Wyprawa TwS 2018 czyli kemping, którego nie było (część 5/5)

Piąta i zarazem ostatnia część relacji z wyprawy ekipy Turcji w Sandałach 2018 poświęcona jest w całości naszemu pobytowi w Grecji. Dowiecie się z niej, jak skakaliśmy promami z wyspy na wyspę oraz jakie interesujące zabytki obejrzeliśmy w Atenach. Nie obyło się bez przeszkód, atakowały nas komary, dopadło przeziębienie, w okolicach Aten szalały pożary, a na Mykonos szalały ceny noclegów, ale wszystkie te niedogodności w pełni zostały zrekompensowane przez wspaniałe wrażenia, jakie przywieźliśmy z wyprawy. Miłej lektury!

Burzowe chmury nad ateńskim Akropolem

Dzień 29 (21.07.2018)

Dzisiaj jest kolejny dzień na Samos, spędzony według utartego schematu. Przed południem zwiedzamy. Najpierw jedziemy odwiedzić stolicę wyspy, czyli Vathy. Główną atrakcją jest tu Muzeum Archeologiczne (bilet normalny 4 euro, zamknięte w poniedziałki), w którym oglądamy eksponaty między innymi z Heraionu. Największe wrażenie robi na nas monumentalny kuros czyli archaiczny posąg młodego mężczyzny. Potem spacerujemy wzdłuż nabrzeża. Wyjazd z miasta wąskimi i stromymi uliczkami jest przygodą samą w sobie. Robimy przystanek przy supermarkecie i kupujemy środki przeciwko komarom.

Monumentalny kuros w Muzeum Archeologicznym w Vathy

Nabrzeże w Vathy

Wracamy w kierunku Pitagoreio i podążamy za kierunkowskazami wiodącymi do tunelu Eupalinosa. Obiekt ten jest unikalnym przykładem geniuszu starożytnych greckich architektów i matematyków. Został wydrążony w skale jako podziemny akwedukt, który dostarczał wodę z gór do miasta, znanego obecnie jako Pitagoreio. Dzieło to wykonał w VI wieku p.n.e. Eupalinos z Megary na zlecenie tyrana Polikratesa. Co najciekawsze, tunel budowano z obu stron, i te dwa odcinki spotkały się w połowie jego długości.

Odkryty w XIX wieku tunel można obecnie zwiedzać. Niestety, jak okazało się na miejscu, jest on udostępniany tylko osobom powyżej 14 roku życia. Dzieciaki były podłamane, ale szybko pocieszyły się, że jeszcze tu wrócą. Do odwiedzenia tunelu została oddelegowana Iza. Tunel można zwiedzać wyłącznie w grupach z przewodnikiem, o wyznaczonych godzinach. Wybraliśmy najszybszą opcję, czyli spacer na odcinku o długości 185 metrów. Pozostałe opcje to wędrówka odcinkiem 424 metrów oraz przejście całego tunelu, który ma aż 1036 metrów. Przed wejściem turystom zakładane są kaski ochronne.

Dzieciaki załamane z powodu niedostępności dla nich tunelu Eupalinosa

Iza w kasku przed tunelem Eupalinosa

Zaraz po rozpoczęciu wycieczki nastąpiła krótka przerwa, spowodowana koniecznością wyprowadzenia osoby, której najwyraźniej nie odpowiadały klaustrofobiczne warunki pod ziemią. Okazało się, że dalej tunel jest przestronniejszy. Przewodniczka opowiadała nam po drodze - po grecku i po angielsku - o tym, że tunel budowali więźniowie, którzy również w nim spali. Wskazała nam także półeczki na ścianach, przeznaczone na lampki oliwne oraz oznaczenia poszczególnych odcinków z numerami i imionami nadzorców. Środkiem tunelu biegnie zagłąbienie, w którym widoczne są fragmenty rur z terakoty.

Tunel Eupalinosa

Wracamy do hotelu, gdzie zgodnie z utrartym już zwyczajem gotujemy lunch, a potem zasiadamy do pracy. Później dołączamy do dzieciaków szalejących w basenie. Trzeba przyznać, że przez ostatnie trzy dni bardzo mocno podciągnęły swoje umiejętności pływackie. Chwila nieuwagi ze strony Izy i Jarek już testuje podwodne zdjęcia jej telefonem. Na szczęście faktycznie jest wodoodporny. Czas też na selfie grupowe na Samos.

Tola nurkuje, telefon też

Wyluzowany grecki nastrój

Wieczorem stosujemy wszystkie środki przeciw komarom, ale i tak przegrywamy. Noc jest ciężka, a Iza budzi się w jej środku z bolącym gardłem. Jutro czeka nas przeprawa na Mykonos.

Dzień 30 (22.07.2018)

Niewyspani wstajemy bardzo wcześnie i szybko się pakujemy. Po śniadaniu na werandzie postanawiamy uiścić zapłatę za hotel, ale właściciela - Manisa, który zazwyczaj się krzątał o tej porze akurat nie ma. Jest natomiast jego żona, która uważa, że jeżeli będzie mówić po grecku głośno i powoli, to na pewno ją zrozumiemy. Czekamy, trochę się denerwujemy, bo musimy do godziny 10 oddać samochód w Karlowasi. W końcu żona Manisa zarządza, że mamy z nią jechać w kierunku lotniska. Tuż obok jest inna nieruchomość, w której krząta się Manis. Wyjaśnia nam, że opłatę już sam sobie pobrał z naszej karty kredytowej... Możemy jechać do Karlowasi.

Trasa nie jest długa, bo ma zaledwie 35 kilometrów, ale to odcinek górski, wiodący przez środek wyspy. Trochę ścigamy się z czasem, bo zbliża się godzina 10, a my jedziemy 20 km/h przez góry. Na szczęście dojeżdżamy do portu w Karlowasi nieco wcześniej, niż to było konieczne. Wykonujemy telefon do niejakiego Johna, który odbiera samochód i nawet go nie sprawdza pod kątem ewentualnych uszkodzeń i stanu paliwa.

Wszystko pięknie i ładnie, ale do rejsu na Mykonos pozostało nam jeszcze sześć godzin. W porcie jest otwarta nieco senna kawiarnia, pozostałe restauracje są jeszcze nieczynne. Zamawiamy frapki i soczki, a dzieciaki trochę szaleją na placu zabaw. Ogólnie nuda.

Nabrzeże w Karlowasi

Trzeba się gdzieś ruszyć, żeby z tej nudy nie umrzeć. Najpierw powstaje kwestia przechowania plecaków, bo do centrum miasta jest dość daleko i nie chce nam się wszystkiego tachać ze sobą. Jarek wyczaja biuro kompanii promowej i okazuje się, że tam chętnie przechowają nasze bagaże. Przy okazji wpadamy na pomysł zakupu biletów na dalszą drogę, z Mykonos do Pireusu.

Ruszamy z buta do Karlowasi, i leziemy w upale chyba godzinę. Jest duszno i bezwietrznie, chodnika miejscami nie ma, a wiele budynków jest porzuconych. Tylko na plaży jest trochę ludzi. W centrum Karlowasi właśnie otworzyła się restauracja o tureckiej nazwie Tamam. Siadamy i zamawiamy porcje mięsa.

Żarełko z restauracji Tamam

Zdecydowanie nie chcemy wracać do przystani na piechotę. Na szczęście tuż obok jest przystanek taksówek, a kurs do portu kosztuje niewiele. W porcie ponownie zasiadamy w kawiarni, tym razem zamawiając też lody dla dzieciaków. Planujemy ostatnią część naszej tegorocznej wyprawy. Ponieważ bilety do Pireusu już mamy, rezerwujemy apartament w centrum Aten oraz bilety na samolot z Aten do Pyrzowic. Od tego momentu dzień zakończenia wyprawy jest nam już znany, i właściwie czujemy, że już mamy dość. Na szczęście za parę dni powrócą nam siły, a Ateny okażą się cudownym miejscem do zakończenia letniej przygody.

Prom przypływa około godziny 16, a przy jego rozładunku i załadunku jest sporo zamieszania. Mamy wrażenie, że włoskie promy były bardziej zorganizowane.

Prom z Samos na Mykonos

Płyniemy! Na trasie prom ma zaplanowany przystanek na Ikarii. Robimy zdjęcia pomnika upamiętniającego nieszczęsty lot Dedala i Ikara. To właśnie w okolicach tej wyspy Ikar miał runąć do morza.

Pomnik skrzydeł Ikara na Ikarii

Śliczna Ikaria

Na promie działa restauracja, więc kupujemy wypieki i napoje. Podróż mija sprawnie i miło. Na Mykonos jesteśmy o 21:30. Zdumiewa nas pustynny wygląd wyspy, bo przyzwyczaliśmy się do zielonego Samos. Pani z hotelu, lekko spóźniona, wiezie nas z przystani. Okazuje się, że to straszne odludzie. Pani, która nas przywiozła, to mama właścicielki apartamentów. Sama właścicielka to bardzo specyficzna osoba, która zdaje się nie potrafi mówić, tylko cały czas pokrzykuje. Wbrew naszej woli zostajemy poinformowani o wszystkich plażach na wyspie i o klubach nocnych.

Na szczęście w lodówce w apartamencie są dwie butelki wody, bo woda z kranu nie nadaje się do picia, a mycie nią zębów wywołuje odruch wymiotny. Z tarasu hotelowego jest ładny widok na wybrzeże Mykonos, ale taras nie ma barierki, więc trzeba bardzo uważać. Kolejną noc śpimy słabo, zwłaszcza Iza, którą coraz bardziej boli gardło.

Pierwsze wrażenie z Mykonos

Dzień 31 (23.07.2018)

Dzisiejszy dzień był najtrudniejszym z całej wyprawy, i to wcale nie z powodu konieczności wędrowania, tylko z wymuszonej bezczynności. Na szczęście zakończenie dnia było warte całego wysiłku. Ale zacznijmy po kolei...

Rano próbujemy ugotować jajka, które znaleźliśmy w lodówce. Bez skutku, bo kuchenka elektryczna jest bardzo opieszała, a czajnika elektrycznego nie ma. Potem czekamy na autobus przeszło pół godziny. Bez skutku, chociaż założyliśmy, że powinno się udać, bo czekali tam też ludzie wyglądający na miejscowych. Najwyraźniej nic nie jest tu oczywiste.

Po 1/2 godziny czekania na przystanku ruszamy z buta do głównego miasta wyspy czyli do Mykonos. Kupujemy wodę w sklepie udającym AB market. Dotarcie do miasteczka zajmuje nam około 30 minut. Niestety okazuje się, że prom na Delos płynie dopiero o 17, ponieważ jest poniedziałek. Musimy przeczekać 6 godzin wśród barów i sklepików Mykonos. Miasteczko to straszliwa pułapka na turystów, pełno knajp, barów i sklepów z pamiątkami, zupełnie nie nasze klimaty. Muzeum Archeologiczne jest zamknięte, ale przecież jest poniedziałek.

Uliczkę znam na Mykonos

W tym czasie zjadamy lunch i nawadniamy się czym popadnie. Lunch jest nawet smaczny, ale dwa razy droższy niż gdzie indziej w Grecji. Obsługa też nie jest najmilsza, pani kelnerka widząc, że skończyliśmy jeść od razu podchodzi z pytaniem "Deser czy rachunek?".

Sałatka grecka

Dzieciaki trochę się moczą w morzu. Znajdziemy też AB market, żeby dokupić napoje. Wspinamy się pod górkę, żeby z bliska pooglądać słynne wiatraki, symbol wyspy. Iza spływa potem, chyba przeziębienie osiągnęło apogeum.

Moczymy dzieciaki w Morzu Egejskim, w tle

Wiatrak, symbol Mykonos

Nie chorować, zwiedzać!

W końcu doczekaliśmy się. Na Delos docieramy o 18:20, a na zwiedzanie mamy dwie godziny. Od razu staje się jasne, że warto było się wymęczyć. Delos jest wspaniałe i magiczne, a dodatkowego uroku nadaje mu słońce chylące się ku zachodowi.

Magiczne Delos, święta wyspa Greków

Taras Lwów, widoczne posągi to kopie

Zaczynamy od świątyń i agory, potem pędzimy przez muzeum. Właściwie spodziewaliśmy się, że to by było na tyle, ale okazuje się że jest jeszcze akropol i cała dzielnica mieszkalna. Bardzo to przypomina Pompeje. Wspinamy się na szczyt najwyższego wzniesienia wyspy, Iza ledwo zipie i ma katar, ale też wchodzi na górę. Widoki są wspaniałe, wieje orzeźwiająca bryza.

Oryginalne posągi lwów w Muzeum Archeologicznym Delos

Ruiny tzw. Domu nad Jeziorem

Staś na szczycie

Widok na Delos i morze

Schodzimy, odwiedzamy ładnie zachowany teatr i przechodzimy przez dzielnicę mieszkalną. Można w niej spędzić o wiele więcej czasu, ale zbliża się godzina odpłynięcia promu. Wszyscy pasażerowie stawiaja się punktualnie. W trakcie rejsu powrotnego wydaje nam się, że widzimy dwa delfiny, ale odległość jest zbyt duża, żeby stwierdzić to na 100%.

Antyczne teatr na Delos

Mozaika z tzw. Domu Dionizosa na Delos

Tola i Staś na Delos

Zadowoleni wracamy na Mykonos i kupujemy w AB jedzenie i retsinę. Do apartamentu udaje nam się wrócić autobusem, tylko ostatni odcinek trzeba przejść na piechotę. Ściemnia się, brakuje chodnika i cały czas jeżdżą samochody, więc to przejście jest nieco stresujące. Odstresowujemy się w apartamencie, chociaż znowu przychodzi energiczna właścicielka, bo pilnie musimy zapłacić za apartament i koniecznie musimy jej podać dokładną godzinę transferu do portu, bo jest bardzo zajęta.

Wieczorem kolejny sukces: udaje się nam ugotować jajka. W poczuciu dobrze spełnionego obowiązku kładziemy się spać, ciesząc się na rejs do Aten.

Dzień 32 (24.07.2018)

Rano o 10 zostajemy zawiezieni do Mykonos, na szczęście przez mamę właścicielki. Właścicielka jest zbyt zajęta krzyczeniem na kolejną grupę podróżników, którzy mają zająć zwalniany przez nas apartament.

Wysiadamy obok Muzeum Archeologicznego. Super, bo jest dzisiaj otwarte i ma wystawioną biżuterię z wysp greckich - od czasów neolitu do dziś - oraz tzw. skorupy.

Muzeum Archeologiczne na Mykonos, antyczna biżuteria

Muzeum Archeologiczne na Mykonos, antycze skorupy

Potem idziemy kupić wodę oraz śniadanie w AB markecie i płyniemy seabusem do starego portu. Śniadanie zjadamy na ławce przy przystanku statków wycieczkowych. Iza dodatkowo na śniadanie zażywa Nurofen zatoki, ale w porównaniu z dniem poprzednim jest widoczna poprawa. Podziwiamy ogromny statek wycieczkowy i z przerażeniem rozważamy, jak to jest nim podróżować. Zdecydowanie to nie nasza bajka.

Podróż seabusem do nowego portu na Mykonos

Statek wycieczkowy w porcie Mykonos

Port Mykonos widziany z pokładu promu

Potem kisimy się na przystani. Jest tu ogromny ruch, co chwilę podpływają promy, dowożąc na wyspę nie tylko turystów, ale także wodę pitną oraz kamienie ozdobne. Tak, dobrze przeczytaliście, kamienie.

Wsiadamy na prom, znowu jest dużo zamieszania, i ruszamy do Pireusu. Po drodze prom zawija do przystani na wyspie Syros. Syros bardziej przypomina nam Chios, sprawia też wrażenie normalnej wyspy w przeciwieństwie do przegrzanego Mykonos. Na szczęście już wcześniej kupiliśmy posiłek w promowej restauracji Goody's, bo w Syros wsiada mnóstwo ludzi i robi się bardzo tłoczno.

Wyspa Syros widziana z promu

W trakcie rejsu śledzimy w telewizji sytuację w Atenach. Okazuje się, że wokół miasta szaleją straszne pożary, wielu ludzi zginęło, a stolicę Grecji spowija dym. Zastanawiamy się, co to dla nas oznacza, ale wyjścia za bardzo nie mamy, bo prom nieubłaganie pruje w kierunku zachodnim.

Na terenie portu w Pireusie

Docieramy do Pireusu, błąkamy się po porcie z plecakami, po czym z trudem znajdujemy metro. Podobno stacja metra miała być tuż przy wyjściu z portu, ale okazuje się, że wyjść jest więcej niż jedno, a nasz prom przycumował dokładnie po drugiej stronie portu.

Po metrze w Stambule czy w Budapeszcie przejazd metrem ateńskim to dla nas szok. Stare, rozklekotane wagoniki i powolny przejazd nie należą do przyjemności. Okazuje się, że to najstarsza linia tutejszego metra, pozostałe są w znacznie lepszym stanie. Na szczęście miasto nie jest już zadymione, ale pożary nie są jeszcze całkowicie opanowane. Wszyscy wyglądają deszczu, ale według prognoz nie ma na niego szans przez najbliższy tydzień. Być może jednak przyjdzie nam się zdziwić...

Jedziemy na stację Victoria i dalej na piechotę do apartamentu. Właściciel na nas czeka, w lodówce jest mleko, woda i piwko. W pobliżu jest dyskont - czynny do 21, więc Jarek szybko biegnie na zakupy, a Iza dogrywa szczegóły pobytu z właścicielem. Apartament jest wygodny, ma dwie sypialnie, balkon, jest w nim pralka, żelazko, a nawet gaśnica. Właściciel okazuje się nieco paranoidalny na punkcie bezpieczeństwa, ale i tak to przemiły gospodarz. Jutro czeka nas zapoznanie się z Atenami, bo w czasie poprzedniej wizyty, wiele lat temu, niewiele zobaczyliśmy.

Dzień 33 (25.07.2018)

Ruszamy w Ateny. Jedziemy metrem na stację Monastiraki. Już na jej terenie natrafiamy na antyczne ruiny! Tuż obok jest Biblioteka Hadriana, więc ją sprawnie zwiedzamy. Nie ma tu zbyt wielu turystów i spokojnie można robić zdjęcia. Uwaga, czynne tylko do godziny 15, więc warto wybrać się rano.

Biblioteka Hadriana

Biblioteka Hadriana

Idziemy w kierunku Akropolu, po drodze przechodzimy obok rzymskiej agory, ale postanawiamy zostawić ją sobie na później. Wspinamy się pod Akropol, ale jest strasznie długa kolejka po bilety, więc zaczynamy kombinować czy nie przyjechać tu wcześnie rano albo wczesnym wieczorem. Przypominamy sobie, że w Bibliotece Hadriana ktoś kupował bez kolejki bilet łączony na wiele historycznych atrakcji Aten i postanawiamy podążyć tym tropem. Wracamy do rzymskiej agory i w bez kolejki nabywamy takie łączone bilety. Faktycznie, obejmują one wstęp na Akropol, więc problem stania w kolejce mamy z głowy. Oprócz Akropolu, w cenie biletu można odwiedzić: Bibliotekę Hadriana, grecką agorę, rzymską agorę, świątynię Zeusa Olimpijskiego, Lykeion oraz Keramejkos. Bilety wstępu do placówek muzealnych trzeba jednak kupować osobno.

Zwiedzamy rzymską agorę, tutaj również, zwłaszcza w porównaniu z Akropolem, kręci się mało ludzi. Największe wrażenie wywiera na nas ośmiokątna Wieża Wiatrów, nazywana tak, ponieważ na szczycie każdej z ośmiu ścian znajdują się reliefy przedstawiające greckie wiatry, takie jak Boreasz czy Zefir. Nie wiadomo dokładnie, kiedy budynek powstał, ale na pewno ma przeszło dwa tysiące lat. W czasie swego istnienia służył jako zegar wodny, stacja pogody, dzwonnica chrześcijańskiego kościoła oraz muzułmańska loża derwiszów.

Wieża Wiatrów na rzymskiej agorze w Atenach

Rzymska agora w Atenach

Intensywnego zwiedzania Aten jeszcze nam nie jest mało. Kierujemy się do antycznej agory, politycznego serca starożytnych Aten. Jest bardzo wczesne popołudnie i po agorze kręci się wielu zwiedzających. Największą budowlą na tym obszarze jest zrekonstruowana Stoa Attalosa, zbudowana przez władcę Królestwa Pergamonu w II wieku p.n.e. jako prezent dla Ateńczyków. Obecny jej wygląd to efekt wysiłków greckich i amerykańskich architektów z połowy XX wieku. Ciekawostkę stanowi fakt, że to na terenie zrekonstruowanej stoy podpisano w 2003 roku Traktat Ateński - dokument będący podstawą do przystąpienia 10 krajów Europy Środkowej i Południowej, w tym Polski, do Unii Europejskiej.

Stoa Attalosa widziana z wewnątrz

Stoa Attalosa z zewnątrz

Stoa Attalosa służy obecnie jako siedziba Muzeum Antycznej Agory. W jego kolekcjach znajdują się zarówno posągi, jak i mniejsze obiekty, takie jak monety i ceramika. Tematem przewodnim kolekcji jest ateńska demokracja, a większość eksponatów pochodzi z okresu starożytnego, chociaż znajdują się tu także obiekty bizantyjskie. Na naszej ekipie największe wrażenie wywiera masywna tarcza wojownika spartańskiego, wykonana z brązu. Musieli mieć niezłą krzepę ci Spartiaci, żeby z takim ustrojstwem maszerować i walczyć.

Kolekcja Muzeum Antycznej Agory w Atenach - tarcza spartańskiego wojownika

Kolekcja Muzeum Antycznej Agory w Atenach - antyczna ceramika

Kolejnym miejscem na antycznej agorze, który wzbudza nasze szczególne zainteresowanie, jest Kościół Świętych Apostołów. Został najprawdopodobniej zbudowany w X wieku, i jest jedną z dwóch doskonale zachowanych budowli na agorze. Drugą jest o wiele starsza Świątynia Hefajstosa. Kościół stoi częściowo na ruinach antycznego nimfeum czyli monumentalnej fontanny.

Kościół Świętych Apostołów na antycznej agorze

Wnętrze Kościoła Świętych Apostołów na antycznej agorze

Wędrujemy sobie przez rozległą agorę i zdajemy sobie coraz bardziej sprawę z tego, że jej dokładne poznanie wymaga znacznie więcej czasu i sił, niż mamy w tej chwili. Zaczynamy też uświadamiać sobie, że Ateny kryją w sobie tyle skarbów, muzeów, stanowisk archeologicznych i historycznych budowli, że te kilka dni, które nam zostało, to zdecydowanie zbyt mało. Iza dodatkowo widzi, że znalazła sobie drugie ukochane miasto do dokładniejsze eksploracji i kolejnych wypadów. Pierwszym z nich wcale nie jest Stambuł, ale Rzym.

Na ateńskiej agorze, w tle widoczna jest Świątynia Hefajstosa

Przemyślenia te działają na nas uspokajająco, przecież i tak nie zdołamy wszystkiego zobaczyć. Pierwsza wizyta ma raczej na celu złapanie orientacji w mieście i zobaczenie najważniejszych punktów. Zdecydowanym krokiem kierujemy się do Świątyni Hefajstosa. Została ona zbudowana na rozkaz Peryklesa, chociaż jej wykończenie zajęło aż trzy dekady. W sumie to i tak niezły wynik, biorąc pod uwagę, że Świątynię Zeusa Olimpijskiego w Atenach budowano ponad sześćset lat. Świątynia zachowała się do naszych czasów w znakomitym stanie, co zawdzięcza temu, że kolejne pokolenia Ateńczyków znajdowały dla niej rozmaite zastosowania. Przez wiele wieków pełniła rolę kościoła pod wezwaniem świętego Jerzego, w XIX wieku była pochówku zmarłych w Atenach cudzoziemców, a potem pierwszy król Grecji, Otto, nakazał jej przekształcenie w muzeum. Ostatecznie, przed II wojną światową świątyni nadano status starożytnego monumentu i rozpoczęto na jej terenie prace archeologiczne. Świątynia olimpijskiego kowala bardzo nam przypada do gustu, więc spędzamy przy niej wiele czasu, chociaż żołądki zaczynają grać nam marsza z głodu.

Świątynia Hefajstosa na ateńskiej agorze

Świątynia Hefajstosa na ateńskiej agorze

Znajdujemy trasę do wyjścia z agory i zasiadamy w pobliskiej restauracji, na świeżym powietrzu. Gra muzyka na żywo, a obsługa bardzo sprawnie rozpoczyna od podania nam dużej butelki wody. Zamawiamy dużą sałatkę grecką, musakę dla nas i keftedes dla dzieciaków. Wszystko bardzo szybko znika, bo jest przepyszne, a my - wygłodniali, w końcu jest już godzina druga po południu. Jeżeli będziecie kiedyś w tej części Aten, to polecamy, restauracja nazywa się Mouses i jest położona na skrzyżowaniu ulic Adrianou i Agiou Filippou.

Sałatka grecka

Staś i jego keftedes

Musaka

Na zakończenie programu zwiedzania Aten na ten dzień, idziemy do stanowiska archeologicznego znanego jako Keramejkos. Nie musimy daleko iść, bo z restauracji do Keramejkos jest około pół kilometra. Jedna podczas tego spaceru zaskakuje nas pogoda. Do tej pory słońce prażyło intensywnie, ale teraz niebo zaciąga się ciemnymi chmurami. Czyżby była szansa na deszcz? Niezrażeni zaczynamy zwiedzanie.

Keramejkos i ciemne chmury nad Atenami

Keramejkos, jak sama nazwa wskazuje, było w starożytnych Atenach zamieszkane przez garncarzy, którzy wyrabiali tu słynną attycką ceramikę. Obecnie, otoczony płotem teren stanowiska archeologicznego jest bardzo rozległy i obejmuje obszar położony po obu stronach antycznych murów obronnych miasta, na obu brzegach rzeki Eridanos. Na miejscu działa też niewielkie muzeum, co odnotowujemy z ulgą, bo chmury robią się coraz ciemniejsze. Słychać grzmoty, widzimy też pioruny ciskane przez Zeusa. W innej części miasta jest ulewa, ale nasze głowy pozostają suche. Prognozy dotyczące braku opadów w Atenach jednak nie sprawdziły się. Mamy nadzieję, że deszcz pada też nad obszarami objętymi pożarem. W trakcie zwiedzania Jarek odbiera telefon w sprawie służbowej, co zmusza nas do zakończenia zwiedzania i powrotu do apartamentu. W międzyczasie pogoda się przejaśnia i znowu świeci na nas słoneczko. Wcale nie żałujemy, że na dziś to koniec, wolimy wieczorem odpocząć i nabrać sił na kolejny dzień w stolicy Grecji.

Dzieciaki pozują w Keramejkos

Lew z Muzeum Keramejkos

Dzień 34 (26.07.2018)

Dzień zaczynamy od spaceru przez Ateny, a naszym celem jest Lykeion, czyli szkoła filozofii założona przez Arystotelesa. Podchodzimy do zadania perypatetycznie, i obchodzimy wzgórze Lycabettus, aby dotrzeć do celu. Spacer uświadamia nam, że Ateny to miasto położone na wielu wzgórzach. Wzgórze Lycabettus najprawdopodobniej zawdzięcza swą nazwę temu, że niegdyś zamieszkiwały je wilki. Obecnie nie ma już tu tych drapieżników, ale za to można podjechać na szczyt wzgórza kolejką linowo-terenową. Przyglądamy się też Atenom z innej niż turystyczna perspektywy, oglądamy budynki mieszkalne i dzielnice.

Dochodzimy do Lykeionu, do którego wstęp mamy zapewniony przez nabyty poprzedniego dnia bilet łączony. Długo opowiadamy dzieciakom o Arystotelesie, jego życiu i pracy. Czytamy też jego skrócony życiorys umieszczony na tablicy informacyjnej. Okazuje się, że podczas naszych poprzednich podróży odwiedziliśmy już wiele miejsc, które odegrały ważną rolę w działalności tego filozofa: Stagirę, Assos, Pellę oraz wyspę Eubeę.

Tola i Staś w Lykeionie

Zanim Arytoteles założył swoją szkołę w Atenach, w tym samym miejscu działał gimnazjon, w którym skupiano się raczej na rozwoju ciała niż ducha, ale od czasów Arystotelesa uległo to zmianie. Sama nazwa Lykeionu, która przetrwała do naszych czasów jako liceum, pochodzi od Apollina Likejosa czyli Apollina boga wilków. Jego światynia stała tuż przy tym gimnazjonie.

Pozostałości ateńskiego Lykeionu

Parę kroków na zachód od Lykeionu leży rozległy teren Ogrodu Narodowego (wstęp wolny). Północno-zachodni róg ogrodu zajmuje budynek greckiego parlamentu, ale dzisiaj tego miejsca nie odwiedzimy. Wędrujemy ścieżkami parku, oglądamy ptaki, w tym papużki, cieszymy się zielenią i cieniem drzew. Przy okazji znajdujemy kilka śladów antyku, w tym związanych z rzymskim cesarzem Hadrianem.

Staś coś zrujnował w Ogrodzie Narodowym

Pamiątka po cesarzu Hadrianie w Ogrodzie Narodowym w Atenach

Wychodzimy z parku i trafiamy na ruchliwą ulicę Leoforos Vasilisis Amalias, przy której znajdujemy pozostałości łaźni z okresu rzymskiego. Co prawda nie można wejść na ich teren, ale dookoła znajduje się przeszklona balustrada umożliwiająca dokładnie obejrzenie ruin.

Łaźnie rzymskie w Atenach

Łaźnie rzymskie w Atenach

Wędrujemy na południowy zachód i szybko docieramy pod Łuk Cesarza Hadriana. Jest to monumentalna brama, którą wzniesiono na cześć Hadriana, najprawdopodoniej na koszt Ateńczyków. Cesarz Hadrian, prawdziwy filhellen, kochał Ateny, których był honorowym obywatelem i obdarzył miasto wieloma wspaniałymi budynkami. Jednym z jego osiągnięć było ukończenie budowy świątyni Zeusa Olimpijskiego.

Łuk Hadriana w Atenach

Tuż przed zwiedzaniem świątyni kupujemy dwie czapeczki z daszkiem dla męskiej części ekipy, bo zagapiliśmy się przy wychodzeniu z apartamentu i nie wzięliśmy ochrony na głowy. Zresztą po pary tygodniach w podróży starsze czapeczki są już dość zużyte. Damska cześć ekipy dokupuje do kompletu czapeczki tuż po wizycie u Zeusa.

Świątynia Zeusa to jeden z niewielu zabytków w Atenach, który już kiedyś widzieliśmy, a było to w roku 2007. Zrobiliśmy jej wówczas jedno jedyne zdjęcie. Tym razem szalejemy z aparatami i zbieramy kolekcję prawie stu fotografii. Robimy też sobie grupowe selfie.

Grupowe selfie pod świątynią Zeusa

Świątynia Zeusa Olimpijskiego w Atenach stanowi poważny dowód na to, że greckie plany budowlane potrafią się naprawdę rozciągnąć w czasie. Jej budowę zainicjowali rządzący Atenami w VI wieku tyrani, którzy pragnęli wznieść największą świątynię na świecie. W okresie ateńskiej demokracji realizację tego projektu wstrzymano, ponieważ uważano go za objaw niezdrowej hubris - przekroczenia miary, którą bogowie nakazali ludziom. Projekt wznowił cesarz Hadrian, najwyraźniej nic sobie nie robiąc z tych ograniczeń. Czemu zresztą miałby się nimi przejmować? W jego środowisku deifikacja po śmierci była zjawiskiem normalnym, którym objęto nawet tragicznie zmarłego kochanka Hadriana - Antinousa.

Budowę świątyni zakończono w roku 132, a w uroczystości uczestniczył osobiście cesarz Hadrian, który z tej okazji przybrał tytuł Panhellenios. W okresie rzymskim świątynia, posiadająca aż 104 monumentalne kolumny, była uważana za największą w Grecji. Znajdował się w niej jeden z największych posągów kultowych świata starożytnego, wykonany z chryzelefantyny czyli połączenia złota i kości słowiowej, i przedstawiający naturalnie Zeusa.

Jednakże świątynia nie posłużyła Ateńczykom zbyt długo, zwłaszcza porównaniu z długim okresem jej budowy. Już w 267 roku została poważnie uszkodzona podczas grabieży miasta przez Herulów, wschodniogermańskiego ludu, który dotarł aż na Peloponez z odległej Szwecji. Świątyni już nigdy nie odbudowano, a wkrótce nastał zmierzch bogów olimpijskich. Obecnie stoi jedynie 15 kolumn, a szesnasta leży u ich podstaw, powalona podczas burzy w 1852 roku. Nie zachował się żaden ślad po posągu Zeusa.

W ramach ciekawostki warto wspomnieć, że w 2007 roku na terenie świątyni grupa greckich pogan zorganizowała uroczystość ku czci Zeusa. Odpowiedzialna za to wydarzenie organizacja Ellinais wygrała w 2006 roku sprawę sądową, zezwalającą na uznanie religii starożytnej Grecji za jedno z oficjalnych wyznań w kraju.

Świątynia Zeusa Olimpijskiego w Atenach

Na lunch idziemy do tej samej restauracji, co poprzedniego dnia. Tym razem zamiast musaki zamawiamy pomidora i paprykę faszerowane ryżem. Też są pyszne. Podczas wizyty w toalecie Iza dostrzega wystający ze ściany fragment antycznej budowli. W sumie nic w tym dziwnego, jesteśmy w sercu starożytnych Aten.

Faszerowane warzywa na lunch

Tylko w ateńskiej toalecie podglądają Was antyczne ruiny

Po lunchu naszym celem jest wzgórze Pnyks. Zaraz po opuszczeniu restauracji zauważamy, że pogoda gwałtownie się załamuje. Niebo przesłaniają ciemne chmury, a ulicami gna porywisty wiatr. Handlarze pamiątek gorączkowo zbierają towar ze straganów. Skręcamy do parku, w którym śpią bezdomni, ale przynajmniej unikamy powiewów niosących tumany pyłu. Nie spodziewaliśmy się takiej pogody w Grecji w środku lata.

Ciemne chmury nad Atenami

Pomimo niesprzyjającej aury postanawiamy kontynuować zwiedzanie. Wędrujemy w kierunku wzgórza Pnyx. U jego podnóży położone jest wykute w skale sanktuarium Zeusa, a tuż nad nim stoi wspaniały kościół pod wezwaniem świętej Mariny. Niestety ten obszar wzgórza jest otoczony ogrodzeniem, i sanktuarium możemy jedynie obejrzeć zza płota.

Sanktuarium Zeusa u stóp wzgórza Pnyks

Kościół pod wezwaniem świętej Mariny

Droga wiedzie dalej w górę, do Narodowego Obserwatorium Astronomicznego. Lokalizacja tej placówki na znaczenie nie tylko praktyczne, ale i historyczne, jak to w Atenach często bywa. To właśnie na wzgórzu Pnyks astonom Meton przeprowadził w V wieku p.n.e. obserwacje, które pozwoliły mu obliczyć tzw. cykl Metona. Jest to 19-letni cykl, po którym fazy Księżyca przypadają na te same dni w roku. Obliczenia Metona dały podstawy kalendarzowi, którym posługiwali się starożytni Ateńczycy oraz zostały zastosowane podczas konstrukcji słynnego mechanizmu z Antykithiry. Temu tajemniczym urządzeniu będziemy mieli okazję się jeszcze bliżej przyjrzeć następnego dnia.

Ciągle wieje silny wiatr, ale deszcz na nas nie pada. Z okolicy obserwatarium jest wspaniały widok na Akropol. Wygląda on szczególnie spektakularnie w burzowych okolicznościach przyrody, oświetlany błyskawicami.

Narodowe Obserwatorium Astronomiczne w Atenach

Widok ze wzgórza Pnyks na Akropol

Jeszcze jeden widok ze wzgórza Pnyks na Akropol

Pnyks to niewielkie, skaliste wzgórze, położone w sercu współczesnych Aten, chociaż w okresie starożytnym znajdowało się już za granicami miasta. Na jego szczycie znajduje się rozległa naturalna kamienna platforma, w której wykuto schody. Położenie wzgórza oraz owa platforma sprawiły, że już w VI wieku p.n.e. Pnyks był miejscem zgromadzeń Eklezji, czyli spotkań obywateli Aten. Z tego powodu powiada się, że to wzgórze było miejscem narodzin demokracji. W tym właśnie miejscu najprawdopodobniej odbyły się najważniejsze polityczne debaty złotego wieku antycznych Aten, tutaj przemawiali Perykles i Alcybiades, a Demostenes wygłaszał filipiki skierowane przeciwko Filipowi II Macedońskiemu. Oddychamy historią w spektakularnej scenerii przetaczającej się nad Atenami burzy.

Dzieciaki zwiedzają kolebkę demokracji

Pogoda stopniowo się poprawia i znowu wygląda słoneczko. Niestety właśnie w tym momencie Jarek zaczyna czuć się słabo, jest mu zimno i najwyraźniej dopada go przeziębienie. Jednak dzielnie postanawia, że musimy zobaczyć tego dnia jeszcze więcej zakamarków ateńskich, więc podążamy ścieżkami Pnyksu. Odkrywamy zegar słoneczny Metona oraz mury obronne wzniesione przez Temistoklesa po wojnach perskich, jako obrona przed kolejnymi najazdami. Inny odcinek tych murów widzieliśmy poprzedniego dnia w Kerameikos.

Zegar słoneczny Metona

Mury Temistoklesa

Ścieżka prowadzi nas w dół, do obszaru znanego jako Koili (Zagłębienie). Stamtąd rozpoczynamy podejście na kolejne wzgórze, obecnie nazywane Wzgórzem Filopapposa. Klasyczna nazwa tego miejsca to Muzejon. Jej źródłem jest mityczna postać Muzajosa, syna bogini Księżyca - Selene, i ucznia Orfeusza. Muzajosowi przypisywano stworzenie misteriów eleuzyńskich, a jego muzyka miała uzdrawiać chorych.

Obecnie w miejscu, w którym Muzajos miał być pochowany wznosi się marmurowy pomnik Filopapposa. Był on archontą ateńskim i konsulem dodatkowym w 109 roku. Wielce przysłużył się Atenom, a gdy umarł w 116 roku, jego siostra Julia Balbilla oraz Ateńczycy wznieśli mu monumentalny grobowiec, na szczycie wzgórza, naprzeciwko Akropolu. Dla Izy największą radością jest odkrycie, że Filopappos był wnukiem ostatniego króla Kommageny, Antiocha IV. Oznacza to, że ekipa Turcji w Sandałach ciągle odkrywa kolejne tajemnice rodu odpowiedzialnego za wzniesienie posągów na górze Nemrut.

Monument Filopapposa

Staś zwiedza Muzejon

Kolejną ciekawostką na wzgórzu Filopapposa jest tzw. Więzienie Sokratesa. Według popularnego przekonania, w tym wykutym w skale pomieszczeniu więziony był Sokrates, zanim został zmuszony do wypicia cykuty. Nie ma na to jednak żadnych dowodów. Historia najnowsza natomiast wspomina, że podczas II wojny światowej w tym miejscu ukryto skarby z Narodowego Muzeum Archeologicznego, żeby nie wpadły w ręce nazistów.

Tzw. Więzienie Sokratesa

Na koniec dnia zostawiliśmy sobie zwiedzenie ateńskiego Akropolu. Wstyd się przyznać, ale traktujemy to jako obowiązek do spełnienia - no bo przecież jak to może być: odwiedzić Ateny i Akropolu nie zobaczyć? Popołudniową porą tłumy są tam mniejsze, pewnie burzowa pogoda też się do ich rozrzedzenia przyczyniła. Podchodzimy pod wejście i odkrywamy, że nie można tu nigdzie kupić butelki wody. Lody, i owszem, ale wody już nie. Jarek dzielnie schodzi pod Akropol i kupuje dwie butelki, bo nasze zapasy opróżniliśmy na Pnyksie i Muzejonie.

Akropol widziany z Muzejonu

Chociaż bilet już mamy, to i tak wejście na teren Akropolu jest przygodą. Kontrola starannie weryfikuje wszystkich wchodzących, zwłaszcza posiadających bilety zniżkowe. Tuż przed nami zatrzymana zostaje turystka z Holandii, z biletem studenckim, bo okazało się, że jej legitymacja straciła ważność parę miesięcy temu. Pamiętajcie, nie wolno kombinować na Akropolu!

Akropol popołudniową porą

Chodzimy po Akropolu, pstrykamy zdjęcia, zauważamy że Partenon ciągle jest w remoncie. Strasznie tu wszyskich pilnują, żeby niczego nie dotknąć, nie zejść ze ścieżki, nie krzyczeć. Docieramy na taras widokowy, położony po wschodniej stronie wzgórza. Po naszych wędrówkach po mieście z radością dostrzegamy poszczególne charakterystyczne punkty miasta, które już odwiedziliśmy. Dostrzegamy też charakterystyczną bryłę nowoczesnego budynku, którego jeszcze nie rozpoznajemy, a który odwiedzimy za dwa dni. W okolicach Erechtejonu otrzymuję wiadomość od Glenna z Didim: znowu ominęło nas trzęsienie ziemi!

Partenon na ateńskim Akropolu

Widok z Akropolu na Ateny, widać agorę!

Charakterystyczna nowoczesna bryła, która okazała się być siedzibą Muzeum Akropolu Ateńskiego

Erichtonios, na cześć którego wzniesiono świątynię na Akropolu był mitycznym herosem, który obdarzył ludzkość wieloma wynalazkami: pługiem, zaprzęgiem czterokonnym oraz tajnikami wytopu srebra. Okoliczności jego narodzin pozostają niejasne. Pewne źródła, w tym zebrana w I lub II wieku Bibliotheca czyli kompendium mitów greckich, sugerują, że narodzinom Erichtiniosa towarzyszyła atmosfera skandalu. Otóż pewnego dnia bogini Atena wybrała się w odwiedziny do Hefajstosa, boga metalurgii, aby zamówić nową broń. Hefajstos, olśniony urogą Ateny, postanowił ją uwieść, stosując taktykę końskich zalotów. Pragnąc ocalić dziewictwo, Atena uciekła z kuźni, ale Hefajstos pobiegł za nią i rozpoczęła się szarpanina. W jej trakcie Hefajstos miał wytrysk, a jego nasienie spadło na udo Ateny, która strzepnęła je z obrzydzeniem, przy użyciu strzępka wełny (z greckiego erion). Nasienie spadło na ziemię czyli chthôn. Z tego nasienia i z ziemi narodził się Erichtinios, którego wychowaniem zajęła się w tajemnicy Atena.

Erechtejon na ateńskim Akropolu

Świątynia nosząca imię Erichtiniosa czyli Erechtejon została zbudowana w latach 421-406 p.n.e., a głównym rzeźbiarzem odpowiedzialnym za jej zdobienia był słynny Fidiasz. Najbardziej charakterystyczny element świątyni to tzw. Ganek Kor, podparty przez kolumny w kształcie postaci kobiecych czyli kariatydy. Ich nazwa oznacza dziewczyny ze wsi Karyai. Kobiety z tej wsi, która poparła Persów w trakcie wojny, zostały po zakończeniu walk sprzedane w niewolę i zmuszone do ciężkiej pracy. Ponieważ Erechtejon został wzniesiony na miejscu wcześniejszej światyni, zniszczonej podczas wojen perskich, przesłanie symboliczne tego zabiegu jest całkowicie czytelne.

Erechtejon, po lewej stronie widoczny jest Ganek Kor

Dzieje słynnych rzeźb są również burzliwe. W 1800 roku jedną z sześciu kariatyd zabrał do Szkocji lord Elgin, w celu udekorowania swojej rezydencji. Później, wraz z rzeźbami usuniętymi z Partenonu przekazał tę kariatydę Muzeum Brytyjskiemu. Ateńczycy powiadają, że nocami słychać płacz pozostałych pięciu panien, tęskniących za ich towarzyszką. Co gorsze, Elgin usiłował zabrać również drugą kariatydę, ale z powodu trudności technicznych podjął próbę jest pocięcia na kawałki, które pozostawił na miejscu. W 1979 roku pięć kariatyd przeniesiono do Starego Muzeum na Akropolu, a w ich miejsce wstawiono repliki. W 2007 roku oryginały przeniesiono do położonego u stóp Akropolu nowego Muzeum Akropolu. To właśnie bryłę tego budynku widzieliśmy z punktu widokowego.

Widok z Akropolu na Areopag i Pnyks

Przed rozpoczęciem zejścia z Akropolu podziwiamy jeszcze jeden widok - tym razem na Wzgórze Aresa i Pnyks. Na Wzgórzu Aresa obradował w starożytności Areopag czyli najwyższa rada, w skład której wchodzili byli archonci. Na to wzgórze wspięliśmy się już pierwszego dnia pobytu w Atenach, ale było tam mnóstwo turystów i szybko uciekliśmy.

Z Akropolu schodzimy jego południowym zboczem, niespiesznie. Oglądamy tu odeon Heroda Attyka, pozostałości antycznej odlewni brązu, cysternę z okresu bizantyjskiego, świątynię Asklepiosa, stoę Eumenesa, teatr Dionizosa oraz wiele innych, pomniejszych śladów starożytności. Szczerze mówiąc, to ten obszar bardziej nas zaciekawia niż szczyt Akropolu.

Odeon Heroda Attyka

Świątynia Asklepiosa

Południowe zbocze Akropolu

Teatr Dionizosa, a w tle - Muzeum Akropolu

Widok z południowego zbocza Akropolu na Świątynię Zeusa Olimpijskiego

Na dzisiaj wystarczy zwiedzania, zwłaszcza, że Jarek gorzej się czuje. Wracamy metrem w okolice apartamentu, a Iza wyskakuje na szybkie zakupy spożywcze do pobliskiego dyskontu. Na szczęście wyrabia się przed burzą. Tym razem jest ona połączona z prawdziwą ulewą.

Dzień 35 (27.07.2018)

Celem porannego spaceru jest teren, na którym niegdyś działała Akademia Platońska. Do przejścia mamy około 4 km, po stosunkowo płaskim terenie. Jedyną trudnością są tory kolejowe, które przecinają nam drogę w okolicach dworca. Na szczęście możliwe jest przejście przez sam dworzec. Idziemy dość wolno i wypijamy dużo wody, jest duszno i bezwietrznie.

Instalacje sztuki nowoczesnej na dworcu kolejowym w Atenach

Skromne ruiny Akademii rozrzucone są na obszarze znanym obecnie jako Park Archeologiczny Akademii Platońskiej. Ruiny są jeszcze mniej imponujące niż pozostałości Liceum Arystotelesa, trzeba mocno wysilić wyobraźnię, żeby zrozumieć, co tu się niegdyś działo. W parku panuje duch sportowy, jakiś młodzieniec ćwiczy mięśnie w rytm muzyki.

Tola w Akademii Platońskiej

Akademię założył około 387 roku p.n.e. słynny filozof Platon, a jego uczeń - Arystoteles - studiował tu przez lat dwadzieścia. Akademia działała poza murami antycznego miasta, w gaju oliwnym, którego drzewa poświęcone były bogini Atenie. To właśnie ten dar dla Aten spowodował, że Atena wygrała współzawodnictwo o przywilej bycia patronką miasta. Jej konkurent - Posejdon - uderzył trójzębem w ziemię, z której wytrysnęło źródło słonej wody. Miało ono symbolizować dostęp Ateńczyków do morza i rozwój handlu, ale sama woda nie nadawała się do picia. Ateńczycy wybrali dar Ateny, drzewo oliwne, które było źródłem drewna, oliwy i pożywienia, i jako takie zostało symbolem gospodarczego rozwoju miasta.

Ze względu na szczególne tego znaczenie gaju oliwnego nawet armia spartańska nie śmiała go zniszczyć podczas najazdu na Attykę. Jednakże rzymski dyktator Sulla nie kierował się żadnymi przesądami i nakazał ścięcie drzew, z których zbudowano maszyny oblężnicze. Było to w roku 86 p.n.e.

Ruiny Akademii Platońskiej

Staś w Akademii Platońskiej

Wracamy, kierując się w kierunku Narodowego Muzeum Archeologicznego, ale najpierw trzeba się posilić, bo jest to placówka rozległa i nie godzi się zwiedzać jej w rytm kiszek grających marsza. Zatrzymujemy się w barze fast-food przy placu Victoria. Bar należy do największej greckiej sieci - Goody's - założonej w 1975. Obecnie jest w Grecji bardziej popularna niż amerykański McDonald's i bardzo dobrze, bo jedzonko podają przepyszne. Iza najbardziej zachwala sobie sałatki, a reszta ekipy - burgery z rozmaitymi dodatkami. Zaskakuje nas poziom obsługi, bardziej spodziewany w restauracji z prawdziwego zdarzenia, a nie w barze. Natychmiast podchodzi do nas kelnerka, przynosi menu i szybko napełnia szklanki zimną wodą. Odbiera zamówienie i przynosi posiłek do stolika, cały czas pilnując, żeby nam wody nie zabrakło.

Sałatka z restauracji Goody's

Czas na wizytę w Narodowym Muzeum Archeologicznym (10 euro za bilet, dzieci gratis, czynne codziennie do 20, w poniedziałki otwiera się dopiero o 13). Wiemy, że muzeum to posiada w swoich kolekcjach eksponaty, o których obejrzeniu marzyliśmy od dawna, i te marzenia właśnie mają się spełnić. Zaczynamy od sal z kolekcją prehistoryczną. Chociaż najstarsze eksponaty pochodzą z epoki neolitu, nas, jak i zapewne większość odwiedzających najbardziej przyciągają zabytki kultury mykeńskiej. Ilość złota, jaką posiadali do swojej dyspozycji Mykeńczycy jest oszałamiająca. O zawrót głowy mogą również przysporzyć delikatne detale i zdobienia biżuterii i broni.

Mykeńska biżuteria

Mykeńska ceramika

Oczywiście obowiązkowo robimy zdjęcia tzw. Maski Agamemnona, znalezionej w Mykenach przez Heinricha Schliemanna. Miłośnicy Turcji znają go zapewne bardziej jako odkrywcę Troi, ale Schliemann spędził różnież sporo czasu na greckich stanowiskach archeologicznych. Popularna anegdota głosi, że gdy Schliemann znalazł tę złotą maskę wykrzyknął "Spojrzałem w twarz Agamemnona!" W rzeczywistości współcześni badacze utrzymują, że maska jest o około 300 lat starsza od wpół-legendarnego wojownika. W muzeum znajduje się tych złotych masek więcej, ale podobizny przedstawionych na nich mężczyzn nie są aż tak przystojne. Trudno przecież uwierzyć, że mężny Agamemnon był grubaskiem bez zarostu.

Czy tak mógł wyglądać Agamemnon?

A może jednak tak?

Kolejna kolekcja placówki to przebogate zbiory rzeźb z okresu antycznego. Tutaj podziwiamy wykonany z brązu posąg boga olimpijskiego, chociaż nie mamy pewności czy to Zeus, czy też jego brat Posejdon. Kolejny posąg z brązu to tzw. Młodzieniec z Antykithiry. Został on znaleziony w 1900 roku, we wraku starożytnego statku - tego samego, z którego pochodzi słynny mechanizm z Antykithiry. Przy okazji zdradzę Wam, że ze wszystkich zbiorów muzeum najbardziej zależy nam na zobaczeniu tego mechanizmu.

Zeus to czy też Posejdon?

Młodzieniec z Antykithyry

W podziw wprawia nas pełen dynamiki pomnik chłopca gnającego na rumaku. Prawie do łez rozbawia nas natomiast grupa przedstawiająca Afrodytę, siedzącego jej na ramieniu Erosa oraz bożka Pana, którego zaloty bogini odpiera przy użyciu sandała.

Chłopiec na rumaku

Afrodyta odgania sandałem Pana

W muzeum panuje bardzo poważna atmosfera, więc chichotać musimy po cichutku. W niektórych salach obsługa zwraca uwagę wszystkim, którzy ośmielą się wypowiadać głośniej niż szeptem. Na widok dzieci szczególnie się najeżają, chociaż młodsza część naszej ekipy podchodzi do zwiedzania muzeum profesjonalnie, sprawnie identyfikując kolejne bóstwa greckie oraz mityczne stworzenia.

Posąg lwa

W muzeum jest kilka wystaw czasowych, z których jedna poświęcona jest cesarzowi Hadrianowi - jego bliski związek z Atenami jest nam już znany. Wystawa czasowa, nosząca tytuł "Hadrian and Athens, Conversing with an Ideal World", jest udostępniona zwiedzającym do listopada 2018. Jej otwarcie w 2017 roku miało na celu upamiętnienie 1900-nej rocznicy rozpoczęcia panowania Hadriana jako cesarza rzymskiego.

Popiersie Hadriana

Popiersie Antinousa, kochanka Hadriana

Podczas zwiedzania muzeum z niepokojem zauważamy, że wiele obiektów pochodzących z wraku z Antykithiry zostało wypożyczonych do Chin, na lokalną wystawę. Martwimy się, że ten sam los spotkał sam słynny mechanizm. Docieramy do sekcji muzealnej poświęconej metalurgii, gorączkowo się rozglądamy i oto - jest! Tajemniczy mechanizm, przez niektórych obwołany pierwszym analogowym komputerem. Podobno służył do wyznaczania pozycji ciał niebieskich. Został on wyłowiony z wraku, który zatonął w I wieku p.n.e. u wybrzeży greckiej wyspy Antykithyra. Statek ten najprawdopodobniej wiózł splądrowane w Grecji bogactwa, które miały stać się częścią parady triumfalnej w Rzymie lub ozdobić willę jakiegoś bogacza. Jednakże podejrzenia, że to statek Sulli, który tak niechlubnie potraktował Ateny w 86 roku p.n.e. zostały obalone przez odkrycie we wraku monet z późniejszych lat.

Mechanizm z Antykithyry

Pod koniec wizyty w muzeum trafiamy do sekcji poświęconej starożytnemu Egiptowi. Jakoś nam tu ona nie pasuje, ale dzieciaki są zainteresowane hieroglifami i mumiami. Poza tym mamy już dosyć wrażeń muzealnych na jeden dzień, zwłaszcza, że jasne jest, że to muzeum trzeba odwiedzić wielokrotnie.

Sekcja egipska

Znowu zwijamy się wcześnie do apartamentu i ponownie przewala się nad nami burza i ulewa. Wieczorem przeprowadzamy rekonesans w sieci, co ciekawego można zobaczyć następnego dnia. Ktoś poleca nam Muzeum Akropolu i już po pobieżnej lekturze artykułów mu poświęconych stwierdzamy, że jest to pomysł na piątkę.

Dzień 36 (28.07.2018)

Po śniadaniu jedziemy metrem na plac Omonia. Dzisiaj rano chcemy obejrzeć nowożytne oblicze Aten, a ten właśnie plac wyznacza północny róg centrum greckiej stolicy. Układ centrum wytyczono w XIX wieku, a plac Omonia został zbudowany w 1846 roku. Początkowo nosił nazwę Placu Pałacowego, gdyż według planów architektonicznych miał w tej okolicy stanąć pałac królewski. Później plac przemianowano ku czci Ottona Wittelsbacha, pierwszego króla niepodległej Grecji. Gdy ten władca został zdetronizowany w wyniku puczu wojskowego w 1862 roku, plac uzyskał nazwę, którą nosi do dziś - Omonia oznacza zaprzysiężenie pokoju.

Plac Omonia

Obecnie Omonia to ważne centrum handlowe i komunikacyjne. Zbiega się tu aż sześć głównych ulic, ma też stację metra o tej samej nazwie. Wizualnie plac nam się za bardzo nie spodobał, dominują na nim ponure neoklasyczne budowle i nowoczesne wstawki. Najbardziej charakterystycznym elementem placu jest rzeźba - Pentakiklon - czyli Pięć Kół. Podobno czasami woda wprawia koła tej nowoczesnej konstrukcji w ruch, ale ten nie mamy okazji osobiście zobaczyć.

Wędrujemy wzdłuż bulwaru Stadiou w kierunku placu Syntagma. Po drodze zauważamy, że wiele budynków wydaje się opuszczonych. Mijamy też siedzibę Narodowego Muzeum Historycznego przed którym stoi konny pomnik Theodorosa Kolokotronisa, greckiego generała z czasów wojny o niepodległość, toczonej przeciwko Imperium Osmańskiemu w latach 20-tych XIX wieku. Tuż obok znajduje się pomnik Nikolaosa Trikoupisa, również wojskowego, który uczestniczył w wojnie grecko-tureckiej w 1897, w I wojnie światowej oraz w wojnie grecko-tureckiej w latach 1919–1922, podczas której dostał się do niewoli. Jak zapewne zauważyliście, bicie się z Turkami było ważnym zajęciem Greków w XIX i na początkach XX wieku.

Narodowe Muzeum Historyczne oraz konny pomnik Theodorosa Kolokotronisa

Pomnik Nikolaosa Trikoupisa

Docieramy na drugi bardzo ważny plac Aten - czyli na Syntagmę, Plac Konstytucji. Przy tym placu znajduje się XIX-wieczny Stary Pałac Królewski, będący od 1934 roku siedzibą greckiego parlamentu. Tutaj czeka na nas bardzo specyficzny spektakl czyli zmiana warty przed Grobem Nieznanego Żołnierza. Ponieważ jest sobota, to cogodzinne wydarzenie ma skromniejszą oprawę, niż w niedziele, kiedy to o godzinie 11 zmiana warty ma odświętną oprawę. Jednak nawet w pozostałe dni warto przyjrzeć się temu przedstawieniu, bo jest ono bardzo specyficzne. Ponieważ jest stosunkowo wcześnie, przed grobem zbiera się niewielka grupa widzów.

Plac Syntagma

Wartę pełnią tzw. Evzones czyli członkowie elitarnej Gwardii Prezydenckiej, rozpoznawalni po charakterystycznym mundurze, nawiązującym do tradycyjnego stroju klephtów. Klephtowie byli skrzyżowaniem partyzantów antytureckich oraz zwyczajnych rozbójników, skrywających się w górzystych regionach Grecji i od XV wieku odmawiających uznania władzy osmańskiej. Z rodu klepthów wywodził się między innymi wspominany powyżej generał Theodoros Kolokotronis. Obecnie członkowie gwardii noszą specyficzną "spódniczkę" nazywaną fustanella, przypominającą nieco szkocki kilt. Noszą także buty z charakterystycznymi pomponami.

Turyści gromadzą się przed Grobem Nieznanego Żołnierza

Gwardziści stoją na straży przez godzinę, podczas której przez 40 minut stoją nieruchomo, a krótką przerwą. Podczas warty nie wolno im nawet drgnąć, ani zmienić wyrazu twarzy, ani nawet zmienić kierunku, w którym patrzą. Jednak najdziwniejsze rzeczy dzieją się, gdy żołnierze zaczynają zmianę warty.

Gwardzista na warcie

Gdy przychodzi czas na zmianę, gwardziści zaczynają maszerować, bardzo wysoko podnosząc nogi, a wszystkie ruchy wykonują w zwolnionym tempie, a dokładnej koorydynacji. Towarzyszy temu charakterystyczny dźwięk szurania butami oraz głośnego tupania, a warto wiedzieć, że kazdy but waży aż 3 kilogramy! Podobno te zwolnione ruchy pomagają im odzyskać prawidłowe krażenie krwi po długim okresie nieruchomości.

Zmiana warty

Po zakończeniu podziwiania tego bardzo greckiego widowiska kierujemy się do Ogrodu Narodowego. Tutaj podziwiamy budynek znany jako Zappeion, obecnie pełniący funkcję centrum konferencyjnego. Historia budowli sięga XIX wieku, kiedy to narodziła się myśl odrodzenia starożytnej tradycji Igrzysk Olimpijskich. Zaprojektowany przez duńskiego architekta budynek został oficjalnie otwarty w 1888 roku. Wykorzystany był podczas pierwszych Igrzysk Olimpijskich (w 1896) jako hala walk szermierczych. Swoją nazwę zawdzięcza fundatorowi, Ewangelosowi Zappasowi, który był zamożnym przedsiębiorcą i gorącym zwolennikiem odrodzenia igrzysk. Już od 1859 roku finansował od w Grecji wydarzenia sportowe, które były prekursorem nowoczesnej Olimpiady. Umarł w 1865 roku, a w testamencie cały swój majątek przeznaczył dla Komitetu Olimpijskiego, a była to kwota niebylejaka, bo wynosząca aż sześć milionów złotych drachm.

Zappeion

Główną atrakcją dnia jest jednak wizyta w Muzeum Akropolu (czynne codziennie, bilet normalny 5 euro, dzieci z krajów UE gratis). Ten nowoczesny gmach widzieliśmy parę dni temu ze szczytu Akropolu, ale dopiero dzisiaj docieramy do tej fascynującej placówki. Od razu trzeba zaznaczyć, że już na wejściu powitał nas zakaz fotografowania. Jednak po pięciu tygodniach spędzonych na obfotografowywaniu wszystkiego co popadnie, to ograniczenie potraktowaliśmy jako wyzwolenie. Wreszcie można było w spokoju pooglądać ekspozycje i poopowiadać o nich dzieciakom.

Wejście do Muzeum Akropolu

Pierwsze Muzeum Akropolu powstało już w XIX wieku, ale jego lokalizacja - na samym Akropolu - uniemożliwiła jego znaczną rozbudowę i bardzo szybko placówka okazała się za mała. Jednak na otwarcie nowej siedziby eksponatów z Akropolu przyszło czekać przeszło sto lat, a nowa budowla otwarła się dopiero w 2009 roku. Warto jednak było czekać, a wizyta w tym przestronnym budynku wywołuje u wielu osób okrzyki zachwytu - tak, słyszeliśmy je na własne uszy. Co więcej, budowla stoi nad stanowiskiem archeologicznym Makrygianni, na którym ciągle trwają prace wykopaliskowe. Postępy można śledzić dzięki szklanym podłogom na parterze muzeum

Stanowisko archeologiczne Makrygianni pod Muzeum Akropolu

Historia powstania nowego Muzeum Akropolu jest także nierozłącznie związana z wywiezionymi z Aten przez hrabiego Elgin zabytkami. Oprócz wspomimanej już kariatydy, ów szkocki szlachic i dyplomata, o imieniu Thomas Bruce, wywiózł z Grecji starożytne marmury partenońskie, łącznie 56 ze 111 płyt pokrytego płaskorzeźbą fryzu świątyni. Owe marmury znane są obecnie jako Marmury Elgina i stanowią kość niezgody pomiędzy Wielką Brytanią i Grecją. Zostały bowiem wywiezione na podstawie zgody wydanej przez sułtana, pozwalającej na wywóz "fragmentów kamienia ze starymi inskrypcjami lub rzeźbami", chociaż w archiwach osmańskich nie zachowała się kopia tego dokumentu i jego istnienie bywa poddawane w wątpliwość. Barbarzyńskie metody zastosowane przy rozbiórce Partenonu od dawna budziły sprzeciw w kołach miłośników antycznej Grecji, a lord Byron napiętnował "splądrowanie krwawiącego kraju". Tym niemniej po dziś dzień Grecja czeka na zwrot bezcennych zabytków, a strona brytyjska wysuwa coraz to nowe powody, dla których tego uczynić nie zamierza. Jednym z tych powodów były zbyt małe wymiary dawnego Muzeum Akropolu, więc władze Grecji wzniosły budynek godny marmurów partenońskich. W placówce jest dla nich specjanie przeznaczone miejsce, podobnie jak i dla wykradzionej kariatydy.

Muzeum zorganizowane jest na czterech poziomach, a trasa zwiedzania ma odzwierciedlać doświadczenie towarzyszące osobom odwiedzającym ateński Akropol. Na pierwszym poziomie, który zawiera eksponaty znalezione na zboczach Akropolu, podłoga stopniowo pnie się pod górę, co ma przypominać gościom wspinacznkę na Akropol. Pośrednie poziomy zawierają kolekcje z Akropolu, z różnych okresów historii. Nasza ekipa najbardziej doceniła krótkie informacje, które w uproszczony sposób wyjaśniały historie najciekawszych eksponatów, świetnie się je czytało i dyskutowało o nich z dzieciakami.

Najwyższy poziom muzeum jest najbardziej niezwykły, i to nie tylko z uwagi na jego zawartość czyli marmury z Partenonu. Poziom ten został zbudowany skośnie w porównaniu z niższymi piętrami. Jego ułożenie i rozmiary odpowiadają orientacji geograficznej i wymiarom Partenonu, który zresztą doskonale widać przez przeszklone ściany budynku. Zachowano nawet układ kolumn - identyczny jak w przypadku Partenonu. Wrażenia są piorunujące! Szkoda tylko, że brakuje tu marmurów wywiezionych przez lorda Elgin...

Wychodzimy z muzeum i planujemy zjeść obiad w restauracji z sieci Goody's. Po krótkiej naradzie postanawiamy, że najpierw wrócimy metrem w okolice naszego apartamentu, bo tam też jest taki lokal. W owym lokalu ruch jest niewielki, na zewnątrz jakiś osobnik wyglądający na bezdomnego drzemie nad jedną kawą. Zamawiamy burgery i jesteśmy sprawnie obsłużeni. Nieco rozczarowuje nas fakt, że nie przyniesiono nam wody, bo nasze oczekiwania wzrosły po doświadczeniach z poprzedniego dnia. Darmowa woda jednak jest, tylko trzeba ją sobie samemu nalać. Nastroje zdecydowanie się poprawiają, a wraz z nimi ocena lokalu, gdy po zakończonym posiłku wszyscy otrzymujemy gratis małą porcję lodów.

Staś i jego gratisowe lody

Wieczór spędzamy na pakowaniu się na przelot do Polski. Udaje nam się wszystko upchnąć w dwa duże placaki, ale tylko dlatego, że zrezygnowaliśmy z zakupu wszelkich pamiątek. Nawet greckiej oliwy sobie nie kupiliśmy.

Dzień 37 (29.07.2018)

Rano bardzo sprawnie się zbieramy i opuszczamy apartament. Taksówkarz, kuzyn naszego gospodarza, już czeka przed domem, chociaż wyszliśmy nieco zbyt wcześnie. Taksówka wygląda na taką bardziej wypasioną niż pojazdy, jakie widywaliśmy w Atenach: jest w niej wieszak na garnitur, broszury turystyczne, cukierki dla pasażerów. Kierowca sprawnie wiezie nas na lotnisko, bardzo oddalone od centrum Aten.

Na lotnisku nie obywa się bez drobnych przeszkód: okazuje się, że nasze plecaki to bagaż niestandardowy i musimy się z nimi wlec do innego punktu odprawy. Jarek czuje się słabo, a naszemu samopoczuciu nie przysłuża się śniadanie, drogie i niesmaczne. Dzieciaki robią sobie ostatnie pamiątkowe zdjęcia i już wsiadamy do samolotu. Tuż przed odlotem kontaktujemy się z centralą firmy przewozowej, która ma nam zapewnić taksówkę z lotniska w Pyrzowicach do domu. Wygląda na to, że to już koniec przygody...

Dzieciaki na lotnisku w Atenach

Przed odlotem do domu

Lot przebiega bez przygód, jemy kanapki, zupę pomidorową i orzeszki, co stanowi miły sposób zabicia czasu. Iza siedzi z Tolą, a chłopaki w rzędzie przed nimi. Myślami powoli wracamy do codziennej rzeczywistości.

Tola i jej kanapka

Staś i jego orzeszki

W Pyrzowicach oczekujemy na bagaż i stwierdzamy, że taksówka powinna za chwilę się pojawić. Tymczasem odbieramy telefon od pana taksówkarza, czy ma już po nas wyjeżdżać. Nieco nas to dziwi, po przecież zamawialiśmy transport na konkretną godzinę, a przejazd zajmuje ponad 40 minut. Odpowiadamy jednak, że nie ma sprawy, poczekamy. Odbieramy bagaże, a tutaj - kolejny telefon od pana taksówkarza, czy na pewno ma już po nas jechać. Wymieniamy porozumiewawcze spojrzenia i odpowiadamy, żeby się już nie kłopotał. Najwyraźniej nasza wyprawa nie chce zakończyć się zbyt prędko.

Przed terminalem lotniska wsiadamy do autobusu, który zawieźć ma nas w okolice dworca PKP w Katowicach. Kiedyś już tak podróżowaliśmy, w przeciwnym kierunku, ale wówczas kierowca prowadził jak wariat. Tym razem jest spokojniej, aż zbyt spokojnie, bo Staś ucina sobie półgodzinną drzemkę.

W Katowicach kupujemy bilety Kolei Śląskich, na trasę Katowice - Gliwice. Ponieważ mamy jeszcze chwilkę, posilamy się burgerami z papryczką jalapeño. Pociąg przyjeżdża bardzo punktualnie i chyba jest najbardziej porządnym pociągiem, jakim mieliśmy okazję podróżować podczas tej wyprawy!

Na dworcu kolejowym w Katowicach

W pociągu Kolei Śląskich

W Gliwicach przesiadamy się na autobus do Knurowa, po krótkich i nerwowych poszukiwaniach odpowiedniego przystanku. Na przystanku w Knurowie robimy sobie ostatnie grupowe selfie, w miejscu gdzie zrobiliśmy sobie pierwsze takie zdjęcie i wędrujemy z plecakami aż do domu! To już naprawdę koniec tej włóczęgi.

Ostatnie grupowe selfi podczas wyprawy TwS 2018

Po przeszło pięciu tygodniach podróży z plecakami przez Węgry, Bałkany, Turcję i Grecję możemy z całą pewnością stwierdzić, że taki sposób zwiedzania odpowiada nam najbardziej. Wróciliśmy szczęśliwi, wyluzowani, w pełni sprawni na ciele i na umyśle. W planach są już kolejne wyprawy pociągami w kierunku południa Europy, a może nawet gdzieś nieco dalej. Z pewnością będziemy Was, Drodzy Czytelnicy, informować o naszych kolejnych przygodach. Tymczasem jednak nastała jesień, czas pracy i nauki oraz długich wieczorów spędzonych na sporządzaniu szczegółowych opisów odwiedzonych przez nas miejsc.

Powiązane artykuły: 

Odpowiedzi

Przygody TwS

Dotarłem z Wami do konca tej opowieści. Jakaś inna niż dotychczasowe relacje - może ze względu na inny sposób podróżowania, sam w sobie przygodowy? Przyznam, że opis przygód typu - gdzie i co jedliście lub w jakim sklepie kupiliście wodę - nie jest  dla mnie interesujący, ale to wszak Wasz prywatny portal więc macie prawo do Waszej prywatnej relacji, pamiątkowych fotek i intymnych zwierzeń. Liczę jednak - i czekać będę - na prawdziwą relację Izy - nie jako mamy skądinąd uroczej progenitury, lecz jako wytrawnej podróżniczki i znawczyni antyku, autorki bardzo konkretnych przewodników, z opisem zwiedzonych miejsc i zawsze bardzo interesującymi notkami historycznymi. Jesień je przyniesie, czy zima???

2018

Sposób podróżowania to do ogarnięcia i wytrzymania chyba tylko dla Gigantów podróży...Gratuluję!

Iza na pewno nas zaskoczy jesienno-zimowymi wpisami.

Niestety o tym, że w Turcji

Niestety o tym, że w Turcji booking.com nie obsługuje tureckich noclegów dowiedziałem się troche za późno, próbując znaleźć nocleg na dalszą trasę. A korzystanie przez kogoś przyzwyczajonego do bookingu, np z hotels.com może doprowadzic do rozpaczy. O efektach szukania na hotels.com napiszę jak tylko wrócimy. Jeszcze rano pstryknę parę fotek z naszego noclegu. W takim miejscu to chyba nikt jeszcze nie był a może się mylę.