Turcja i Turcy - relacja Ainsi

Termin
Rozpoczęcie: 
28/06/2014
Zakończenie: 
14/07/2014
Podróżnik: 
Ainsi

Nasza wyprawa do Turcji w 2014 roku była efektem zauroczenia tym pięknym krajem w 2012 roku, kiedy to „po drodze” na Peloponez zwiedzaliśmy Edirne i Stambuł. Przygotowania (czyli sama przyjemność...) były oparte na wiedzy zdobytej w “Turcji w Sandałach”.

W ogólnym zarysie trasa wiodła przez Turcję Egejską, Pamukkale, Kapadocję i na koniec Hattuşaş. Nie będzie to typowa relacja z przebiegu wyprawy i opisów wspaniałych miejsc w Turcji. Postanowiłam napisać (choć kiepski ze mnie pisarz) o naszych miłych spotkaniach z mieszkańcami Turcji, którzy urzekli nas swoją życzliwością i otwartością. Nasz ekipa podróżnicza składa się z 4 osób: mój mąż-niestrudzony kierowca po drogach europejskich i azjatyckich, córka i syn-nastolatkowie aktywnie uczestniczący w wyprawach, no i ja… I jeszcze jeden ważny szczegół- jesteśmy posiadaczami nazwiska brzmiącego mocno po turecku- i z tym faktem są związane ciekawe historie.

Zaczęło się od hotelu w Edirne. Po krótkiej powitalnej konwersacji w języku angielskim, gdy recepcjonista otworzył paszport mojego męża- zaczął mówić do nas w języku tureckim. I jakież było jego zdziwienie-”Nie jesteś Turkiem?” Z Edirne, przez cieśninę Dardanele, dotarliśmy do azjatyckiej część Turcji. A następnie przez Troję, Behramkale i Assos znaleźliśmy się w Selçuku, gdzie mieliśmy zarezerwowanych kilka noclegów.

Nasz hotel (“Rebetica”) z sympatycznym właścicielem Sulejmanem (który też się zadumał nad naszym nazwiskiem) położony jest bardzo blisko od meczetu Isa Bey, czyli idealna lokalizacja, bo i do Bazyliki św.Jana 5 min drogi, oczywiście pieszo.

Gdy przyszliśmy zwiedzać meczet Isa Bey, podszedł do nas uśmiechnięty Turek i powiedział(po angielsku):”Witam bardzo serdecznie, jestem imamem w tym meczecie, chciałbym was oprowadzić i opowiedzieć o tym miejscu- zapraszam”. “Pan jest imamem?”- zapytał z niedowierzaniem mój mąż. “Tak proszę pana, proszę spojrzeć”- kontynuował Turek i wyciągnął spod pachy jakąś książkę, jak się okazało piękny przewodnik po meczecie Isa Bey. Na jednej stronie była wielka fotografia wnętrza meczetu z imamem w “stroju służbowym”, na którym rozpoznaliśmy naszego Turka. Po tej prezentacji nie tylko zgodziliśmy się na oprowadzenie, ale też z pewną satysfakcją patrzyliśmy na innych turystów, którzy przyglądali się nam z zazdrością. Byliśmy oprowadzani jak VIP'y! Imam szczegółowo opowiadał o architekturze meczetu, wyjaśniał wszystkie inskrypcje na ścianach itd. A my robiliśmy mądre miny, uprzejmie zagadywaliśmy gospodarza i zastanawialiśmy się cały czas… czemu to właśnie my? Prawdopodobnie imam zaczepił nas, bo w całej masie turystek jedynie ja i córka byłyśmy odpowiednio ubrane do meczetu.

Po zakończeniu zwiedzania imam zaproponował, że napisze dla nas, a właściwie wykaligrafuje po arabsku pozdrowienia-życzenia od Allaha. I poszliśmy do malutkiego kramiku z pamiątkami. Zapytał nas o imiona i nazwisko, żeby móc nam zadedykować te życzenia. “Jest taka jeszcze jedna mała rzecz imamie”-powiedział mój mąż nieśmiało, “jesteśmy z Polski, jesteśmy Polakami, nie mamy nawet rodziny w Turcji, ale mamy tureckie nazwisko…”. “Czyli jak się nazywacie?”- zaciekawił się imam. Powiedzieliśmy mu nasze nazwisko i o mało nie usiadł z wrażenia. “Żartujecie?”. “Nie, naprawdę tak się nazywamy”.“Allahowi niech będą dzięki! Jesteście moimi braćmi! Kocham Was!” I każdy z nas otrzymał mocne uściski. Dalej rozmowom nie było końca, pytał skąd dokładnie przyjechaliśmy, jakie mamy plany, opowiadał nam o swojej rodzinie, o Turcji itd. Obiecane życzenia oczywiście otrzymaliśmy.

Jak łatwo się domyślić, byliśmy jedynymi Polakami stacjonującymi w tej okolicy, więc szybko staliśmy się “popularni” na ulicy, gdzie mieści się hotel. Mieszkańcy codziennie, nawet kilkakrotnie nas pozdrawiali, a gdy wyjeżdżaliśmy,prawie z każdego domu ktoś nam machał ręką na pożegnanie. To było bardzo przyjemne.

W czasie naszego pobytu w Selçuku mogliśmy obserwować wieczorne imprezy i zwyczaje po zachodzie słońca w czasie ramadanu. Najbardziej podobało nam się “muzułmańskie kolędowanie” (hasło wymyślone przez nas),które odbywało się po wieczornej modlitwie i przed poranną, czyli ok.godz 3! A wyglądało to tak: dwóch Turków, jeden z wielkim bębnem, a drugi z jakąś piszczałką, chodzą od domu do domu, grają i śpiewają tak długo pod każdymi drzwiami, aż ktoś im otworzy i rzuci jakieś pieniążki. Oczywiście mieszkańcy za bardzo nie wyrywali się, żeby im płacić, ale świdrująca piszczałka i olbrzymi bęben dawały tyle hałasu, że uginali się wszyscy, których obserwowaliśmy... i to dość szybko :)

Któregoś wieczoru, gdy spacerowaliśmy ulicami miasta, zaczepił nas jakiś sprzedawca pamiątek, zachęcając do zakupów. Nic nie kupiliśmy, ale wdaliśmy się w krótką rozmowę. “Skąd jesteście?”to tradycyjne pytanie, już się nawet do niego przyzwyczailiśmy. “A jak pan myśli?” “Nie wiem, ale jesteście jacyś dziwni… może z Kanady?” “Czemu dziwni?” “No, nie jesteście jak zwykli turyści, jakich jest tu mnóstwo w ciągu dnia.Wszyscy przyjeżdżają autokarami, zwiedzają Efez, czasem zabytki w mieście i odjeżdżają… A wy sami chodzicie, zwiedzacie… to co jesteście z Kanady czy USA?” O Polsce słyszał, ale był zaskoczony, życzył nam wspaniałych wrażeń z pobytu w Turcji i pożegnaliśmy się.

Stacjonując w Rebetice zwiedziliśmy Efez, Meryemana, Jaskinię Siedmiu Śpiących, Milet, Didymę, Klaros, Birgi i oczywiście sam Selçuk z jego zabytkami. Wszystkie te miejsca są niesamowite...

Gdy dotarliśmy do Jaskini Siedmiu Śpiących, zasmucił nas fakt, że brama jest zamknięta na kłódkę, a zwiedzanie odbywa się spoglądając na nią ze wzgórza. Trudno... wmieszaliśmy się w tłum oglądających tę nekropolię z góry. Nie spieszyliśmy się, więc wkrótce zostaliśmy tam prawie sami. Gdy już zeszliśmy, zawołał nas strażnik. Trochę na migi, trochę po turecku wytłumaczył nam, że otworzy nam bramę, ale “tylko na 5 minut”. W tej sytuacji, oznaczało to aż 5min, bo warto było znaleźć się w środku. A na koniec zrobił nam pamiątkowe zdjęcie w Jaskini.

Całe to zdarzenie analizowaliśmy w pobliskiej knajpce, jedząc i delektując się najpyszniejszymi na świecie gözleme!

Nasze codzienne wycieczki z Selçuku kończyliśmy wieczorem na plaży Pamucak oddalonej o kilka kilometrów. Plaża-jak dla nas przepiękna, bardzo szeroka i prawie bezludna. Uwielbiamy takie miejsca. Pierwszego dnia przyjechaliśmy dość późno, bo zaczynało się ściemniać. Na piasku widzieliśmy liczne ślady przejeżdżających samochodów. Nie wiedzieliśmy, czy bezpiecznie jest tu zostawić samochód, więc grzecznie zapytaliśmy o to w przyplażowym barze. Właściciel nam powiedział, że możemy tu zaparkować i przypilnuje naszego samochodu, a po spacerze zaprasza nas na herbatę.”Nie będziecie płacić, jesteście moimi gośćmi”. I po spacerze była turecka herbatka.

Bardzo miło nam się rozmawiało na różne tematy polsko-tureckie. Młodzież jeszcze otrzymała w gratisie przejazd quadem po plaży. Ostatniego wieczoru przyszliśmy się pożegnać i wspólnie wypić herbatę i coś zjeść-to już oczywiście na nasz rachunek.

Po pożegnaniu Selçuku dalsza droga wiodła przez Afrodyzję, Pamukkale-Hierapolis do Kapadocji.

Mieliśmy zarezerwowane noclegi na obrzeżach Göreme w wykutym w skale hotelu Elif Star u bardzo miłych właścicieli. Po wyjęciu bagaży z samochodu, gdy mój mąż chciał “przeparkować” na miejsce wskazane przez właściciela, okazało się, że wóz nie chce zapalić. Upsss... Samochód nasz był na gwarancji - dwuletnia Dacia Duster, jak się okazało na drogach tureckich, to bardzo popularny model samochodu. Dzwonimy do ubezpieczyciela. Aha, jeszcze przed wyjazdem pytaliśmy dokładnie 3 razy(!), czy ubezpieczenie obejmuje całą Turcję. ”Oczywiście” - razy 3. Po długich i kosztownych rozmowach telefonicznych do Polski udało nam się ustalić, że ubezpieczenie obejmuje TYLKO europejską część Turcji. No, cóż...

Udaliśmy się do właściciela hotelu z prośbą o pomoc. I usłyszeliśmy-”nie ma problemu, mam kolegę w salonie Dacia-Renault w Nevşehir i na pewno nam pomoże”. I za chwilę otrzymaliśmy wiadomość, że przyjadą do nas panowie z salonu ok. godz 19. Niedługo jednak oddzwonili i przeprosili, że przyjadą ok. godz 22, ponieważ chcieli jeszcze coś zjeść po zachodzie słońca (wciąż był ramadan). Spokojnie, czekamy i już. Przyjechali o godz 22:15, najedzeni i chętni do pracy. Okazało się, że padł nam akumulator, prawdopodobnie za sprawą kamery samochodowej, która gdzieś robiła spięcie. Panowie pojechali z powrotem do Nevşehir (12km), przywieźli z salonu nowy akumulator, zabrali stary, zapłaciliśmy naprawdę niewielką sumę. Przez cały czas naprawy był z nami właściciel hotelu, który tłumaczył rozmowy z mechanikami. O godzinie 23:30 samochodem z pamiątką z Turcji pojechaliśmy na krótką nocną przejażdżkę.

Następnego dnia, po pierwszej nocy spędzonej w jaskiniowym pokoju (spało się dobrze!) trochę późno wybraliśmy się do pierwszego punktu wycieczki, do podziemnego miasta Kaymaklı. Obawialiśmy się kolejki do kasy biletowej, a tu zupełnie pusto! Kręcili się tylko samotni przewodnicy, w nadziei, że ktoś tu jednak przybędzie. I tym sposobem mieliśmy świetnego przewodnika tylko dla naszej 4 osobowej załogi. Bez pośpiechu i prawie w samotności odkrywaliśmy kolejne poziomy podziemnego miasta. Pytaliśmy go, dlaczego (dla nas na szczęście) jest tak mało ludzi. Tureckie wnioski były takie, że to przez mistrzostwa świata w piłce nożnej! Rzeczywiście, nasz pobyt w Kapadocji zbiegł się (niechcący) z końcówką Mundialu.

Dalszy kierunek obraliśmy na Wąwóz Ihlara - cudowne miejsce i “katedrę” w Selime. Podobnie jak ekipa TwS przed zwiedzaniem Selime postanowiliśmy posilić się. I był to ten sam lokal,w którym jadła grupa TwS, też były osy, ale “nasze” uciekły po spotkaniu z dymiącą kawą. Ktoś z obsługi powiedział nam na pożegnanie, że gdybyśmy chcieli przewodnika po Selime i okolicy, to na parkingu będzie jego brat Ahmed, który może nas oprowadzić. ”Ok, dzięki i do widzenia”.

A tu na parkingu przy katedrze Selime - młody, uśmiechnięty Turek macha do nas kapeluszem-”jestem Ahmed”. Krótka chwila namysłu- ”Ok, idziemy z Tobą”. Zwiedzanie rozpoczęliśmy jakby na tyłach katedry, gdzie poza nami nie było nikogo. Ahmed bardzo ciekawie opowiadał o tym miejscu (oczywiście po angielsku, bo z tureckiego jesteśmy baaardzo słabi…), oglądaliśmy różne zakamarki i pomieszczenia. Był też rzut oka na miejsce, gdzie miały być kręcone “Gwiezdne wojny” i choć wiemy z lektury TwS, że to nieprawda- podziwialiśmy te wspaniałe widoki.

Na koniec wycieczki Ahmed zaprowadził nas do “wiejskiego”meczetu (miał do niego klucze), a potem pokazał nam zdjęcia swojego małego synka. Całością wyprawy byliśmy usatysfakcjonowani, więc nie żałowaliśmy dla Ahmeda tureckich pieniędzy.

Kolejny dzień rozpoczęliśmy od Parku Narodowego Göreme. Zwiedzających nie było bardzo dużo, ale i tak zatęskniliśmy do spokoju w Wawozie Ihlara oraz wycieczki z Ahmedem...

Następnie podjechaliśmy z pomocą taxi do Doliny Paşabaği, a stamtąd przez miasteczko Çavuşin chcieliśmy dojść do Göreme, wędrując między pięknymi formacjami skalnymi.

W okolicy Çavuşin dołączyły do dwa psy dość sporych rozmiarów, jeden był w typie rottweilera. Szły sobie obok nas, a właściwie przed nami. Gdy zbyt długo zatrzymywaliśmy się na podziwianiu widoków i robieniu zdjęć-czekały spokojnie na nas. A gdy zastanawialiśmy się, którą wybrać ścieżkę, bo wszystko nam się po drodze baaardzo podobało-one jakby wskazywały nam drogę

Było bardzo gorąco, więc daliśmy psiakom pić, a wtedy to już pokochały nas! No i tak sobie wędrowaliśmy, liczyliśmy na to, że pieski kiedyś zawrócą, bo gorąco, coraz dalej od domu, a one szły i szły z nami. Zaczęliśmy się zastanawiać, jak przerwać tę przyjaźń?? Zrobiliśmy dość śmieszną akcję, ale nie było innych pomysłów. Gdy dotarliśmy do Göreme- ja z młodzieżą zatrzymałam się przy jakimś barze, żeby coś się napić. Właściciele myśleli, że to są nasze pieski... napoili zwierzaki, nawet je głaskali, ale rottweiler cały czas nas pilnował. W tym czasie mój mąż poszedł po nasz samochód, gdy podjechał po nas - błyskawicznie wskoczyliśmy do samochodu i po prostu uciekliśmy, a psiaki zostały..

Podczas naszego 3-dniowego pobytu w Göreme każdego wieczoru szliśmy na spacer po miasteczku. I każdego dnia przechodziliśmy obok knajpki, przed którą siedziała Turczynka, wyglądająca dość “babciowo”. Za każdym razem pozdrawiała nas, nie zapraszała na posiłek tylko zagadywała-skąd jesteśmy, co dziś zwiedzaliśmy, czy nam się tu podoba itp. I zaowocowało to tym, że ostatniego wieczoru postanowiliśmy tam coś zjeść. A “babcia” rozwinęła wtedy skrzydła... tylko tak niepozornie wyglądała! W rzeczywistości dyrygowała całym personelem, a gdy czegoś brakowało - wskakiwała na skuter i za moment wszystko było. A jedzenie było bardzo smaczne!

Ostatniego dnia zdobyliśmy Uçhisar, pokręciliśmy się miejscach widokowych i pożegnaliśmy cudowną Kapadocję, do której chcielibyśmy jeszcze przyjechać.

Wyruszyliśmy w kierunku Hattuşaş. W wiosce Boğazkale (w sąsiedztwie Hattuşaş) zatrzymaliśmy się przy hotelu, by zapytać o nocleg. Nagle podbiegł do nas, a właściwie do mojej córki,prześliczny wyżeł. Od razu położył głowę na jej kolanach z wyrazem oczu i pyska:”głaszcz mnie...” Rozlokowaliśmy się w pokojach i wyruszyliśmy na zakupy i do muzeum. Do sklepu piesek wszedł z nami, nikt go nie wyganiał, ale do muzeum nie miał biletu, więc czekał cierpliwie. Ostatniego dnia naszego zwiedzania był wspaniały finał - Hattuşaş i Yazilikaya - niezwykłe miejsca...

I nastąpił czas pożegnania z Turcją...Już w drodze powrotnej ustaliliśmy, że MUSIMY tu przyjechać w przyszłym roku!

A po powrocie do domu dość szybko powstał zarys naszej kolejnej wyprawy, którą nazwaliśmy- ”podróż do czterech mórz Turcji”. Niestety sytuacja na Bliskim Wschodzie zmusiła nas (i chyba nie tylko nas), do zrezygnowania z tego planu. Wyprawa w 2015 roku też była wspaniała, pojechaliśmy w drugą stronę - do Portugalii, zwiedzaliśmy trochę Francję, hiszpańską Andaluzję i Gibraltar, ale to nie jest to samo co Turcja, za którą wciąż tęsknimy...

A na koniec- dziękujemy Redakcji Turcji w Sandałach za to, że stworzyła niepowtarzalny portal, dzięki któremu zaraziliśmy się “chorobą” o nazwie Fascynacja Turcją. DZIĘKUJEMY!!!

Güle güle!!!

Odpowiedzi

po szlakach i miejscach znanych i nieznanych...

gratuluję jakości fotografii i umiejętności spojrzenia przez obiektyw :-) 

To ważne, że napisałaś o ludziach, których spotkaliście. Wszyscy tego doświadczyliśmy, ale nie każdy to docenił i napisał tak pięknie.

To co widział wasz obiektyw pięknie się prezentuje. Pewnie to tylko wybór a karta SD zapełniona po brzegi? Urzekło mnie zdjęcie z Selcuku - jeden strzał, trzy pieczenie: Artemizjon, IsaBey i cytadela Ayasoluk ! 

 

Nie spotkałam nikogo, kto nie utonąłby w tureckim cieple i nie mam tu na myśli pogody, ale ludzi. Nie raz usłyszałam wspomniania takie jak Twoje, raczej o spotkaniach niż widokach i jedzeniu. I teraz wyobraź sobie ainsi, że jesteś w tym kraju nie 2 tygodnie, ale kilka miesięcy i w dodatku sama, więc doświadczasz daleko idącej troski, opieki, życzliwości (nawykowej rzekłabym) na każdym dosłownie kroku. A potem wracasz i za diabła nie możesz się już przyzwyczaić do tego w czym się przecież wychowałaś i co zawsze było normą, a przestało nią być. Brak tego spokoju i ciepła. Specyficznej umiejętności bycia razem w danym momencie, cieszenia się chwilą, radości z drobiazgów, szczerego śmiechu, śpiewania w dowolnym miejscu i czasie, i tego potwornego pytania "dlaczego?" przy każdej okazji gdy przyjdzie ci do głowy coś tak głupiego jak "nie, dziękuję" :D

Dziękuję Wszystkim za dobre słowa o relacji:) Rozwiały one moje obawy,że nikogo nie zainteresuję takim tematem.. Zdjęć było oczywiście zrobionych mnóstwo... Ale-Lukromanie-na zdjęciu są cztery pieczenie-jeszcze Bazylika św.Jana! Pozdrawiam 

benim hatam!  Gały niedowidziały i niedoczytały :))

Wydarzenia,które toczą się w Turcji w ciągu ostatnich kilku dni powodują,że własną relację czytam jak jakąś bajkę...

A ja po raz kolejny ją czytam po prostu dla przyjemności, bo choć byłem we wszystkich (prawie) opisywanych przez ciebie miejscach, to jednak w tej relacji czuć "inne spojrzenie" i może dlatego jest dla mnie taka pociągająca?

A co do czarnej przyszłości: Nie traćmy ducha, nie lękajmy się, może nie będzie tak źle ???

cardiologistsnode