Stambuł – raj czy przekleństwo? W kulturalnym gąszczu zdarzeń

Termin
Rozpoczęcie: 
12/09/2011
Zakończenie: 
23/09/2011
Podróżnik: 
Angel
Organizator: 
brak

Stambuł… o mieście tym słyszało się tyle razy, można by pisać o nim bez końca. Krążą o nim legendy, historie tak niestworzone, że czasem ma się wrażenie że miasto to, to jakaś bujda, to jeden wielki mit, który nie istnieje naprawdę.

Przechodnie na ulicy w Stambule

Zawsze gdy słyszałam opowieści znajomych na temat Stambułu, nie mogli się go nachwalić, unosili wręcz go do rangi jakiegoś raju na ziemi, do którego każdy chce pojechać. Po wielu zasłyszanych westchnieniach w stylu: „och, Istambuł…”, stwierdziłam że skoro mam okazję, to chyba nie wytrzymałabym, gdybym się tam nie wybrała. Przede wszystkim dlatego by poznać wreszcie Turcję, którą to od niedawna zaczęłam się interesować, a także by zweryfikować to, o czym tak szumnie mówili znajomi. W końcu, nadszedł dzień mojego wyjazdu, spakowałam więc walizki i żądna przygód ruszyłam w kierunku Cieśniny Bosfor.

Żaglówka na wodach Bosforu

Przed podróżą nie wiedziałam zbyt dużo o Stambule. Ot turystyczne „must see”, trochę historii miasta, troszkę kultury i tyle. I celowo wiedzy swej jakoś specjalnie nie poszerzałam, by przekonać się w praktyce, poznać jak to naprawdę wygląda, a po powrocie do domu zweryfikować z prawdą. Jak postanowiłam, tak zrobiłam. Tak więc oto zaczyna się moja przygoda. Zapraszam do krótkiego streszczenia, a la polska studentka :).


Transport


Historię swą rozpoczynam od początku, czyli od wyjścia z lotniska, wszak to właśnie wtedy tak naprawdę postawiłam swe pierwsze kroki w Republice Turcji. Droga do miejsca mojego zamieszkania, tak jak wcześniej informowali mnie znajomi, powinna zająć około 30 minut. Objuczona bagażami skorzystałam z taksówki. I tutaj, zaczęłam „poznawać Istambuł”. Miasto od razu wydało mi się ogromne, przerażająco ogromne. Z resztą, do dziś, żadnymi słowami nie jestem w stanie opisać jaką wielką powierzchnię ono zajmuje, jak jest rozległe, jak „nigdy się nie kończy”. Warto dodać iż cały czas jest rozbudowywane, a liczby ludności nikt tak naprawdę dokładnie nie zna :). Co prawda, moja trasa z lotniska do domu nie prowadziła przez najbardziej atrakcyjne dzielnice, jednak co mnie uderzyło na początku: tu jest prawie jak w Polsce! Niby bloki wyglądają inaczej, niby ulice jakieś większe, ale jednak mimo wszystko, wiele to się nie różni. Nie oceniam tego jednak na „minus”. Co innego jednak lekko rozczarowało mnie: całkiem ciekawy „pagórkowaty teren” psuły wszechobecne porozstawiane żurawie, budowane nowo osiedla straszące szkieletami swych konstrukcji, roboty drogowe, jak i mnogość budynków i ilość reklam. Wszystkiego za dużo! Trudno było się na początku (jak i później zresztą) połapać. Pomyślałam jednak: tak, to jest Turcja, to jest Stambuł. Miał być chaos to jest, patrz i podziwiaj :).

Tramwaj na ulicy Stambułu

Oprócz tego, co od razu wbiło mi się w pamięć, a propos przestróg znajomych to… wszechobecne korki. Powiadomili, że droga powinna zająć 30 minut, ale zapomnieli dodać że chyba podczas gdy trwa głucha noc, kiedy to „nie tak dużo osób” jedzie akurat samochodem. Ja jechałam późnym popołudniem, co dało się oczywiście we znaki. Droga zajęła bowiem… 2 godziny. A o korkach w Stambule można by pisać i pisać. Zresztą, wie to każdy, kto Stambuł odwiedził, lub w nim mieszka/ł. Mimo iż do ruchu przeznaczone są przeważnie trzy, albo i cztery pasy, korki pojawiają się w tempie ekspresowym. Ponadto, jak wiadomo, Stambuł bogatym miastem jest, także najczęściej zaobserwowałam, że jeden samochód przewozi tu średnio.. jednego pasażera, którym oczywiście jest kierowca. Daje to pewien obraz jak szybko formuje się tu kawalkada samochodów. Jeśli dodam do tego kompletną ignorancję przepisów drogowych przez Turków (zerowy szacunek dla przechodniów, nieprzepisowa prędkość, wyprzedzanie „na trzeciego”, niestosowanie się do znaków drogowych, nieużywanie kierunkowskazów oraz – CO NAJBARDZIEJ WPADŁO W UCHO – używanie klaksonu co jakieś 10 sekund) i wszechobecny chaos, może dać nam to pewien apokaliptyczny obraz. Dodatkowo o mało nie krzyknęłam, gdy zobaczyłam użytkowników skuterów i motorów poruszających się (nierzadko wraz z pasażerami) bez kasków, lub przebiegające w gąszczu zakorkowanej ulicy dzieci, sprzedające zimną wodę dla spragnionych i zdenerwowanych kierowców. Jednak tam to chleb powszedni. Z resztą, z perspektywy czasu, zaczynam rozumieć specyfikę tureckiego poruszania się po drogach – południowy charakter, wraz z zestresowaniem na stambulskich (i nie tylko) ulicach musi objawiać się jazdą a la „pirat drogowy” :).

Most nad Bosforem

Ale co do transportu i ogólnej komunikacji miejskiej w Stambule.. tu sprawa wygląda nieco inaczej i muszę przyznać w porównaniu z jakimkolwiek miastem w Polsce, nie jest ona tak dobrze zorganizowana i przemyślana, jak ta stambulska. Do swojej dyspozycji mamy zwykłe autobusy, minibusiki, metrobus (stworzony kilka lat temu, ma przeznaczony dla siebie specjalny pas na drodze, dzięki czemu trasa którą normalnie pokonujemy w przeciągu dwóch godzin, teraz zajmuje dużo mniej), tramwaj, mini kolejka, metro, promy, a ostatnio nawet taksówkę wodną (ponoć szalenie droga) oraz „zwykłą, żółtą” taksówkę. Co warto dodać, a co było moim wielkim zaskoczeniem, kierowcy autobusów i minibusików, zawsze przed wyznaczonym przystankiem trąbią w charakterystyczny sposób, by dać sygnał pasażerom że „tak, oto nadjeżdżam”. Oczywiście, przy pokazaniu odpowiednich gestów, pasażerowie mogą wsiąść do takiego busika, tam gdzie akurat im wygodnie, nie na odgórnie wyznaczonym miejscu. Zapłata za taką formę komunikacji odbywa się „pocztą pantoflową”, to jest podajemy nasze pieniądze „do przodu”, przy czym krzyczymy gdzie chcemy wysiąść, po to by kierowca wiedział, ile reszty ma wydać :). Gdy chcemy natomiast skorzystać z tramwaju, czy metrobusa, musimy przejść przez specjalne bramki, uprzednio „wpuszczając” żeton, lub „odpikać” tzw. Istanbul card, która „pasuje” także do „pikaczy” metra. A po trudach podróży, zwykle jesteśmy zmęczeni i głodni…

Na stambulskim bazarze

Powrót do spisu treści


Kulinaria


Kuchnia turecka… Większości Polaków znana przede wszystkim z kebabów, może z baklawy i może z raki (anyżówki, za którą osobiście nie przepadam)… Ja sama jednak, zgłębiłam się w temat o wiele bardziej i już przed wyjazdem wiedziałam, że tradycyjna kuchnia turecka jest niezmiernie bogata i do zaoferowania ma dużo, dużo więcej. Postanowiłam sobie, iż będąc w Stambule będę jeść tylko potrawy tureckie. Żadnych sieciówek, żadnego „chodzenia na łatwiznę” :). Zadanie miałam dość łatwe, dowiedziałam się bowiem, iż Turcja jest jednym z niewielu krajów na świecie które właściwie mogłoby się samo wyżywić, bez specjalnego importu produktów z zewnątrz. Na stambulskim bazarze

Dodatkowo, co być może trochę odróżnia kuchnię turecką, od polskiej, a raczej co odróżnia Turków od Polaków w kwestii kuchni.. to ich niezmierny tradycjonalizm (a wręcz nacjonalizm) w tej kwestii. Spytaj Turka jaka kuchnia jest najlepsza na świecie. Turecka oczywiście! Ba, i trudno im się dziwić. Jak już wcześniej wspomniałam, kuchnia ta jest niezmiernie bogata i różnorodna. Ilość dań i ich rodzajów jest (jak dla mnie) nieskończona, i naprawdę każdy może znaleźć w niej coś dla siebie. Trzeba przyznać że Turcy kochają jeść. Wszędzie mnóstwo jest tu knajpek, barów, restauracyjek itp. I tak w porównaniu z Polską, nasze tradycyjne polskie menu nie jest tak bogate. Czasem trudno już właściwie określić co jest tradycyjną kuchnią polską, a już na pewno coraz trudniej znaleźć domy czy miejsca, gdzie przygotowuje się tradycyjne dania polskie! Obecnie dochodzi nawet do sytuacji, gdzie nasza ojczysta dieta krytykowana jest za zbyt dużą i niezdrową dodawaną ilość tłuszczu, a także za znikomą ilość warzyw i owoców w serwowanych daniach. W Turcji jednak zaobserwować możemy zgoła co innego. Tutaj bowiem praktycznie podaje się.. tylko i wyłącznie tradycyjną kuchnię turecką, a ściślej powiedziawszy.. po prostu kuchnię turecką. Każde tureckie dziecko potrafi bez trudu wymienić produkty typowych zestawów obiadowych, śniadaniowych i kolacyjnych. Szoku doznałam nawet, gdy zapytana o klasycznie polski rodzaj fast-foodu potrafiłam wymienić tylko zapiekankę, przy czym nawet tureckie fast-foody to lista długa i urozmaicona (np. islak hamburger, kumpir, simit, balik ekmek, sigara boregi itp.)!

Tureckie potrawy w restauracji

Sam serwis w Turcji jest bardzo dobry ( i stosunkowo niedrogi), obsługa przyjemna, a często w cenę wliczona jest woda i herbata! Dodatkowo, co było dla mnie pozytywnym zaskoczeniem, prawie wszędzie obok solniczki, i kwiatów, „podane są” do użytku, w specjalnych foliowych opakowaniach wilgotne chusteczki (!) i… wykałaczki! Że też w Polsce nikt nie wpadł na ten pomysł! Ileż to razy niezgrabnie próbujemy pozbyć się „czegoś” z ust, a wystarczy przecież tak niewiele… :).

Szklaneczka tureckiej herbaty

Sama kuchnia.. jest obłędna! Dobrze przyprawiona, ze świeżymi mięsami i sporą ilością (zdecydowanie większą niż w Polsce) świeżych warzyw. Nie przepadam jednak za tureckimi tradycyjnymi słodyczami, typu kadayif czy kunefe. Baklawa czy chałwa jeszcze przejdą mi przez usta, jednak ilość cukru, miodu, orzechów, syropów jaką dodają Turcy do swych słodkości, potrafi zatkać nawet takiego fanatyka jedzenia, jakim jestem ja. Nie będę się chyba rozpisywać więcej o tureckiej kuchni, chyba jej „doskonałość” najlepiej zobrazować może to, iż po prawie dwutygodniowym pobycie nad Bosforem, przybyło mi prawie 4 kilogramy i ani razu nie zachorowałam… :). A jak jedzenie, to w gronie innych osób…

Piwo Efes w lokalu

Powrót do spisu treści


Ludzie


Ten aspekt mojej podróży jest również fascynujący. Czymże byłoby bowiem poznawanie obcych światów, bez poznania przede wszystkim ludzi w nich partycypujących na co dzień? Nie zamierzam tu jednak gruntowanie opisywać jakże skomplikowanej tam kwestii kontaktów międzyludzkich, zachowań codziennych, etykiety, czy kulturalnych różnic. Moja wiedza na ten temat, choć nie pobieżna, nadal nie jest dostatecznie ugruntowana i zbadana naukowo. Mam jednak w tej kwestii pewien obiektywny ogląd, jak i własne zdanie :).

Flaga turecka

Muszę się przyznać jednak, iż mimo że staram się być osobą tolerancyjną wobec odmiennych typów zachowań, to jednak w mojej głowie, przed wyjazdem, kołatały się pewne niepokojące myśli w stylu: „jak to naprawdę jest?” Czy Turcy naprawdę zniewalają i biją swoje kobiety? Czy na ulicy nie wolno całować się ze swoim chłopakiem? Czy większość kobiet chodzi w chustach na głowie? Czy Turcy to tzw. „psy na baby” i „nie przepuszczą” żadnej turystce? Czy to prawda, że wręcz wciągają przyjezdnych do swoich knajpek i sklepów, i próbują wszystkich naciągnąć? Nie jestem do końca pewna, czy moje wakacyjne obserwacje oraz relacje tureckich znajomych są miarodajne i obiektywne, wiem jednak na pewno, że bez poznania „osobiście” jakiś kultur, nie można tak naprawdę niczego oceniać i weryfikować, ale nawet takie krótkie, lecz wnikliwe urlopowe obserwacje, mogą nas wiele nauczyć, a i wyprowadzić z kilku błędów :).

Myjący nogi przed meczetem

Zacznę od kwestii kobiet w Turcji, bo ten temat, przynajmniej dla mnie, jest niezwykle interesujący i palący :). Nieraz słyszymy bowiem w mediach dramatyczne historie na temat fatalnego traktowania kobiet w, bądź co bądź, muzułmańskiej Turcji. Muszę przyznać, że tutaj doznałam niemałej ilości szokujących zdarzeń. Czytając wcześniej o Turcji, jako kraju demokratycznym i z założenia laickim, spodziewałam się tu stosunkowo niewielkiej ilości kobiet tzw. „zakrytych”. Jednak po przyjeździe odnotowałam, że wbrew moim wcześniejszym przypuszczeniom, jest ich całkiem sporo (nie wchodzę tu jednak w przyczyny jakże skomplikowanej kwestii zakrywania się kobiet w Turcji). Jednak, co wywołało u mnie jeszcze większy szok, to fakt iż.. zakryte kobiety nierzadko wcale nie odstają swym zachowaniem od kobiet odkrytych, „nowoczesnych”. Chodzenie z chłopakiem za rękę na ulicy, samodzielne poruszanie się po mieście, ciekawa niekiedy moda ubioru – to wszystko bez problemu kobiety zakryte realizują. Ba, co więcej, nie widziałam chyba żadnej kobiety, której powierzchowna aparycja wskazywałaby na umęczenie życiem, czy zwykłe nieszczęście. Kobiety zakryte najczęściej są szczerze uśmiechnięte od ucha do ucha, przebojowe, nie dające sobie w „kaszę dmuchać” (co, wbrew obiegowym europejskim opiniom, chyba jest po prostu przywarą kobiet tureckich :P ). Same prowadzą samochody (i to jakie!), pracują, realizują się. Spytać o coś na ulicy kobietę zakrytą? Jak to?! Nie wolno! A jednak, to chyba kolejny mit, iż kobiety zakryte, zahukane przed mężów, nie mogą podjąć normalnego dialogu z osobą płci przeciwnej.

Promy na wodach Bosforu

Co do samego szacunku kobiet w Turcji to... po raz kolejny pozytywnie rozczarowałam się. Obserwując zachowania mężczyzn w stosunku do płci pięknej (zarówno tej zakrytej jak i odkrytej), myślę, że nie ma chyba co narzekać. Ustępowanie miejsca w środkach komunikacji publicznej, uprzejme zwroty i gesty, uśmiechy, żarty, ogólna pomoc i życzliwość – to co zaobserwowałam ze strony tureckich mężczyzn (w każdym wieku). A i to działa w dwie strony – nie wszystkie kobiety w chustach i ich mężowie, z pogardą i dystansem odnoszą się do „reszty”. Jadąc busikiem z tzw. tobołami, doświadczyłam życzliwości pani zakrytej, która z uśmiechem, bez pytania, sama wzięła moje torby na swoje kolana, gdyż ona siedziała, a ja stałam. Nie chcę zabrzmieć teraz dziwnie, ale w Polsce chyba nigdy nic takiego mi się nie przytrafiło :). Na dodatek, co jeszcze utkwiło mi w pamięci, to to, że Turcy faktycznie są bardzo pomocni, choćby w takich sytuacjach jak przysłowiowe „pytanie turystów o drogę”. Nie spotkałam osoby, która niechętnie wskazałaby ją, a co więcej, oni naprawdę są tacy, że chętnie sami by zaprowadzili w dane miejsce (i nie, nie wyglądało to na sztuczne i nie miało na celu „uwiedzenia” naiwnej turystki). Ja sama, jako Polka, widzę w tym zachowaniu różnicę między Polakami, osobiście, często niechętnie odnoszę się do zaczepiających mnie osobników na ulicy, którzy z impetem żądają ode mnie, abym wskazała im jakąś ulicę… :).

A teraz, żeby nie było tak kolorowo, nadmienię jedynie, że, to co chyba najbardziej deprymowało mnie w Turcji, to te ciekawskie, zalotne spojrzenia wielu, wielu mężczyzn…. Co prawda, nikt na ulicy mnie nie zaczepiał, nie miałam tego typu nieprzyjemnych sytuacji, jednak przeszywający wzrok ciemnych, tureckich oczu, oraz niekiedy pogardliwe spojrzenia „tradycyjnych” kobiet, powodowały, że czułam się w Stambule niekiedy nieswojo i dziwnie. Ale cóż, odmienna kultura, po to odwiedziłam Turcję, by przekonać się, jaka ona naprawdę jest :).

Wieża Galata

P.S.

A tak już w ramach ciekawostki i anegdotki: pląsając gdzieś po uliczkach niedaleko Istiklal, byłam świadkiem takiej oto sceny: grupka ludzi, składająca się z 3 osób (mężczyzna i dwie kobiety), tak jak ja, i reszta ludzi, spokojnie spacerowała sobie prawą stroną „uliczki”, mile gawędząc (szli przed nami). Nagle, ludzie zaczęli się rozstępować - przez tłumek próbował przecisnąć się modny samochód osobowy (jedynym pasażerem był sam kierowca). I wówczas nastąpiła rzecz niebywała; niecierpliwy (normalne w Turcji) kierowca, chyba niezbyt dobrze określił odległość między idącą kobietą, a jego samochodem, gdyż nagle… najechał jej na nogę, ściągając buta, który utknął w „kocim łbie” !!! Niebezpieczny manewr, wprawił kobietę (jak i gapiów) w niemały szok. A co zrobiła poszkodowana? Podeszła do siedzącego cały czas w samochodzie kierowcy, i rozpoczęła „niemałą awanturkę”, przy czym mężczyzna miał minę zbolałą i niepewną. Z relacji moim towarzyszy, dowiedziałam się iż dostał on od kobiety niemałą reprymendę z dość dosadną ilością słów. A więc, jak widać, to i panowie potrafią być „zahukani” w Turcji przez panie. A co! Babki górą! :).

Widok na cieśninę Bosfor

Powrót do spisu treści


Zwiedzanie


I już na zakończenie. Kwestie związane ze zwiedzaniem w Stambule. Muszę przyznać, że jeśli chodzi o samą organizację „sprzedaży” biletów wstępów itd., honorowanie zniżek, znajomość angielskiego w obiektach które chcemy zobaczyć, Turcja stoi na naprawdę wysokim poziomie. Bardzo szybko na podstawie dowodu, czy prawa jazdy możemy wyrobić sobie kartę wstępu do najważniejszych muzeów i obiektów (wygodniej i nieco taniej). Dwie kwestie, na które można by polskim zwyczajem ponarzekać, to przede wszystkim dość wysokie ceny biletów (przeważnie to co najmniej 10-20 lir tureckich), a także… rozmieszczenie tych wszystkich ważnych zabytków (trzeba się nieźle po mieście najeździć i pokombinować, aby dotrzeć do tych wszystkich „must-see”), ale powiedzmy że to już to moje „czepialstwo”, bo jakim cudem wszystko ma być w jednym miejscu :). Z subiektywnych rad, jakie mogłabym tu jeszcze podać, to miejsca jakie najbardziej mi się spodobały.. a było to znaczna większość. Oczywiście bez Hagii Sophii, Błękitnego Meczetu, Wielkiego Bazaru czy Taksimu obyć się nie może, ale miejsce które naprawdę mnie urzekło to Pałac Dolmabahçe czy Wyspy Książęce. Opisać się nie da, dostojności i po prostu piękna musicie doświadczyć na własne oczy. Nie polecam jednak wizyty w Pałacu Topkapı, głównie osobom nie zainteresowanym za bardzo Imperium Osmańskim (na przykład mnie), trudno będzie skupić się i podziwiać, te wszystkie, jakże cenne, ale niezrozumiałe dla nas przedmioty.

Żyrandol w pałacu

Także oto nadszedł koniec mojej wędrówki.. Relacja moja, choć może zbyt emocjonalna i powierzchowna, jest jednak w całości szczera i od serca. Tak naprawdę słowa nie mogą oddać wrażeń i przeżyć, jakie rodzą się w naszym sercu i głowie podczas pobytu w tej metropolii. Po pierwszym szoku, po pierwszych dniach pobytu w Stambule, zaczęłam powoli chłonąć jego niebywałą atmosferę i energię, a ostatniego dnia ciężko było mi wyruszyć z powrotem na lotnisko.. W mojej głowie natomiast pojawiło się postanowienie, że na pewno tu jeszcze kiedyś wrócę. I mieli rację, Ci którzy tak o Stambule mi zawsze mówili: „raz pojedziesz, będziesz chciała wracać nadal…..” Czy jest on rajem czy piekłem, oceńcie sami.

Detal ozdobny

Wszystkim zapalonym podróżnikom życzę szerokiej drogi i… do zobaczenia nad Bosforem! :).

Powrót do spisu treści

Odpowiedzi

Ciekawie napisana relacja :) i językiem przystępnym...może przyszłej dziennikarki (skoro jeszcze studentką jesteś)? Mam tylko inne wrażenia co do stylu jazdy tureckich kierowców. Poza tym, o ile na początku mojego pobytu w Istambule czeste używanie klaksonu przez kierowców było szokujące dla mnie tak jak dla Ciebie, tak potem przyzwyczaiłem się, a nawet brakowało mi tego w innych miastach, typu Kusadasi, Cesme, czyli generalnie mniejszych. Potem jako kierowca podróżujący samochodem sam doceniłem ten sposób "komunikacji" z pieszymi :)

jak to miło przeczytać wrażenia Osoby "wyleczonej" z ksenofobi w stosunku do Turków a co do kierowców .... to na tle innych nacji południowych Np. Greków czy Włochów to z własnych doświadczeń skłonny bym był ich nazwać jednak Mistrzami Spokoju Rozwagi i Porządku

...widziana

znakomite i fachowe ( w rozumieniu forumowym - tzw. odnośniki )...

i wysoka przejrzystość współczesna...

praca nad warsztatem niezbędna z uwagi na pisanie "ciulikiem", czyli bez akapitów...

ale to pryszcz - bo sam będę korzystać z wskazowek jak mnie tam poniesie...

PS - a ile tutaj w TwS speców od TR - załam z radochy...

Bardzo ciekawie opisana relacja :) miałam okazję być w Turcji..co prawda, nie w Stambule, ale mogłam również doświadczyć i przekonać się sama wiele na temat tego kraju i kultury.. jestem mile zaskoczona i również uważam, że błędne jest ocenianie kogoś na podstawie stereotypów, nie wiedząc jak jest naprawdę.. wiadomo, każdy kraj ma swoje zwyczaje, dobre i złe strony, ale nie zgadzam się z bezpodstawną krytyką na temat Turcji.. co mnie głównie zafascynowało.. gościnność, optymizm, uśmiech i uprzejmość.. polecam każdemu przekonać się jak piękna i życzliwa jest Turcja :) ja na pewno tam wrócę :)

Istambuł - raj czy przekleństwo? Dla mnie to raj i przekleństwo. Część kuchni tureckiej uwielbiam, część nie nawidzę. Tylko sucuk, sucuk i czasami sosis. Brakuje mi polskich wędlin. Kierowcy tureccy - juru be kardeszim - to mi sie zdarza używać. Jeżdżę jak oni, bez kierunkowskazów, często trobię. To jest istna dżungla. Aby odetchnąć wybieram się spacerkiem wieczorami na Bosfor, ruch jest mniejszy, mosty są ładnie podświetlone i mniej jest "moczykiji". Skorrogan poloniaistanbul.wordpress.com

Dziękuję za wszystkie miłe słowa ;)

Ja w Stanbule jestem zakochana i to jest moje przekleństwo. Byłam 4 razy i ciągle mi mało. Uwielbiam to miasto i strasznie za nim tęsknię. Mam nadzieję, że wkrótce znowu tam zagoszczę. KOCHAM STANBUL!!!!

Relacja ciekawa, ale przyznam, że raczej dla kogoś, kto sam w Stambule jeszcze nie był. Myślę, że każdy odbiera, tudzież dopiero odbierze, to miasto po swojemu i wtedy każdy "obcy" opis jest niedoskonały. I proszę nie traktować tego jako przygany. Jako Autorka ma Pani absolutne prawo do własnych, subiektywnych odczuć. Podobnie my, czytelnicy:) Ja sama spędziłam w Stambule tydzień, zaledwie 3 tygodnie przed Autorką. Niestety brak czasu, a trochę też lenistwo, nie pozwoliło mi jeszcze popełnić własnej relacji. Jednak na krótką konfrontację chwila się znajdzie:) Po osobistym kontakcie z ogólnie turecką (w ubiegłym roku objechałam zach. część kraju) i specyficznie stambulską (w tym roku wróciłam już tylko do Stambułu) architekturą, kulturą i tradycją, powtórzę za innymi - nie ma drugiego takiego miasta w Europie (bo o świecie wypowiadać się jeszcze nie mogę). Oczywiście nasz zachwyt trzeba odbierać przez pryzmat chwili jaką tam spędzamy, czyt. wakacje, żadnych problemów i obowiązków, 99%-owa gwarancja słońca i wszelkich rozrywek. A jeśli dodać do tego jeszcze, przypadający akurat na czas mojej wizyty, czas ramadanu i „piknikowy” klimat każdego wieczoru, było po prostu idealnie. Zatem raj. Ale jak wygląda życie codzienne w listopadzie, lutym, etc., życie wśród obcych ludzi, obyczajów i przepisów? Pewnie jak w każdym mieście... raz raj, raz piekło. Ale, na pewno nie zgodzę się z Autorką w kwestii ruchu ulicznego. Mimo ilości aut i sposobu jazdy stambulczyków, to właśnie tam czułam się bezpieczniej, niż w Polsce. Chyba z uwagi na to, że tam wszyscy poruszają się w ten sposób, tj. piesi lawirują między autami, auta omijają pieszych, każdy zachowuje czujność i cały proceder przebiega bezkolizyjnie. Jazda taksówką natomiast wzbudziła mój najwyższy podziw dla sprawności i pogody ducha kierowcy, a w 1 przypadku jednocześnie sporą irytację, kiedy to po otrzymaniu wizytówki z orientacyjną mapką, kilku telefonach do kolegów i dwukrotnym objechaniu hipodromu, taksówkarz nadal nie wiedział, jak dojechać do hotelu (w końcu zażyczyłam sobie wysiadkę na hipodromie i doszłam do hotelu pieszo). A z lotniska najlepiej dotrzeć do miasta metrem, z jedną przesiadką na trasie:) A, i jeszcze sprawa męskich, tureckich spojrzeń. Akurat na tle całej (no, połowy) Turcji, w Stambule było to dla mnie najmniej uciążliwe i krępujące. Oczywiście pominąć należy nagabujących kelnerów, ale cóż… taka ich praca. Ja też, choć czasem nie chcę i nie każdemu się to musi podobać, w pracy jestem zawsze uśmiechnięta i życzliwa:) Pozdrawiam i wszystkim zauroczonym Stambułem życzę wielokrotnych powrotów do tego raju.

oczywiście zaznaczyłam że w Stambule jestem pierwszy raz i pewnie zupełnie inaczej opisałabym go po kolejnych wizytach. Byłam na wakacjach jednak przez tłok w mieście, nie odczułam za bardzo (szczególnie na początku) tej wspaniałej atmosfery, czułam się lekko rozczarowana Stambułem. Potem było już tylko lepiej ;) Co do ruchu ulicznego - nadal będę się upierać i nigdy nie zgodzę się na taki sposób prowadzenia aut, jak ten w Turcji. Jestem też przekonana, że z pewnością nie jest on bezkolizyjny. Co do spojrzeń to pewnie faktycznie, im dalej na wschód, tym ich uciążliwość z pewnością zwiększa się. Również pozdrawiam i czekam na relację Pani :)

Moja relacja?… zbieram się, zbieram:) A jak nie z tegorocznego pobytu, to może z wiosny 2012, bo korci mnie zobaczyć Stambuł w kwiatach. Sposobu jazdy stambulczyków też nie popieram:) Podziwiam jednak „zgranie” pieszych i aut… przy takiej ilości i jednych i drugich ciężko chyba uniknąć właśnie takiej koegzystencji. No, i ten spokój kierowców za kierownicą. Mimo stania w ciągłych korkach, mimo wyskakujących tu i ówdzie ludzi i aut… luz, a do tego zdolność prowadzenia ciągłej konwersacji z pasażerem. Nie ze mną rzecz jasna, bo z angielskim u kierowców różnie, ale miałam okazję jechać w taksówce ze znajomymi Turkami… ciekawe doświadczenie, zwłaszcza audio;) Zdarzyło mi się też niejednokrotnie widzieć auta nie z niedoborem pasażerów, ale wręcz z wyraźnym nadstanem (8 osób to norma). No, i ciężko się dziwić ulicznym tłumom, skoro to 12- (a jak niektóre źródła podają 16) milionowe miasto. Dodać do tego jeszcze turystów… Ale mnie np. udało się być na wieży Galata niemal samej, tj. tylko z Koleżanką, towarzyszką podróży. I tak sobie też myślę, że może Ciebie (pozwolę sobie pisać na Ty, bo w sumie też jestem jeszcze młoda:)) miasto rozczarowało (początkowo), bo nie miałaś żadnego przedsmaku. Ja spędziłam w Stambule 1 dzień w ubiegłym roku, zanim ruszyłam dalej w Turcję, i od tamtej chwili wiedziałam, że wrócę. Starałam się też, w odróżnieniu od Ciebie, jak najwięcej dowiedzieć o mieście-lubię wiedzieć, czego nie przegapić (to jeśli chodzi o obiekty do zobaczenia), żeby na miejscu móc się oddać już tylko obserwowaniu „życia miasta”. Eh, znów się rozpisałam, sorry… chyba naprawdę powinnam usiąść do własnej relacji.

A ja gorąco zachęcam do stworzenia własnej relacji i przypominam o trwającym na Turcji w Sandałach konkursie z nagrodami ;)

Ale chyba nie jest obowiązkiem, aby Stambuł podobał się każdemu bez wyjątku? :) Chyba na tym polega magia tego miejsca, że mimo iż takie ogromne i hałaśliwe, ostatecznie wciąga ono wszystkich bez wyjątku i każdy chce tam wrócić. Co do informacji o samym mieście, jak napisałam, sprawdziłam prawie tylko to co MUSZĘ tam zobaczyć, reszty dowiedziałam się na miejscu :)

Oczywiście, że nie ma takiego obowiązku, o czym pisać też chyba nie trzeba:) Zresztą nigdzie też nie kazałam ani Tobie, ani nikomu innemu, lubić tego miasta i się nim jedynie zachwycać. To po prostu zwykłe komentarze do Twojej relacji:)A że może trochę w opozycji do niej... cóż, jak słusznie zauważyłaś, to magia miejsca, o którym mówimy. Pozdr

Po przeczytaniu Twego opisu tyle moge powiedzieć, że ciągnie mnie tam Tadek http://travel.tworze.com/

Ledwo przeczytałem, lanie wody i mało konkretów.