Turcja 2011 - skromna relacja -wojaż autkiem by jacky & maryla...

witam,

otwierając wątek zaprosiłem do pomocy w dopracowaniu niektórych naszych detali wojażu...

acha...  zapomniałbymprzedstawiamy się ...

 

naszą mocną inspiracją była wyprawa AD 2009 do Kapadocji...

bylismy pełni niedosytu Turcji...

i na rok 2011 zaplanowaliśmy - troszkę powędrować na trasie po Bałkanie i samej Turcji...

a potem pobyczyć się na plaży w Kizkalesi...

pytanie dlaczego tak i tam ?

no cóż - starzejemy się i lubimy wygrzewać stare kości w ciepełku...

i to zapewnia nam właśnie Kizkalesi...

a tradycyjnie jak co roku pojechaliśmy nową trasą, niestety - mało jest o niej w przewodnikach - stąd  starałem się pozyskać pomoc z sieci, liczyłem na bywalcow TwS...

w kolejnych wpisach podajemy więcej detali...

teraz tylko zarys planu...  a potem w detalach jego realizacja... 

1. termin startu na 3 tygodniowy wypad zaplanowałem na 27 sierpnia...

2. trasa tradycyjnego włóczenia się - przy sprzyjającej pogodzie - via SK, HU, RO i BG - wjazd do TR przez Małko Trnovo / Derekoy...

a potem: Istambuł ( bez zatrzymywania się ), Izmit, Golcuk, tutaj dwie opcje ( albo Yalova albo Iznik - tam z 2 noclegi ), Bilecik, Bozuyuk, stamtąd dwie opcje ( detale później ), Cay, Konya, Mut, Silifke, Kizkalesi...

chciałem trasę przejazdu wykorzystać do sensownego zwiedzania, niestety wszelakie przewodniki są więcej niż skromne...

w sieci tureckiej też niewiele udało mi się zdobyć...

ahoy...  ( eee - jak to jest po turecku ? )...  teraz już wiem - jednym z odpowiedników jest merhaba... 

Fora: 

Iznik - parę pytań

Napisz proszę, gdzie nocowaliście w Izniku? Jak rozumiem był to Wasz pierwszy nocleg na ziemi tureckiej podczas wyprawy. Czekam też na wprowadzenie - jak dojechaliście do Turcji, ile czasu Wam to zajęło i gdzie się zatrzymywaliście po drodze.

Przy okazji: z tablicy informacyjnej wynika, że architektem Zielonego Meczetu w Izniku był niejaki Haci bin Musa, a budowę zakończono w 1391 roku...

Iznik czyli Nicea ... ciag dalszy...

mam bardzo dużo ( przynajmniej tak mi się zdaje ) materiałów fakto i foto graficznych z Izniku...

więc wszystko w swoim czasie...

opis dojazdowy do TR - też się zastanawiałem, czy się należy ten podwątek w całym reportażu - zasadniczo musialbym się powtórzyć z tekstów umieszczanych swego czasu na innych forach - ale czując się zobowiązany i poproszony - spełnię owe życzenia - materiał też czeka...

naprawdę - proszę o cierpliwość - ostatnie popołudnia błyskawicznie przechodzące w ciemne wieczory i wczesne nocki zostały zagospodarowane na prace porządkowe na podwórku i ogrodzie - zasadniczo na relacje pourlopowe przeznaczam klasyczne długie, deszczowo - śnieżne wieczory jesienno - zimowe...

 

Iznik czyli Nicea ...a tamże hotelik...

na nas czekający...

nazwę hotelu już widać...

był bardzo blisko centrum, mocno niepozorny...

autko spokojnie zaparkowane pod hotelikiem...

a rankiem jak wracałem z pieczywkiem i po pierwszej sesji fotograficznej ( Brama Konstantynopolska ) maryla czekała już na mnie z sałatką i herbatą...

cena za pokoj stargowana do 65,- lira...

zważywszy ową końcowkę Ramazanu - bo w innym hotelu nad jeziorem ledwo co dało się stargować do 130,- lira  za pokój...

decyzję trzeba było podjąć szybko - już zapadł zmrok...

pokój z klimą ale bez żarełka ( śniadania ) - wytłumaczone - Ramazan...

ale mieliśmy wystarczająco dużo własnego zaopatrzenia...

choć jeszcze wieczorem poszliśmy do tamtejszej pizzerii - nazwa się ulotniła ale jej lokalizacja już nie - vis a vis Św.  Zośki...

dzień pierwszy wojażu - z domu do Romkowa...

plan wyjazdu uległ malej korekcie...

udało mi się utargować u szefa jeden dzień urlopu więcej i postanowiłem wykorzystać go ( urlop a nie szefa ) na samym początku...

start nastąpił zatem w piątek 26 sierpnia - z podwórka autko wyprowadziłem już o godz. 03:10...

ponieważ szykowały się pierwsze prawie 2 godziny jazdy po ćmoku zrezygnowałem z trasy po zakrętasach Beskidu Żywieckiego i pognałem na Barwinek, gdzie tuż przed granicą dolalem polskiego oleju do baku...

jeziorko Velka Domasa zaatakowałem z złej strony - za wcześnie skręciłem ale ostatecznie trasa nie była tak zła jak pewien forumowicz na bulgaricusie straszył...

w Tokaju odnotowaliśmy godzinę 12:20 gdy kończyliśmy zakup tamtejszego wina i "odrobiny" palinki...

do Romkowa wjechaliśmy o 14:30 przez przejście graniczne Vallaj / Urziceni i z bankomatu w Carei pożyczyłem sobie drobną kwotę lei ...

o 16:00 ( jeszcze zapis czasu polskiego wyjechaliśmy z centrum Zalau i na przedmieściach dokonaliśmy wyboru pensjonatu...

  

z pięciu tamtejszych ten właśnie przypadł nam i do gustu i skarbonki, z której wysupłać musiałem aż 80 lejców za dwójkę a jakże lecz bez śniadania ( mieliśmy własne )...

gdyby się ktoś o drogę pytał, to jest po prawej stronie...

  

położony dość daleko od drogi, bądź co bądź ruchliwej...

to jest pierwszy bydynek, nasz był z tyłu za nim...

a oto krajobraz widziany z balkonu ...

wkrótce miał zapaść zmrok...

a to właśnie widziany z naszego okna budynek główny, ten od drogi...

nastał zatem czas relaksu, łapaliśmy wypoczynek, degustowaliśmy tokajskie trunki ...

gdy wtem....

ale o tym w kolejnym poście... 

 

przygotowania do wesela w Zalau...

spod naszych nóg dobiega rytmiczna muzyka...

łapię aparat i zbiegam poniżej... 

w małej salce lokalna kapela trenuje repertuar przed jutrzejszym weselem...

nagrałem nawet mały filmik...

niestety, przy kolejnej kasacji nieudanych obrazów musiałem przez omyłkę usunąć go z karty pamięci....

kapela się rozgrzała, wysłuchałem kilka zaje....   kawałków, w przerwie próby zaprosili mnie na poczęstunek...

wyszedłem lekko zawiany po malusim kielonku palinki...

pogadaliśmy co nie co łamanym językiem internacjonalistyczno-angielskim...

mnie była pora złapać trochę zaległego snu...

przygotowania do wesela w Zalau... uzupełnienie...

jeszcze tylko zdążyłem fotnąć przygotowania sali weselnej...

łuk triumfalny czekający na parę młodą i weselników...

imponujący wystrój sali weselnej...

no i tyle miejsca do tańca...

no cóż, biedny takiego wesela nie wyprawiał ...

a ponieważ miało być dopiero następnego dnia, więc z calym spokojem poszliśmy spać...

acha - autko zostało zaparkowane w czymś w rodzaju garażu podziemego, więc strachu nie było...

przejazd z Zalau do Łozeńca...

odbył się na dwie rundy...

zaczęliśmy od porannego spakowania się...

podprowadziłem autko pod same schody naszego moteliku i zapakowalismy nasze manatki...

jeszcze tylko jedna fotka na tamtejszy krajobraz budzący się porannego ciepełka - bo nie chłodu...

a potem to już tylko standardowa trasa - piszę z głowy - jedziemy via Alba Julia-Sebes ( przed Sebes dokupuję ROvinietkę ) Sibiu - stwierdzam znakomitą obwodnicę...

i cholera jasna - przegapiam na kończącej się autostradzie przed Bukaresztem zjazd na Giurgiu...

oj żesz ty Mojżesz, ja - który zawsze radziłem - widząc po lewej ręce Carefoura skręcać najbliższym zjazdem na obwodnicę....

wrąbałem się w centrum Bukaresztu, bo szansa na powrót była zerowa a i samego tego miasta nie bałem się znając go jeszcze z lat siedemdziesiątych...

niestety, trzeba było trochę pokluczyć i prawie godzinka w plecy, tylko dlatego, że ruch weekendowy był wzmożony...

acha, wcześniej też przegapiłem w Rimnicu Vilcea drogę i wrąbałem się do centrum - trzeba było zawracać do punktu wjazdu...

nocleg mieliśmy zaplanowany w jednym z pensjonatów w Valea Ursului - tuż przed Pitesti ale zapoznawszy się z ofertą 2 tamtejszych noclegowni stwierdzilem zawyżoną cenę nad jakość prezentowaną...

w końcu o 21:30 wjechaliśmy do znanego mi centrum miasta granicznego Giurgiu gdzie skierowaliśmy się do motelu "Prietenia" leżącego tuż przy starym ( nieistniejącym już ) przejściu granicznym, gdzie otrzymaliśmy dość komfortowe warunki do snu, parkingu wewnętrznego dla naszego autka a rankiem śniadania dość pożywnego...  płatność plastykiem...

korzystam z okazji i dziękuję forumowiczowi ( sorki - nie zapamiętałem nicka ) z bulgaricusa, który kilka tygodni wcześniej napisał o owej noclegowni a która już w poprzednich latach wpadła mi w oko, tyle, że z lenistwa nie chciało mi się weryfikować ichniej mozliwości sypialnych...

rankiem dokupujemy w giurgiowskim kauflandzie kolejną porcję znakomitych rumuńskich "apa minerale" i stawiamy się na moście...

Romkowie życzą sobie za fatygę umożliwienia przejazdu wiaduktem "przyjaźni" aż 6,- €, niestety, tym razem nie mam tej waluty a z widniejącej na ministerialnym zarządzeniu opcji wyrażonej jako $ 8,60 - nie mają mi wydać reszty z 10-dolarówki, więc kasują mnie w swoich lejcach... tracę 26 lokalnych jednostek walutowych...

po południu jemy obiadek w Obzorze stwierdzając spory luz, sądziedzi gospodarzy sprzed kliku lat chcą nas zatrzymać ale nie siłą, lecz dobrą ofertą swojego zakwaterowania...

tracimy późnym popołudniem prawie godzinę na zakupy w burgaskim metrze ...

do Łozeńca docieramy o 19stej od razu lądując u "starej" gospodyni negocjując nocleg na 2 doby po 25,- levych za dwójkę / dobę...

wysypiamy wszelakie zaległości, przepakowujemy się, plażujemy, przywracamy smak wieczornej cacy i szykujemy się do "wielkiego skoku" do TR...

niestety, nie czyniłem na tym etapie żadnyych fotek, była nam znana od lat, prawie, że spacerniak...

jakby były jeszcze pytania co do tego dwudniowego odcinka tranzytowego chętnie się udzielę...      

    

Rumuńskie przygody

Widzę, że w Rumunii nawet doświadczeni podróżnicy mogą pobłądzić. My, aż wstyd pisać, zgubiliśmy się tuż za przejściem granicznym z Bułgarią, i zamiast prosto na Bukareszt trafiliśmy do centrum Giurgiu. Przed wjechaniem do centrum Bukaresztu musieliśmy się natomiast ratować zawracając czym prędzej, bo przegapiliśmy obwodnicę - zresztą jak już na nią trafiliśmy, to władowaliśmy się w ogromny korek (a pora była weekendowa). Dalej było już lepiej, ale o tym będzie w mojej, mozolnie się rodzącej, relacji...

Romkowe pomyłki...

jesteście jako "nowicjusze" wytłumaczeni, ja jeżdżę już przez Romkowo "na pamięć" jako, że jeszcze dr Alzheimer do końca mnie nie dopadł, więc radzę sobie nawet bez map papierowych a najlepszym i jedynym GPSem dla mnie jest słoneczko ( nie mylić z teściową )...

jest kilka takich punktów w Romkowie, które są albo fatalnie oznakowane albo ruch jest fatalnie zorganizowany...

1. pojechaliście dobrze w kierunku centrum Giurgiu, bo droga na wprost jest fatalną obwodnicą dla TIRów...   z centrum Giurgiu jedzie się cały czas prosto na Bucuresti...

2. zjazd na obwodnicę został zdradziecko zorganizowany, ponieważ skręt na lewo ( ten tuż przed wiaduktem ) na krotką dojazdówkę do obwodnicy został zakazany przez namalowanie podwójnej ciągłej...

wymusza to wjazd na przedmieścia Bukaresztu i to dość głęboki bo na ca 3 kilometry ( prawie do pętli tramwajowej ), sami Rokmowie olewają owe dwie podwójne ale lubi na tym skrzyżowaniu czuwać polizei i nabijać kabzę swojemu ministerstwu...

ja mam taką sztuczkę, że po przejechaniu ca 1 km skręcam w prawo na mały placyk za 2 sklepikami spożywczywmi i czaję się na ponowny wjazd - oczywiście z przeskokiem przez owe podwójne linie - nieraz dobrych kilkadziesiąt sekund...

a na obwodnicy to znów dzieją się kryminałki...  o czym nieraz na innych forach pisałem...

w tym roku wracając spróbowałem trasy Giurgiu - Ghimpati - potem wjazd na autobanę ale nie polecę tej opcji - o czym w późniejszej części relacji...

PS - Twoja tegoroczna relacja jak widzę ma całkiem inny charakter - została podzielona na części - parcelujesz swoje wrażenia w poszczególnych sektorach - miastach TR - a to już wzbudza podziw, bo powiększasz najfajnieszy przewodnik po TR - bogaty w sporą ilość fotografii i sprawdzone wrażenia wojażera samochodowego...  

mapka etapu wjazdowego do TR...

wygląda tak...

wyjechaliśmy z Łozeńca 30 sierpnia po 2 noclegach wypoczynkowych - start nastąpił o godz. 9:18...

po drodze w Carevie dotankowalem do fula i o 10:45 byliśmy już w Małko Trnovo...

ten odcinek tak w tak fatalnym stanie, że nie odważyłbym się tam jechać po ćmoku...

Derekoy - cichy punkt graniczny opuściliśmy już o 11:30 tracąc na wizy wjazdowe po 20 $ od łebka...

autostrada zaczęła mnie dziwić, jakoś luźno...

czekałem na Istambuł a tu nagle o godz 15:00 widać bramki przed mostem, szybko wyciągamy ubiegłoroczą kartę KGS i... szlabany za friko nam salutują...

trochę za mostem zatrzymaliśmy się przy parkingowej restauracyjce, obiadek z napiwkiem to uszczuplenie budżetu o 10 $...

w dzienniku kolejne zapiski:

16:35 Korfez

o 17:00 zjeżdżamy na Yalowa...

i wtedy w Karamursel podejmujemy decyzję - jedziemy do Izniku...

Yalowa może sobie poczekać, zresztą mamy na trasie jeszcze inne mineralne moczydło...

serpentyny na krajobrazowej drodze były przez dobrych kilkanaście kilometrów niesamowite...

autobusem chyba nikt by się tą drogą nie wybrał...

a nagrodą za stress kierowania były naprawdę piękne widoki podczas przejazdu przez tamtejsze podgórskie wioski...

18:40 Boyalica

18:55 - wjeźdżamy do Izniku, jedziemy wzdłuż jeziora rozglądając się za motelem...

a tam tłumy spacerowiczów na bulwarze nadjeziornym, więc o zapadającym zmroku jedziemy do centrum...   

    

Iznik - kościół muzeum Mądrości Bożej ( Aya Sofja Muzesi )

powracam do przyobiecanego ciągu dalszego o owym kościele muzeum...

tablica doń wiodąca jest dobrze widzialna...

punkt informacji turystycznej - wiadomo - święto - nie rabotajet...okrążam go zatem z zewnątrz na przekór odwrotnie do ruchu wskazówek zegarowych ...

i czytam w Bezdrożach ( pozyskanych od Carnivalki - mojej forumowej sympatii,  

 obecnie widziane ruiny koło kościoła - niewiele ich było widać, bo kościół ogrodzony a przeskakiwanie płotu nie jest moją specjalnością sportową - to stan z drugiej połowy XI wieku, kiedy bazylika została odbudowana po wielkim pożarze....

Patriarchia Konstatynolopola wezwał tutaj w roku 787 na obrady aż 350 biskupów ( i jeszcze więcej księży ) z całego cesarstwa i zachęcił ich do obrad na temat obrazoburstwa...

( obiekt wcale nie taki wielki - jak się tam 700 luda pomieściło ? )...

po zdobyciu Izniku ( Nicei ) w roku 1331 przez Orhana Gazi - prawem zdobywcy stało się przemienienie światyni w meczet... 

a jak wybuchł wielki pożar w XVI wieku - to Sulejman Wspaniały kazał odbudować światynię... 

   

no i jak przyszła turecka wojna o niepodległość w roku 1922 to dopadła ówczesny meczt i obróciła do w doszczętną ruinę... 

dopiero w drugiej polowie XX wieku została odbudowana...

okrążywszy ów obiekt udałem się do hotelu na śniadanko przygotowane we własnym zakresie, hotelik z uwagi na skromną ilość miejsc do spania nie zafundowal sobie aneksu restauracyjnego...  

Nilufer Hatum Imareti, czyli Muzeum Iznickie ...

no to zaczynamy serię...

niestety - tablica przy wejściu - czynnym mimo ramazanowego epicentrum - namalowana w języku dla mnie nie zrozumiałym...

kupujemy bilety za symboliczne liry i wchodzimy...

choć to widok na bramę wejściową, to zaczynamy od ekspozycji na zewnątrz...

cały obiekt prezentuje się imponująco...

najbardziej eksponowane hity muzealne to sarkofagi z czasów rzymskich...

obchodzimy je w około i fotografujemy...

 

 

ale co chciał wyrazić artysta - rzeźbiarz owych grobowców - za chiny ludowe ale moja wiedza jest tak skromna - że nie jestem w stanie nawet przypuszczać...

przydałby się dla skomentowania jakiś solidny archeolog...  

Nilufer Hatum Imareti, czyli Muzeum Iznickie, część II ...

idąc dalej widzimy...

nadal jesteśmy na zewnątrz imaretu...

świąteczny charakter podkreślają flagi, choć i na codzień uwielbiają ją dekorować swoje domostwa, obiekty...

płaskorzeźb z starożytnych czasów tam ci nie brakuje, jedne w lepszym stanie, drugie gorzej przez los potraktowane...

wygląda mi to na ogłoszenie reklamowe z mocno starozytnych czasów greckich...

a ludziska przychodzili i czytali jak gazetę...

przy jednym z glinianych baniaków ...   eee... amfor ?

dała się sfotografować maryla a ja do dzisiaj zachodzę w głowę z pytaniem do czego też owe naczynie poważne mogło służyć ludziskom przed wiekami ?

a z tyłu imaretu trochę więcej owych naczyń i słupków raczej nie granicznych...

kiedyś myślałem, że mogły pełnić funkcje tablic nagrobnych ale podobno miały inne przeznaczenie...

nawet małe podwórko z owymi słupkami za imaretem...

czekam na bardziej biegłego człowieka w starożytnościach i liczę na obfite douczenie człowieka, który w szkole nie cierpiał historii starożytnej...

a na koniec zmęczona maryla przysiada na ławeczce przy wejściu...

ale to nie koniec, bo w połowie zwiedzania zewnętrznego pooglądaliśmy sobie prawie wszystko co wyeksponowano w środku...

lecz to już temat na kolejną bajkę, czyli forumowo post... 

znakomite

znakomite dopełnienie...

choć ma już kilka lat to pokazując tak dostojne wiekowo otoczenie czyni spore wrażenie :-))

Nilufer Hatum Imareti, czyli Muzeum Iznickie, część III ...

część III - czyli wnętrze...

przyszła pora wejść do środka...

mimo, że to jest budynek wybudowany na potrzeby religii muzułmańskiej to jakoś miałem wrażenie, że była to przebudowana cerkiew...

a może po prostu ówczesne korzenie i założenia architektoniczne były więcej niż wspólne...

faktycznie - jak widać na tabliczce - w muzeum prezentowane są eksponaty znalezione w Izniku...

no i widzimy bardzo starożytne fragmenty ceramiki użytkowej...

żeby nie było to muzeum - to można byłoby przyjąć, że widzimy skutki mocnej dyskusji między współczesnymi małżonkami...

a tutaj dochodzimy do sedna historii Izniku w sensie miasta - producenta płytek...

a było i zdarzyło się naprawdę ( jak piszą w Bezdrożach ), że łaskawie panujący w XVI wieku Selim pierwszy sprowadził do miasta bardzo liczne grono rzemieślników, legenda głosi, że było ich ponad 500 - każdy rzecz oczywista przybył z rodziną...

a dzieła ich to slynne płytki...

idące na cały świat...

część - raczej symboliczna owej produkcji - jeszcze istnieje - ale o tym w jednej z kolejnych bajek...

i stanęliśmy jak te nieboraki, przy rzymskim sarkofagu z marmuru...

była okazja - do muzeum zajrzało dwoje młodych ludzi płci odmiennej, więc po krótkiej wymianie grzeczności - dowiedzieliśmy się, że są mieszkańcami Barcelony - ustawiliśmy się do pamiątkowej fotografii...

swoją drogą wiadomo - Hiszpania też swego czasu doznała przyjemności panowania tam wyznawców religii muzułmańskiej...

      

Nilufer Hatum Imareti, czyli Muzeum Iznickie, część III A test

skorupiaków - być może wyśmiewanych na naszych odpustach - by nie brakowało...

ale trzeba było stanąć z powagą i podziwiać mistrzostwo rękodzielnictwa sprzed wieków...  

wczoraj trzykroć próbowałem lokować u bractwa sandałowego swoje mierne fociny i za każdym razem mnie wywalało z sieci...

więc dzisiaj tylko test...

 

 

no więc wchodzimy dalej proszę wycieczki...

i znów muszę odtwarzać z pamięci nasze skojarzenia ...

i zaś płaskie lub mniej rzeźby - sporo poodpadało ale "to-to" już nie...

 

PS - dzisiaj mnie wywaliło z forum już przy trzeciej fotce...

przypuszczam, że życie ( czyli kolejny wojaż ) uczyni kolejną pauzę na TwS...

ale nie ma strachu - jesień i zima jest taka długaśna...

nie wiem, ile starczy mi cierpliwości w patrzeniu na dostawcę sieci - choć na prawdę nie jestem pewien, kto jest winowaty...

 

 

Posypuję głowę popiołem...

...w rozpaczy nad Twoimi problemami ze sprawnym pomykaniem TwS. Ostatnio nasza firma goszcząca coraz bardziej szwankuje, więc na wiosnę, po zakończeniu umowy czeka nas kolejna migracja. Aż się boję o tym myśleć, po już będzie czwarty raz :( Na wszelki wypadek zalecam kopiowanie tworzonej treści do jakiegoś Notatnika, żeby nie przepadała w otchłaniach sieci...

stesuję się, bo nadal

stesuję się, bo nadal struktura wewnętrzna portalu jest dla mnie po prostu trudna do zdobycia...

i czasami nie wiem, czy to niedomaga mój lapek czy cholera wie co...

pocieszam się prognozą długiej a mroźnej zimy trzymającej nas w domowych pieleszach...

na razie zawiadamiam o zamiarze 2 tygodniowej przerwie w dostawie fotek i luzackich, dziadowskich skojarzeń z wojażu po TR...

póki co kieruję się do kontroli co teraz czynią nasze boćki przed ich powrotem do PL z zawiniątkiem w długim dziobie...

usprawiedliwienie nieobecności...

niniejszym przedstawiamy...

jako, że "musiałem" odebrać "niewykorszystane" 2 tygodnie urlopu - więc decyzja mogła być tylko jedna - poczuć zabytki Egiptu - czyli Luxor, czyli Świątynia Hatszepsut...

łapiemy oddech po tym wojażu, do wspomnień z Izniku powrót też będzie...

Zazdraszczam :)

Ciepłej pogody - bo chyba mieliście tam ciepełko, prawda? - oraz wszystkich pomników starożytnej potęgi do zobaczenia.

ciepełko było na pewno,

ciepełko było na pewno, choć raczej mniejsze niż się spodziewałem...

a zwiedzanie zabytków ograniczyliśmy do Luxoru i znów z żalem stwierdzam, że za mało na to czasu mieliśmy, ciagle nas goniono i ciągle się spóźnialiśmy na zbiórki...

delektować się widokami nie zawsze mogliśmy ale nie mogłem powstrzymać się przed sfotografowaniem tego, co mnie zainteresowało... 

Do Egiptu też można

Do Egiptu też można pojechać samodzielnie. Jestem żywym dowodem, i to całkiem świeżym - wróciłem 3 tygodnie temu. Co prawda byłem nękany przez najróżniejszych naganiaczy w stopniu, o jakim do tej pory nie miałem pojęcia (myślałem, że w Stambule jest to uciążliwe, ale zostałem brutalnie wyprowadzony z błędu), ale za to nikt mnie nie poganiał. Przez tydzień Kair + piramidy obejrzałem sobie dość gruntownie.

mam propozycję nowego wątku...

witam serdecznie...

zatem od razu powstała myśl - wątek o nazwie - na razie roboczej - Egipt w Sandałach - można by spróbować wspólnie - może później dołączyliby się inni userzy ?

póki co muszę uporać się z turecką materią...

ale ciekaw jestem reakcji na propozycję ...

mając nadzieję na przyzwolenie Izy... 

Egipt w Sandałach

Sama miałam coś takiego zaproponować - wszystkich zainteresowanych namawiam do stworzenia i aktywnego uczestnictwa w takim wątku.

Mam też pytanie do Pavvki - jak wygląda obecnie sprawa wizy turystycznej do Egiptu dla turystów indywidualnych? Musiałeś starać się o nią przed wyjazdem w ambasadzie?

wizy do Boćkowa...

czyli do Egiptu kupujesz na ichniej granicy...

na przykład na...

a teraz celowo przerywam audycję coby udać się do nowego wątku...

 

Mam też pytanie do Pavvki -

Mam też pytanie do Pavvki - jak wygląda obecnie sprawa wizy turystycznej do Egiptu dla turystów indywidualnych? Musiałeś starać się o nią przed wyjazdem w ambasadzie?

 

Faktycznie, jakiś czas temu poszła fama, że turyści indywidualni będą musieli starać się o wizę przed wyjazdem. Na szczęście wycofano się z tego pomysłu, i nadal można ją wykupić na granicy, tak samo jak w Turcji.

Nilufer Hatum Imareti, czyli Muzeum Iznickie, część III B

z nadzieją, że Pan Internet będzie dla mnie dzisiaj łaskawy - wznawiam edycję tekstów i wstawianie fotografii...

...

...

...

...

...

...

niestety, znów "cuś" zrywa połączenie z portalem, więc choć zostało mi jeszcze trochę spreparowanych fotek - zostawiam sobie trochę pracy na zaś...

 

 

Nilufer Hatum Imareti, czyli Muzeum Iznickie, część III C

mam cichą nadzieję, że "złośliwe ludki" ( te z sieci ) pozwolą mi wreszcie dzisiejszego wieczoru dokończyć obchód wnętrza muzeum...

....

szacun dla zachowanej kolorystyki...

niejeden artysta znanej Cepelii musiałby cuda wyczynić... 

 

...

 

i dochodzimy do ówczesnomodnego tryndu puszkowania tych, co odeszli na wieczną wartę...

rzymski sarkofag jest tego dowodem rzeczowym... 

 

...

i pomyśleć, że współczesni nam zabiegają o sproszkowanie i zapuszkowanie do mikroskopijnej w porównywalnych parametrach urny...  

 

...

a tamtejszy kustosz wystawia certyfikat autentyczności...

bynajmniej nie mojej opinii... 

 

 

 ....

ten sam sarkofag, jeno, że z drugiej strony...

ówczesny rzeźbiarz musiał mieć autentyczną wyobraźnię co przekazać pokoleniom...

gorzej z nami - czyli z odczytem owego przekazu... 

 

aż nadzwyczaj dzisiaj podziwiam net...

wręcz blyskawicznie wkleilm kilka fotek...

zapisuję je, żeby nie poszły w kosmos a potem powrócę do edycji podpisów...

oby...

Seyh Kutbettin Camii ( imaret )...

jest kolejnym obiektem, który samotnie zwiedziłem...

oto kilka fotek...

...

tenże imaret jest zarazem miejscem spczynku Seyh Kutbettina, jak niesie historyczny przekaz, był ów mąż znanym w mieście ( ? ) teologiem...  

 

...

jednakowoż szyld nad wejściem pokazuje inny zapis jego nazwiska, cóż, pewnikiem jest to kwestia tzw. wymowy... 

 

...

dalej widzimy nad głowami piękny żyrandol, może nawet obecny prezydent RP mógłby go pozazdrościć...

oraz w kąciku cuś w rodzaju narożnej biblioteczki... 

 

...

na jednej ze ścian transkrypcja oprawiona w ramki ...

albo to cytat z Koranu albo złota myśl Seyh Kutbuddina...

  

 

...

cuś, co wygląda na kazalnicę w kościele katolickim...

a czym jest ( była ) naprawdę...

serio - po raz pierwszy w życiu byłem wewnątrz meczetu...

nie za bardzo lubię naruszać spokój innych ludzi... 

 

i jeszcze jedno ujęcie najbardziej istotnych elementów wyposażenia... 

natomiast nie znalazłem śladow, którymi zaznaczono by miejsce pochowania owego teologa, przynajmniej w kategoriach znanych w naszej części Europy...

a przewodniki tak skromnie opisują ... 

...

 

Kazalnica

To 'coś' rzeczywiście jest muzułmańską kazalnicą, nazywa się fachowo 'mimbar'.

Suleyman Pasa Medresi...

opuściwszy muzeum inznickie wybywamy zeń jadąc tak na franka oko raczej pustymi uliczkami miasteczka...

i wtedy zauważyłem tablicę...

Jest to najstarsza szkoła teologiczna a na pewno jedna z najstarczych, którą wybudowano w czasach panowania dynastii otomańskiej.

Przynajmniej tak piszą w "Bezdrożach"...

zatrzymujemy się, wyskakuję z autka i idę na zwiedzanie...

tym razem maryla zmęczona wcześniejszą sesją odpuszcza sobie i odpoczywa w autku...

już pierwsze wejscie smoka na dziedziniec medresy robi wrażenie odmienne o tego na zewnątrz...

kwadratowy dziedziniec otoczony jest z 3 stron izbami dla uczniów...

to znaczy kiedyś były to klasy - teraz to są mikro sklepiki...

tak mikro, że zastanawiałem się jak by tam pomieścić klasę ze szkoły polskiej - oczywiście z czasów mojego dzieciństwa liczącą prawie 40 małego luda...

już przed jedną z pierwszych klas rzuca się w oczy składanka z kafelków tworząca bardzo ciekawą kompozycję...

cdn.   

Suleyman Pasa Medresi... część II

no to jeszcze kilka fotek...

zaglądam ukradkiem prawie do jednej z "klas"...

a tam same dziwy...

to znaczy nadzwyczaj bogate w wyrazie graficznym kafelki...

taki rodzaj grafiki kafelkowej budzi szacun...

i jeszcze jedno wtargnięcie do kolejnej "klasy", gdzie toczy się dyskusja o cenie produktu rękodzieła doskonałego...

 

Kafelki

Niesamowite te kafle, zwłaszcza, że przedstawiają postacie ludzkie, co w islamie jest ogólnie zakazane...

Suleyman Pasa Medresi... część III

pozostały mi jeszcze trzy fotki z medresy...

tablica w 2 językach w tym jednym ze światowych pozwala sobie na poczytanie co się drzewiej działo w owym obiekcie...

a na dziedzińcu już krzątała się kelnerka z herbaciarni - dobra herbata turecka to znakomita "przekąska" przy przetargu...

wyszedłem przed medresę, maryla cierpliwie czekała w autku, jeszcze mieliśmy do zaliczenia jeden z ciekawych punktów w Izniku... 

 

Suleyman Pasa Medresi... część III bis

niestety - skuli ( chyba - to jest jeno przypuszczenie )  silnych wiatrów - zerwane są rozmaite połączenia - także i internet - w zastępstwie korzzystam z bardzo słabego i wolnego netu z iPlusa - dzisiaj nie będzie kontynuacji wątku...

proszę o cierpliwość... 

Yenisehir Kapi...

czyli brama od strony Yenisehir...

dojechaliśmy tam wyjeżdżając z miasteczka...

...

tablica mówi za siebie...

mury grube - niczego sobie...

trudno było powiedzieć w owych czasach budowy - "Antek - trzymaj mur - idę po wypłatę"...

a więc chodziliśmy i fociliśmy na odjezdne...

i pomyśleć sobie ile "hurtowni" musiało dostarczać materiałów budowlanych...

wychodząc poza mury widać narastającą ich skalę...

 

a droga wewnętrzna prowadząca wzdłuż murów z nawierzchnią jakby szutrową - trochę dziwiła - z uwagi na ochronę zabytów powinna być ( przynajmniej w moim odczuciu ) zamknięta dla ruchu kołowego...

jakoś trudno nam się z Izniku wyjeżdżało...

mieliśmy tam być cały dzień a dwie noce... 

 

  

 

Iznik - trzy migawki z życia ulicy...

zanotowane przez marylę na kliszy fotograficznej z fotela pasażerskiego w czasie, gdy ja kierowałem się ku Yenisehir gate... 

sklepik za sklepikiem...

ale z braku klientów - sam właściciel zasuwa z miotełką i szufelką - jak sama Baba Jaga - wtedy to było zrozumiałe - finisz święta Ramazan - ale handelek - też rzecz święta - trzeba pracować dla dobra ludu pracującego...

i wszechobecne jednoślady...

lecz aż skóra cierpnie - jeżdżą bez kasków... 

Malowniczy Iznik

Oglądając i czytając żałuję, że nie udało nam się w tym roku zawitać do Izniku. Ale nic straconego, trafi z pewnością do planów na rok przyszły - powoli krystalizuje się zarys kolejnej TwS-owej wyprawy :)

Malowniczy Iznik...

naprawdę...

sam żałuję, że nie zrealizowałem planu całodniowego pobytu i 2 noclegów...

mam niedosyt, ale miasteczko na tyle wyczułem, że jeśli bym przejeżdżał w okolicy a byłaby pora szukania noclegu - to śmiało polecam - jest dobra baza noclegowa...

a ile wrażeń podczas zwiedzania zabytków...

i zwykłego chłonięcia życia tamtejszych mieszkańców...

ciągle się zastanawiałem na ile obserwować na żywo a na ile "dekoncentrować" uwagę przeznaczając ją na focenie...   

Afyon - Gazligol - kąpiele termalne...

na dzisiaj jeno zwiastun temaciku...

czyli mały landszafcik z kurorciku...

fotka tego co oko zarejestrowało z balkonu hotelowego o świcie...

 

i pomyśleć - 30 lipca 2005 dotarła do samego Afyon wyprawa TwS-u...

a do Gazligol już nie...

jak niewiele do "szczęścia" może zabraknąć...

c.d.n.  

 

Afyon - Gazligol - ( mapki dojazd )...

wystartowaliśmy z Izniku wedle południa...

bocznymi drogami - dość sfatyfowanymi i z uwagi na lekko podgórski krajobraz - dość krętymi...

może jakość mapki nie jest najlepsza ale zawsze można przyłożyć do lepszej...

a jest to przeróbka - scan mapy papierowej na której wpierw zaznaczyłem na żółto zaprojektowaną trasę a post factum przebytą...

ale w Bileciku ( fajosko brzmiąca nazwa ) nie kupowaliśmy tiketów ale włączyliśmy się na główną drogę krajową...

jakość nawierzchni znakomita, ruch pojazdów wzmagał się jedynie w okolicach większych miast...

wektor wyliczony w planach przedwyjazdowych wskazywał na Afyon gdzie w okolicy znajdują się kapiele termalne....

a konkretnie w Gazligol / Afyonkarahisar...

czasami nazwa Gazligol pisana jest inaczej ale wiadomo o co chodzi...

dojechaliśmy do celu w porze podwieczorku, przedtem należalo uważnie śledzić oznakowanie na obwodnicy Afyon - po prostu trzeba było się lekko wrócić w kierunku Eskisehir...      

Gazligol - zakwaterowanie...

po prawie 2 godzinach objeżdżania i szukania kwatery w Gozligol wreszcie znajdujemy i zajmujemy lokal...

a trudno było, wszystko prawie zajęte - wszak to szczyt ramazanu...

a oto nasz hotel "Grand Sonmez"...

pokój - 2jka - po utargowaniu z 40 stanęło na 35 lira za dobę...

a oto uliczka, jedyna na jakim takim poziomie w całym "miasteczku"...

na samym końcu jest nasz hotel...

te fotki już wykonałem z rana - wybiegając z hotelu w poszukiwaniu pieczywa...  

o samej miejscowości jeszcze będzie gadka...

Gazligol - kąpiele...

po zakwaterowaniu udając się na spacer i zakupy zajrzeliśmy za pozwoleństwem recepcjonisty do basenu hotelowego ...

właśnie napełniano basen wodą...

aż obiektyw zaparował...

w rzeczywistości mgiełka unosząca się nad wodą była mniejsza...

ale też lokum było zamknięte i panował zaduch jak w łaźni tureckiej...

życzliwy personel uświadomił nas, że ów obiekt czynny bywa danego dnia tylko dla jednej płci, następnego dnia dla odmiennej...

koedukacja wykluczona...

więc nie zdziwiłem się następnego ranka z dwócch powodów:

- woda była nalewana bardzo gorąca a to dlatego, że z braku zimnej musiała wystygnąć samodzielnie do najbliższego poranka...

- a następnego poranka spotkałem się przy windzie ( hotel 5 piętrowy a my też z numerem na 5-tym piętrze ) z sąsiadką z numeru vis a vis idącą - udającą się na kąpiele z malutkim synkiem ( sic ! ) mającym przewieszone przez głowę/ramię tzw. plastykowe kółko do pływania...

czyli jeno dla dzieci wyjątek    ...

więc niewiele myśląc....

zaraz po powrocie napuściliśmy wodę do naszego "basenu" w pokoju, długo odczekując na śladowe schłodzenie i skorzystaliśmy z frajdy...

miałem co prawda obawy, czy dość gorąca kąpiel nie zadziała trudnością w zaśnieciu lub śnie, ale owe obawy okazały się mocno płonne...

zasnąłem tak gładko, że ...

przecież miałem za sobą dopołudniowe zwiedzanie Izniku i sporo kilometrów na liczniku...

      

 

Gazligol - podsumowanie...

kilka porannych migawek...

pierwsza to rzut okiem na bardzo solidny meczet...

poza nim to w owym kurorcie jest z kilkanaście oteli - głównie o charakterze termalnym, trochę mniejszych pensjonatów i domów podrasowanych na apartamenty...

oraz...

zwykłe domostwa - kiedyś o charakterze rolniczym, teraz prawdopodobnie lokatorzy pracują dla obslugi ruchu turystycznego lub pojechali do UE za chlebem...

zoomik pozwolił mi z okna hotelu zajrzeć na ichnie podwórka...

właściwie to za domostawmi rozpościera się reszta - pozostałość upraw drzew oliwnych, może jeszcze jakiś owocowych...

cdn  

Kaplice czyli kąpieliska termalne …

Od prawie 2 lat zaintrygował mnie ten temat.

A zaczęło się już sierpniu 2009 gdy jechaliśmy do Kapadocji.

Zaliczając solidny wypoczynek w Bułgarii, konkretnie w Dobrnishte, przekroczyliśmy granicę BG/TR i przepychając się przez most w Istambule odczuliśmy zmęczenie przed północą na autostradzie wiodącej do Ankary.

Zjechaliśmy z tej szybkiej drogi i lekko improwizując dotarliśmy do Kuzuluku.

Wiedząc, że mieszkamy w kurorcie wód termalnych szukaliśmy ich rankiem i nie znajdując – wyjechaliśmy.

Intryga została zasiana, wszak skojarzenia mieliśmy z termami węgierskimi jak Harkany, Bogacs, Hajduszoboslo, Berekfurdo, Gyula – długo by wymieniać.

Upłynął rok – nastał 2010.

Znów ruszyliśmy do TR.

Trochę poszperałem w necie i upatrzyłem sobie na bardzo dziwacznej trasie dwie miejscowości z termami.

 

Bigadic – dojechaliśmy o późnym zmroku – termal apartmanów – nie wpuszczono nas – zanocowaliśmy tymczasowo trochę dalej.

Odpuściłem sobie.

Następnego dnia dojechaliśmy do Simav.

Zachodzimy na basen, wyglądał jak standard u Bratanków.

Ale już wcześniej z sieci wiedziałem, że tamtejsze kąpielisko czynne jest na przemian dla poszczególnych płci, ale w odstępie jednego dnia.

Łaskawie wpuszczono nas na basen dla zapoznania się i wykonania zdjęć pamiątkowych. Nie skorzystaliśmy – jakże to – śmieszne byłoby, gdyby każdego dnia tylko jedno z nas chodziłby solo na basen.

A miejscówek noclegowych widzieliśmy w bród.

Żeby było śmieszniej pod wieczór dojechaliśmy do Ilgin, też kurortu termalnego, załapaliśmy się na nocleg, rankiem uskuteczniłem jeszcze nie zoomem tamtejsze kąpielisko oraz luknąłem na basen w podziemiach hotelu.

Wracając z Kizkalesi trasą via Ankara załapaliśmy się na nocleg w kolejnym kurorcie ciepłych wód – Kizilcahaman.

Tamże jednak było tak zimno i deszczowo, że rankiem uciekliśmy nie mając nawet myśli o szukaniu ciepłych źródeł.

Na rok 2011 przygotowałem sobie dwa kurorty – Yalowa i właśnie Gazligol.

Yalowa miała być alternatywą lub uzupełnieniem dla Izniku.

To znaczy planowałem pojechać i uczynić tam główną bazę wypoczynkową lub wykonać tam wypad z Izniku.

Zaliczając Iznik przełożyłem sobie Yalowa na zaś.

Ale już zaliczając Gazligol – zrozumiałem wreszcie, co znaczy termal-otel w opcji tureckiej.

Poza opisami w necie, gdzie można znaleźć bardzo wiele jeszcze innych, bardziej znanych kurortów termalnych, liczba ich przekracza cyfrę dwudziestu, większość sprowadza się do standardu – oteli lub hoteli a wręcz bardzo wypasionych SPA.

W każdym z nich na pewno jest duża liczba oteli w standardzie dla nas – wędrowców – wystarczającym.

I z cennikiem na pewno mocno przystępnym.

I tak jak Iza doceniła w tym roku możebność nocowania w domach nauczycielskich – ale one są jak kropla w morzu rozsiane po całym kraju – tak ja doceniam możliwość nocowania w owych kurortach – tam jest bardzo duża liczba miejscówek o przystępnej cenie – przypominam, że w zatłoczonym Gazligol znalazłem dwa otele z ceną 40 lira za dwójkę.

Czyli w masie znajdzie się „cuś” dla solistów.

A do Yalowa jeszcze sobie zaplanowałem wizytę – wszystko wskazuje, że będzie to z datą 2012.

Z jednym ograniczeniem – po uprzednim upewnieniu się, że czas naszego TR nawiedzenia nie przypadnie na czas ramazanu a już szczególnie jego zakończenia nazywanego Bajram.

po uprzednim upewnieniu

po uprzednim upewnieniu się, że czas naszego TR nawiedzenia nie przypadnie na czas ramazanu a już szczególnie jego zakończenia nazywanego Bajram.

Po pierwsze małe sprostowanie - słowo "bayram" po turecku oznacza po prostu święto. A konkretny dzień, o którym mówisz, jest nazywany Şeker Bayramı czyli Święto Słodyczy.

A po drugie, nie wydaje mi się żeby był to aż tak zły okres na odwiedzanie Turcji. Byłem kiedyś w Stambule podczas końcówki ramazanu i miło to wspominam (zwłaszcza kiermasz po Błękitnym Meczetem :). Czy chodzi Ci o to, że podczas święta będzie większy tłok i wyższe ceny?

Ramazan i Şeker Bayramı

Zasadniczo mamy taki sam plan jak Jacky - omijać wymienione w tytule święta z daleka :)

Dlaczego? Przejazd samochodem przez Turcję w okresie tuż przed i tuż po Święcie Słodyczy był koszmarem. Pierwszy raz w życiu widziałam korek długi na 20 km na trzypasmowej autostradzie. Dodatkowo przejścia graniczne kompletnie zawalone samochodami Turków z różnych krajów Europy jadących w odwiedziny do rodziny w Turcji, a potem wracających. Dość wspomnieć, że wymusiło to na nas zmianę trasy powrotnej i zawrócenie z przejścia w Kapikule/Kaptan Andreevo i to już po przekroczeniu pierwszej kontroli... W rezultacie byliśmy kilka godzin w plecy i wylądowaliśmy w Rumunii. To akurat był całkiem ciekawy przypadek, ale wymuszony okolicznościami.

Po drugie - przymusowy post. Turcja jest owszem krajem świeckim konstytucyjnie, ale poza Stambułem i międzynarodowo popularnymi kurortami, trudno jest coś zjeść między wschodem a zachodem słońca. W hotelach nie jest serwowane śniadanie, co skutkuje nieco niższymi cenami, ale i pustym żołądkiem. Jak sobie pomyślę, ile pyszności nie zjadłam przez Ramadan, to chce mi się płakać :(

Po trzecie - baza hotelowa jest dość skutecznie zapchana przez Turków wspomnianych w punkcie pierwszym oraz tych, którzy urządzają sobie krótkie wakacje w Bayram.

Oczywiście są i plusy: świetna atmosfera po zachodzie słońca, kiedy to w końcu można udać się na iftar (wieczorny posiłek), nieco egzotyki w postaci bębniarzy przed świtem (ależ oni skutecznie wyrywają ze snu!) oraz obowiązkowego wystrzału z armaty po zachodzie. Jednak dla nas, podróżujących z dzieciakami, te atrakcje były mało atrakcyjne...

Święto Słodyczy...

dopadło nas 2 lata temu w Kapadocji...

ale tam tłoku obywateli TR nie dało się odczuć, widać ta kraina pisana jest niewiernym...

ale właśnie teraz wzmocnilem swoją wiedzę o owych bębniarzach, mnie i marylę lekko zszkowała owa parada muzykantów zrywająca nas dwakroć z łoża o bladym świcie...

ja sobie wtedy cuś intuicyjnie poklarowałem z ramazanem...

ale...

wyjechaliśmy z Kapadocji już ( tuż ) po Słodkim Festynie i dotarliśmy do Kizkalesi już kompletnie opustoszałego...

i to nas tak zmyliło w tym roku, że czynnika Cukierkowego Świętowania w ogóle nie dopuściłem do swoich szarych komórek...

i stąd miałem kłopoty z noclegiem w Izniku, gdzie za jedyny wolny pokój w otelu nad jeziorem chciano taką ( astronomiczną)cenę, że nawet nie przystąpiłem do negocjacji...    dodatkowo zniechęciło mnie to do powrotu nad jezioro po zakończeniu zwiedzania historycznej części a przecież wystarczyło wolno przejechać się drogą wzdłuż murów...

oczywiście w hotelu, gdzie w końcu się przytuliliśmy do poduchy, odpowiedziano mi negatywnie o szansę uzyskania śniadania - wytłumaczenie, że to ramazan przyjąłem w pierwszej chwili za wykręt...

chwała Allachowi, że piekarz nie świętował i nakarmił nas ...

strzelania wieczornego nigdy nie udało mi się usłyszeć, ale na drugi raz stosownie skojarzę...

kolejne kłopoty z znalezieniem noclegowni dotknęły nas właśnie w Gazligol oraz w samym Kizkalesi - wszak to kurorty "czysto" tureckie...

ale - właśnie miałem pisać o Kizkalesi - niewiele tego już jest ale zawsze jakieś skojarzenia pozostały...

choćby kulinarno - gastronomiczne...       

Strony