Diyarbakir

Dzisiejszy dzień poświęciłyśmy na zwiedzanie samego Diyarbakiru. To jedno z najciekawszych i najdziwniejszych miast jakie odwiedziłyśmy w Turcji. Powszechnie uważane za niezwykle niebezpieczne, dzikie, niezbyt interesujące, mroczne. Stolica nieistniejącego oficjalnie Kurdystanu, gdzie PKK przygotowuje swoje zamachy terrorystyczne, a po zmroku bez noża nikt z domu się nie rusza. Zapomniane przez Boga i ludzi siedlisko przestępczości, biedy i patologii, w które lepiej się nie zapuszczać. Tak oto powszechnie w Turcji opisuje się Diyarbakir, w takim też tonie wyrażali się o mieście zaprzyjaźnieni Turcy. Nie sposób opisać ich min, kiedy wspominałyśmy im o planowanej podróży. Mieszanina zdziwienia, strachu, podziwu i niedowierzania była dla nas niezmiernie komiczna. Tak oto zostałyśmy uznane za kosmitki szukające guza, a same przyjęłyśmy misję odkrywcy, który zobaczy, zbada i opowie prawdę o tym miejscu.  Dzięki pomocy zaprzyjaźnionego Turka od rana do wieczora miałyśmy zapewnionego przewodnika. A właściwie przewodników, bo jak dzieci przekazywali nas sobie z rąk do rąk. Pomoc człowieka znającego miasto jest w Diyarbakirze niezmiernie cenna, przede wszystkim w jego starej części, gdzie znajdują się wszystkie zabytki. Ukryte w labiryntach malutkich uliczek, często niewidoczne są do ostatniego momentu. Nagle wśród starych rozpadających się domów znajdujemy kościół Matki Boskiej (Meryem Ana Kilisesi), jest to kolejny z wielu na tych terenach ortodoksyjnych kościołów syryjskich. Pierwsza świątynia pogańska powstała w tym miejscu już w I w. p.n.e, obecny zaś budynek pochodzi z III wieku. Był oczywiście wielokrotnie odbudowywany i restaurowany. Dziś część zabudowań została zagospodarowana na domy prywatne członków społeczności chrześcijańskiej. Wnętrze kościoła przypomina kaplicę Klasztoru Szafranowego w Mardin, który odwiedziłyśmy wczoraj. Ołtarz będący połączeniem typowo arabskiego stylu, w jakim dekorowana jest większość mihrabów połączono z typowo chrześcijańską symboliką. Tuż naprzeciwko kościoła syryjskiego, praktycznie drzwi w drzwi z nim znajduje się spory trzypiętrowy budynek. Selma prowadzi nas do niewielkiej kaplicy, gdzie spotykamy miejscowego pastora. W Diyarbakirze istnieje bowiem wspólnota protestantów. Niewielki kościółek zorganizowano w czymś na kształt salki modlitewnej. Nie potrzeba tutaj dużych przestrzeni, tylko 60 osób w mieście jest wyznania protestanckiego. Co ciekawe, większość z nich to Kurdowie. Tutaj kolejne zaskoczenie dla nas: do tej pory byłyście święcie przekonane o tym, że naród kurdyjski to przede wszystkim przywiązani do tradycji, niezmiernie pobożni muzułmanie. Tutaj okazało się, że jedno nie wyklucza drugiego, a wspólnota ma w swoich szeregach także przedstawicieli PKK, którzy pod wpływem nauki Chrystusa zmienili swoje życie, współistniejąc z innymi w miłosierdziu. Najważniejszym zabytkiem Diyarbakiru są potężne mury miejskie pochodzące jeszcze z czasów rzymskich. Mają ponad 5,5 km długości i jeśli wierzyć przewodnikom, są to drugie po Wielkim Murze Chińskim największe mury świata. Ściśle otaczają stare miasto, w wielu miejscach częściowo zniszczone, noszą ślady przebytych wojen. Przyjemnie chodzi się po szczycie murów. Widać z nich nie tylko piękną okolicę, ale także całe zabudowania miasta. Doskonale można także przyjrzeć się panującym tutaj warunkom bytowym. Ciasno ustawione prowizoryczne, na wpół rozpadające się domki przykryte folią lub kawałkami blachy zamiast dachu, walające się po ulicach sieci, gromady brudnych dzieci biegające między kałużami… Do tego wszystkiego bieda, mnóstwo żebraków, podejrzanych typów kręcących się po ulicach… Bez wątpienia uznałyśmy Diyarbakir za najbrzydsze z odwiedzonych do tej pory miast. Same mury zaś, choć monumentalne i doskonale zachowane, nie są restaurowane, nie dba się o nie specjalnie. Po prostu sobie stoją. Tak jak stały 200, 300, 600 lat temu, tak i teraz. Po prostu są. W dzień miejsce spacerów i zabytek, nocą pijacka melina. Zapomniane przez wszystkich, bo teoretycznie niewarte uwagi. Jak i całe miasto. Kolejnym ciekawym miejscem na trasie naszej wędrówki był Wielki Meczet (Ulu Camii) . Pochodząca z XI wieku świątynia jest jedną z najstarszych w Turcji, powstała na ruinach kościoła Św. Tomasza. Dziedziniec ozdobiono elementami pochodzącymi z rzymskiego teatru, a stojąca pośrodku fontanna została wybudowana w czasach ottomańskich. Wnętrze niezwykle skromnie urządzone zdobi prosty mihrab pośrodku, ale architektonicznie zauważamy cechy świątyni chrześcijańskiej. Turcy słyną także z tego, iż swoje liczne zabytki wykorzystują w bardzo „ciekawy” często utylitarny sposób. Podobnie i tutaj piękny Karavansaray Deliller Han przerobiony został na hotel. Przestronny budynek wzniesiono z biało- czarnego kamienia w pierwszej połowie XVI wieku. Karavansaray w swoim przeznaczeniu służyć miał jako swego rodzaju „zajazd” dla podróżujących po wschodzie karawan transportujących towary z Bliskiego wschodu. Służył jako pewnego rodzaju hotel, punkt gdzie można było napoić wielbłądy, odpocząć, uzupełnić zapasy i ruszać w dalszą drogę. Ze względu na przebiegający nieopodal Szlak Jedwabny na terenie Turcji znajdziemy bardzo dużo tego typu zabudowań, w takiej odległości od siebie jaką wielbłąd był w stanie pokonać bez konieczności uzupełniania wody. Deliller Han był jednym z większych, składał się z 72 pokoi i mógł pomieścić ponad 800 wielbłądów. Dziś elegancki hotel, do którego nie każdy może zajrzeć i tylko kilka słów w obcym języku jest w stanie nakłonić recepcjonistę do otwarcia przed nami drzwi. Podobnie jak wiele miast na wschodzie Turcji, Diyarbakir ma dwa oblicza. W zasięgu starego miasta oglądamy tę biedniejszą jego część. Prowizoryczne budynki, ciasne brudne uliczki, kupy śmieci i wszechogarniająca nędza. Ta druga część wygląda jak każde inne centrum miasta w Turcji. Znajdziemy tutaj szerokie ulice, dobre samochody, sieciowe butiki, eleganckie restauracje. Gdyby zawiązać nam oczy i puścić w głąb nowego Diyarbakiru, nigdy nie zgadłybyśmy, jakie to miasto. Równie dobrze mogłaby to być Antalya, Izmir czy Bursa. Ani śladu po dzikim Kurdystanie… Jedyne co razi w oczy w tym miejscu, to tak popularne w całej Turcji pomniki Ataturka, patriotyczne hasła, powiewające flagi. Przecież to właśnie Mustafa Kemal i jego następcy dołożyli tak wielu starań, aby ludność kurdyjską zasymilować z Turcją. Nie uznając ich odmienności, starano się narzucić im własną kulturę, język i sposób myślenia ( zakazano używania języka kurdyjskiego, narodowych tańców i innych przejawów odrębności narodowej, kurdyjskie imiona i nazwiska przerabiano na tureckie, za użycie słowa „Kurd” albo „kurdyjski” karano sądownie, młodych Kurdów wcielano do tureckiego wojska) Od tamtej pory wiele się zmieniło. Częściowo dzięki liberalizacji polityki względem narodu kurdyjskiego, częściowo zbrojnie, za pomocą zamachów i powstań, udało się Kurdom wywalczyć niezależność kulturową i możliwość jej rozwoju. Póki co politycznie zamkniętą w ramach Republiki Tureckiej. Tym bardziej rażą na ulicach patriotyczne hasła… „Jakież to szczęście urodzić się Turkiem” Jak już Aga wspomniała, podróż bez elementu komicznego byłaby podróżą straconą. Oto i kilka zabawnych opowieści z Diyarbakiru: • Lotnisko: miasto na dalekim wschodzie, obsługujące wyłącznie loty krajowe, więc i lotnisko niewielkie. Nie dziwi nas że kontrolę paszportową przeprowadza sobie pan przy stoliku, a ludzie chodzą po płycie lotniska jak krowy po pastwisku. Nie dziwi wszechogarniający chaos, ani to, że pasażerowie po ostatnim wezwaniu na pokład jeszcze przez 20 minut się schodzą. Jednak nie do ogarnięcia dla nas jest fakt, że już po odprawie na płycie lotniska, gdzie wszyscy się plątają bez celu, inny samolot kołuje na pas startowy, niektórzy otwierają swoje już dawno odprawione bagaże i wyciągają sobie z nich różne rzeczy. Cóż… Turcja
ZałącznikRozmiar
Image icon Ulu Camii, Diyarbakir.JPG427.39 KB

Fora: