jest dla kierowcy ciekawym wyzwaniem .

 

 

Gruzińska Droga Wojenna

Większość podróżujących tą  trasą zawraca w Stepantsminda ( dawne Kazbegi ), ale nas poniosło dalej – do Wąwozu Darialskiego . Za Kazbegi rzeka Terek wyżłobiła w skałach Kaukazu bardzo głęboki przełom. Jego dnem przebiega Gruzińska Droga Wojenna. U wylotu wąwozu znajduje się przejście graniczne z Rosją ,ale z uwagi na sympatię między oboma państwami z możliwością jego przekraczania bywa różnie .

 

Gruzińska Droga Wojenna

Droga biegnąca do przejścia poprowadzona jest po trzymających się wyłącznie na łasce Opatrzności estakadach i tunelem w stanie surowym. 

 

Gruzińska Droga WojennaBrak w nim oświetlenia , wentylacji i nawierzchni. Jedzie się po skalnym gruzie jaki pozostał po ekipie która tunel drążyła. Jadące w stronę granicy ciężarówki wzbijają tumany kurzu , który redukuje widoczność niemal do zera .

W drodze powrotnej zahaczyliśmy o  górę Gergeti , na szczycie której znajduje się kościół św. Trójcy (Cminda  Sameba  ). To kolejne miejsce , którego odwiedzenie dla podróżujących po Gruzji jest obowiązkowe. 
Wyświetl większą mapę

Dostać się tam można na dwa sposoby :

- pieszo ,stromą ścieżką wydeptaną przez setki lat przez pielgrzymów

- autem terenowym

Jak łatwo się domyślić wybraliśmy wariant drugi , mimo , że chytry Gruzin zapewniał nas ,że droga jest tak wąska iż zmieści się na niej jedynie jego Łada Niva ( którą,  oczywiście , za 10$ od łebka może nas podwieźć ) . Droga istotnie autostradą nie była , ale Ził pełen mnichów się na niej mieścił.

Gruzińska Droga Wojenna

Jeśli jest sucho to drogę jest w stanie przejechać każdy wysoko zawieszony SUV ,Gruzińska Droga Wojennapo mokrym, bez pełnowymiarowego napędu 4X4 ( z blokadą mechanizmów różnicowych ) nie ma co tam szukać.Gruzińska Droga Wojenna 

Nagrodą za wytrwałość są niezwykłe panoramy. Kościółek zawieszony jest w połowie wysokości  między miastem a szczytem Kazbegi .Gruzińska Droga Wojenna

W drodze powrotnej czekała nas przykra niespodzianka .Zmęczony podrożą wskaźnik poziomu paliwa oparł się o słupek z napisem „0” , a w pobliżu nie było ani jednej czynnej stacji benzynowej, co więcej stacji takiej nie było na całej długości Drogi .Kilka podejrzanie wyglądających dystrybutorów na poboczach oferowało tylko benzynę.  W ostatniej chwili udało się znaleźć stację ,której pracownik przyniósł z przydrożnej jaskini kilka litrów diesla w baniaku po oleju .

Gruzińska Droga Wojenna

Na noc zatrzymaliśmy się na wcześniej upatrzonym miejscu na wzgórzu nad Mcchetą , na którym stoi opisywany wcześniej monastyr Dżwari .

O tym ,że wybrane przez nas miejsce jest poligonem wojskowym przekonaliśmy się wkrótce po rozstawieniu obozowiska , kiedy nawiedziła nas gruzińska armia uzbrojona w ……wódkę i zakąskę.


Wyświetl większą mapę Dzielni wojacy zapewnili nas , że możemy tu pozostać , byle by nie wchodzić za sąsiedni pagórek  ,gdzie aktualnie odbywają się ćwiczenia .

Nasi goście – oficerowie rezerwy – stwierdzili ,że do siebie nie mają możliwości nas zaprosić , ale u nas zorganizują namiastkę gruzińskiej uczty. Jak powiedzieli , tak zrobili. Do późnej nocy biesiadowaliśmy  słuchając opowieści o Gruzji , Gruzinach i ucztach .

 

Rano poturlaliśmy się w stronę Tbilisi

 

Na stolicę Gruzji mogliśmy przeznaczyć tylko jeden dzień. Z konieczności należało dokonać wyboru atrakcji . Żelaznymi punktami programu były kościoły  Anczischati  i Sioni.

O Anczischati słyszałem wiele lat wcześniej zanim zacząłem planować wyjazd do Gruzji. Bazylika jest siedzibą wspaniałego chóru o tej samej nazwie , który podziwialiśmy w czasie festiwalu muzyki dawnej Pieśń Naszych Korzeni w Jarosławiu (http://www.festiwal.jaroslaw.pl/).Zewnętrzne mury świątyni pochodzą z VI wieku ,Tbilisi reszta z czasów odbudowy , która przeprowadzona została 1100 lat później .

Freski we wnętrzach mają około 400 lat.

Tbilisi

Katedra Sioni , aktualna siedziba katolikosa – zwierzchnika autokefalicznego kościoła

prawosławnego Gruzji , jest dużo młodsza niż Anczischati .Liczy sobie zaledwie tysiąc lat.

 

Tbilisi 

 

W świątyni przechowywana jest jedna z najcenniejszych dla Gruzinów relikwii – krzyż św. Nino. Wspominana już wcześniej Święta przemierzała w IV wieku tereny dzisiejszej Gruzji z krzyżem wykonanym z dwóch pędów winorośli związanych  puklem jej włosów.

 

Tbilisi 

Dziś przedmiot ten  przechowywany jest w niszy , po prawej stronie prezbiterium.

 

Tbilisi

 

W zasięgu kilku rzutów beretem od Sioni był kolejny znamienity zabytek -  Metechi – położony na malowniczym wzgórzu nad rzeką Mtekvari ( naszą tytułową Kurą ) .Sama świątynia , po wielu przebudowach i odbudowach , swoją architekturą nie zachwyca, ale panorama z tarasu przed kościołem warta jest polecenia .Widać stąd twierdzę ,

 

 

Tbilisi

 słynne siarkowe łaźnie

TbilisiTbilisi

 i dominujący nad miastem olbrzymi posąg Matki Gruzji .

Tbilisi

Matka Gruzja stanowi , wedle zamysłu twórców,  odzwierciedlenie narodowych cech Gruzinów. W jednej ręce trzyma miecz dla wrogów, w drugiej puchar wina dla przyjaciół.

Stojący opodal kościoła konny posąg króla Wachtanga Gargasala był najdalej wysuniętym punktem naszego spaceru po Tbilisi.

Tbilisi

Droga powrotna do samochodów wiodła przez świeżo wybudowany Most Pokoju.

Tbilisi 

Tbilisi

 

Przedzierając się przez plac budowy mogliśmy zaobserwować niezwykły zapał do pracy , jaki prezentowali miejscowi robotnicy budowlani.

 

Tbilisi

Kawałek dalej, na jednej z uliczek starego miasta trafiliśmy na ciekawą galerię obrazów Lado Tevdoradze i jego( chyba ) synów  Amirana i Gubaza.

 

Tbilisi

 

Przedreptane kilometry i miejski upał dały się we znaki najmłodszym uczestnikom wycieczki. W ramach pacyfikacji spodziewanych zamieszek zaproponowałem przejażdżkę metrem .

Metro w Tbilisi zbudowano według sprawdzonych sowieckich wzorów – dostatecznie głęboko aby wytrzymać atak jądrowy .TbilisiWygląd stacji jest oczywiście „top secret „ .Zdjęcia trzeba było robić „ z partyzanta” .Tbilisi

Po dniu spędzonym w największym mieście Gruzji ( 1 200 000 mieszkańców ) ruszyliśmy w stronę Signagi – najmniejszego miasta  w tym kraju ( 2200 mieszkańców). Chcieliśmy dotrzeć do monastyru Bodbe – miejsca ,gdzie znajdują się relikwie św. Nino.

Noc spędziliśmy na tarasie widokowym jakiegoś hoteluTbilisi ( hotel był w budowie , a nocny stróż nie widział przeszkód ,żeby nas tam wpuścić ) . Rankiem ruszyliśmy do monastyru i …pocałowaliśmy klamkę.Tbilisi Okazało się , że bramy otwierane są dla zwiedzających dopiero po godzinie dziesiątej.

 Dla zabicia czasu pojechaliśmy do pobliskiego Signagi. Miasto , w  większości, zawiera się wewnątrz zbudowanej w 1762 r. fortecy .Signagi W swoim ogólnym planie twierdza przypomina zamkniętą łamaną krzywą, ponieważ odpowiada ona kształtowi góry, na której została wybudowana. Jej południowa część znajduje się na wzniesieniu, dlatego mury twierdzy biegną zgodnie z grzbietem zachodniego i wschodniego stoku, po czym nagle skręcają do głębokiej przepaści, gdzie łączą się w całość. Całkowita długość murów twierdzy wynosi 2,5 km. Mury posiadają 23 wieże obronne, 5 wejść.

 

Drugie podejście do monastyru Bodbe było udane . Zwiedzanie nie zajęło nam więcej niż godzinę . Resztę dnia przeznaczyliśmy na kompleks monastyrów Dawid Gareji .

David Gareji to jeden z najcenniejszych zabytków gruzińskiej architektury. Kompleks klasztorny zaczął powstawać  w VI wieku , za sprawą  jednego z Świętych Ojców Syryjskich Dawida. Kolejni mnisi przez stulecia wznosili w okolicy klasztory i pustelnie. Kres świetności  klasztorom położyły w XVII wieku najazdy Persów. Ostatecznie kompleks opustoszał w 1811r. Za czasów sowieckiego imperium półpustynny obszar na granicy dzisiejszej Gruzji i Azerbejdżanu był olbrzymim poligonem, co dziwnym zbiegiem okoliczności uratowało wiele obiektów przed całkowitą dewastacją. Mnisi wrócili tu dopiero w 1991 r.

Dotarcie  do monastyrów stanowi pewne wyzwanie dla nawigatora. Jak zwykle w tego typu przypadkach zjazd jest oznaczony malutką tabliczką , widoczną tylko dla jadących drogą S-5 od strony  Tbilisi .

Drogę S-5 trzeba opuścić w Sagarejo skręcając na południe ( w stronę stacji kolejowej ) a następnie na wschód od niej przejechać przez tory w stronę Udabno. Jedziemy kilka kilometrów drogą wśród pól. Przed mostkiem na rzece ( w lecie może być  wyschnięta  ) spotykamy drogę przychodzącą ze wschodu. Mimo iż wygląda ona na nieco lepszą , ignorujemy ją i podążamy na południe. Jeśli za jakiś czas spotkamy dwa słone jeziora , to znaczy,  że nadal jesteśmy na dobrej drodze J). Dalej trasa  omija osiedle Udabno i dociera do azerskiej granicy. Zanik asfaltu oznacza, że cel naszej podróży już blisko .  Jadąc wzdłuż pasma wzniesień docieramy do ławry św. Dawida .


Wyświetl większą mapę

Centralne miejsce ławry stanowi cerkiew z grobem św. Dawida.David Gareji

Przybudowane do niej budynki klasztorne i cele mnichów wykute w skałach nie są dostępne dla zwiedzających.

David Gareji

Najciekawszy widok na klasztor roztacza się z  dominującego nad nim wzgórza. Można się tam dostać ścieżką zaczynającą swój bieg koło przyklasztornego sklepiku z dewocjonaliami i pamiątkami.

David Gareji

 Idąc do góry należy ominąć z prawej strony betonową konstrukcję studzienki oraz krzyż .

David Gareji

My wybraliśmy wariant hardcorowy .Ścieżka omijająca krzyż i studzienkę z lewej prowadzi do wykutej w skale cysterny ze źródełkiem znanym jako „Łzy Dawida „ . Aby dostać się od niego na opisywane wcześniej wzgórze należy pokonać ścieżkę biegnąca skalną rysą .Dla osób bez lęku przestrzeni jest to całkiem przyjemny spacer.

David Gareji

Ze szczytu wzgórza rozciąga się bardzo rozległa panorama na terytorium Azerbejdżanu i pobliskie wzgórza David GarejiDavid Gareji na których widać pozostałości licznych zabudowań klasztornych i wykutych w skale pustelni.

David GarejiDavid Gareji

Idąc ścieżka po grani warto zachować czujność , gdyż jest to miejsce licznego występowania żmij. My na szczęście natknęliśmy się jedynie na jaszczurki i żółwie.

Plany dalszej eksploracji pustelni pokrzyżowała nam nadciągająca burza.

Po zejściu ze szlaku ruszyliśmy szutrówką w stronę Rustawi.David GarejiDavid Gareji Po drodze widzieliśmy jeszcze inne klasztory,David Gareji

 ale brak czasu nie pozwolił nam na ich obejrzenie.Kto ma czas i ochotę może zjąć się tropieniem pominiętych przez nas zbytków.Pomocna może być ta mapka http://www.encyclopedie-universelle.com/images/georgie-carte-monasteres-david-gareji.gif   Droga  prowadził przez kolejny w czasie tego wyjazdu  poligonDavid Gareji i skończyła się pod bramą koszar. Przy wartowni jeden z oficerów zadeklarował , że właśnie wybiera się do Rustawi i pomoże nam wybrnąć z plątaniny dróżek wokół poligonu . Dzięki jego pomocy udało się nam sprawnie wydostać w stronę cywilizacji . Przed zmrokiem zalogowaliśmy się na opuszczonej stacji benzynowej w pobliżu granicy z Armenią . 

 

Przejście graniczne Bagratashen nie cieszy się specjalnie dobrą sławą. Ruch ciężarówek i samochodów osobowych odbywa się tylko jednym pasem i zdarzają się tam wielokilometrowe kolejki. My do armeńskiego szlabanu dotarliśmy praktycznie bez czekania, co wcale nie znaczy, że odprawiliśmy się sprawnie.

Aby otrzymać wizę należy podać adres hotelu w którym będzie się mieszkać. Na szczęście nikt nie wymagał potwierdzenia rezerwacji. Żeby na dzień dobry nie podpaść pogranicznikom przepisaliśmy do podania o wizę adres losowo wybranego z przewodnika taniego hotelu w Erewaniu i to wystarczyło.

Więcej zachodu było z odprawieniem pojazdu. Celnik w żaden sposób nie chciał uwierzyć , że to co jest przyczepione do naszej Toyoty to przyczepa kempingowa ( szczerze mówiąc wcale się mu nie dziwię ) .Na wszystkich dotychczas przekraczanych granicach wystarczało nasze zapewnienie , ewentualnie otwarcie skorupy i magiczne słowo „apartament” .celnicy zazwyczaj machali ręką i kazali jechać dalej. Ormianin okazał się być znacznie bardziej podejrzliwy. Zabrał mi paszport ,wręczył karteczkę i kazał jechać na prześwietlenie.  Co było robić. Pojechałem we wskazane miejsce, ustawiłem nasz pojazd pod suwnicą z generatorem promieni X i poszedłem do technika , który wskazując na ekranie poszczególne elementy wypytywał mnie o ich przeznaczenie. Po chwili miałem zrobioną dokładną inwentaryzację zawartości luków bagażowych i pojemników na wodę. Najwyraźniej potwierdziło się , że nie stanowimy zagrożenia dla armeńskiej gospodarki i państwowości, bo z uśmiechem na ustach celnik wypisał mi jakiś cyrograf z którym miałem się zgłosić ponownie do odprawy. Tam odzyskałem paszport i wysłano mnie do biura w budynku za przejściem. Miły pan w mundurze już tam na mnie czekał i dał mi do zrozumienia , że chętnie zaopiekował by się dziesięciodolarowym banknotem. Wyglądało , że tym razem płacenia łapówki nie uniknę. Ku mojemu zdziwieniu facet wystawił mi paragon i wziął się za wypełnianie druku zgłoszenia celnego. Druk sporządzony był miejscowym pismem , bez jakichkolwiek odniesień w alfabecie łacińskim lub chociażby bukwami. Pozostało zaufać , że urzędnik nie zrobi jakiegoś numeru i nie wpisze mi do deklaracji np. Mercedesa klasy S.

Łącznie bieganina po przejściu i prześwietlenie zajęło mi około czterech godzin. Kiedy udało mi się w końcu zgarnąć do samochodu resztę wycieczki , która czekała na zakończenie procedur odprawy siedząc pod płotem, to okazało się ,że są w dość bojowych nastrojach. Jak zwykle w tego typu sytuacjach ucierpiała pamięć żeńskich przodków osób odpowiedzialnych za odprawę.

Kiedy dojeżdżaliśmy do pierwszego obiektu z naszej listy armeńskich atrakcji sytuacja była względnie opanowana.

Monastyr Haghpat ( wpisany na listę UNESCO w 1996 r. ) zaskoczył nas surowością kamiennych dekoracji i panującą w nim pustką .Armenia Po pobycie w Gruzji przyzwyczjeni byliśmy do tłumów ludzi spotykanych o każdej porze w świątyniach. W Armenii było inaczej, większość kościołów świeciła pustkami.Armenia Armenia

Tego dnia starczyło nam jeszcze sił na odwiedzenie leżącego w pobliżu klasztoru SanahinArmenia ( również z listy dziedzictwa światowego UNESCO). Oprócz chaczkarów ( o których opowiem później ) ciekawostką są tu płyty nagrobne poukładane gęsto obok siebie, tak, że tworzą podłogę świątyni .ArmeniaArmeniaArmenia

  

Następnego dnia kontynuowaliśmy naszą wędrówkę po monastyrach. Na pierwszy ogień poszedł schowany w lasach orzechowych Wagharcin. ArmeniaUkryty był  ponoć tak dobrze, że najeźdźcy nigdy go nie odnaleźli. Atrakcją jest wizerunek skośnookiej Matki Boskiej, jak głosi podanie miało to zabezpieczyć figurkę przed zbezczeszczeniem w czasie najazdów mongolskich.Wagharcin

Na zakończenie etapu monastyrowego naszej podróży został Goszawank ,Armeniamonastyr ufundowany przez ormiańskiego pisarza i męża stanu Mechitara Gosza w 1188 r. Obiekt stoi na ruinach twierdzy liczącej co najmniej 3000 lat.

Ewenementem jest chaczkar z misternym wzorem igiełkowym.GoszawankGoszawank Do dziś na świecie zachowało się ponoć tylko kilka takich okazów .

 

Jako, że następnym punktem programu był cmentarz w Noratus , to należałoby wreszcie zdefiniować  pojęcie chaczkaru.

Według Wikipedii : Chaczkar (orm.: Խաչքար – kamień krzyż) – ormiańska kamienna płyta wotywna upamiętniająca szczególne wydarzenia.

Chaczkary umieszczane są w:

murach świątyń,

wejściach grobowców,

na rozstajach dróg.

Są ozdobione bogatą ornamentyką z krzyżem ormiańskim oraz napisem upamiętniającym zdarzenie lub fundatora.

Największym znanym skupiskiem chaczkarów jest  nekropolia w Noratus nad brzegiem jeziora Sewan. Najstarsze datowane są na X wiek. NoratusMożna tam znaleźć również nagrobki zawierające obrazkową historię osób tam pochowanych..

Na cmentarzu można spotkać staruszki,  które za kilka(set)  dramów oprowadzą po najciekawszych miejscach i opowiedzą ( po rosyjsku )  historie poszczególnych nagrobków. Jeśli ktoś woli przewodnika w języku angielskim powinien dać zarobić dzieciakom, które sprawnie  odklepią wyuczone formułki, a w promocji wręczą własnoręcznie wykonane rysunki.

Noratus

Aby dotrzeć samochodem do cmentarza należy zjechać z autostrady w kierunku jeziora Sewan w obrębie „ ślimaka” , a potem koło szkoły odbić w prawo , w wąskie uliczki idące w stronę nekropolii.


Wyświetl większą mapę

Noratus był najdalej wysuniętym na wschód punktem naszej wyprawy. Przed czekającą nas drogą powrotną należało zrobić tzw. dzień kondycyjny. Naszą motywację do zrobienia popasu wzmagała „zemsta sułtana”-  na  szczęście łagodna w przebiegu rewolucja żołądkowa .Dodatkowo trzeba było przygotować tort urodzinowy naszej córki Katarzyny.

Z braku toru w klasycznym znaczeniu tego słowa jego rolę przejęły babeczki.Armenia Zamiast świeczek do zdmuchnięcia były zapałki, w liczbie stosownej do sędziwego wieku jubilatki.Armenia

Oprócz imprezowania i walki z biegunką udało nam się trochę popływać w jeziorze Sewan ,Sewan niektórym najbardziej przypadło do gustu nicnierobienie.Armenia Jak zwykle , wszystko co dobre szybko się kończy. Trzeba było zacząć wracać do domu.

 

Powrót zaczął się od zwiedzenia monastyru Sevanavank. Niegdyś Czarny Klasztor położony był na wyspie. Stanowił miejsce zsyłki mnichów, którzy naruszyli prawo.Armenia Dziś , kiedy poziom jeziora drastycznie się obniżył na skutek sowieckich eksperymentów hydrotechnicznych, do klasztoru można dojść po grobli. Przy niedzieli ciągnął tu korowód zwiedzających i pielgrzymów.Armenia Niestety , na mszę nie udało nam się trafić.

 

Droga z nad jeziora Sewan do Erewania wiodła przez wzgórza zbudowane w dużej mierze z obsydianu.Armenia

 Takiej okazji nie można było przepuścić. Miejsca po zjedzonych zapasach prowiantu zaczęły się zapełniać kamolami.ArmeniaArmenia

Jedną z wizytówek Armenii jest zrekonstruowana jeszcze w czasach ZSRR świątynia Mitry stojąca w miejscowości Garni nad kanionem rzeki Azat.Armenia Z naszego punktu widzenia bardziej atrakcyjny jest sam kanion, mimo iż większość przewodników o nim milczy lub opisuje go jednym zdaniem. Kilkukilometrowy wąwóz wyrzeźbiony został przez rzeką w bazaltowych skałach. Skalne organy ciągną się po obu stronach potoku. W niektórych miejscach dolina rozszerza się  tworząc dogodne miejsca piknikowe.ArmeniaArmeniaArmenia

Do kanionu docieramy w niedzielne popołudnie. Droga prowadzi początkowo pomiędzy zabudowaniami, potem schodzi wąską rynną do poziomu potoku. Bazaltowa nawierzchnia jest pułapką  dla samochodów. Na stromym podjeździe co chwila ktoś traci przyczepność i blokuje drogę. Sytuację pogarszają kierowcy próbujący jechać w przeciwnym kierunku. Ostatecznie decydujemy się pozostawić auta na poboczu i ruszamy pieszo na zwiedzanie kanionu. Na butach docieramy do miejsca ,gdzie wąwóz rozszerza się izanikają wychodnie bazaltu. Przed zachodem słońca udaje się nam jeszcze wrócić do samochodów i przedostać nimi do świątyni Mitry.

Na noc lokujemy się na skalnym tarasie z widokiem na świętą gorę Ormian Ararat .ArmeniaArmeniaZa zakrętem drogi czeka nas monastyr Geghard.

Geghardavank – Monastyr Włóczni – wziął swą nazwę od relikwii świętej włóczni, która miała być tą , którą przebito bok Chrystusa. Obecnie  włócznia ta przechowywana jest w skarbcu katedry w Eczmiadzynie .

Geghardavank wzniesiony został w XIII wieku w miejscu doszczętnie zniszczonego  w czasie najazdu arabskiego w 923 r. monastyru jaskiniowego – Ajrivank. ArmeniaArmenia Na terenie klasztoru znajduje się jaskinia ze świętym źródłem, które czczone było jeszcze w  czasach pogańskich.

Ślady wieloletniego przechowywania relikwii świętej włóczni można dostrzec w zdobieniach kościoła.Armenia Aby ją zobaczyć trzeba wybrać się do Eczmiadzyna. Miejsce to, zwane ormiańskim Watykanem, położone jest około 20 kilometrów na zachód od Erewania. Centralny punkt stanowi katedra wzniesiona w miejscu wskazanym św. Grzegorzowi Oświecicielowi we śnie przez Chrystusa. Świątynię zaczęto budować już w roku 301 , ale ta , którą można podziwiać dziś pochodzi z roku 480.Armenia

Nasz chytry plan zobaczenia włóczni nie powiódł się. Nie zwróciliśmy uwagi na to , ze nasz pobyt w Eczmiadzynie przypada na poniedziałek. Okazało się , że tego dnia skarbiec katedralny jest zamknięty.

Kolejny dzień przeznaczony był na Erewań, a w zasadzie jedno w nim muzeum.

Koniecznie chciałem zwiedzić Matenadaran , ale dotarcie tam nie było prostą sprawą. Miasto było totalnie rozkopane. Objazdy opisane miejscowym alfabetem okazały się przeszkodą nie do przejścia.Ostatecznie, w akcie desperacji, porzuciliśmy samochody na przedmieściach i pojechaliśmy metrem.

Budynek Matenadaranu wzniesiony został u wejścia do wykutego w skale magazynu ksiąg. ArmeniaArmeniaTakie rozwiązanie miało zapewnić przetrwanie zbiorów nawet w przypadku wojny atomowej. Niewielka część zbiorów Instytutu wystawiana jest na widok publiczny w dwóch salach wystawowych w których obowiązuje surowo przestrzegany zakaz fotografowania. Uwierzcie mi zatem na słowo, że jest to miejsce warte odwiedzenia.

Na Erewaniu zakończyło się , w zasadzie, nasze zwiedzanie Armenii. W kierunku Gruzji wyjechaliśmy położonym na totalnym odludziu przejściem Bavra. W porównaniu z wiecznie zatłoczonym Bagratashen, to zupełnie inny świat .Był nawet czas, żeby pogawędzić sobie z pogranicznikami i celnikami.

Tym razem Gruzja była dla nas krajem tranzytowym na drodze do Turcji. Po drodze po raz kolejny napotkaliśmy naszą tytułową Kurę. Poruszając się w górę jej biegu dotarliśmy do skalnego miasta Wardzia.

Gruzja

Początki miasta sięgają roku 1185 ,kiedy za panowania króla Jerzego II rozpoczęto drążenie komnat i tuneli. W okresie świetności, na 13 kondygnacjach było około 6 000 komnat, klasztor i sala tronowa. Mogło się tu schronić około 60 000 ludzi. Większość skalnego miasta uległa zniszczeniu na skutek trzęsienia ziemi w 1283 r.

Zwiedzanie tego miejsca warto zaplanować na godziny przedpołudniowe( zwłaszcza jeżeli ma się plany fotograficzne ) .Należy pamiętać o zapasach wody.

GruzjaGruzja

Jeśli ktoś ma więcej czasu może pokusić się o wyprawę do ruin twierdzy Tmogvi ( wyprawa piesza na pół dnia )Gruzja albo zahaczyć o położone prawie przy drodze ruiny zamku Khertvisi Gruzjaczy karawanseraju.Gruzja

 

My motywowani wizją kończącego się urlopu ruszyliśmy w stronę przejścia granicznego do Turcji (Turkgozu (Posof)-Vale ) . Jak już wcześniej wspominałem dotarcie do tureckiej granicy nie jest prostą sprawą. Ostatnie kilometry przed szlabanem to prawdziwy offroad. Droga jest niemiłosiernie rozjeżdżona przez tiry. Różnica poziomów między górkami i dołkami przekraczały 40 centymetrów. Zygzakując  w celu ominięcia przeszkód należało uważać na poruszające się stadami irańskie  cysterny z mazutem.

Na przełęczy czekała nas szybka odprawa gruzińska i ślimacze tempo odprawy tureckiej. Nie było to bynajmniej spowodowane kolejką – na przejściu byliśmy prawie sami. Winny okazał się turecki system komputerowy, który zwiesił się tuż po naszym wjeździe na przejście. Reanimacja trwała ponad godzinę. Tureccy pogranicznicy ,aby uprzyjemnić nam oczekiwanie poczęstowali nas arbuzami prosto z lodówki. Niebiański smak onych owoców wspominam do dziś .

Kiedy szczęśliwie przebrnęliśmy przez odprawę słońce  było już nisko. Dopingowało to nas do szybkich poszukiwań noclegu. Sprawnie wypatrzyliśmy przydrożny, opuszczony kamieniołom i rozstawiliśmy obóz.Turcja Niestety radość trwała krótko. Ledwie zdążyliśmy spożyć kolację, a już zatrzymał się koło nas Land Rover wyładowany uzbrojonymi po zęby żandarmami. Dowódca patrolu rozpoczął przemowę w swoim ojczystym języku. Oczywiście nic z tego nie rozumieliśmy, aczkolwiek domyślaliśmy się, że nasza obecność nie wzbudziła zachwytu stróżów prawa. Po krótkim namyśle żandarm postanowił skorzystać z dobrodziejstw techniki. Wyciągnął telefon, zadzwonił do kolegi mówiącego po angielsku i oddał mi słuchawkę. Z pomocą teletłumacza udało się ustalić, że armia w trosce o nasze bezpieczeństwo postanowiła nas odeskortować z powrotem do miasta. Powodem lęku o nasze bezpieczeństwo miała być nadciągająca ponoć burza i zagrożenie ze strony dzikich zwierząt. Burza była ewidentnie wirtualna zaś największe dzikie  bestie w okolicy rozmiarami nie przerastały wiewiórki. Jednakowoż dyskusja z żandarmerią jeszcze nikomu na zdrowie nie wyszła, więc grzecznie zwinęliśmy obóz i eskortowani przez żandarmów wróciliśmy do miasta.Turcja Tam wskazano nam placyk na którym mogliśmy spędzić noc. Teletłumacz upewnił się, czy nic nam do szczęścia nie potrzeba i zapewnił, że rano możemy swobodnie i bez opowiadania się komukolwiek wyruszyć w dalszą podróż.

Noc minęła spokojnie. Rano, przez nikogo nie niepokojeni,  ruszyliśmy w stronę Kars.

 

W Kars uzupełniliśmy tylko zaopatrzenie. Celem na ten dzień było Ani, średniowieczna  stolica Armenii, miasto tysiąca kościołów.

Wyprawa do Ani była moim marzeniem od początku lat dziewięćdziesiątych. Niestety wówczas trwała tam wojna z Kurdami  i w zależności od jej nasilenia poruszanie się po wschodniej Turcji było niemożliwe lub mocno utrudnione. Sytuacja zaczęła się normalizować po rozejmie z 1999 r.

Obecnie, mimo , że ruiny leżą praktycznie na granicy z Armenią, spora ich część jest dostępna do zwiedzania bez żadnych ograniczeń.

Jako, że wkraczamy ponownie na teren szczegółowo przez Izę opisany  (http://turcjawsandalach.pl/content/ani ), to ograniczę się do wrzucenia kilku zdjęć .

AniAniAniAniAniAniAniAniAniAni

Świadomi, że pewnie prędko tu nie wrócimy, postanawiamy zwiedzać Ani do oporu. Opór ( i to dość silny ) następuje koło południa. Nadciągająca burza zmusza nas do odwrotu z otwartej przestrzeni.

Ani

Przelotne deszcze towarzyszą nam przez resztę dnia, w trakcie drogi w stronę Dogubeyazit. Czerwone wzgórza koło miejscowości Tuzluca oglądamy tylko przez okna .Wizja czerwonego błotka lepiącego się do wszystkiego zniechęca nas do poszukiwań okazów do naszej kolekcji minerałów.TurcjaTurcja Po burzy robi się nieco chłodniej i poprawia się widoczność. Wieczorową porą wyjeżdżamy na przełęcz pod Araratem, a następnie  kawałek za nią znajdujemy nocleg

Rankiem popełniamy śniadanie z Araratem w tle Turcjai ruszamy do Ishak Pasha Saray.

Aby się tam dostać trzeba się nieco nagimnastykować przy przejeździe przez Dogubeyazit. Na mapie droga wygląda prosto, lecz nam udało się wjechać o jedną ulicę dalej na wschód, skutkiem czego wylądowaliśmy pod ufortyfikowaną workami z piaskiem bramą koszar. Po krótkich manewrach udałosię wrócić na właściwą drogę i kiedyjechaliśmy  wzdłuż płotu koszar naszym oczom ukazuje się zarys pałacu Ishaka Paszy.Turcja Do celu droga jeszcze daleka, ale już wiadomo , że wartało tu przyjechać .

Stromy podjazd wyprowadza na parking przed pałacem. Tłumu chętnych do zwiedzania nie widać.Turcja Cały kompleks mamy praktycznie dla siebie, dzięki czemu można skupić się na podziwianiu mistrzostwa kamieniarzy, którzy go postawili i do woli fotografować.TurcjaTurcjaTurcjaTurcjaTurcjaIshak Pasha SarayIshak Pasha SarayIshak Pasha SarayIshak Pasha Saray

Po gruntownym spenetrowaniu pałacu przenosimy się około pół kilometra dalej, w rejon placu piknikowego. Stamtąd wdrapujemy się do skalnego okna, z którego roztacza się znakomita panorama na okolicę.Ishak Pasha SarayIshak Pasha Saray Przed odjazdem w stronę jeziora Van zaglądam jeszcze do grobowca kurdyjskiego poety Ahmeda Xani Ishak Pasha Saray  i uzupełniamy zapasy pamiątek na minibazarku pod pałacem. Żeńska cześć wyprawy obłowiła siew biżuterię sprzedawaną przez kurdyjskiego studenta.

Nasza droga do jeziora Van biegnie przez przełęcz Tendurek (2644 m n.p.m.), a następnie wzdłuż krawędzi pola lawowego wulkanu o tej samej nazwie. Ostatnią erupcję odnotowano tu w roku 1855, ale jęzory lawy są starsze – liczą sobie około 2500 lat. 

  Turcja

Tendurek Dagi

    Nasz kontakt z wulkanem ograniczył się do krótkiego spaceru po polu lawowym koło przełęczy. Dłuższy popas zrobiliśmy dopiero nad jeziorem Van. Chwilę nam zeszło wytropienie miejsca gdzie można było zejść do wody .Ostatecznie wybór padł na „picnic area” w małym lasku.Turcja Każdego intrygowały opowieści o słonych wodach jeziora, więc spieszno było nam do kąpieli.Turcja

Sprawdziliśmy organoleptycznie, woda rzeczywiście jest słona. W oczy szczypie bardziej niż morska, a poza tym w dotyku jest śliska. Co więcej, kiedy wyjdzie się na brzeg po dłuższym pobycie w wodzie, skóra robi się biała od soli. Zanim spłukałem się słodką wodą miałem wrażenie ,że po kąpieli skóra zrobiła się za ciasna . Szczęśliwie zmycie skorupy minerałów przywróciło jej właściwy rozmiar.

Na nocleg zatrzymaliśmy się u podnóża Van Kalesi ( twierdzy Van). Między twierdzą a jeziorem znajduje się rozległa łąka na której miejscowi rozkładali się z zestawami piknikowymi.

My zostaliśmy tam do rana.

Pamiętająca czasy królestwa Urartu budowla najlepiej prezentuje się o zachodzie słońca.

TurcjaTurcja

Prawie cały następny dzień poświeciliśmy na wulkan Nemrut Dagi. Zanim tam dotarliśmy zatrzymaliśmy się w Tatvan na posiłek. Najmłodszy członek wyprawy własnoręcznie przyrządził sobie kebaba.Turcja

Wcześniej zwiedziliśmy  słynny ormiański kościół na wyspie Akdamar.Monastyrów po tygodniu w Armenii mieliśmy "po kokardkę" więc zapadła decyzja, że ten zwiedzamy  przez teleobiektyw.Turcja

Następnie w myśl zasady „po co ułatwiać, jak można utrudniać”  pojechaliśmy szukać drogi do kaldery Nemrut Dagi od strony północno wschodniej.  Za pierwszym razem utknęliśmy w kukurydzy, dopiero drugie podejście – poprzedzone rozpytaniem autochtonów – pozwoliło znaleźć wąską dróżkę  do miejscowości Saka Köyü  ( jadąc drogą E99 od Tatvan należy skręcić zaraz za korytem suchej rzeki ) . Dziś, jeżeli patrzy się na mapę wydaje się to oczywiste , trzy lata temu okolice Nemrut Dagi nie byłe w mapach Google odwzorowane tak dokładnie .

 

Ten sposób wjazdu do kaldery polecić można raczej posiadaczom aut terenowych. Co prawda większość drogi jest w zadowalającym stanie , ale odcinek od grani do dna kaldery przebiega dość stromo i w niektórych miejscach spływająca woda wyżłobiła spore koleiny.

Wewnątrz wulkanu znajduje się pięć jeziorek, w tym jedno całkiem sporych rozmiarów.TurcjaTurcja Wokół niego rośnie zagajnik ( chyba brzozowy ) .Z tym zagajnikiem związana jest pierwsza część tytułu mojej relacji.

Otóż Agnieszka i Jacek, nasi towarzysze podróży, są zapalonymi grzybiarzami. Niejednokrotnie znajdowali grzyby w niespodziewanych miejscach. Tak było i tym razem. Z lasku nad jeziorem wynieśli całe naręcze  kozaków.TurcjaTurcja

Oprócz grzybów na Nemrut Dagi można znaleźć sporo dorodnych kamoli. Niektóre z nich zdawały się nic nie ważyć.

Turcja

Powrót do cywilizacji odbył się drogą krótszą, lepiej utrzymaną i bardziej widokową. Wjazd na nią znajduje sięw południowo wschodniej części kaldery.Warto zatrzymać się na dłużej w miejscu skąd widać zarówno wnętrze krateru jak i jezioro Van.TurcjaTurcja Trzynastokilometrowa trasa sprowadziła nas około 200 metrów na zachód od skrzyżowania drogi D300 okalającej jezioro Van od południa i drogi D 965 (E99) biegnącej zachodnim brzegiem jeziora. Stąd do tytułowego Batmana było jeszcze 130 kilometrów.

Batman czaił się na nas pod mostem( jak na dopływ Tygrysu przystało).

Turcja

Most Malabadi zaskoczył nas całkowicie i nie ukrywam było to zaskoczenie miłe. Planując trasę nie zauważyłem jego istnienia. Całą wiedzę o nim czerpaliśmy z tablicy informacyjnej, ale za to gorliwie go obfotografowaliśmy z zamiarem uzupełnienia  informacji po powrocie.

Turcja

Dalej, do samego Diyarbakir nic nas już  nie zaskoczyło. Centrum odgrodzone jest od reszty miasta sześciokilometrowym  pierścieniem murów obronnych pamiętających czasy cesarza Konstancjusza II (349 r.).TurcjaTurcja W plątaninie uliczek starego miasta znaleźliśmy  karawanseraj przerobiony na knajpę,Turcja dziesiątki straganów z przyprawamiTurcjaTurcja i małe jadłodajnie . Oczywiście nie dało się spokojnie przejść obok knajpki oferującej lahmacun.Turcja Kilka zaułków dalej była świątynia kościoła chaldejskiego – niestety zamknięta. Tabliczkę informacyjną oczywiście obfotografowaliśmy celem przetłumaczenia w Polsce.Turcja

Podglądając przez parę godzin życie tubylców odnieśliśmy wrażenie, że jest to najbardziej konserwatywne miasto jakie odwiedziliśmy w czasie naszej podróży. Ludzie ubrani „po europejsku” byli w mniejszości.

Pomnika arbuza nie spotkaliśmy, ale słynne miejscowe arbuzy dostępne były powszechnie. W Internecie znalazłem nawet informację, że w Turcji istnieje komplement mniej więcej takiej treści   „ masz pupcię jak arbuz z Diyarbakir” . Trudno powiedzieć co miałoby to znaczyć w kontekście informacji, że zwycięzcami odbywającego się co roku festiwalu arbuza ( Diyarbakir Karpuz Festivali) są okazy o wadze przekraczającej 70 kilogramów.

Przed nami był długi skok w okolice kolejnej góry o nazwie Nemrut Dagi. Po drodze  okazało się, że limit zaskoczeń na ten dzień nie został wyczerpany. Za Siverek przy drodze D360 co jakiś czas pojawiały się dziwne niebieskie tablice z wypisanymi godzinami.Turcja Zagadka rozwiązała się w momencie gdy droga skończyła się w jeziorze. Po uważniejszym przyjrzeniu się tajemniczej niebieskiej tablicy udało się odczytać znajome słowo „timetable”, a kawałek dalej zamocowaną na kołku strzałkę z napisem ”feribot” wskazującą miejsce ,gdzie droga niknie w wodzie.Turcja

Nasz feribot  odpłynął kilkanaście minut wcześniej, właśnie był w połowie drogi do przystani po przeciwnej stronie jeziora.Turcja Stara zasada, że najlepszy sposób, aby zdążyć na pociąg, to spóźnić się na poprzedni działa również w przypadku promów. Mieliśmy strategiczne miejsce w kolejce i kiedy krypa wróciła na przystań udało się nam wjechać na pokład.Turcja Z powrotem na ląd były niejakie problemy ( cofanie pod górkę z aktywnym  hamulcem najazdowym przyczepy zazwyczaj powoduje lekkie przypalenie sprzęgła ), ale w końcu udało się.

Na Nemrut Dagi dojechaliśmy przepisowo, tuż przed zachodem słońca. Szybka sesja portretowa z udziałem posągówTurcjaTurcjaTurcjaTurcja i spTurcjarint na górę ( w przeciwnym kierunku niż większość Japończyków oblegających szczyt), by zobaczyć cień góry w kształcie regularnego stożka wędrujący po dolinie Eufratu.Turcja

Zjazd z parkingu pod szczytem był wyzwaniem dla układu hamulcowego. Z przyczepą „na ogonie” mimo hamowania silnikiem i hamulca najazdowego w przyczepie istniało realne zagrożenie przegrzania hamulców.

W całkowitych ciemnościach znaleźliśmy jakiś kawałek scierniska  zdatny do rozbicia na nim biwaku, a o świcie ruszyliśmy w drogę w stronę Kapadocji. Do Göreme było około sześćset kilometrów. Monotonny, stepowy krajobraz centralnej Anatolii ciągnął się za oknami przez  prawie pół tysiąca kilometrów. Dopiero, gdy weszliśmy w zasięg oddziaływania wyrzutu popiołów z wulkanu  Erciyes Dağı wiadomo było, że Kapadocja już blisko.

Zdjęcie  niżej przedstawione powstało na podstawie skojarzenia „jak myślisz o tym samym co ja, to jesteś straszna świnia „Kapadocja. Dalej miało być jeszcze  bardziej aluzyjnie..

Naszym celem była bowiem Dolina Miłości.

KapadocjaKapadocjaKapadocjaKapadocja

Dolina nie jest zbyt wielka, na jej zwiedzenie trzeba zarezerwować około dwóch godzin. Należy zaopatrzyć się w zapas wody.

 

Po zwiedzeniu Love Valey przenosimy się kawałek dalej do Doliny Różanej. Jeżeli chodzi o widoki, to ta właśnie dolina jest dla mnie numerem jeden spośród wszystkich dotychczas odwiedzonych. Dolina jest dość szeroka i jej dno użytkowane jest rolniczo.Kapadocja Żadne szlaki nie są wyznaczone. Pomysłów gdzie szukać najciekawszych formacji skalnych było prawie tyle co uczestników wypadu. Ostatecznie podzieliliśmy się na kilka grup i każdy poszedł w swoją stronę. Po powrocie w umówione miejsce okazało się, że każda ekipa ruszyła w stronę wschodniej ściany doliny słusznie rozumując, że opadające stromo brzegi dominującego nad Goreme płaskowyżu dają największe szanse na spektakularne widoki.Kapadocja  Ci, którzy zapuścili się w odnogę najbliższą północnego końca doliny napotkali skały w kolorze białym( dolina Biała).KapadocjaKapadocja Środkowa i południowa część to Dolina Różana. Woda i wiatr wyrzeźbiły tu nie tylko typowe dla całej Kapadocji skalne kominy, ale także tunele i mosty.KapadocjaKapadocjaKapadocjaKapadocja Nie brakuje tu również wyciętych w skałach mieszkań i kościołów.KapadocjaKapadocjaKapadocjaKapadocja

Po dniu pełnym wrażeń należało się pożywić. Wybór padł na jedną z knajpek w centrum Goreme. Tutaj dobitnie widać było, że wyjazd dobiega końca. W czasie gdy czekaliśmy na podanie zamówionego posiłku najmłodsi uczestnicy wyprawy zaczęli dyskusję na temat przysmaków jakie ugotuje im babcia kiedy wrócą do domu. Nim pojawiły się na stole pierwsze talerze z zupą lista kulinarnych przebojów była już ustalona. Jak zwykle pierwsze miejsce zajął na niej słynny schab z cebulką.

Następnego dnia rano opuściliśmy nasze obozowisko pod skałą i zeszliśmy do podziemia (dosłownie) .Zanim tam dotarliśmy zjechaliśmy na punkt widokowy nad Różaną Doliną. Widać stąd było pół Kapadocji.KapadocjaKapadocjaKapadocja Potem , przy drodze, zobaczyłem strzałkę do doliny Zemi. Nie było jej w mojej ewidencji, ale postanowiliśmy przyjrzeć się jej z góry. Wygląda na to, że przy następnej okazji koniecznie trzeba będzie spenetrować ja również od dołu .KapadocjaKapadocjaKapadocja  Podziemne miasto w Kaymaklı składa się z około 100 tuneli wokół których wydrążono pomieszczenia mieszkalne, składy, i budynki użyteczności publicznej. KapadocjaKapadocjaKapadocjaW podziemiach chronili się okoliczni mieszkańcy gdy groził im najazd koczowniczych plemion ze wschodu.

Do zwiedzania udostępnione są tylko cztery piętra, ale i tak daje to wyobrażenie o rozmiarach ukrytego miasta.

Jak zwykle w miejscach tłumnie odwiedzanych przez turystów można tui było napotkać stragany z pamiątkami. Poza standardowym zestawem dywanowo-miskowym można tu było znaleźć szyte na miejscu laleczki w strojach ludowych. KapadocjaKapadocja

Turysta jak głodny, to zły. Należy go więc nakarmić. Najlepszą reklamą punktów gastronomicznych jest oczywiście woń przyrządzanych potraw. Nas skusił turecki fast food – gozleme. Jest to daleki pociotek naleśnika ( zwłaszcza jeżeli chodzi o kształt). Ciasto wałkowane jest kijem od szczotki do rozmiarów zbliżonych do koła od Land Cruisera i pieczone na blasze. KapadocjaKapadocjaPo częściowym podpieczeniu faszerowane jest serem z pietruszką (wersja default),można  też czasami wybrać opcję mięsną lub warzywną.Kapadocja Ciasto z farszem jest ponownie podpiekane przed podaniem. Najlepiej smakuje popijane ayranem.Kapadocja

 

Przedostatni nocleg w Turcji wypadł nam w Nar Golu, kolejnym jeziorze w kraterze wulkanu. Miejsce znane nam z poprzednich podróży nieco się zmieniło. Termalny odwiert został zakorkowany i obudowany paskudnym barakiem. Na szczęście pozostały w nienaruszonym stanie podgrzewane ciepłem z wnętrza ziemi błotne jeziorka. Kapadocja Co lepsi pływacy zażywali również kąpieli w samym Nar Golu.

Kapadocja

Wczesnym rankiem wyruszyliśmy w stronę Stambułu. Dłuższy popas wypadł nam w rejonie Tuz Golu ( wielkiego słonego jeziora) . Jezioro jest bardzo płytkie i mocno zasolone. Według niektórych opisów miejscami stężenie solanki jest wyższe niż w Morzu Martwym. Przy brzegu sól krystalizuje tworząc fantazyjne kształty. W suchej porze roku można spacerować po tafli soli lub brodzić w płytkiej wodzie w poszukiwaniu kryształów soli zabarwionych na różowo.

KapadocjaKapadocjaKapadocjaKapadocja

Droga do Stambułu minęła bez niespodzianek. Schody zaczęły się po wjechaniu na obwodnicę. Był piątek po południu. Wszystkie pasy obwodnicy wypełnione były szczelnie samochodami jadącymi zderzak w zderzak z prędkością około 120 kilometrów na godzinne. Każdy błąd kierowcy oznaczał co najmniej stłuczkę  . Szczęśliwie udało się nam przejechać miasto bez ofiar w ludziach i strat w sprzęcie.  Mijając tabliczkę z napisem „ Welcome to Europe” poczuliśmy się jakbyśmy już prawie byli w domu.

Kapadocja

W rzeczywistości  do domu było jeszcze dwa dni jazdy. Na noc zatrzymaliśmy się na parkingu przy stacji benzynowej niedaleko za Stambułem. Kolejny nocleg wypadł nam pod Belgradem. Z Serbii udało się dojechać do domu w ciągu kolejnej doby.

 

 W sumie w naszej podróży odwiedziliśmy w ciągu miesiąca siedem krajów i przejechaliśmy 10 394 kilometry. 

Odpowiedzi

wyprawa do Gruzji...

i tamtejsze pograniczne Waterloo...

ale qurde - nie zasnę - dopóki nędzne krzyżyki w kwadratach nie zostaną zastąpione prawdziwnymi fotosami...

co za złośliwy ludek namieszał ?  

tym bardziuej czekam, jako, że jest to relacja przeze mnie zaplanowana a nie zrealizowana ...

===

to przyjemne żyć marzeniami twardo stąpając po ziemi...

 

Niech mnie ktoś oświeci jak skutecznie dodać tu zdjęcia .Jak widać dotychczasowe próby są nieudolne.

 

pozdrowaśki Piotr

...to sztuka opanowana przez nielicznych, po wielu latach prób i wyrzeczeń ;) W celu usprawnienia tego procesu powstała kiedyś Instrukcja wstawiania zdjęć - w razie problemów z jej implementacją proszę o kontakt mailowy, to coś zaradzimy!

Dzięki za światłe wskazówki,  

 

pozdrowaśki Piotr

Najważniejsze, że się udało i możemy podziwiać Wasze wspaniałe zdjęcia!

pierwsze koty za płoty a i fotografie też "wstawione" ( na trzeźwo )...

znakomite te z jaskini Ballica ( trochę mało - pewnie masz ich więcej )...

sugeruję dopasienie fotkami całej Gruzji poczynając od pogranpunktu...

  

==== 

to przyjemne żyć marzeniami twardo stąpając po ziemi...

z godziny na godzinę...

jaka radocha :-)

=== 

to przyjemne żyć marzeniami twardo stąpając po ziemi...

i wszystko wskazuje na to, że będzie jeszcze kilka razy....

 

=== 

to przyjemne żyć marzeniami twardo stąpając po ziemi...

Czytam, czytam, i czekam z niecierpliwością na każdą kontynuację :)

Świetna wyprawa!

Zdjęcie "matki Ziemi" topless - pyszne! Gdzie to???

 

 

Matka Ziemia wyleguje się  tutaj :

 

 

Widać ją dobrze z drogi  D300 kilka kilometrów na wschód od Kayseri w miejscowości Talas.

 

pozdrowaśki Piotr

na studiowanie przyjdzie dopiero czas...

teraz dopiero połapałem się, że dobrze uczyniłem rezygnując z części gruzińskiej...

nie dałbym sam rady...

a podpiąć pod kogoś - nie widziałem takiej szansy...

szacun - za relację, fotkografie i opisy...

=== 

to przyjemne żyć marzeniami twardo stąpając po ziemi...