Skodą po Turcji

Termin
Rozpoczęcie: 
12/09/2013
Zakończenie: 
28/09/2013
Podróżnik: 
Yogi

Witam wszystkich czytelników forum. Postaram się troszkę przybliżyć Wam naszą tegoroczną wyprawę do Turcji. Po zeszłorocznym, krótkim wypadzie do Istanbułu zdecydowaliśmy, że teraz czas na głębsze spenetrowanie kraju. Nasza trasa przebiegała mniej więcej następująco: Krosno-Belgrad-Sofia-Edirne-Istanbuł-Amasra-Goreme-Pamukkale-Selcuk-Gelibolu-Krosno. Poruszaliśmy się skodą octavią, a jej załogę stanowiło czworo dorosłych ludzi (w tym mój syn - student filologii tureckiej). Oczywiście, jego już dość dobra znajomość języka tureckiego, znacznie pomagała nam podczas całej podróży.

Miasteczko Dragoman w Bułgarii

Zdecydowaliśmy się na nocny wyjazd, ale aby nie wyruszać w piątek 13 ;) rozpoczęliśmy podróż o 23.30 w czwartek 12 września. W domu pozostał nasz drugi syn oraz pies marki kundel co niejednokrotnie dawało o sobie znać wzmożoną tęsknotą.

Pierwszego dnia chciałem dojechać jak najbliżej granicy tureckiej. Udało nam się dotrzeć do miasteczka Dragoman w Bułgarii, gdzie mieliśmy zarezerwowany nocleg. Hotel prawie nowy, czysty i raczej pusty. Bardzo dobre miejsce na 1 nocleg w drodze dalej na wybrzeże bułgarskie lub do Turcji. Udało mi się nawet, mimo padającego deszczu i niskiej temperatury, skorzystać z hotelowego basenu. Po przejechaniu około 1100 km i odbytej kąpieli smacznie przespałem całą noc, aby rano wypoczętym i rześkim rozpocząć pierwszy dzień w Turcji.

ZałącznikRozmiar
Image icon Serbia. Samotny piesek.1.45 MB
Image icon Dragoman. Basen przy hotelu.1.18 MB

Odpowiedzi

Już się nie mogę doczekać ciągu dalszego! Dla ułatwienia podpowiadam, że istnieje u nas specjalna instrukcja wstawiania zdjęć do relacji.

podwójnie zmobilizowany jako, że zdrowie nie pozwoliło mi w tym roku kolejny raz powojażować po Turcji...

sugeruję w opis kolejnych etapów wplatać infortmacje o tym jakie motywy kierowały Wami w przgotowaniach i realizacji poszczególnych etapów...

Po spokojnie przespanej nocy zebraliśmy się i około 7 rano wyjechali z Dragomanu w stronę granicy tureckiej. Ze względu na wczesną porę zdecydowałem, że Sofię przejedziemy przez centrum, a nie obwodnicą. Nie było zbytniego tłoku i w miarę spokojnie przejechaliśmy przez miasto. Potem bułgarska autostrada, która kiedyś pewnie była cudem, a teraz zdecydowanie prosi się o remont ;) Z drogi podziwiamy bułgarskie góry pokryte śniegiem! Jest słonecznie, ale wieje mocny wiatr i temperatura nie rozpieszcza! Trochę jesteśmy zaskoczeni, przecież jedziemy do ciepłych krajów. Za Płowdiw już zwykła droga krajowa, ale nie spotkaliśmy zbyt dużo TIRów więc jechało się w miarę płynnie. Kilkanaście kilometrów od granicy, w Harmani, uzupełniamy zbiornik gazu, pijemy ostatnie espreso (w Turcji było dosyć trudno o kawę inną niż parzoną czy Neskę). Granica turecka pełna ciężarówek, ale bez wielkiej kolejki aut osobowych. Kupujemy wizy, kilka pieczątek, kod kreskowy na auto :) i jesteśmy w Turcji. W tym roku udało nam się przejechać granicę bez wątpliwej przyjemności, któa spotkała nas w minionym roku w postaci prześwietlania auta promieniami Roentgena. W Edirne mieliśmy zarezerwowany na 1 noc pokój w Aydin Apart. Przyjemne miejsce z dobrą lokalizacj przy cichej ulicy i blisko do najważniejszych zabytków miasta.

Po szybkim rozpakowaniu pognaliśmy ;) do centrum, aby znaleźć pocztę i zakupić winietkę na autostradę. Baliśmy się, że będzie już za póżno (sobota około godz. 16), ale na całe szczęście poczta jeszcze pracowała. Wypełniliśmy wymogi tureckiej biurokracji i szczęśliwie zaopatrzeni w opłacony za 35 lir HGS poszliśmy zwiedzać miasto.

 

Koledzy po fachu ;)

Edirne, meczet Selimiye

Edirne to było nasze pierwsze miasto w Turcji przez które przejeżdżaliśmy w zeszłym roku jadąc do Istanbułu. Nie zabawiliśmy długo. Tylko wymieniliśmy trochę euro i szybko coś zjedliśmy. Obiecałem sobie jednak, że jeśli tylko nadarzy się taka okazja to poświęcimy kiedyś choć chwilkę na zwiedzanie.

Tym razem mieliśmy troszkę więcej czasu. Udało nam się wykroić cały wieczór ;) Oczywiście najważniejszym punktem zwiedzania był meczet Selimyie zaprojektowany przez Sinana. Ze względu na dobrą lokalizację naszego hoteliku mieliśmy okazję podziwiać tą wspaniałą budowlę w świetle dziennym, a także wieczorem. Meczet zrobił na nas kolosalne wrażenie! Porównywaliśmy go następnego dania z Błękitnym Meczetem w Istanbule, ale nie jestem w stanie odpowiedzieć, który nam się bardziej podobał. W meczecie Selimyie było sympatyczniej w środku, bo można było chodzić po całym terenie i nie było dzikiego tłumu turystów tak jak w Błękitnym.

Po meczecie Selimyie powłóczyliśmy się jeszcze po mieście zaglądając tu i ówdzie i robiąc pierwsze zakupy.

Czekam na ciąg dalszy. Podróżowaliśmy po Turcji wiosną, miło jest porównać doświadczenia.

Drugi dzień w Turcji zaczęliśmy dosyć wcześnie. Pobudka w Edirne nastąpiła około 6. Musieliśmy wyjechać tak rano, bo mieliśmy do pokonania około 700 km do Amasry nad Morzem Czarnym, a po drodze przecież był jeszcze Istanbuł.

Wstaliśmy więc rano, a tu niemiła niespodzianka. Jedna z uczestniczek doznała sensacji ze strony żołądka :( Pozostała trójka miała się dobrze, ale my już byliśmy rok wcześniej i wtedy przeżywaliśmy nasze problemy gastryczne. Teraz już jesteśmy odporni na tureckie bakterie ;) Szybko zdecydowaliśmy się, że najlepszym lekarstwem będzie to z 40% zawartością alkoholu:) Faktycznie, po zażyciu, jeszcze w drodze do Stambułu zdrowie wróciło :)

W związku z tym, że Istambuł zwiedzaliśmy przez 4 dni zeszłego roku, nie zaplanowałem teraz noclegu w tym gigantycznym mieście. Jednak przejeżdżać przez nie i przynajmniej przez chwilkę nie posiedzieć przed Błękitnym Meczetem czy też nie wejść do Agia Sofia wydawało mi się niemożliwe. Tym razem wjeżdżaliśmy do miasta w niedzielę przed południem i ruch samochodowy był umiarkowanie intensywny. Bez wielkiego problemu udało mi się zaparkować na Sultanahmet i poszliśmy przypomnieć sobie zeszłoroczny pobyt.

Uspokojeni, że mimo naszej rocznej nieobecności, nic się w tym miejscu nie zmieniło, ruszyliśmy w dalszą drogę do Azji. Przejechaliśmy przez most Galata i potem skierowaliśmy się na most nad Bosforem.

Całe szczęście na moście był lekki korek i jechaliśmy wolno, dzięki czemu miałem okazję spoglądnąć na Stambuł z zupełnie innej perspektywy. Żonie udało się nawet zrobić kilka fotek przez okno. Podczas przejazdu przez azjatycką część miasta dotarło do nas jak wielki i nowoczesny jest Istanbuł. Ja niestety nie mogłem już wtedy zbyt wiele oglądać po bokach, gdyż nagle zrobił się tłok na ulicy i musiałem się skupić na prowadzeniu auta.

W tłoku niestety jechaliśmy dosyć długo, a widoki za oknami cały czas były bardzo ciekawe. Po 2 godzinach poczuliśmy już jednak, że pora na odpoczynek i małe co nieco. Zjechałem na parking z restauracją i udaliśmy się na zasłużony obiadek. PO obiedzie zauważyłem coś co bardzo mnie zaskoczyło. Była to otóż duża toaleta położona obok restauracji. Środkową część tej toalety stanowił meczet. Oczywiście nie taki z minaretem, alet taki, powiedziałbym, podróżny. Zresztą sama nazwa tego obiektu świadczy, że to coś mniejszego. To nie był "camii", ale "mezcid". Potem kilka razy zauważyłem te małe meczety przy stacjach benzynowych. Teraz żałuję, że nie zrobiłem zdjęcia, ale jakoś przegapiłem.

Ze Stambułu do Amasry jechaliśmy około 6 godzin i na miejsce dotarliśmy przed zmrokiem. Zdecydowaliśmy się wcześniej na Amasrę ponieważ stwierdziłem, że po 3 dniach jazdy przyda nam się 1 dzień nicnierobienia z możliwością opalania i kąpieli w morzu. To był udany wybór, ale o tym już w następnym liście.

Amasra - widok z hotelowego okna

Dziękuję wszystkim, którzy poświęcają swój czas i śledzą moją pierwszą relację z tureckich wakacji.

Cieszy mnie Twoja relacja niezmiernie, wspominam własne ścieżki, ciekawi mnie Wasz odbiór Amasry. Mescitów widzieliśmy podczas naszych podróży sporo, a z roku na rok jest ich chyba coraz więcej w Turcji.

a skoro reportaż interesujący to zasiadam w czytelni mocno zapierając się w fotelu :-)

Cieszy mnie niezmiernie, że czytacie relację. Niestety dziś raczej nie będzie dalszego ciągu. Wybieramy się z żoną do naszego studenta turkologii podrzucić jakąś wałówkę :)

Do Amasry przyjechaliśmy w niedzielę wieczorem. Akurat, by zorientować się, że są tam piękne zachody słońca. Niestety nie myślałem o fotografii, bo zajęty byłem poszukiwaniem hotelu. Otel Timur znajduje się w bardzo dobrym miejscu. Blisko plaży i w centrum miasteczka. Jedyną niedogodnością jaką zaobserwowaliśmy to okno wychodzące bespośrednio na minaret, ale dzięki temu dzień zaczynał nam się dosyć wcześnie i mieliśmy potem dużo czasu na odpoczynek ;)

Poniedziałek zaczął się więc wcześnie, ale ja lubię wstawać rano na wakacjach. To taka dziwna sprawa. Gdy mam iść do pracy to chętnie bym pospał dłużej, a gdy mam czas na spanko, wstaję wcześnie :)

Zjedliśmy smaczne śniadanko w hotelowej restauracji i wyszliśmy pooglądać miasteczko i sprawdzić temperaturę wody.

Aby obejść centrum Amasry, łącznie z wyjściem na punkt widokowy oraz wypiciem herbaty nie trzeba więcej niż godzinę. Bardzo nam to pasowało, że wszędzie jest blisko. Znaleźliśmy miejsce na wieczorne obserwowanie zachodu słońca nad Morzem Czarnym. Miał to być nasz pierwszy zachód słońca nad tym akwenem. Byliśmy kilka razy w Bułgarii, ale tam ciężko obserwować zachód nad morzem. Plaża widoczna z hotelowego okna okazała się całkiem sympatyczna, a woda ciepła. Nie czekaliśmy więc do południa tylko wskoczyliśmy w stroje kąpielowe i zaczęliśmy odpoczynek :)

Na plaży syn nawiązał pierwsze znajomości z miejscowymi. Okazało się, ża Amasra, to po sezonie miejsce, gdzie wypoczywają tylko Turcy. Spotkaliśmy tylko jedną parę mówiącą z Francji, a reszta ludności posługiwała się językiem tureckim. Byliśmy więc małą sensacją, zwłaszcza, że przyjechaliśmy tak daleko własnym samochodem. Tak jak napisałem, woda była cieplutka, na plaży przygrzewało słoneczko. Ogólnie było bardzo sympatycznie i wytrwaliśmy na piasku, aż do godzin popołudniowych. Wieczorem wybraliśmy się na z góry upatrzoną pozycję obserwacyją. Jednak pogoda spłatała nam niemiłego figla zaciągając niebo chmurami i zachód słońca nad Morzem Czarnym musieliśmy odłożyć na jakiś bliżej nieokreślony termin :(

Oczywiście wieczorem pospacerowaliśmy trochę po głównej uliczce handlowej, którą ze względu na zagęszczenie stoisk z przeróżnym barachłem nazwaliśmy uliczką Badziewną. Spożyliśmy też smaczną kolacyjkę w pustawej restauracji. Ilość klientów przeróżnych lokali nieznacznie przekraczała ilość osób obsługujących. Dawało o sobie znać to, że już jest trochę po sezonie.

Był to miły i spokojny dzień, który pozwolił nam nabrać sił przed czekającą nas długą drogą do Kapadocji.

Wczesnym rankiem, po śniadaniu, wyruszyliśmy w drogę do Goreme. Mieliśmy do pokonania prawie 700 km, ale zdecydowaliśmy, że postaramy się przynajmniej zerknąć z auta na Ankarę i Safranbolu.

Odcinek Amasra - Safranbolu to dosyć dobra i miejscami szeroka droga. Przebiega przez małe lub większe góry więc ciekawych widoków i zakrętów nie brakuje. Na całe szczęście ruch był niewielki więc jechało się dobrze.

Pomimo napiętego czasu wstąpiliśmy do Safranbolu. To była szybka przechadzka po zacienionych uliczkach połączona z wypiciem kawy i herbaty. Oczywiście nabyliśmy też szafranowe mydełka i trochę słodkości - nie mogąc się oprzeć uprzejmości sprzedawcy :)

Zamarudziwszy w Safranbolu godzinę ;) pognaliśmy do samochodu i skierowaliśmy się w stronę autostrady do Ankary.

Na obwodnicę Ankary dojechaliśmy okoł 14. Zdawałem sobie sprawę, że to godziny szczytu, jednak skręciliśmy w stronę centrum. Przejazd przez miasto nie był jakoś szczególnie atrakcyjny widokowo, ale mogę powiedzieć, że byłem w Ankarze. Wprawdzie nie wysiadając z samochodu, ale byłem ;)

Mimo korków i wielu robót drogowych udało nam się wydostać z centrum na kierunek południowy i pomknęliśmy w stronę Kapadocji.

Po drodze oczywiście zatrzymaliśmy się nad słonym jeziorem Tuz Golu, a właściwie nie nad jeziorem, a wielką taflą soli :) Wodę zobaczyliśmy dopiero pod koniec jeziora. Solny spacerek był bardzo przyjemny i pozwolił nam choć na chwilkę odpocząć od szumu drogi.

Po spacerze pozostało nam już tylko wsiąść w auto i zobaczyć wreszcie Kapadocję. Udało nam się zajechać razem z zachodzącym słońcem. To co zobaczyliśmy wjeżdżając do Goreme zatkało nas! Spodziewałem się pięknych widoków, oglądałem przecież tyle zdjęć, ale widoki nas zachwyciły! Żadne zdjęcia nie oddadzą tego co można jedynie zobaczyć na własne oczy, słuchając szumu wiatru i wdychając zapach suchych zarośli. Było pięknie, magicznie, bajecznie!

Na punkcie widokowym postaliśmy prawie do zmroku. Potem pozostałonam już tylko wjechać do Goreme i zakwaterować się w naszym pensjonacie, gdzie spędziliśmy 3 noce, ale o tym to już w następnej części.

A w maju Tuz Gulu było pełne wody!

 

We wrześniu,a by dostać się do wody trzeba było wykopać dołek ;) Tafla wody pojawiła się dopiero po przejechaniu kilku kilometrów wzdłuż brzegu. Swoją drogą ciekawy jestem skąd tam tyle soli się wzięło. W przewodniku nie było informacji na ten temat.

Sól w zbiornikach wodnych powstaje w wyniku reakcji chemicznej, choć lepiej to wygląda w legendach - np zatopione młynki.

Noclegi w Goreme mieliśmy zarezerwowane w Ufuk Pension. Pensjonacik raczej skromny i troszkę zaniedbany, ale dobrze położony w spokojnym miejscu blisko centrum i niedrogi. Za 1 noc ze śniadaniem dla czterech osób płaciliśmy 45 euro.

No i dodatkowo mieliśmy ładne widoki z okna:

Na początku pobytu wybraliśmy się spacerkiem do Gereme Open Air Museum. Zrobiliśmy to zaraz po śniadaniu i to jednak nie była najlepsza pora. Zaczęły się zjeżdżać wielkie autobusy ze zorganizowanymi wycieczkami i zwiedzanie odbywało się w wielkim tłumie. Jednak warto było postać czasem w kolejkach do poszczególnych kościołów.

Była to nasza pierwsza styczność z Kapadocją i zrobiła na nas duże wrażenie, ale wydaje mi się, że następne punkty naszego zwiedzania były bardziej fascynujące.  Spacerowaliśmy po muzeum około 2 godzin. Trochę zmęczeni tłokiem i upałem wróciliśmy na chwilę na kwaterę. Potem ja z żoną poszliśmy powłóczyć się po Goreme. Na samym końcu wioski znaleźliśmy miłe miejsce na wypicie herbaty. Drewniany podest otoczony drzewkami z zawieszonymi na nich lampami robionymi z dyni. Byliśmy jedynymi gośćmi i właściciel dosiadł się do nas, aby porozmawiać. Od słowa do słowa i umówiliśmy się na kolację w jego lokalu.

Po spacerze odbytym w południowej porze nadszedł czas na zasłużoną sjestę :)

Dopiero około 15 wybraliśmy się na zwiedzanie Zelve i doliny Pasabagy. Te miejsca zdecydowanie podobały nam się bardziej niż muzeum w Goreme. Było tam już mniej ludzi, więcej miejsc do zwiedzenia, no i wieczorne światło wyjątkowo pięknie podkreślało kształt skał.

Zrobiliśmy tam tysiące ;) zdjęć i trudno mi jest zdecydować, które pokazać. Zresztą, żadna fotka nie odda tak naprawdę piękna tych okolic.

Po powrocie do hotelu ogarnęliśmy się trochę i poszliśmy na umówioną kolację. Okazało się, że była to kolacja przygotowana specjalnie dla nas i jeszcze czterech innych osób. Nie zamawialiśmy tylko zostaliśmy ugoszczeni tym co kucharz sam wymyślił. Było to bardzo przyjemne i smaczne doświadczenie. Dodatkowym atutem była konwersacja z właścicielem i jednocześnie kucharzem, który opowiadał nam co właśnie podaje. Dostaliśmy na przystawkę pieczonego bakłażana, potem paluszki z serowo-paprykowym nadzieniem. Danie główne to gulasz gotowany na ogniu w kominku, a deser chałwa posypana kawą. Było pysznie! Kolacja kosztowała nas 120 lir, ale warta była swojej ceny. Umówiliśmy się na powtórkę dna następnego.

Syci i zadowoleni pozwoliliśmy sobie jeszcze na nocną, małą przechadzkę po miasteczku. Zaczepialiśmy wszystkie, bardzo towarzyskie i łagodne pieski. Brakowało nam trochę towarzystwa naszego psiaka pozostawionego w domu.

Ten dzień postanowiliśmy przeznaczyć na zwiedzanie miejsc gdzie nie trzeba nabywać biletów :) Rano, po śniadani, wybraliśmy się do Doliny Miłości. Spacerowaliśmy tam około 3 godzin i był to bardzo miło spędzony czas. Nie spotkaliśmy zbyt wielu turystów, pogoda dopisywała, a jeszcze w wielu miejscach rosły dzikie, pyszne winogrona różnych odmian. Niebo w gębie!

Było bardzo sucho, ale sądząc po tunelach wyrzeźbionych przez wodę bywa jej tam czasem bardzo dużo. Tym razem jednak zamiast wody my przechodziliśmy podziemnymi skrótami.

Południowy upał postanowiliśmy przeczekać w pensjonacie. Zrobiliśmy małe zakupy spożywcze i zrobiliśmy małe co nieco. Potem drzemka i około godziny 15 byliśmy gotowi na dalsze atrakcje.

Tym razem wybraliśmy się do Doliny Różanej (lub różowej). O ile na początku spotkaliśmy kilku turystów, to już wchądząc głębiej między skały byliśmy zupełnie sami. Bardzo nam to odpowiadało. To bardzo ciekawe i piękne miejsce umożliwjace spacer różnymi dróżkami i ścieżkami. Nie ma jednej głównej trasy, każdy może wybrać coś dla siebie.

Po przechadzce doliną pojechaliśmy jeszcze w stronę Urgup i znaleźliśmy opuszczony przez turystów ;) punkt widokowy. Wiał mocny, ciepły wiatr, świeciło wieczorne słońce - wrażenia niesamowite.

Po pełnym wrażeń dniu, zmęczeni i głodni udaliśmy się do naszej zaprzyjaźnionej restauracji pod dyniowymi lampami na zasłużony posiłek.

Tym razem posiłek składał się z pieczonej papryki, zupy z cieciorki lub ciecierzycy (nie doszliśmy do wspólnego zdania), pierożków manty i deseru czyli baklawy z melonem. Oczywiście wszystko było pyszne, atmosfera bardzo miła. Wyszliśmy zadowoleni, ale jednocześnie lekko zmartwieni, że już następnego dnia musimy wyjeżdżać z Goreme. Czekał nas kawał drogi do Pamukkale.

Jak zwykle w dniu wyjazdu wstaliśmy wczesnym rankiem, upchaliśmy manele w bagażniku, zjedliśmy śniadanie i zaraz po godzinie 8 wybraliśmy się w drogę do Pamukkale. Mieliśmy do przejechania ponad 600 km, a więc szykował się cały dzień jazdy.

Zauroczony Kapadocją zrobiłem ostatnie fotki i pomknęliśmy na zachód.

Trasa początkowo przebiegała przez tereny równinne lub lekko pofałdowane.

Przed południem dojechaliśmy do Kony, gdzie planowaliśmy krótki postój. Zaglądnęliśmy do sanktuarium Rumiego. Niestety zdjęcia wolno było robić tylko na zewnątrz budynku, a szkoda.

Pospacerowaliśmy także trochę po mieście. Jednak ze względu na brak czasu spacer był raczej krótki.

Zakupiliśmy, wystawiane na bazarku, daktyle. Ich smak wspominamy jeszcze dziś. Trzeba przyznać, że te w naszych sklepach nie umywają się do kupionych w Kony. Potem była już tylko droga przerywana postojami na stacjach benzynowych.

Gdzieś po drodze zjedliśmy też nasze pierwsze gozleme. Smakowały nam, a obsługa była lekko zszokowana tym, że przyjechał do nich ktoś z odległej Polski i na dodatek potrafi porozumieć się po turecku :)

Wieczorkiem dotarliśmy wreszcie do Pamukkale do Melrose House Hotel, gdzie mieliśmy spędzić 2 noce.

Po rozpakowaniu bagaży zdążyliśmy jeszcze wybrać się na wieczorny spacer pod wejście na trawertyny i wróciliśmy zmęczeni do łóżek.


Witam po krótkiej przerwie.

Tak jak napisalem w tytule, dzień ósmy spędziliśmy w Pamukkale i okolicach. Po smacznym i obfitym śniadaniu doszliśmy do wniosku, że zwiedzać trawertyny i Hierapolis lepiej będzie przed wieczorem. Będzie już lużniej i trochę chłodniej. Aby jednak nie spędzić połowy dnia w hotelu, postanowiliśmy pojechać do Karahayit. To tylko kilka kilometrów od Pamukkale, a również ciekawe miejsce. Było tam znacznie mniej turystów zagranicznych. W zasadzie byli tylko Turcy i to w większości mieszkańcy. W związku z tym ceny na ulicznych straganach zdecydowanie odbijały w dół w stosunku do typowych miejscowości turystycznych, które mieliśmy już możliwość zobaczyć. Zwiedzanie zaczęliśmy jednak od wizyty w małym parku, gdzie znajdowały się podobne do Pamukkale, ale jednak znacznie mniejsze trawertyny.

Woda była bardzo gorąca, ale niestety nie można było do niej wchodzić. Plusem natomiast było to, że wstęp do parku był darmowy. Usiedliśmy tam sobie na chwilkę i zjedliśmy gozleme oczywiście z obowiązkową herbatką.

Potem poszliśmy na główną, handlową uliczkę miasteczka. Bardzo nam się podobało oglądanie miejscowych wyrobów i porównywanie cen panujących tu i w innych miejscowościach. Dość powiedzieć, że za sok z granatu w Kapadocji płaciliśmy od 6 do 8 lir, a tu można było dostać za 1 - 2 liry :)

Zrobiliśmy też pamiątkowe zakupy spożywcze. Nabyliśmy pastę z papryki - salce, pastę z pomidorów, liście z winogron do dolma i inne drobiazgi. Niestety zapasy już nam się kończą. Sprawdziliśmy też ceny w lokantach i postanowiliśmy wrócić tu wieczorm na kolację co też uczyniliśmy.

Po powrocie z Karahayit, południe spędziliśmy na błogim lenistwie przy hotelowym basenie.

Wreszcie około 15 wybraliśmy się na zwiedzanie trawertynów. Pewnie każdy z Was widział osobiście, bądź na zdjęciach ten cud natury. Przyznam, że byliśmy z żoną lekko, negatywnie zaskoczeni. Większość naturalnych basenów była sucha. Było tylko kilka niecek wypełnionych wodą. Sprawiało to raczej przygnębiające wrażenie. W całości pełne były tylko sztuczne baseniki przez które wchodzi się na górę. Mimo to trzeba przyznać, że miejsce jest piękne i oby kiedyś jeszcze się odrodziło.

Po obejściu jeziorek zwróciliśmy się ku ruinom Hieropolis. Było to nasze pierwsze antyczne miasto oglądane w Turcji. Trzeba przyznać, że zrobiło na nas wielkie wrażenie. Skala budowli, położenie, widok na wzgórza i doliny - budowniczowie wiedzieli, gdzie założyć miejscowość. Najpiękniej było jednak w amfiteatrze. Udało nam się tam dojść akurat w momencie, gdy zachodziło słońce. Przez chwilkę byliśmy zupełnie sami na widowni. Cisza, świadomość miejsca gdzie jesteśmy, zachód słońca - to uczucie prawie magiczne. Długo nie mogłem opuścić teatru.

Po wyjściu z Hierapolis, szybciutko, poganiani przez głód siedliśmy w auto i pojechali na kolację do Karahayit. Już nie pamiętam co zamówiliśmy. Wiem tylko, że było smacznie, dużo i niedrogo. Pospacerowaliśmy też po miasteczku  i zmęczeni, ale zadowoleni wróciliśmy do hotelu.

 

Super, że się Wam podobało. Ciekawe , jak daleko zawędrowaliście w Hierapolis - czy dotarliście do nekropolii oraz martyrium św. Filipa? Swoją drogą, warto pamiętać, że budowla w Hierapolis to teatr, a nie amfiteatr, chociaż to powszechnie popełniana pomyłka :)

Owszem. Bardzo nam się podobało. Niestety nie dotarliśmy do martyrium, bo nie zdawałem sobie sprawy, że Hierapolis jest tak rozległe i trochę za późno się tam wybraliśmy. Nekropolię zwiedziliśmy choć nie całą. Najwięcej czasu poświęćiliśmy na teatr.

Swoją drogą chciałem wspomnieć, że niemile zaskoczyło nas samo miasto Pamukkale. Jest zaniedbane i trochę zaśmiecone. Wydawało mi się, że osada przy jednej z największych i najbardziej znanych atrakcji Turcji będzie zdecydowanie bardziej uporządkowana.

Tak jak w tytule tego odcinka dzień dziewiąty spędziliśmy podróżując. Jednak ze względu na to, iż z mieliśmy do przejechania tylko około 200 km (Pamukkale - Selcuk), głęboko stęsknieni za jazdą ;) postanowiliśmy trochę zboczyć z najkrótszej drogi i pozwiedzać zabytki antycznego świata.

Najpierw jednak, w Aydin, zrobiliśmy przystanek, aby wymienić kilka euro. Próbowaliśmy zrobić to w bankomatach. Nie udało nam się. Dopiero w Gelibolu dowiedzieliśmy się, że do wymiany waluty w bankomacie potrzebny jest numer telefonu zarejestrowanego w Turcji. Cóż, co kraj to inny obyczaj. Mimo walutowej porażki, byliśmy zadowoleni, bo udało nam się znaleźć kawiarnię z kawą podawaną na bardziej europejski sposób. Było i espreso i latte :)

Pokrzepieni kawą skierowaliśmy się w stronę Morza Egejskiego:

Niestety nie byliśmy przygotowani na kąpiel, a szkoda, bo słońce prażyło mocno i wodna ochłoda bardzo by nam się przydała, ale co się odwlecze to ...

Pierwszym z miast antycznego Trójmiasta, które odwiedziliśmy była Didyma. Właściwie to odwiedziliśmy raczej świątynię Apollina, a nie miasto. Przyznam się, że z racji mojego wykształcenia nieraz rysowałem greckie kolumny. Jednak rysować, a widzieć je na żywo to zupełnie co innego. Ogrom tej niedokończonej i zrujnowanej już teraz świątyni głęboko nas zaskoczył. Robiliśmy oczywiście zdjęcia, ale one nie oddają dokładnie skali tej budowli.

Z pięknej świątyni Apollina pojechaliśmy do Miletu. Tu głównym punktem naszego zwiedzania były ruiny teatru. Był to nasz drugi teatr podczas tej podróży i bardzo nam się podobał, ale jednak większe wrażenie zrobił na nas ten w Hierapolis.

Z Miletu skierowaliśmy się do Priene. Po drodze jednak przejeżdżaliśmy przez deltę rzeki Meander prawie w całości zagospodarowanej pod plantację bawełny. Pierwszy raz widziałem bawełnę w postaci innej niż koszulka ;)

Do Priene dotaliśmy przed wieczorem. Pora dnia, położenie tego miasta na zalesionym wzgórzu oraz to, że byliśmy prawie sami sprawiło, że miejsce nas urzekło. Szwędaliśmy się między kamieniami zaglądając to tu, to tam. To było bardzo sympatyczne oglądanie. Szkoda jedynie, że morze jest teraz oddalone kilka kilometrów. Gdyby woda była u wrót Priene byłoby już zupełnie sielankowo :)

Po zwiedzeniu Priene spędziliśmy jeszcze godzinkę w małej restauracji zajadając gozleme, napoiliśmy autko i pomknęliśmy na nasz nocleg w Selcuk. cdn

czekamy ...

cierpliwie :-)

Napiszę, napiszę. Tylko trochę czasu brak, ale zbliża się weekend :)

od zwiedzania "Trójmiasta" zaczęła się moja przygoda z Turcją... wspaniale jest patrzeć na te miejsca oczami innych... zawsze można dostrzec coś nowego, ciekawego

Po krótkiej przerwie wracam do mojej relacji.

W Selcuk pobyt mieliśmy zarezerwowany w hostelu Anz Guesthouse. 

Spotkaliśmy tam człowieka, któy zagadał do nas po polsku. Okazało się, że to Amerykanin ukraińskiego pochodzenia, którego ojciec po II wojnie został wygnany ze swojego rodzinnego domu położonego niedaleko Leska. Tak się składa, że my mieszkamy około 70 km od Leska. Można więc powiedzieć, że spotkaliśmy krajana ;)

Pierwszy dzień w Selcuk spędziliśmy na zwiedzaniu i odpoczywaniu. Rozpoczęliśmy od wizyty w ruinach bazyliki  św. Jana. Udało nam sięnawet zrobić kilka fotek bez udziału osób postronnych, choć była to akurat pora, gdy na parking zajeżdżały autobusy wypełnione turystami.

Po wizycie w bazylice zeszliśmy do położonego poniżej meczetu Isa Bey.

Obok meczetu zostaliśmy zaczepieni przez miejscowych pucybutów. Byłem przekonany, że mając na nogach sandały nie grozi mi oganianie się od ich usług. Muszę jednak przyznać, że się myliłem i po kilku minutach mieliśmy już na stopach pięknie wypucowane i świecące nowym blaskiem obuwie :)

Po wizycie w zabytkowej, udaliśmy się do nowej części miasta. Wypiliśmy tam oczywiście herbatkę w towarzystwie prawie samych mężczyzn oddających się lekturze i grze, tudzież obserwacji nas, europejczyków.

W związku z tym, że była pora południowa i zaczął nam doskwierać upał, spakowaliśmy się do auta i pojachaliśmy na oddaloną kilka kilometrów od Selcuk plażę. Na początku byliśmy jedynymi plażowiczami :) Później  pojawiło się jeszcze kilka osób, ale zupełnie sobie nie przeszkadzaliśmy. Plaża była naprawdę szeroka i długa. Każdy znalazł miejsce dla siebie.

Jeśli chodzi o stroje plażowe, panowała zupełna dowolność. Większość kobiet nosiła zwyczajne bikini, zdarzyła się również opalająca się toples dziewczyna, ale były też kobiety w pełnych uniformach ;)

Po wodnych i słonecznych rozkoszach udaliśmy się w drogę do domu Marii, matki Jezusa. Budynek powstał wprawdzie sporo później niż żyła tu Matka Boska, ale mógł przecież wyglądać tak jak teraz. Przed wejściem na teren sanktuarium skorzystaliśmy z toalety i muszę przynać, że bardzo spodobały mi się pisuary z widokiem na góry :)

Dzięki temu, że przybyliśmy już późnym popołudniem, mogliśmy oglądać dom Marii i jego otoczenie bez tłoku i poganiania. Spacerowaliśmy więc sobie w cieniu rozmyślając nad historią tego miejsca.

Po powrocie do miasta głodni i zmęczeni udaliśmy się na poszukiwanie miejsca gdzie moglibyśmy napełnić nasze żołądki. Znaleźliśmy odpowiednią lokantę nieopodal nieczynnego już wieczorem bazaru. W lokalu spotkaliśmy Australijczyków, którzy wcześniej mieszkali razem z nami w Pamukkale. Okazało się, że znają Kraków w którym my wszyscy studiowaliśmy bądź aktualnie studiujemy. Tak jeszcze raz przekonaliśmy się, że świat jest mały. Przed udaniem się na spoczynek nie mogliśmy sobie jeszcze odmówić kilku naprawdę pysznych baklaw i herbatki. Tak mniej więcej spędziliśmy dzień dziesiąty naszej wycieczki.

 

"ale były też kobiety w pełnych uniformach ;)" podoba mi się nazwa tych strojów kąpielowych - burkini

To był nasz drugi dzień spędzony w Selcuk i okolicach. Tego dnia zaplanowaliśmy zwiedzanie głównej atrakcji czyli ruin w Efezie. Wybraliśmy się tam jednak dopiero popołudniu, gdy upał troszkę zelżał. A czas do wcieczki do Efezu spędziliśmy trochę w hostelu, a trochę szwędając  się po Selcuk.

Spodobało nam się to miasto. Wiemy już gdzie kupić najlepszą baklawę w mieście, gdzie wypić herbatę obserwując miejscowych, gdzie zdecydowanie nie pić kawy, bo niesmaczna i nieświeża, gdzie kupić tanie granaty oraz gdzie zjeść smaczny obiad :)

Około godziny 15 wsiedliśmy do auta i pokonali te 3 km do Efezu (w zasadzie można zrobić to na piechotę, ale było jeszcze za gorąco). Zwiedzanie rozpoczęliśmy od wejścia dolnego. Przeszliśmy całe miasto tam i z powrotem. Weszliśmy też do dodatkowo płatnych :( zabudowań mieszkalnych. Trzeba przyznać,  że ślady świetności miasta, mimo upływu tylu lat, są dalej widoczne. To faktycznie musiało być bogate miasto. Nie będę się rozpisywać, ale pokażę kilka zdjęć, które choć w niewielkim stopniu oddają piękno Efezu.

W Efezie spędziliśmy czas prawie do wieczora. Resztę dnia spędziliśmy w Selcuk, gdzie zjedliśmy kolację w lokancie opanowanej przez miejscowych. Ja spróbowałem flaczków i muszę przyznać, że jednak wolę tą zupkę w naszym, polskim wydaniu :) 

Świetnie, że weszliście również do willi na zboczu, niewielu turystów się na to decyduje z powodu tej dodatkowej opłaty :( Swoją drogą - czy próbowaliście zajrzeć do Muzeum Efeskiego w Selcuku? W maju tego roku było w remoncie, ale może już się wyrobili z renowacją?

Muzeum Efeskie niestety było dalej zamknięte i remotowane. Mieszkaliśmy bardzo blisko tej placówki, ale nie udało nam się tam zaglądnąć. Do willi na zboczu weszliśmy, bo uważam, że jadąc tak daleko nie można rezygnować z wizyty, mimo dodatkowej opłaty. Tak samo postąpiliśmy rok wcześniej w pałacu Topkapi i obejrzeliśmy rónież harem. Jednak trochę mnie denerwują te dodatkowe opłaty za wejście.

Po udanym pobycie w gościnnym ANZ hostelu musieliśmy się niestety z nim pożegnać. Wyruszyliśmy jak zwykle rano, zaraz po śniadaniu i obrali kierunek na północ w stronę Europy.

Nie mieliśmy w planie wielu postojów, dlatego nie wjeżdżaliśmy do centrum Izmiru, ale objechaliśmy miasto obwodnicą. Pomimo dość dużego ruchu nie było korków ani problemów ze znalezieniem właściwej drogi.

Jadąc dalej zbliżyliśmy się do Bergamy. Nie mogliśmy oczywiście nie zwiedzić ruin starożytego Pergamonu, choć na spacerowanie nie była to zbyt dobra pora. Przyjechaliśmy tam w samo południe i upał trochę nam doskwierał. Miałem zamiar wjechać autem na parking położony na szczycie, zaraz przy wejściu do muzeum, ale coś nam się pokręciło i wylądowaliśmy na parkingu przy dolnej stacji kolejki linowej. No cóż, trzeba było wyłożyć 40 lir na wjazd. Nie jedzie się zbyt długo, ale widoki są ładne. Sam Pergamon oczywiście podobał nam się, ale jeszcze większe wrażenie zrobiło na mnie położenie tego miasta. Starożytni mieli naprawdę piękne widoki! Zastanawiam się tylko jak radzili sobie z dostarczaniem wody do miasta. W dolinie majaczyły jakieś pozostałości akweduktu, ale było to znacznie poniżej szczytu.

Po pergamońskim spacerze zapakowaliśmy się do miło ogrzanego autka ;) i wybrzeżem morza Egejskiego pomknęliśmy dalej. Naszym celem teraz była przeprawa promowa na półwysep Galipoli. Spokojny przejazd zajął nam około 4 godzin i około 17 byliśmy już na pokładzie promu z Lapseki do Gelibolu. Płynęliśmy 30 minut, pijąc smaczną herbatkę i podziwiając piękne widoki. To naprawdę dobry, alternatywny sposób uniknięcia przejazdu przez zatłoczony Istanbuł.

W Gelibolu poszliśmy coś przekąsić do restauracji poleconej przez parkingowego. Było faktycznie bardzo smacznie, a to, że syn zna język turecki sprawiło, że staliśmy się pupilkami obsługi nie mówiącej żadnym obcym językiem :)

Pozostało nam już tylko udać się na nocleg, który mieliśmy zarezerwowany w hotelu Kalanora kilka kilometrów na zachód od Gelibolu. 

 

Początkowo miałem w planie ten dzień przeznaczyć na objazd i zwiedzanie półwyspu Galipoli. Mieliśmy pooglądać pomniki i miejsca bitew I wojny światowej. Zjeść gdzieś obiad i może poplażować. Jednak po śniadaniu stwierdziliśmy, że mamy trochę dość jazdy, zwłaszcza że w perspektywie było jeszcze 1700 km do domu. Zostaliśmy więc w hotelu Kalanora. Ośrodek o tej porze roku był opustoszały. Oprócz nas było jeszcze chyba czworo gości, obsługa i kilka przemiłych piesków :) Poszliśmy na plażę, która znajduje się tylko kilka minut spacerkiem od hotelu. Wszystko byłoby fajnie, może ciepłe, woda czysta, fajne widoki na przepływające statki, ale plaża była strasznie zaśmiecona plastikiem. Raczej nie przez miejscowych. Wyglądało to na śmieci wyrzucone przez morze. Uprzątnięte było tylko kilkanaście metrów kwadratowych należących do hotelu. Znajdowało się tam kilka leżaków i parasoli. Skorzystaliśmy z nich i plażowaliśmy na małym skrawku piasku otoczeni przeróżnym śmieciem :( Mimo wszystko podobało nam się tam. Było spokojnie, cicho, słonecznie i ciekawie. Obserwowałem sobie wielkie statki przepływające między morzem Śródziemnym a Czarnym. W oddali widać było nawet wielki obłok smogu nad Istanbułem. 

Plażowanie zakończyliśmy jakoś popołudniu. Potem lekka drzemka w hotelu i spacer i obiadokolacja w Geliboli. Trochę odpoczęliśmy i nabraliśmy sił przed czekającą nas podróżą.

Następnego ranka zaraz po śniadaniu rozpoczęliśmy planowany odwrót. Trasa wiodła standartowo przez Sofię, Belgrad i Budapeszt. Zawitaliśmy też oczywiście do Pirotu gdzie wstępujemy na pyszną i tanią pljeskawicę. Nocowaliśmy przy obwodnicy Belgradu w hotelu "1000 ruż" (tak się pisze to nie błąd). Mogę ten hotel zdecydowanie polecić. Był najbardziej luksusowym hotelem w jakim spaliśmy, a za 4 osoby ze śniadaniem nie zapłaciliśmy tak dużo, bo 75 euro.

W domu byliśmy w sobotę wieczorem.

Przejechaliśmy około 6200 km. Całość kosztowała nas prawie 10 000 zł. Liczę wszystkie wydatki łącznie z ubezpieczeniem, zakupami przed wyjazdem i wszystkimi wydatkami w Turcji i po drodze. Wychodzi około 2500 na osobę. Podobało nam się bardzo i chętnie jeszcze wrócimy do Turcji jak tylko finanse na to pozwolą.

To tyle mojej relacji. Dziękuję wszystkim, którzy dotrwali do końca.

Jestem szczególnie wdzięczna za poradę umieszczoną na samym końcu - o hotelu 1000 ruż. Widzieliśmy kierunkowskazy do niego na obwodnicy Belgradu, teraz jadąc będziemy mieli świadomość, że to dobre miejsce na nocleg. Co do kosztów Waszej wyprawy, to są w opinii redakcji TwS standardowe - my zawsze szacujemy (pół-żartem, pół-serio) koszt wyprawy 1000 zł na osobę na tydzień :)

Tytuł relacji podkreśla podróżowanie Skodą Octawią i to jest intrygujące! Ponieważ samochody tej marki są bardzo popularne także w Turcji, to przychodzą mi do głowy następujące wyjaśnienia:

1. Sponsorem wyprawy była Skoda Auto albo jakiś salon

2. Jechaliście Skodą Octawią I z czasów, kiedy "konkurowała" z warczyburgiem, moskwiczynem, syrenką i garbusem, czyli taką jak na poniższym obrazku

Tak czy siak - gratuluję wyprawy!

 

No cóż, niestety nie mam takiego pięknego autka jak na zdjęciu.

Sponsora też nie :(

Na zdjęciu nasza Octavia na wczasach pod palmami w Milecie :)

cardiologistsnode