Tureckie "Dzień dobry"

Termin
Rozpoczęcie: 
05/09/2011
Zakończenie: 
16/09/2011
Podróżnik: 
Ewa Piekarska

05.09.2011 poniedziałek (I dzień)

Strach ma wielkie oczy

Zgadzam się tylko w teorii, bo mimo spokojnej podróży i bezpiecznego lądowania w Stambule, moja panika lotnicza chyba się nigdy nie zmieni.

Nasza turecka wyprawa rozpoczęła się 05.09.2011 r. o 9.00, gdy wyleciałyśmy z Okęcia niewielkim samolotem węgierskich linii lotniczych. Niewielkim, co jeszcze bardziej przewróciło mój zestresowany żołądek do góry nogami. Ten, do którego przesiadałyśmy się w Budapeszcie wzbudził we mnie więcej zaufania, wyszło więc na to, że wielkość ma znaczenie :P, oczywiście jeśli chodzi o pojazdy latające. Opóźnienie startu nasuwało wprawdzie pytania, czy aby na pewno wszystko z samolotem w porządku, ale na szczęście w godzinach popołudniowych stanęłyśmy na tureckiej ziemi. Jeszcze tylko wiza, bagaże i witaj przygodo!

Plan był prosty - z lotniska do hostelu przejedziemy metrem z jedną przesiadką. Metrem, więc szybko i sprawnie. No niekoniecznie, bo ta druga linia okazała się być tramwajowa, a 16 przystanków tramwajem w Stambule zdecydowanie wolniej się pokonuje niż w Warszawie. Nigdy w życiu nie jechałam tak wolnym tramwajem.

Gdy wysiadłyśmy w okolicach hostelu, pewien uczynny pan od razu zaoferował swoją pomoc w odnalezieniu drogi i oczywiście skierował nas ... w przeciwną stronę. Nadal nie wiem, czy specjalnie, czy chęć niesienia pomocy dwóm biednym turystkom wygrała u niego ze znajomością topografii miasta. Na szczęście szybko zorientowałyśmy się, że nie tędy droga.

Hostel jak hostel, na pierwszy rzut oka całkiem sympatyczny, chociaż ciężko znaleźć do niego wejście, ale od czego pomocni Turcy. Dziewczyna na recepcji przywitała nas radośnie i zaprowadziła do naszego, tylko w teorii żeńskiego, dormitorium na piątym piętrze. Dlaczego winda jeździła tylko między piętrem 1-szym a 4-tym…nie mam zielonego pojęcia. A dlaczego w korytarzu stała Bożonarodzeniowa choinka? W środku lata! Oj coś czuję, że takich pytań będzie jeszcze więcej. ;)

06.09.2011 wtorek (II dzień)

Turcy uwielbiają bramki

Siedzimy wieczorem na tarasie naszego hostelu i zajadamy tureckie słodkości. Słodkie okropnie, malutkie, ale kalorii ma pewnie z 700! Ale co tam, na wakacjach jesteśmy, a i ruchu też mamy dużo. Ta słodka przyjemność to tak zwana baklawa, ale po trzeciej z kolei moje przesłodzone kubki smakowe zaczęły się buntować.

Coś mi się zdaje, że w hostelu mieli dzisiaj dzień sprzątania, bo i taras i pokoje wyglądają przyjemniej niż wczoraj, zdecydowanie przyjemniej. Nawet te zakurzone tarasowe poduchy i dywany nie odstraszają już tak bardzo i całkiem przyjemnie można się pod wieczornym niebem zrelaksować. Bardziej błogo by było, gdyby kolega obok przestał nas zatruwać papierosowym dymem. Kopci jeden za drugim. Oj tak, Turcy kochają palić, a pety rzucają tam gdzie stoją, podobnie jak łupiny po pestkach słonecznika. Są dosłownie wszędzie. Czystością ulic za bardzo się nie przejmują. Ciekawe, czy w swoich domach też tak śmiecą.

A co jeszcze Turcy kochają? Bramki, Turcy uwielbiają bramki. Bramki są przy wejściu do metra, na przystankach tramwajowych, przy wejściach na promy, w muzeach, a nawet...o litości...przy wejściu do WC. Można sobie wyobrazić jakie było moje zdziwienie, gdy wchodząc do publicznej toalety musiałam przejść przez taką „maszynę”. No tego się tutaj nie spodziewałam...

Za nami pierwszy dzień intensywnego zwiedzania. Nie zrywałyśmy się o świcie, w końcu to wakacje, ale szybko pożałowałyśmy tej decyzji widząc kilkunastometrową (kilkudziesięcio- chyba raczej) kolejkę przed Hagia Sophia. Tłum ludzi w ogonku, w którym koniec końców całkiem szybko przesuwałyśmy się w stronę kas.

Hagia Sophia to punkt obowiązkowy na mapie zwiedzania Stambułu. Wielka bizantyjska świątynia, rozmiarem przytłacza, a wrażenie robi fakt, że w obecnym kształcie powstała w 537 r. i nadal się trzyma. Najbardziej rozczarowała mnie jednak atmosfera tego miejsca. Świątynia jest ogromna, przebywają w niej na raz setki turystów, zarówno na parterze jak i na wyższej kondygnacji, jest głośno, gwarno i jakoś nie udało mi się poczuć jej historii, tego, że przez ponad 1000 lat służyła wiernym do modlitwy. Ale robi wrażenie samym swoim wyglądem, wielkością, przemyślaną konstrukcją i wszystkimi detalami począwszy od specyficznego rozmieszczenia okien aż po najmniejsze malowidło ścienne.

Z Hagii Sophii rzut beretem, bo właściwie po drugiej stronie ulicy, znajduje się siedemnastowieczny Błękitny Meczet. I nie jest to tylko muzeum, ale czynny meczet, do którego przychodzą muzułmanie. Wprawdzie wyproszono nas zanim modlitwy na dobre się zaczęły, ale po raz pierwszy miałam okazję zobaczyć modlących się Turków. Jako turyści byliśmy odgrodzeni i nie mogliśmy chodzić po całym meczecie, no i oczywiście przed wejściem trzeba zdjąć buty, a kobiety powinny zakryć głowy i ramiona. Tak nakazuje tradycja muzułmańska. Nogi chyba też powinny być zakryte, na wszelki wypadek obie z Agatą założyłyśmy długie spodnie. Jak to mówią „przezorny…” Nauczyłyśmy się też, żeby w kolejnych meczetach zakładać skarpetki. Buty trzeba zdejmować, ale skarpetki nikomu nie przeszkadzają, a o wiele przyjemniej było chodzić w nich po tureckich meczetowych dywanach, po których codziennie dreptają tysiące ludzi. I lepiej nie zastanawiać się jaki poziom czystości prezentują. I już nie mówię o Turkach, bo ci podobno nogi przed wejściem myją, ale turyści...niekoniecznie.

Przewidywalni Turcy założyli za to, że większość turystek nie nosi na co dzień chust na głowach, więc bez problemu wypożyczali takowe przed wejściem. Czy były jednorazowego użytku? Nie sadzę…Warto więc mieć swoją.

Błękitny meczet zrobił na mnie duże wrażenie, powalał nie tylko swoimi gabarytami i wyglądem, ale był to przede wszystkim pierwszy czynny meczet jaki w życiu widziałam. Ale jak się później okazało, każde kolejne miały w sobie więcej uroku. Im mniejsze i mniej turystów, gwaru i komercji tym lepiej. Turyści nie są już w nich oddzielani barierkami i naprawdę można poczuć atmosferę muzułmańskiej modlitwy.

Stambuł - najbardziej charakterystyczny widok

Stambuł, a właściwie jego europejska część, okolice Wielkiego Bazaru i największych atrakcji miasta, zaskoczył mnie bardzo wąskimi uliczkami, tłumem różnorodnie ubranych ludzi i kompletnym brakiem przestrzegania jakichkolwiek przepisów drogowych. Ta część miasta powala z jednej strony wielkością i okazałością Hagii Sophi, czy Niebieskiego Meczetu, a z drugiej wprawia w osłupienie na widok bardzo zaniedbanych i wręcz rozwalających się domów. Pomiędzy tym ogromna ilość malutkich sklepów i kawiarni, kolorowe drewniane domki niczym z rysunków przedszkolaków, kilka nowoczesnych budynków wyglądających jak hotele bądź niewielkie biurowce i oczywiście co krok kolejny mały meczet. No I wszechobecne ”Hello! How are you? Where are you from? Poland? Dzień dobry!” Całkiem nawet miłe to takie ciągłe zainteresowanie, nawet jeśli interesowne :)

Po południu przyszedł wreszcie czas na nasz pierwszy turecki obiad. O knajpę tutaj nie trudno, co krok stoi pan zachęcający, aby właśnie u niego zjeść. Wybierać i przebierać, a jak się nie wiem co i gdzie zjeść, tak jak my, to na chybił trafił, no ewentualnie można podążyć za urodą i urokiem osobistym kelnerów. A sami mężczyźni :p Obiadek pierwsza klasa. Mocno przyprawione mięso, ryż, grillowane pomidory i papryka, a do przegryzienia pieczywo. Intensywny smak mięsa i przypraw, lekkostrawne danie to raczej nie było. Do tego wszystkiego turecka herbata, w mniejszej niż długość łyżeczki szklance. Gorzka okropnie, bez cukru nie dało się wypić, a po jego wrzuceniu wyszedł słodko-gorzki herbaciany wywar. Chyba zatęsknię za naszą herbatą...

Jak człowiek najedzony, to najchętniej by sobie pokimał, ale gdzie tam, czasu szkoda. Plecaki zamknięte, aparaty w rękach i dalej w miasto. Nie do końca byłam przekonana, czy warto, ale zdecydowałyśmy się na zwiedzanie Muzeum Archeologicznego. Pałac Topkapi, który jest w pobliżu, zostawiłyśmy na ostatni dzień przed powrotem.

Muzeum fantastyczne. Nie interesowała mnie nigdy archeologia, ale zbiory jakie tu są przyprawią o zawrót głowy nawet największego archeologicznego laika. Namiastka historii z czasów starożytnej Grecji i Rzymu, posągi, rzeźby, sarkofagi, popiersia, starożytne naczynia, narzędzia, a nawet biżuteria. Wynaleźli chochlę do zupy wcześniej niż powstało państwo Polskie! A te sarkofagi to istne dzieła sztuki, na każdym pięknie wyrzeźbiony kawał historii. Oglądając te wszystkie eksponaty można się naocznie przekonać, że kilka tysięcy lat temu ludzie nie byli wcale zacofani, to my jesteśmy zacofani jeśli tak myślimy. Fantastyczna lekcja.

Z muzeum, przy powoli zachodzącym słońcu, wyruszyłyśmy na spacer przez Park Gülhane nad brzeg Bosforu – cieśniny łączącej Morze Czarne i Marmara i oddzielającej zarazem Europę i Azję. Wystarczy przejechać jeden most i w ciągu zaledwie kilku chwil znaleźć się na innym kontynencie. A to wszystko w obrębie tego samego miasta. Na razie azjatycką stronę oglądamy poprzez wzburzone wody Bosforu, ale już niedługo… :)

Jest godz. 21:01 i z pobliskiego meczetu słychać nawoływania muezina do modlitwy. Bardzo głośne te nawoływania. Nie wiem, czy chodzi o sam sposób, czy język, ale mnie to przypomina trochę kocie wycie, chociaż to pewnie jakieś poważne deklamacje. Ale tak swoją drogą w meczetach dzisiaj za dużo modlących się Turków nie widziałam. Spodziewałam się tłumów pędzących do meczetów, a tłumy owszem były, ale na ulicach.

Kolory Stambułu

W ogóle po ulicach Stambułu w większości krążyli mężczyźni. To oni sprzedają w sklepach, na wielkim bazarze, są kelnerami w restauracjach. Kobiet tak pracujących nie widziałam i chyba bardzo rzadko są w takim charakterze zatrudniane. Oczywiście nie mówię, że kobiety w ogóle nie wychodzą z domów, bo spotkałyśmy ich bardzo dużo, ale są w mniejszości. Jak się ubierają? Różnie. W tej części Stambułu wiele z nich ukrywa się pod chustami, niezależnie od wieku. Niektóre zakrywają tylko głowy inne dodatkowo ręce i nogi, a jeszcze inne zakrywają się szczelnie płaszczami. Najmniej jest takich, które ubrane są na czarno od stóp po głowę, a na widok publiczny wystawione są tylko oczy. Wyglądają jak ninja z japońskich kreskówek :)

Ale wiele Turczynek ubiera się też po Europejsku. Bezcennym jest widok dwóch stojących obok siebie na przystanku pań, z których jedna zakrywa całe ciało, a druga kusi wakacyjną minispódniczką.

Duże wrażenie wywarło także na mnie dzisiaj miejsce kobiet w meczetach. Mogą się tu modlić, ale mają wydzielone specjalne strefy, są odseparowane od mężczyzn. Turyści mają tutaj więcej swobody niż tureckie kobiety. Trochę to dziwne... albo może raczej zastanawiające...

07.09.2011 środa (III dzień)

Uwięzione... czyli szaleńcza jazda turecką taksówką

Dzień przywitał nas dzisiaj wyjątkowo głośną modlitwą z pobliskiego meczetu. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że do modlitw nawoływano o ... 5:30 rano! Mieliśmy wrażenie, że ktoś chce nas na muzułmanizm nawrócić i potajemnie zamontował głośnik w naszym pokoju. OH!!! Nie mogą spać, czy co? A przed nami jeszcze przecież 1,5-godzinna drzemka!

Tylko 1,5-godzinna niestety, bo miałyśmy dzisiaj w planach wycieczkę na Wyspy Książęce, a "nasz samuraj" zaplanował zwiedzanie Hagii Sophi. Samuraj to oczywiście tylko ksywka naszego hostelowego współlokatora-Japończyka z zabawną fryzurą a`la samuraj. Nie jestem w stanie ani wymówić, ani zapamiętać jego imienia, więc dla mnie to już zawsze będzie po prostu samuraj. Okazał się bardzo miłą osobą, jest właśnie w swojej rocznej podróży po świecie. Chłopak mniej więcej w moim wieku, wziął na rok urlop i z jednym plecakiem, mniejszym od mojej zapakowanej po brzegi walizki, podróżuje już od kilku miesięcy od kraju do kraju. Nie omieszkał zawitać nawet do Polski, do Warszawy i Krakowa. Bardzo się zdziwił na wieść, że my mamy tylko 2 tygodnie wakacji i że w Polsce przysługuje tylko na 26 dni urlopu, a zostawiając pracę na rok, można się już z nią raczej pożegnać. Ale zarabiając w Japonii średnio 2800 euro/m-c, (przy czym nasze średnie miesięczne wynagrodzenie 3500 zł wypada trochę słabo), można sobie pracę na rok porzucić. Ale o Tsubasie nie słyszał… ciekawe... u nas to był taki hit, a przecież to Japończycy ubóstwiają anime i mangi :)

Na razie wróćmy do Stambułu... Spakowałyśmy nasze bagaże i wyruszyłyśmy promem na azjatycką stronę miasta. Mimo, że nikt na dworcu nie mówił po angielsku, udało nam się kupić bilety do Canakkale, co więcej, pozwolili nam nawet za ladą zostawić nasze tobołki. Uwielbiam tą ich życzliwość. :)

Po dość długiej wędrówce dotarłyśmy w końcu do miejsca, skąd prom miał nas zabrać na Kinaliadę - najbliższą z czterech Wysp Książęcych, do których dopływa. Na pozostałe 3 nie miałyśmy niestety już czasu.

Tylko 30 minut rejsu dzieliło nas od rozkoszowania się wyjątkową ciszą i spokojem panującym na wyspie, zupełnie inny świat niż w zabieganym i zatłoczonym Stambule. Jakby nikt nie musiał się spieszyć, nikogo nie goniły obowiązki. Ludzie albo spacerują albo plażują nad wodami Morza Marmara i nikomu nie dokucza ruch samochodowy, bo jest on tutaj zakazany. No może z wyjątkiem straży pożarnej, czy innych uprzywilejowanych służb. Nie wiem, czy tak jest na co dzień, a już na pewno nie w weekendy, ale brak tłumu turystów i wszechobecnych miastowych hałasów działa naprawdę kojąco. A do tego niezwykle urokliwe domki, przyjemna dla oka przyroda i zapierający dech w piersi widok na Stambuł... ale to jest wielkie miasto!

Wyspa Książeca dla VIP-ów

Miałyśmy tylko godzinkę, wiec spacerowałyśmy i chłonęłyśmy niezwykłą atmosferę tego urokliwego miejsca. Tak bardzo chłonęłyśmy, że spóźniłyśmy się w końcu na powrotny prom! No i tu zaczęła się zabawa... Szanse na powrót na 14:30, bo o tej godz. odjeżdżał autobus do Canakkale, były minimalne i nie wiem w sumie jakim cudem, ale przy ogromnym szczęściu, załapałyśmy się na inny prom do Bostanci, a stamtąd po szaleńczej (naprawdę szaleńczej - 140 km/h po mieście!) podróży taksówką, rzutem na taśmę dotarłyśmy na dworzec o 14:35. Ja płaciłam za taksówkę, co chwilę trwało, bo kierowca próbował mnie oszukać przy wydawaniu reszty, a Agata wybiegła łapać busa, który właśnie odjeżdżał...Jakoś poszło, jakoś poszło...:) Nadal mam stracha jak pomyślę o tej taksówce, ale w sumie same kazałyśmy kierowcy się pospieszyć...Zrozumiał dosłownie J

Zatrzymywany w pędzie busik dowiózł nas do ogromnego stambulskiego dworca i zapakowałyśmy się do, potocznie mówiąc, wyczesanego, dalekobieżnego autobusu. Pominięcie milczeniem tego tureckiego środka lokomocji byłoby co najmniej nietaktowne. Wygodne siedzenia, telewizorek i słuchawki przed każdym pasażerem, filmy do wyboru, telewizja, radio, muzyka do słuchania, a to wszystko okraszone grzecznym stewardem roznoszącym przekąski oraz zimne i ciepłe napoje i dbającym o to, aby każdy wysiadł tam gdzie powinien. Kto nie jechał niech żałuje.

Właśnie wjechaliśmy w tłum ludzi, którzy ewidentnie coś świętujących. Rozbawieni przy dźwiękach bębnów tańczą na ulicy, a nasz lekko wyprowadzony z równowagi kierowca manewruje pośród tego tłumu radości próbując przejechać. Ale w Turcji takia sytuacja to chyba normalka, każdy uczestnik drogi robi co chce. Doświadczyłyśmy tego dzisiaj, gdy taksówkarz gnał przez miasto kompletnie nie włączając kierunkowskazów, jadąc dwoma pasami na raz i używając klaksonu jako informacji..."uwaga-nie zajedź mi drogi, bo wyprzedzam!". Tak, Turcy uwielbiają też chyba trąbić.

P.S. pierwszy turecki kebab zaliczony... w najuboższej wersji, ale zaliczony :)

08.09.2011 czwartek (IV dzień)

Kozie lody i drewniany koń

Dzisiaj były u nas jakieś 34 stopnie, a w Warszawie podobno 13 i między innymi właśnie dlatego cieszę się, że jestem tu, a nie tam :)

Canakkale przywitałyśmy wczoraj po godz. 22-giej. Prom przewiózł nasz autobus przez cieśninę Dardanele i wysadzili nas na przystani pośród tłumu Turków. Najbardziej zaskoczył nas ich kompletny brak zainteresowania dwiema blondynkami stojącymi z wielkimi bagażami na środku skrzyżowania. A tyle się przecież naczytałam o tureckiej natarczywości. W płn.-zach. rejonach okazało się to zupełną nieprawdą. Chodzimy 4 dzień po tureckiej ziemi i kompletnie nikt nie zwraca na nas uwagi, nie licząc oczywiście naganiaczy zapraszających do swoich restauracji. Na wschodzie pewnie nie byłybyśmy tak niewidoczne, tutejsze rejony są w sumie mocno turystyczne.

Czekałyśmy na tym skrzyżowaniu 40 min. aż końcu pojawił się Emre, u którego miałyśmy nocować. Miły człowiek, choć strasznie gadatliwy. Niby zadawał nam pytania, ale chyba wcale nie słuchał odpowiedzi, bo zaraz zaczynał mówić o sobie. A że jest przewodnikiem wycieczek, to monologi wychodzą mu perfekcyjnie. Jak to stwierdziła Agata: "lubi słuchać swojego głosu".

Niestety nasz nocleg u Emre nie wypalił. Chłopak musiał wstać na 5:30 rano do pracy, więc stwierdziłyśmy, że nie chcemy się tak wcześnie zrywać i Emre szybciutko pomógł nam znaleźć przyjemny i tani pensjonacik (jak się okazało z pysznym tureckim śniadaniem - jajko, masło, serek biały, dżem, pomidor, ogórek, a do tego pół chleba i herbata, ku mojemu szczęściu tym razem zwykła, nie turecka).

Najważniejszy punkt dzisiejszego planu to wizyta w Troi. Po śniadaniu zebrałyśmy się i spokojnie wyruszyłyśmy na poszukiwanie busów do Troi. Oczywiście jak to z nami w tej podróży bywa, źle sprawdziłyśmy godzinę odjazdu i łapałyśmy busa na ulicy, a właściwie to kierowca łapał nas, a nie trudno było się zorientować, że te dwie turystki to pewnie do Troi. Jakoś nie wierzę, czy ktoś w Polsce by się tak zatrzymał.

Jechałyśmy ok. 25 min. brzegiem morza Egejskiego i przez malutkie wioski, w których ludzie wsiadali albo wysiadali. Ten busik to tzw. dolmusz. Płaci się za przejazd przy wysiadaniu i prawdą jest, że nawet jak poda się pieniądze poprzez innych ludzi, to zawsze dotrą do kierowcy, a co najlepsze, do nas zawsze wróci ewentualna reszta.

Dolmusz nie pierwszej młodości

W Troi, ku naszej wielkiej radości, nie było zbyt wielu osób, więc na totalnym luzie łaziłyśmy po ruinach mając przed oczami walczących Hektora i Achillesa i przywoływałyśmy w naszej wyobraźni pierwotny wygląd tego miejsca. Chociaż podobno tak na 100% nie wiadomo, czy to na pewno ta słynna Troja, ale i tak osada, która tu kiedyś istniała była imponująca. A koń, jak to trojański koń - wielki, drewniany, stoi przy wejściu i pozuje do zdjęć. Ulubiony i obowiązkowy element do obfotografowania przez wszystkie wycieczki. Mój oczywiście też :D

Troja - koń musi być!

W drodze powrotnej miałyśmy przyjemność (choć niektórzy powiedzieliby, że wątpliwą) przejechać się nieco innym rodzajem dolmusza. Mówiąc o nim stary, to i tak chyba zbyt łagodnie. Oprócz mocno wyeksploatowanych siedzeń znajdowały się w nim dwie drewniane ławki i plastikowy stołek, taki przechodni element do posiedzenia w podróży. Całe szczęście, że do 140 km/h się nie rozpędza, bo ani on, ani my byśmy z tego cało nie wyszli. Miałam za to wrażenie, że lada moment przez ciągle otwarte drzwi, wypadnie któraś z walizek. Oby tylko walizka!

Wczesnym popołudniem, lekko wygłodniałe, wybrałyśmy się na chicken corba, czyli w prostym tłumaczeniu turecką zupę z kurczaka. Słyszałyśmy, że Turcy mają bardzo smaczne zupy i za niewielkie pieniądze można się dobrze najeść. I faktycznie, 5 lira wystarczyło, abyśmy dostały po może niezbyt dużym talerzu gorącej zupy, ale do tego wielki koszyk pysznego, ciemnego pieczywa. Porcja chleba, którą w Polsce jadłybyśmy przez kilka dni. Zupa natomiast była tak mocno przyprawiona, że nie dałoby się jej samej zjeść, a zagryzanie chlebkiem sprawiło, że obiad ten okazał się niezwykle sycący, a do tego przepyszny.

Na wakacjach nie samą zupą jednak człowiek żyje, a zwłaszcza na wakacjach w tak ciepłym kraju. W Canakkale połasiłyśmy się więc w końcu na prawdziwe lody z koziego mleka. Lody, które można kroić. To taka zimna, gęsta, kremowa, ale nie tłusta, bardzo wolno roztapiająca się i przypominająca w konsystencji toffi, turecka rozkosz dla podniebienia. Mmmm...

09.09.2011 piątek (V dzień)

Klimatycznie

Dzisiaj wstałyśmy dość wcześnie jak na nasze urlopowo-tureckie zwyczaje i o 07.30 zapełniałyśmy już nasze brzuchy śniadaniem. Pół godziny później wyruszyłyśmy z pensjonatu do położonego rzut beretem dworca, a o 8:30 wyjeżdżałyśmy do Ayvalik, naszego kolejnego punktu docelowego. O autobusie nie ma co się rozpisywać, bo był tak samo fajny jak poprzedni, mimo trochę mniej wygodnych siedzeń i tych samych filmów (ile razy można oglądać „Epokę Lodowcową” po turecku?). Najsłabszym punktem tego przejazdu okazał się być steward, który wyglądał na niewyspanego i mało skupionego. Chwilę po tym jak minęło południe wysadzili nas na stacji benzynowej, przy bardzo ruchliwej drodze, tuż obok skrętu na Ayvalik, zapewniając, że zaraz podjedzie bus service. Tak po prawdzie, to gdybyśmy same nie zauważyły, że trzeba wysiadać, pojechałybyśmy w siną dal. I tu potwierdziło się przypuszczenie co do mało skoncentrowanego stewarda, który to przecież miał pilnować przystanków.

Na stacji czekałyśmy 45 minut i właściwie dzięki przypadkowo zagadanym przez Agatę Turkom i pracownikom stacji benzynowej, załapałyśmy się na stopa. O tak! Kolejny środek tureckiej komunikacji zaliczony! I kolejny raz, na zupełnym dla nas odludziu, doznałyśmy tureckiej życzliwosci. Już sam fakt, że ludzie bezinteresownie zwrócili uwagę na dwie lekko zagubione turystkami i załatwili nam transport to nic, wszystko okrasili jeszcze darmową herbatą, a sprzedawca lodów cały czas obdarzał nas uroczym uśmiechem :)

Sam autostop niby rzecz zwyczajna, ale zwyczajność jest nudna, tak więc jechałyśmy tym autem w towarzystwie 5 panów, z których jeden siedział w bagażniku, a pasażerem na gapę okazała się być osa, na którą przypadkowo usiadł jadący obok nas jeden z Turków. Zanim zrozumiałyśmy co się dzieje, wprowadził nas w niemałą konsternację, gdy zaczął się dziwnie na siedzeniu wyginać J.

Tak oto panowie wesoło dowieźli nas do centrum miasteczka i absolutnie nie przyjęli za podróż pieniędzy.. Prawdziwy autostop-tak na marginesie chyba pierwszy w moim życiu.

Wśród gąszczu wąskich ulic miasteczka miałyśmy problem ze znalezieniem właściwego adresu, ale mieszkańcy szybko się nami zaopiekowali i zostałyśmy odprowadzone pod same drzwi. Pensjonacik niby stylizowany na grecki, błękitne okiennice, białe ściany, dywaniki w podobnym stylu, ale wnętrze przypominało mi trochę lata wczesnej polskiej komuny-malowane białą olejną farbą szafy, kredensy i stoły. Taras za to, to już chyba zlepek wszystkiego co właścicielka zbierała przez lata albo dostała z dziada pradziada. Zabrakło mi w tym wszystkim tylko siennika, chociaż łóżko trochę go wizualnie przypominało. No i kolejny raz spotkałyśmy się z brakiem kabiny prysznicowej, woda leci bezpośrednio na podłogę, a tą, która nie spłynęła, zmiata się miotłą. Od taka nowoczesność :) Jak mówi Agata-klimatycznie, dla mnie-dziwnie. Ale bardzo przytulnie, o czym przekonałyśmy się później.

Pobyt w Ayvalik z założenia miał być spokojny, relaksujący, taka chwila przerwy od zwiedzania zabytków i szukania przygód. I w imię tego relaksu i wyciszenia, w poszukiwaniu głównego placu i pomnika Atatürka polazłyśmy za miasto, a posąg jak się okazało stoi wyniośle raptem pięć minut drogi od naszego domku. Po tej uroczej wędrówce zafundowałyśmy sobie obiad i lody, a reszta wieczoru upływa mi już tylko na regeneracji organizmu.

Jak do tej pory, Ayvalik okazał się miejscem, które najbardziej odbiegało od moich wyobrażeń. Spodziewałam się miasteczka nad brzegiem morza z mnóstwem plaż i kilkoma minutami marszu do upragnionej kąpieli w Morzu Egejskim. Spotkałyśmy za to bardzo stare rybackie miasteczko, niezadbane, wręcz zniszczone, z odrapanymi domami, ciągnącym się wzdłuż portem, a plaże oddalone o ok. 9 km.

Plaża czosnkowa, podobno najpiękniejsza w tym rejonie, to jest kierunek, w którym jutro wyruszymy. Na razie siedzimy po zmierzchu na klimatycznym tarasie zajadając pyszne tureckie winogrona (chyba takie, z których robi się rodzynki) słuchając nawołującego do modlitwy muezina i miauczącego obok kota. Ten jest wprawdzie udomowiony, ale w Turcji bezpańskich psów i kotów jest od groma! Zwłaszcza kotów.

10.09.2011 sobota (VI dzień)

„Na plażę, na plażę już czas”

O świcie obudziły mnie gałęzie drzewa granatu, które uparcie stukały w otwarte okno naszego pokoju, przy wtórze ptasiego świergotu, pohukiwania sowy i warkotu silników kutrów rybackich i motorówek. Błoga pobudka i błogi dzień - najbardziej leniwy w całej naszej podróży i cudownie, ale to cudownie przyjemny :)

Śniadanie jakie zjadłyśmy w naszym klimatycznym pensjonacie okazało się bardziej domowe niż niejedno jakie jem w kraju. Do wyboru kilka rodzajów domowej roboty dżemów m.in. z truskawek, czy fig, niektóre z dodatkiem orzeszków, ponadto miodek, twarożki, marynowane oliwki, czarne i zielone, razem z pestkami-domowej oczywiście roboty, a do tego warzywa i jajka, pyszny chlebek i herbata. Można zjeść ile się da, póki się nie skończy, pełna samoobsługa. Hmmm to śniadanie będę wspominać jeszcze długo po powrocie... Było tak smaczne, wcale nie chciało mi się wstawać od stołu, tym bardziej, że jadłyśmy w ogrodzie...

Po tym rozleniwiającym posiłku, spakowałyśmy ręczniki, kostiumy, krótkie spodenki i ruszyłyśmy miejskim autobusem (właściwie busem) na plażę. No wreszcie! Turecki upał, krystalicznie czysta woda, zero fal, znikomy odsetek ludzi i co kilkanaście metrów daszki, pod którymi można się schować przed prażącym słońcem. Czadowo!!! :) To jedna z najfajniejszych plaż jakie w życiu widziałam, a dzisiejszy dzień pozwolił spojrzeć na Ayvalik dużo łagodniejszym okiem. Czegoż więcej tu potrzeba?! W tamtej chwili...niczego :)

Umościłyśmy się pod jednym z blaszanych daszków, pod którym dołączyła do nas turecka rodzina. Bardzo przyjaźni ludzie, częstowali nas winogronami i dbali abyśmy się za bardzo nie wystawiały na słońce, bo jesteśmy zbyt białe. No jesteśmy, taka rasa ;) Najciekawsza z tej rodzinki była Pani w średnim wieku, która po każdej kąpieli zmieniała strój kąpielowy, przebierała się przynajmniej ze 3 razy. W ogóle na tej plaży najwięcej było osób tak na oko po 60-tce, a kilka kobitek urządziło sobie niedaleko nas naturalne spa. Wysmarowały się błotem, a potem zanurzały w wodzie, w celu zmycia tych maseczek. A woda pełna soli, to przy okazji egejski peeling. Fajowe babeczki :)

Ayvalık - morskie maseczki

Po drugiej stronie naszej kryjówki zauważyłam natomiast urocze małżeństwo (prawdopodobnie), oboje w średnim wieku. Pani uczyła się pływać, prawie nie wychodziła z wody, a cała była w ubraniu, od stóp (buty do pływania) po głowę (chustka). Oprócz twarzy i rąk nie wystawiła najmniejszej części ciała na widok obcych ludzi. Ale taki strój nie był dominujący. Większość plażowiczów zrzuciła zbędne ciuchy i wystawiała swoje obnażone kończyny w stronę prażącego słońca.

W drodze na i z plaży utwierdziłam się w przekonaniu, że Turcy są niesamowicie uczciwi, przynajmniej jeśli chodzi o płacenie. Nikt nie próbuje się od zapłaty wymigać i każdy ma pewność, ze zawsze dostanie resztę, chłopak który zbierał opłaty nie włożył nawet liry do swojej kieszeni. Poza tym odniosłam wrażenie, jakby wszyscy w tym busie się znali. Nic w sumie dziwnego, bo bus zbiera mieszkańców z okolicznych wiosek, ale wyglądali jakby naprawdę cieszyli się ze spotkania kogoś znajomego. Nie siedzą ze spojrzeniem wbitym w podłogę udając, że nic i nikogo nie widzą, jak to często bywa w warszawskiej komunikacji. Ale może to ten klimat, inne życie po prostu.

Z Ayvaliku wyjechałyśmy wypoczęte, naładowane energią, opalone i niezmiernie zadowolone. Wyjeżdżałyśmy o zachodzie słońca, wzdłuż wybrzeża, mijając liczne porty… niesamowite widoki. Całonocna podróż do Konya nie wydawała się już tak przerażająca.

Bezpośredniego autobusu niestety nie było, więc w Izmirze musiałyśmy przesiąść się w kolejny. Na przesiadkę, zakup biletu, toaletę i przegryzienie bułki (w smaku przypominającą trochę mufinkę, ale bardziej sycącą) miałyśmy około godziny. Dworzec w Izmirze jest imponujący, ogromny, dwupoziomowy z kilkudziesięcioma stanowiskami tureckich przewoźników. Z każdego okienka ktoś krzyczał nawołując potencjalnych klientów do skorzystania z akurat ich usług. My, jako, że szukałyśmy najtańszej oferty, obeszłyśmy kilka stanowisk. Sprzedawcy szybko zorientowali się jaki jest nasz cel i krzyczeli do siebie, aby tylko nie zbijali nam już ceny. A krzyczeć to oni potrafią, krzyczą często i bardzo głośno, nie tylko na dworcu. Ale Polak nie fajtłapa, o swoje walczyć umie, więc stargowałyśmy cenę i za 40 lira/os. wyruszyłyśmy o godz. 23.30 do Konya. A tak na marginesie, tylu ludzi w nocy na dworcu jeszcze nie widziałam! Ruch jak przed na Zachodnim przed Bożym Narodzeniem. Młodzi i starzy, nawet małe dzieci. Wydaje się, że komunikacja autobusowa w Turcji przewyższa zdecydowanie samochodową. Może dlatego mają tak wypasione autobusy.

11.09.2011 niedziela (VII dzień)

Zawiedziona

Konya rozczarowała. Couchsurfer znowu nas wystawił, zabytki nie zachwyciły, a młodzi Turcy zachowywali się na nasz widok jakby oglądali małpy w zoo. Starsi byli za to bardzo mili i to najjaśniejszy punkt tej kilkugodzinnej wycieczki. Jeden pan bardzo gorąco zachęcał nas do zwiedzenia meczetu. Naprawdę zadziwia mnie fakt, że turyści mają większe prawo kręcić się po meczecie niż tureckie modlące kobiety, które chowają się w samym tyle.

Miasto opuściłyśmy tego samego dnia po południu i ruszyłyśmy dzień wcześniej na podbój Kapadocji.

Zmęczona podróżami i rozczarowana Konya, z niewielkim entuzjazmem przywitałam Göreme , jaskiniowy hostel i jego nieprzyjemne warunki łazienkowe (łagodnie rzecz ujmując). Prysznic nad kibelkiem, notorycznie zalana podłoga, zakaz wyrzucania papieru toaletowego do sedesu pod groźbą zapchania (zapach jaki się unosił jest nie do opisania!), przegniłe drzwi i grzyb na całym suficie skutecznie potrafiły zniechęcić. Spać... trzeba się przespać, żeby z nowym dniem łagodniej spojrzeć na nasze nowe miejsce zamieszkania. A czekają nas tu 4 noce.

12.09.2011 poniedziałek (VIII dzień)

Przez łąki i pola

Göreme przywitało mnie dzisiaj prawie kompletną ciemnością. Dopiero po chwili uświadomiłam sobie, że śpimy przecież w jaskini, bez okien, a jedyne światło wpadało tylko przez dziury między drzwiami a futryną. Lekko przerażająca pobudka. Jak się okazało było już po 9-tej, a na dworze świeciło piękne słońce na bezchmurnym niebie i zapowiadał się bardzo gorący dzień.

Założenie było takie, że nigdzie się nie spieszymy, w końcu to wakacje, więc po porannej toalecie (w obskurnej łazience) poszłyśmy leniwie na śniadanie. Spałaszowałam wielkiego jak talerz i grubego na 2 cm pancake’a z miodem i owocami, co po mięsnej i mocno przyprawionej tureckiej diecie było fantastyczną odmianą. Plus herbata oczywiście (zwykła), herbaty w Turcji pod dostatkiem.

Kapadocja - wyczekiwany naleśnik

Po przestudiowaniu mapy, zapakowałyśmy plecaki i ruszyłyśmy w stronę Dolin Białej i Miłości. Oczywiście nie poszłyśmy zgodnie z kierunkiem sugerowanym przez autora przewodnika, wręcz przeciwnie i zupełnie na przełaj. Toteż nic dziwnego, że wszyscy turyści, których spotkałyśmy kierowali się w innym kierunku. Jedna z turystek, zdziwiona naszą samowolką, próbowała nas nawet krzykiem i trochę mało zrozumiałymi gestami nawrócić na właściwą ścieżkę, ale co tam, czy musimy robić tak jak wszyscy? Oryginalnie równa się ciekawie, trochę mniej bezpiecznie, ale ciekawie :p.

Dopiero próbując wyjść z doliny zrozumiałyśmy dlaczego podręcznik kierował nas w inną stronę-było zbyt stromo, żeby się wdrapać, zdecydowanie łatwiej tędy zejść. Przez moment pomyślałam, że może warto jednak trzymać się wskazówek, ale gdybyśmy wybrały inną drogę, to nie najadłyśmy się pysznych winogron prosto z krzaka, które ofiarowali nam pracujący przy ich zbiorze Turcy, nie zapadłybyśmy się po kostki przeprawiając się przez wysuszoną na polach ziemię pomiędzy winoroślami, jabłoniami i gdzieniegdzie dyniami i nie miałybyśmy frajdy w ześlizgiwaniu się z pagórków-co było czasami najlepszym sposobem, aby z nich zejść.

Wróciłyśmy zmęczone, pokryte tumanem kurzu, a nasze skarpety pooblepiane były malutkimi rzepami. Szybki prysznic i dalejw rejs, tym razem już po miasteczku. Na obiad wymyśliłyśmy tym razem Iskender Kebab. Jak na razie znalazł się on jednak na końcu mojej tureckiej listy jedzeniowej, bo połączenie sosu pomidorowego i jogurtu nie przypadło mi do gustu. Nawet jeśli każde z osobna było wyborne.

Wieczorny spacer zakończyłyśmy na punkcie widokowym, czekałyśmy tam na zachód słońca. Rzekomy piękny widok poświaty znikającego za skałami słońca okazał się zupełnym niewypałem. Świeciło i zniknęło. Ot po prostu. Ale wystarczyło okręcić się o 180 stopni, a nad Kapadocją wschodził księżyc, ogromny, prawdopodobnie w pełni, w tempie ekspresowym unosił się coraz wyżej nad wysuszonymi okolicami Göreme. Czaderski widok, z jednej strony chowające się słońce, z drugiej wstający księżyc. Takie widoki możliwe tylko tutaj. Warto było poczekać :).

Kapadocja - zgadnij kto!

13.09.2011 wtorek (IX dzień)

The Fellowship of the grape

Noc była średnia. Najpierw nasz współlokator ześlizgnął się ze schodka i skręcił kostkę, a że w dzień było coraz gorzej, zdecydował się skrócić swoją podróż i wrócić do domu. Agata za to obudziła się z opuchniętym okiem i pogryziona przez jakieś owady. Wgląda jakby się z kimś pobiła... no cóż... czystością ten hostel nie grzeszy...

Dzisiaj dla odmiany to Agata zajadała na śniadanie pancake`a z czekoladą i bananami, a ja tureckie śniadanie. Chociaż po Ayvaliku już żadne tureckie śniadanie nie będzie mi smakować. Ale najważniejsze, żeby nabrać sił na cały dzień, bo ruszamy w trasę. Pierwszy przystanek Open Air Museum. Tym razem idziemy we trójkę, z Beatą - Polką, którą spotkałyśmy w hostelu.

Muzeum kompletna porażka, najgorzej wydane pieniądze. 15 Lira za kilkanaście minut oglądania skalnych kościółków. Nie zaprzeczam, warto zobaczyć, bo to jest wyjątkowe miejsce, ale nie za taką cenę i nie w takim tłumie turystów wszelakich narodowości. Beacie się podobało, została, a my obejrzałyśmy w ekspresowym tempie i zaopatrzone w kozie lody w 4 smakach (wanilia, czekolada, cytryna i truskawka) obrałyśmy kierunek na Rose Valley i Red Valley. Oczywiście, że nie główną i zalecaną drogą ;)

Kluczyłyśmy po polach, podjadając winogrona, zaopatrzone w kije na wypadek spotkania jaszczurek albo innych zwierząt, którym przyszłoby do głowy nas zaatakować, ale udało nam się w końcu zejść do doliny. Wędrowałyśmy długo i w trochę innym krajobrazie niż wczoraj, nie musiałyśmy przedzierać się między chaszczami. Mijałyśmy skalne domki, przechadzałyśmy się skalnymi tunelami, przedzierałyśmy przez pola m.in. z dyniami, a nad głowami cały czas szumiały nam brzózki. Takie brzózki, które zawsze kojarzyć mi się będą z wyjazdami na wieś. Specyficzne szumienie, nie do zapomnienia...

Po powrocie do Göreme, już nie jako Ewa i Agata, tylko „Fellowship of the Grape” (niech tajemnicą pozostanie :)) byłyśmy koszmarnie zakurzone i nogi same poniosły nas pod hostelowe prysznice, a po odświeżeniu zafundowałyśmy sobie po porcji nadziewanego bakłażana na obiad, oczywiście z pieczywem. Wyborny. Lokalne słodkości okazały się za to mało zjadliwe, takie ciągnące się pianki z powpychanymi pistacjami, orzechami i czekoladą. Lepiej wyglądały niż smakowały. Mnie w każdym razie nie smakowały.

Wprawdzie było wczesne popołudnie, ale zmęczone słońcem i wędrówkami oraz błogo najedzone ,ucięłyśmy sobie po małej drzemce. A potem ukochana przez nas obie turecka zupa na dobry sen w naszej ulubionej kapadocyjskiej knajpce u pana a’la Włocha ;). I dobranoc...

14.09.2011 środa (X dzień)

Turcja - królestwo pietruszki

Turecką kuchnię, oprócz upodobania do mięs wszelakich, wyróżnia zamiłowanie do natki pietruszki. Mam wrażenie, że mogliby ją dodawać do wszystkiego. Jak do tej pory dostawałam w całkiem dużych kawałkach i łatwo było oddzielić ją od tej jadalnej dla mnie części dania, ale w końcu się przejechałam. Ale tak to jest jak się kupuje kebab w ciemno, ani my nie znamy tureckiego, ani obsługa nie zna angielskiego. Kebab to kebab, ruch w barze był bardzo dużo, co świadczyło o dobrej jakości potraw i cena nie najgorsza. Nic tylko zamówić i jeść. Z tego co zrozumiałyśmy miał być kebab z kurczaka, ale jak tak smakuje kurczak to ja go chyba jeszcze za mało w życiu zjadłam. Aczkolwiek mięsko bardzo smaczne, pikantne okrutnie, ale fajne. Tylko ta natka!!! Posiekali to badziewie na malutkie kawałeczki, poupychali w środku, więc ugryzłam nieświadoma zagrożenia. Masakra! To był pierwszy i ostatni kęs z tą zieleniną, powyciągałam chyba wszystkie jej kawałki, przynajmniej te widoczne. Nie cierpię natki pietruszki!!!

Ten zaskakujący posiłek zafundowałyśmy sobie w drodze powrotnej z podziemnego miasta w Kaymakli. Bilet wstępu 15 lira/os., ale jak ktoś chce może wynająć przewodnika, który pod ziemią oprowadza za 30 albo 50 lira dodatkowo. No zgubić się tam nie da, oświetlone i oznaczone strzałkami, więc książkowy przewodnik nam wystarczy, w końcu Agata nie na darmo go ze sobą w plecaku nosi.

Podziemne miasto, a właściwie miasta (bo pewnie wszystkie wyglądają podobnie) zrobiło na nas ogromne wrażenie. Nie do opisania. Pod ziemią wykute są w skale pokoje, kuchnie, spiżarnie, korytarze, łóżka, nawet drzwi. Można chodzić kilometrami na kilku poziomach. To wszystko jest fantastycznie przemyślane, nic nie zostawiono przypadkowi. Trochę klaustrofobicznie i czasami ciasno, ale wentylacja jest tak kapitalna, że nawet 4 kondygnacje w głąb ziemi można oddychać świeżym powietrzem. Jakby chodziła gdzieś klimatyzacja. Wielki szacunek dla konstruktorów i budowniczych... ogromny.

Z Kaymakli przyjechałyśmy do Nevsehir, tutaj miałyśmy przesiadkę w busa do Göreme. Było jednak dość wcześnie, więc spontanicznie podjęłyśmy decyzję, że pokręcimy się po tym mieście. Nad nami na wzgórzu górowały ruiny niewielkiego zamku i czekały tylko aż się tam wdrapiemy. Z zapałem zaczęłyśmy więc wspinać się w jego kierunku. Centrum Nevsehir daje wrażenie bardzo młodego miasta, ale wcale się takim nie okazało. Im wyżej, tym bardziej zaniedbane i stare domy, stojące przy wąskich uliczkach. Tu i ówdzie siedziały w kobiety, starsze i w średnim wieku, a wokół nich krążyło dużo dzieci. Wszyscy nas pozdrawiali, prosili o zdjęcia i mimo teoretycznej niemożliwości dogadania się, tłumaczyli nam drogę na zamek. Wyjątkowi ludzie, życzliwi i uśmiechnięci. Miałam w plecaku polskiego batona, więc dałam go jednej z dziewczynek. Zaskoczenie i uśmiech na jej twarzy – bezcenne :)

Ruiny zamku nie były okazałe, ale widoki przednie, Nevsehir widać jak na dłoni, można popatrzeć na cztery strony świata, hen hen aż po horyzont. Uwagę przyciąga z pewnością piękne boisko i zieleń w mieście, o którą w tym suchym klimacie wcale nie jest łatwo. Poza granicami miasta już tylko skały i hektary wysuszonych pól. I tak aż do następnej osady.

Jakoś niechętnie było mi opuścić to miejsce. Cisza, spokój, błogie widoki. Zadziałała wyobraźnia, mury obronne stanęły w pełnej okazałości, straż w pełnym rynsztunku, a zamiast tureckiej flagi-miejsce schadzek uroczych księżniczek i zakochanych w nich rycerzy. No cóż, podobno każdy ma w sobie coś z dziecka…:)

Tak oto na szczycie zgłodniałyśmy i trafiłyśmy do opisanego wcześniej lokalnego pietruszkowego fast food-u, w którym na domiar złego zostawiłam mój aparat. Chyba bym się zapłakała, jakbym go straciła. O dzięki Ci turecki chłopcze, że mnie po niego zawróciłeś!

Wieczorem, co już stało się naszą rutyną, spacer, ale tym razem pod Göreme. Postanowiłyśmy rozeznać się w terenie i zaplanować trasę na jutrzejszy dzień. Miałyśmy nawet propozycję przejażdżki na quadach, ale mimo mojej wewnętrznej ogromnej chęci ujarzmienia tej maszyny, ostrożnie, zapobiegawczo i grzecznie panom podziękowałyśmy. Powolutku, między skałami, polami i wszechobecnym pyłem wróciłyśmy do naszej jaskini.

Kapadocja - "5-cio gwiazdkowa" jaskinia

15.09.2011 czwartek (XI dzień)

Ptasie fotki

To już nasz ostatni dzień w Kapadocji, z założenia miało być lajtowo i przyjemnie... hehe żarty :) Wybrałyśmy się razem z Beatą do Doliny Zemi. Już na początku wędrówki natknęłyśmy się na malutki kościółek wykuty w skale. Okazał się jednak zamknięty, a za wejście do środka pilnujący go Turek zażyczył sobie 8 lira od osoby. O nie! Bez przesady. Kościołów w Göreme niemało i nie mam zamiaru płacić za obejrzenie kolejnego. Pan się zorientował, że nie zapłacimy, więc zaproponował 16 lira za 3 osoby. Ja kategorycznie powiedziałam, że nie płacę, więc dziewczyny też powoli rezygnowały. Cena zeszła zatem do 8 lira za całą trójkę. Ha! Koleś się łamie. Ale nie, ja nadal nie wchodzę. Gdy już zebrałyśmy się do odejścia, nagle nasz turecki klucznik powiedział, że możemy wejść za darmo. No proszę! To się nazywa zbijanie ceny! Jak się później okazało Pan chyba się nudził i chciał sobie z fajnymi laskami pogadać. A niech mu na zdrowie idzie ;)

Ruszyłyśmy dalej. I jak to zwykle na tej wyprawie bywa zboczyłyśmy z drogi zanim się na dobre zaczęła. Widoki przepiękne. Fakt oddalania się coraz bardziej od doliny, którą miałyśmy zdobywać, wcale nas nie zraził. Wręcz przeciwnie, im dalej tym ciekawiej. Nawet wypalane pola, właściwie wypalające się jeszcze, nie ostudziły naszego entuzjazmu. Gramoliłyśmy się po tej sadzy szukając właściwej drogi, a dokładniej rzecz ujmując jakiejkolwiek drogi, którą mogłybyśmy zejść do doliny.

Nagle ze zbocza skały zobaczyłyśmy pod nami gospodarstwo, prawdziwe, bardzo zadbane gospodarstwo z sadem, ogrodem, kurami, kozą oraz kaczkami pływającymi w oczku wodnym. A do tego wszystkiego krzątający się po podwórku właściciel, który jak tylko nas zobaczył od razu zaczął dawać nam instrukcję, w którą stronę mamy pójść. Nie ważne, że po turecku, ważne, że chciał pomóc. I wcale mu nie przeszkadzało, że skała, na której stałyśmy, okazała się być … dachem jego domu! Przyjrzałam się dokładniej i zauważyłam nawet zamontowaną rynnę i komin. No tego się nie spodziewałam :). A na dodatek synek bądź wnuczek tego pana przyszedł do nas z gołębiem i na migi powiedział, że zrobi nam z nim zdjęcie. A jak chcemy to nawet możemy zapozować z kurczakiem. Ja jednak podziękuję :).

Ponieważ coraz bardziej zaczęłyśmy oddalać się od naszej docelowej dolinki, postanowiłyśmy w końcu zejść w dół. Droga oprócz tego, że zbyt stroma jak na nasze buty, robiła się coraz bardziej zakrzewiona i pełna chwastów. Droga tylko w teorii, bo do prawdziwej ścieżki to my się właśnie próbowałyśmy dostać. Oblepione rzepami, brudne i odrapane brnęłyśmy coraz bardziej w dół. W końcu taki był cel i jak miałyśmy go nie osiągnąć?! Kto, jak nie my!

Ku naszej uciesze zarośla zaczęły się w końcu przerzedzać i mijając górski, albo raczej skalny, strumyk, dotarłyśmy w końcu do ścieżki. Zdobyłyśmy dolinę, trochę na około, ale ile było frajdy. Co tam ścieżki, jak się chodzi cały czas po ścieżkach, to nie ma się okazji zjeść pomidora prosto z krzaka, cieplutkiego od tureckiego słońca, albo zobaczyć na własne oczy, że w tym suchym klimacie też da się wyhodować truskawki i fasolę.

Zbliża się właśnie nasza przedostatnia turecka noc, tym razem spędzimy ją w autobusie. Ostatnia będzie już na lotnisku. Jedziemy dzisiaj do Stambułu. Walizki spakowane, obiad zjedzony, zapasy wody na podróż zrobione, czekamy tylko wieczora i pożegnamy Kapadocję… z łezką w oku, bo Stambuł to nasz ostatni przystanek podczas urlopu i trzeba będzie wracać. Koniec wakacji...

Kapadocja o zmierzchu

16.09.2011 piątek (XII dzień)

Oko proroka

Znowu w Stambule, znowu tłum ludzi, znowu hałasy. Przed nami cały dzień chodzenia, więc pierwsze co chciałyśmy zrobić, to upchnąć nasze bagaże w dworcowej przechowalni. Szkoda tylko, że te tureckie szafki nie chciały z nami współpracować! Nie było możliwości ciągać ze sobą walizki i plecaka, bo ani nie dałybyśmy rady, ani nie wpuściliby nas z tym do pałacu Topkapi. Agata wpadła na szczęście na genialny pomysł i zostawiłyśmy bagaże w „naszym” hostelu. Od razu lżej :).

Pałac Topkapi i Wielki Bazar to plan na dziś.

Bogactwo i przepych to słowa najlepiej opisujące sułtańskie komnaty, szaty i biżuterię. I wszystko oczywiście w tureckim stylu, począwszy od ubiorów aż po wystrój wnętrz z przepięknymi kafelkami. Pałac zupełnie nie przypomina siedzib królów europejskich. To kilka budynków i ogrodów. Przechodzi się przez kolejne dziedzińce i napotyka na pałacowe kuchnie, harem-czyli kwatery kobiet sułtana, bibliotekę, czy skarbiec. I wiele innych sułtańskich komnat niedostępnych zwiedzającym.

Zwiedzanie pałacu odbywa się w sporym tłumie turystów. Wprawdzie nie trzeba zbyt długo stać w kolejkach do poszczególnych komnat, ale szybko posuwający się gęsiego ludzie nie pozwalają na zbyt długie przyglądanie się eksponatom. Wśród międzynarodowego zgiełku udało mi się nawet wyłapać język polski. Jak widać po zainteresowaniu turystów, pałac Topkapi to kolejne obowiązkowe do odwiedzenia miejsce. I muszę przyznać, że to prawda.

Nawet taki laik historyczny jak ja może się czegoś ciekawego nauczyć. Eksponaty są przepiękne i bardzo fajnie pokazane. Począwszy od sułtańskich powozów, poprzez sprzęty kuchenne, pięknie zdobione sułtańskie stroje, aż po skarbiec i wystawę broni i zbroi z przeróżnych epok. Największe wrażenie zrobiły na mnie miecze. W skarbcu za to znajduje się ekspozycja najcenniejszych sułtańskich klejnotów, orderów i nawet tronów.

W jednym z pomieszczeń, tzw. Sanktuarium Płaszcza Proroka znajdują się relikwie takie jak włosy, czy odcisk stopy Mahometa. Fajnym rozwiązaniem są prezentacje multimedialne, które wyjaśniają znaczenie eksponatów. Na szczęście również po angielsku. A dodatkowo zwiedzaniu towarzyszy głos muezzina, który odczytuje fragmenty Koranu, co tworzy nieco podniosły klimat.

Pod koniec zwiedzania doszłyśmy w końcu to takiego jakby tarasu z przepięknym, ale to naprawdę przepięknym widokiem na Bosfor. A właściwie na Bosfor, Morze Marmara i Złoty Róg. Idealne widoki dla zapalonego fotografa-amatora. Gdyby nie tłum zwiedzających przepychających się i nieustannie robiących zdjęcia, mogłabym tam zostać na dłużej.

A tak z ciekawostek, Sułtani nosili strasznie szerokie spodnie … taka moda, czy plaga otyłości? :p

Historię na dziś mamy zaliczoną, czas na trochę kiczu. Idziemy na Wielki Bazar. A Wielki Bazar to jeden wielki tłum i zewsząd patrzące na nas oko proroka. Z koralików, breloczków do kluczy, zakładek do książek, kolczyków, jest ono wszędzie, po prostu wszędzie. Na każdym możliwym bibelocie, na wszystkim, co potencjalny turysta kupi. Chyba najważniejsza turecka pamiątka. Ja spasuję...

Towarów tutaj od groma: ubrania, buty, biżuteria, torebki, dywany, szkło, kubeczki, no i obowiązkowo fajki. Poza tym słodycze, orzeszki, tureckie herbaty, mydła oraz inne naturalne wyroby. I tysiące bambetli, a z tego wszystkiego miałyśmy wybrać pamiątki. To była jakaś masakra! Bazar ogromny, poruszanie się tam wyglądało jak próba wyjścia z labiryntu, a sensownych i tanich pamiątek brak. No chyba, że ktoś nastawi się na oko proroka. I jeszcze trzeba się targować. Z reguły sprzedawcy wymiękali, rzadko który twardo stał przy cenie pierwotnej. Targowanie leży w tureckiej naturze.

Na szczęście się udało. Wypchałyśmy plecaki zakupami i niespiesznie poszłyśmy na obiad, albo raczej obiad i kolację w jednym. Nasz ostatni turecki posiłek…Najedzone zabrałyśmy bagaże z hostelu i wyruszyłyśmy na lotnisko. Jeszcze tylko kilka godzin lotniskowej drzemki i lecimy do domu...

Do zobaczenia Turcjo... bez wątpienia do zobaczenia. :)

Odpowiedzi

Świetna, osobista relacja, żywy język, prawdziwa radość i fascynacja Turcją.

Gratuluję!

 

Dziękuję, to bardzo miłe słowa :)

Grzeszysz, i to ciężko, gardząc prawdziwą turecką herbatą!

Przyznaję, ale obiecuję spróbować się przekonać ;)

Cudowna opowieść... Przeniosłam się tam wraz z autorką...

dziękuję, cudownie to usłyszeć :)

cardiologistsnode