Wesele po turecku

Termin
Rozpoczęcie: 
10/08/2011
Zakończenie: 
10/09/2011
Podróżnik: 
Zuzka
Organizator: 
brak

Wszystko zaczęło się od jednej źle podjętej decyzji, a później zadziałał już efekt motyla.

Podróżowałam czwarty tydzień przez Węgry, Rumunię, Turcję – w Gruzji znalazłam się zupełnie niezamierzenie, bez planów i znajomości topografii terenu. Mimo to podobała mi się ta nagła zmiana trasy wycieczki, nawet gdy gruzińska żebraczka uszczypnęła mnie tak, że zsiniało mi ramię albo gdy właściciel kawiarenki internetowej zamknął mnie i moich ówczesnych towarzyszy podróży za kratami. Wszystko co dobre kończy się jednak szybko, więc z Kutaisi musiałam wracać do Turcji już po kilku dniach – moje studia w Poznaniu ze względu na Euro 2012 zaczynały się prawie dwa tygodnie wcześniej, niż powinny. Z bólem serca pożegnałam przyjaciół i po raz kolejny w ciągu tej eskapady samotnie wyruszyłam w trasę.

Chociaż bilet na pociąg do Batumi można było kupić za śmiesznie niską cenę – mniej niż cztery złote – zdecydowałam się jechać autostopem (co zresztą uskuteczniałam od początku mojej podróży). Stwierdziłam, że nie mam ochoty na błąkanie się po mieście w poszukiwaniu dworca, a w ogóle to jest wbrew całej idei tej skromnej wyprawy. I chociaż początkowo planowałam spędzić noc w przygranicznym mieście, na granicę gruzińsko-turecką dotarłam o całkiem niezłym czasie. Na niebie ciemne chmury, deszcz padał uparcie, ale do zachodu słońca pozostało mi jeszcze parę godzin. Wystarczająco, żeby dotrzeć może nawet do Rize i wynająć tani hotel. Nie przewidziałam tylko jednej rzeczy – wraz ze mną granicę chciały przekroczyć dzikie tłumy! Nie chciałam wracać do Batumi ani zostać po stronie gruzińskiej. Z powodu kompletnego załamania pogody nie miałam szans na rozłożenie obozowiska na chodniku, jak zrobiliśmy to parę dni wcześniej. O spaniu na plaży mogłam tylko pomarzyć. Pokornie ustawiłam się więc w kolejce.

To było zdecydowanie gorsze przeżycie, niż się spodziewałam. Ludzie napierali na mnie ze wszystkich stron, gdy policja na chwilę rozwierała szeregi, aby wpuścić kolejne partie ludzi do hali, gdzie odbywała się kontrola paszportów. Było mi słabo, było mi duszno w ciasnym tunelu, miałam zbyt miękkie łokcie, żeby przebić się przez masę. W końcu zauważywszy, że ewidentnie sobie nie radzę, pod opiekę wzięło mnie trzech starych Gruzinów, pachnących przyjemnie poobiednią wódeczką. Jeden porwał mój plecak, drugi popychał mnie delikatnie przed sobą. Z ich pomocą udało mi się jakoś wydostać z tego bałaganu, gdzie wszyscy krzyczeli, kłócili się, palili papierosy. Odetchnęłam z ulgą, gdy wyszłam na świeże powietrze. Kolejka do tureckich bramek wcale nie była mniejsza, ale motłoch łaskawie ustawił się w rządku. Gdy przebrnęłam przez wszystkie głupie formalności, które sprowadzały się do wbicia mi dwóch nowych znaczków na dwóch stronach paszportu, okazało się nagle, że jest zupełnie ciemno! Gwiazdy na niebie, deszcz ciągle szalał, a ja nawet bez jednej liry stałam pod świecącym meczetem. W środku nocy. Zupełnie sama. Do tej pory potrafiłam rozplanować sobie dzień w ten sposób, żeby taka sytuacja nie miała miejsca. Cóż, kiedyś musiał być ten pierwszy raz.

Nie mając przed sobą żadnych bardziej ponętnych perspektyw, z duszą na ramieniu wyciągnęłam rękę na widok pierwszego lepszego nadjeżdżającego samochodu. Chrzęszcząc oponami na żwirze pobocza zatrzymało się coś czarnego i zdecydowanie zbyt luksusowego dla bezdomnej dziewczyny w za dużej kurtce po tacie. Wewnątrz – Turek, lat około czterdzieści i parę, języków w gębie absolutny brak. Ani słowa po angielsku, niemiecku, desperacko próbowałam nawet gaworzyć po rusku – bez pozytywnych efektów! Tyle, co się dogadaliśmy, że jedzie do Hopa. A później – że on ma pieniądze, ja nie mam pieniędzy, to może mi hotel wynajmie. Przy pierwszej lepszej okazji zabrałam swoje rzeczy z bagażnika i grzecznie wytłumaczyłam, że muszę iść. Nie ma sprawy, chcesz spadać, to spadaj, mała.

Więc dotarłam do Hopa, a kto był, ten wie, że miasto do dużych nie należy i życie nocne przedstawia się tam skromnie. Co oznaczało w praktyce – żadnych ludzi na ulicach. Zrezygnowana, zapytałam starszych panów, co siedzieli na krzesłach przed warsztatem, a może starym sklepem, o „terminal”. Wskazali mi kierunek, więc poszłam. Deszcz nie ustawał.

Na dworcu zastałam to, co spodziewałam się zobaczyć, czyli nic. Autobusy nie odjeżdżały w żadną stronę. Pustka i tylko paru taksówkarzy, którzy widząc moją małą tragedię zaproponowali mi, że mogę rozłożyć karimatę w ich maleńkiej budzie dwa na dwa i poczekać do rana. Ochoczo przystałam na propozycję i przysypiając od czasu do czasu czekałam na pierwsze promienie słońca.

Bladym świtem obudził mnie człowiek, z rozmachem otwierając drzwi do mojej budki. Poderwałam się szybko z podłogi, zaczęłam zbierać rzeczy, zwijać śpiwór. Człowiek obserwował uważnie, oczywiście zaznaczył, że żaden problem i mogę spać na tym linoleum do końca swoich dni. Powiedział to po turecku, ale mój zasób słownictwa w tym języku obejmuje całe dziesięć lub piętnaście wyrazów, więc zrozumiałam. Wyszłam na powietrze, a człowiek wyszedł za mną.

- Nie chcę taksówki, nie mam pieniędzy – powiedziałam zapobiegawczo. On jednak nie chciał ode mnie ani grosza i wiedziałam to dobrze, od kiedy tylko zobaczyłam wyraz jego oczu.

Stwierdził, że pomoże mi znaleźć ciężarówkę do Stambułu. Najpierw – podziękowałam ładnie za okazaną gotowość pomocy. Później – zasugerowałam delikatnie, że pan może już sobie pójdzie do pracy. Potem – otwarcie poinformowałam, że nie potrzebuję towarzystwa. Na końcu – wrzeszczałam, że do cholery, poradzę sobie sama! Niechże pan mnie już zostawi w spokoju! Niestety: wszystko to w języku angielsko-polsko-niemieckim, którego człowiek nie rozumiał, a gestów nie chciał odczytać. Na parkingu znalazł ciężarówkę na uboczu i namawiał, żebym skoczyła z nim zobaczyć, czy nie leci do Bułgarii.

- He’s sleeping now – powiedziałam bardziej do siebie, niż do tego poligloty i szybkim krokiem ruszyłam w stronę głównej ulicy. Człowiek ruszył za mną. W końcu zrównał się ze mną krokiem. Serce miałam w gardle.

Popchnął mnie. Między dwie ciężarówki, stojące na pasie awaryjnym. Zaczęłam szczekać. Po polsku, przekleństwa lały się wartkim strumieniem. Szarpał mój sweter. Wyrywałam się, krzycząc. A później – do tej pory nie wiem, jak to zrobiłam – sweter został mu w rękach. Plecak leżał na ulicy. W sytuacjach ekstremalnych wyłącza się myślenie i jesteśmy zdolni do odruchów, o które w życiu byśmy siebie nie podejrzewali! Ja – wolna – jednym skokiem pokonałam barierkę, oddzielającą mnie od chodnika. Odbiegłam kilka metrów od napastnika, oddychałam ciężko. Może stwierdził, że za trudno mnie złapać, a może byłam za głośno – dookoła spali przecież kierowcy w tirach, przynajmniej jeden musiał mieć sumienie, co jakiś czas ulicą przejeżdżały też samochody, przechodzili ludzie – w każdym razie zostawił mnie samą sobie. Odszedł w swoją stronę. Tam, skąd przyszedł.

Po kilku sekundach dziwnego otępienia zabrałam moje rzeczy z ulicy. Usiadłam tam, gdzie stałam, myśli kłębiły się w głowie nie przyjmując żadnego znanego mi kształtu. Czułam się jak małe, zranione zwierzątko, zupełnie bezbronna w otaczającym mnie świecie. Bez niczego, co mogłoby pomóc mi w tej chwili! Bez pieniędzy, telefonu (który rozbił się na skałach w Sumeli), bez przyjaciół. Nienawidziłam tego uczucia! Po pierwsze: z reguły jestem przecież silną kobietą o twardej skórze, nie boję się niczego i kpię sobie z niebezpieczeństwa. Po drugie: pojechano mi brutalnie po ambicji, zorientowałam się, że rodzice jednak mieli rację a samotne podróżowanie powinno pozostać domeną osobników płci męskiej. Płakałam, czekając na zbawienie.

A później, na życzenie specjalne, zbawienie nadeszło, a właściwie przybiegło niemal, pod postacią dwóch młodzieńców. Standardowo już, nie mówili w żadnym znanym mi języku, więc na migi zapytali, czy ten mężczyzna mnie pobił. Kiwnęłam głową i wierzchem dłoni otarłam łzy z policzka. Jeden z nich miał rękę w gipsie, więc tylko wziął mnie pod pachę i zaprowadził do budki, gdzie siedział z kolegami i pilnował porządku na parkingu. Drugi, Emre – z ogniem w oczach, miną zaciętą, napiętymi mięśniami i prawdziwą furią pobiegł znaleźć mojego krzywdziciela!

Wewnątrz budy siedziało jeszcze dwóch innych chłopaków, wszyscy w wieku podobnym, na oko mierząc po dwadzieścia lat. - Wstawać, wstawać! – krzyknął krótko ten, który mnie przyprowadził i walnął ich gipsem po głowach. Powoli, leniwie otworzyli oczy i z zaskoczeniem poprawili się na krzesłach, zauważywszy moją obecność. Wybawca krótko streścił moją historię, z niezadowoleniem cmoknęli kilka razy. Później dołączył do nas Emre, już spokojny, umył ręce i powiedział łamanym angielskim:

- Welcome to Turkey! – wtedy zaczęłam się śmiać i łzy przestały kapać na koszulę.

Wcinałam bułeczki z czekoladową polewą, a oni w czwórkę naradzali się między sobą.

- Today is wedding my sister – poinformował mnie jeden, który umiał po angielsku wydukać około pięćdziesiąt słów, co pozwalało nam na kulawą komunikację. – Want go? Nie uwierzyłam. Tureckie wesele?! Może chcą mnie jednak zaprosić na urodziny albo na dyskotekę?...

Widząc moje wahanie, jeden zadzwonił do wujka czy kuzyna, który biegle mówił po angielsku, jako że przez parę dobrych lat siedział na robotach w Brighton i wyjaśnił mi wszystko dokładnie. To nie był żart ani nieporozumienie – w nagrodę za wszystkie moje cierpienia dostałam zaproszenie na ślub! Wszelkie wątpliwości co do słuszności podjęcia się samotnej podróży zniknęły jak ręką odjął.

Emre zabrał mnie do domu, gdzie miałam okazję się umyć, włożyć czyste ciuszki i spać, wykończona, przez połowę dnia. Gdy się obudziłam, przyszedł po mnie Ali, brat panny młodej. Zabrał mnie do centrum handlowego, które w praktyce było wielką betonową halą z paroma piętrami – obserwowałam tam, jak dziewczyny przygotowują się do uroczystości w salonie kosmetycznym, układają włosy i malują oczy. Ubrały najlepsze, jedwabne, ręcznie przyozdabiane chusty na głowę (mnie samej dostała się jedna taka, od starej ciotki czy babki, ręcznie haftowana na brzegach) i długie suknie w kolorach fiolet lub głęboka zieleń...

Siedziałam na krzesełku pod wielkim znakiem „Zakaz palenia”, gdy przyszła jedna i wyciągnęła papierosa. Pokazałam palcem tabliczkę, a ona z kpiną wzruszyła ramionami i wyciągnęła paczkę w moim kierunku. Wtedy się zaprzyjaźniłyśmy, a mi zaimponowało, że nawet w chuście na głowie nie trzeba tłumić buntowniczej natury!

Było mi trochę głupio, że na weselu pokażę się w dżinsach i t-shircie, na szczęście zupełnie niepotrzebnie. Koło osiemnastej, a może parę minut przed, pojechaliśmy samochodami do domu weselnego i zauważyłam, że wiele młodych panienek wyglądało podobnie. Przy wejściu do sali zabaw stał ogromny, biały łuk, a za nim wzorzysty dywan, którym miała przejść młoda para. Czekałam chwilę przy stoliku z moimi nowymi przyjaciółmi, umilaliśmy sobie czas papierosem przepijanym coca-colą; a później się pojawili… Ona – w białej sukni, zdobionej licznymi, małymi kamykami, od których odbijały się kolorowe światła, na głowie miała ciężki turban z perełkami, zakrywający dokładnie włosy. On – wystawny garnitur, koszula z żabotem, srebrne nitki. Zatańczyli pierwszy taniec, zebrali trochę prezentów, a później zaczęła się zabawa! Warto zaznaczyć, że nikt nie wypił ani grama alkoholu, a mimo to wszyscy tańczyli do skocznej tureckiej muzyki. Próbowali nawet nauczyć mnie tych kroków na pięć, ale nie mam jakiś szczególnych talentów muzyczno-tanecznych, byłam bez szans! Jedzenia nie było – tylko ciasteczka na początku i torcik pod koniec, taki kremowy mało słodki jak lubię, chociaż niewiele osób go zjadło. O dwunastej orkiestra przestała grać, wszyscy wyszli z budynku i Ali zgarnął mnie do jednego z busików, którymi odjeżdżali goście weselni. Byłam pewna, że to koniec całej imprezy. Gdzie tam!

Z okien machając zimnymi ogniami, a może specjalnym rodzajem fajerwerków, ruszyliśmy radośnie podśpiewując (ja nie podśpiewywałam z oczywistego powodu nieznajomości tekstów) do domu panny młodej, który wcale nie był w Hopa, tylko w jednej z okolicznych wsi. Była to stara, trochę rozsypująca się chatka z drewna, na tę okazję przyodziana obficie w białe i różowe lampki choinkowe. Wysiedliśmy, a mnie zaraz porwała w opiekę kuzynka Alego, ubrana w różowy kostium z powłóczystymi spodniami z delikatnej tkaniny. Bez chusty na głowie. Na końcu przyjechała młoda para i zanim przekroczyli próg, rodziny przegadywały się i wykłócały o coś, czego nie byłam w stanie zrozumieć… Ale gdy nie wiadomo, o co chodzi – chodzi o pieniądze, więc jedni drugim wręczyli banknot, kuzynka porwała mnie do jednej z izb, młoda para mogła wejść pod dach, a pani młoda na progu rozbiła porcelanową filiżankę zdecydowanym ruchem białego obcasa. Wszyscy mężczyźni schowali się w kuchni, zasiedli przy dużym, drewnianym stole i kontynuowali swoje zaciekłe dyskusje, może targowali się o coś żywiołowo. Trwało to minut parę, podczas których wszystkie kobiety rozsiadły się wygodnie na łóżkach i sofach w izdebce, śmiały się i rozmawiały. W centralnym punkcie, na taborecikach, spoczęła młoda para. W pewnym momencie wszyscy zaczęli bić brawo, pan młody wstał i przeszedł do kuchni. Później było jeszcze więcej fajerwerków, tym razem takich, co strzelały wysoko w powietrze, jedzenie zawijane w liście winogron albo supersłodkie ciasto podawane na ryżu i każdy chciał zadbać o to, żebym przypadkiem nie chodziła głodna, a przede wszystkim spróbowała każdej potrawy, bo to nasze, tureckie, tradycyjne. Kuzynka chwyciła moją rękę i zaprowadziła do małego pokoju, gdzie usiadłam na łóżku obok innych młodych kobiet. Zaraz po mnie przyszła pani młoda, wyciągnęła papierosy, poczęstowała koleżanki i przybiła mi piątkę ręką barwioną henną, obwieszoną złotem.

Z chłopcami, którzy mnie tutaj zaprosili, widziałam się dopiero na koniec uroczystości – to jest około piątej nad ranem, nie można było iść spać wcześniej – gdy pomagałam im odwozić gości do domu.

Wyczerpana położyłam się spać na metalowym łóżku w jednej z izb, a rano to, co zobaczyłam, przerosło moje najśmielsze oczekiwania. Okazało się, że jestem w wysokich górach, w jedynej chatce w okolicy, dookoła ciągną się plantacje herbaty, a mgła przykrywa szczyty. Wszędzie wokół zielono, rosły winogrona i dostałam torbę orzechów laskowych. Kilku mężczyzn i Ali odwieźli mnie na dworzec autobusowy. Jako prezent pożegnalny od rodziny dostałam bilet do samego Istambułu.

Jadąc wzdłuż wybrzeża Morza Czarnego, z żalem opuszczałam Turcję, uśmiechałam się do wspomnień, a w głowie miałam już odległe plany kolejnych wypraw, które tylko czekają na zrealizowanie. Skończyła się turecka przygoda, ale jestem pewna, że nie raz wrócę jeszcze do tego niezwykłego kraju.

Odpowiedzi

oooo to coś nowego ale czy aby nie za bardzo "literackie" ? a może jestem głupi po prostu... pozdr.

chciałam być oryginalna i undergrandowa;)

nie chcę nikogo urazić ... wiem,że takie sprawy się zdarzają wszędzie - a więc i w Turcji pewnie też miałem na myśli formę tego opisu uderzyła mnie no nie wiem jak to nazwać inaczej - właśnie "literackość" opisu : "Chrzęszcząc oponami na żwirze pobocza zatrzymało się coś czarnego i zdecydowanie zbyt luksusowego dla bezdomnej dziewczyny w za dużej kurtce po tacie" "Ochoczo przystałam na propozycję i przysypiając od czasu do czasu czekałam na pierwsze promienie słońca" "Bladym świtem obudził mnie człowiek, z rozmachem otwierając drzwi do mojej budki" nie będę komentował "wartości" tego typu "pisarstwa" , jak i nie odważę się na poddawanie w wątpliwość wydarzeń tam opisanych jednakże jeszcze raz powtarzam forma tego opisu ma dla mnie znamiona "literatury blogowej" nic poza tym ale pewnie jestem głupi i za mało książek w swoim 40 letnim życiu przeczytałem pozdro.

...czy my Cię znamy na Turcji w Sandałach, tylko przez pomyłkę się nie zalogowałeś? Co do 'literackości' relacji, to rzeczywiście jest napisana dość kwieciście, ale to może być ciekawą odmianą po lekturze 10 relacji w stylu: 'tam byłem, to zjadłem i tyle za to zapłaciłem', czyż nie?

odebrałem tekst jako jeden z debiutów literackich...

zrozumiale, że na forum Turcją żyjącym...

i bynajmniej nie może to być pierwszy tekst, więc chętnie przeczytam kolejny...

a że "kwiecistość" - to zrozumiała rzecz...

czuje się w tym staranność kobiecej ręki, nie każdy ma lekkie pióro drzewiej się pisało...

teraz powiada się o lekkości klawiatury...

a tak na marginesie - na dośc znanym forum turystycznym znanym pod nazwą "bulgaricus" pojawiły się rozważania Bistrenci, pisane wręcz słownictwem antyliterackim ale tyle dobrego i ciekawego "atmosferycznie" wnoszące o życiu bułgarskiej prowincji...

i cóż, trafił się tam profesor o nicku "kocur', owszem mający nadzwyczajną wiedzę z filologii polskiej i nie tylko, niestety - kilkoma skreśleniami rozwalił bardzo ciekawie rozwijającą się relację...

rozwalił wręcz chamskimi komentarzami, forumowiczka wycofała się i skasowała wszystkie swoje posty...

PS - dzisiaj znalazłem w sieci ciekawe zawołanie - cytuję - "Odkąd pojawiły się fora internetowe, ściany publicznych toalet są znacznie czystsze"...

to mówi samo za siebie...

jak to dobrze, że na TwS jest tak swojsko i fascynująco, szczególnie dzięki notom Izy - niesamowicie poszerzającym wiedzę zawartą w standardowych przewodnikach...

amen...      

Witam O kurcze widzę ,że niechcący wywołałem dyskusję na temat powiedzmy "Licentia poetica". Ja jako wielbiciel Kapuścińskiego pozwoliłem sobie podważyć prawo autora do literackiej interpretacji faktów w reportażu... …ale miałem na myśli ową granice dopuszczalności tej nadinterpretacji literackiej w reportażu, jakim bezsprzecznie jest "relacja z podróży" ok - uginam się pod naporem argumentów – mój błąd w pierwszym komentarzu napisałem, że to coś nowego na moim ulubionym portalu !- podoba mi się ta relacja.(wesele) Jestem ostatnim, który chciałby przynieść ze sobą ludożercze zwyczaje panujące w internecie, i nie chciałbym, aby ktokolwiek z powodu moich wątpliwości czy prościej - paplaniny miał rezygnować z dzielenia się z innymi swoimi przeżyciami w związku z czym jeśli uraziłem Panią Zuzkę - przepraszam najmocniej. Skoro istnieje możliwość dodawania komentarzy jako anonim nie widzę powodu, dla którego musiałbym się rejestrować aby napisać: „ TAK ja znam ten portal od lat już może 2-3, jest to moja ulubiona strona o Turcji” jak i sama Turcja i szeroko rozumiana Turecczyzna jest moim hobby - niestety z punktu widzenia laika nie eksperta jak Państwo stronę tę współtworzący Ps. jeden z moich profesorów na studiach a z którym to z powodów już dziś nieistotnych miałem nieszczęście obcować ,że tak powiem pozazawodowo miał w zwyczaju, swe uwagi na temat innych przekazywać w formie pewnego rodzaju dykteryjek W zawoalowany sposób oceniał ludzi nie mając żadnych ku temu praw ni predyspozycji Nie zdawał sobie nawet sprawy, że w ten sposób idealnie wpisuje się w tak przez siebie potępiany (i słusznie!) nurt postępowania - z tym ,że ujmował to piękniejszymi słowy. Tak zastanawiam się czy to nie ogólna cecha 60-cio latków ? Ale uogólniać nie jest ładnie ani mądrze, więc cofam pytanie. Z pozdrowieniami gorącymi dla całej zarejestrowanej ekipy i sympatyków TWS , robek 40-to latek

Oczywiście, że nie ma obowiązku rejestracji w celu dodania komentarzy, zwłaszcza pochlebnych dla twórców TwS :) Dopóki komentarze nie przekraczają granicy dobrego smaku i nie łamią regulaminu (a Twoje nie łamią i nie przekraczają), nie są usuwane. Przy okazji: moje pytanie o Twoją tożsamość wynikło z wrażenia, że gdzieś już tutaj czytałam Twoje komentarze - i rzeczywiście, przy okazji innych relacji, gdzie podpisałaś się jako rob, prawda? Teraz wszystko już dla mnie jest jasne, więc serdecznie pozdrawiam i zapraszam do dalszego komentowania.

B. fajne to opracowanie Europejskiej części z Edirne ,Enez, Bolu ! Właśnie jestem po lekturze ;) pozdr. rob=robek

Dzięki za pochwałę, to dopiero początek obróbki materiału zebranego w tym sezonie, ale cała jesień i zimą przede mną...

Drogi czterdziestolatku! Muszę przyjść z pomocą mojemu dziecku. Ona tak mówi , tak myśli i tak czuje. Literacka forma tego tekstu wynika z jej natury . Ale czyż nie jest to ciekawsze od suchych relacji przekazywanych przez innych. Przecież podróżnik to romantyk, poeta , literat..... Mama autorki , która z trudem przeżyła tę podróż.

Jak widać Nie Musisz, Szanowna Mamo Autorki, przychodzić JEJ z pomocą - przecież dała radę w Turcji !!! :) Naprawdę podobała mi się Ta Opowieść, o czym napisałem w pierwszym poście. Pierwszy podpis zaczynający się od "ooooooo..." to ja (oj głupi nie podpisałem się, ale nie myślałem ,że wywołam dyskusję) Choć z drugiej strony dało to trochę "ruchu na osiedlu" ,że Bareją pojadę. Tak czy inaczej z lekką dozą zazdrości patrzę na te podróże "stopem" Jeździłem trochę po Polsce jak przechodziłem z pierwszej dziesiątki w drugą (dziesiątki lat) , ale wtedy to nawet nie marzyłem ,żeby jechać gdzieś w Europę... Fajna sprawa. Ta, jak i poprzednia relacja Pauli i Leszka. Na "wycieczki" z turoperatorami, hotele, baseny itd. niech przyjdzie ochota w trochę starszym wieku. Np po czterdziestce ;P Pozdrawiam i gratuluję robek.

właśnie... przerysowane, przez co (a może nawet "i") mało prawdopodobne. wyrażona wyżej "chęć zdobycia koszulki" też wiele wyjaśnia. na szczęście, czytelnik bystry nie da się na to złapać:)

na szczęście trafiłaś na cudownych ludzi, których w Turcji nie brakuje, niestety musimy pamiętać o tym, że czasami wśród tych dobrych można również spotkać złych. Szkoda,że tak mało o tym weselu opisałaś, bo za miesiąc wybieram się na takie tradycyjne tureckie wesele i strasznie jestem Ciekawa wszystkiego, bo zwyczajnie nie chcę popełnić gafy. Po powrocie opowiem jak było :) Pozdrawiam i nie ma co rezygnować z podróżowania, a na pewno nie po Turcji :)

problem był taki, że nie za bardzo mogłam znaleźć w sieci wyjaśnienie tych magicznych obyczajów - typu to przegadywanie o niewiemco właśnie, i tylko o hennie na rękach coś niecoś przeczytałam, ale AKURAT na tym mnie nie było;)

Jestem zaskoczona dyskusją jaką wywołał ten fragment mojej podróży!;) Dla sprostowania chciałam zaznaczyć, że wcześniej nie pisałam niczego, bo nic ciekawego nie miałam do powiedzenia, wszystkie fakty, każde zdanie zawarte w tej opowieści są prawdziwe i zamieściłam tekst tylko po to, aby wygrać koszulkę ;D Mimo to, cieszę się z zainteresowania jakie wywołał i oczywiście dziękuję za wszystkie słowa krytyki:) //Zuzka

Trochę nie na temat, ale zapytam, bo coś mi świta: czy byłaś podczas tej wyprawy w Amasra nad Morzem Czarnym?

owszem, zdarzyło się:)

To mamy wspólnego znajomego podróżnika, jak mi się zdaje...

o, całkiem możliwe;)

tajemniczości w tych "dyskretnych" postach...

 

...we wpisie naszego sierpniowego autostopowicza: Z tureckiego skansenu nad Morze Czarne

jako, że wtedy byłem zasadniczo poza netem...

ale szacun dla kolo ogromny za fotografie i luzujące widzenie oraz opisywanie świata, tzn. Turcji... 

naturalnym biegiem życia powinniśmy doczekać się tomu drugiego...

liczymy na to ...

tak właśnie jest w Turcji, doświadcznia są albo naprawdę pozytywne, labo takie, których nie chce się powtórzyć. Świetna historia!

 

 

http://www.ewelinalucy.blogspot.com/

Ojejciu, szacunek! Wybieram się do Turcji na 5 miesięcy w ramach programy Erasmus z UAM-u i mam obawy.. Bardzo ciekawa opowieść w równie ciekawy sposób przedstawiona :)

cardiologistsnode