Podróżowanie (nie) jest tanie

Temat finansowania sobie wyjazdów i wypraw jest szeroki jak Amazonka i głęboki jak Rów Mariański, a jednocześnie stanowi najprawdopodobniej jeden z najbardziej kontrowersyjnych i najczęściej w dyskusjach poruszanych wątków w dyskusjach podróżniczych. Niektórzy twierdzą, że wojażowanie po świecie jest w istocie tanie jak barszcz, a inni dziwią się, że kogoś w ogóle na to stać. Dodatkowo szczególną przyjemność sprawia wielu osobom zaglądanie do cudzych portfeli i rozważanie "skąd oni biorą na to wszystko kasę". Oczywiście, jak to we wszystkich kwestiach podróżniczych, prawda leży gdzieś po środku i każdy ma swoje sposoby na opłacenie wojaży, mniej lub bardziej praktyczne, etyczne i skuteczne.

Ten kot z Izniku nie ma poczucia obciachu i minimalizuje koszty podróży poszukując pożywienia w śmietniku

Jeżeli chodzi o gromadzenie środków na podróż to mamy zasadniczo dwie szkoły - pieniądze można zaoszczędzić lub zarobić. Oczywiście, w rzeczywistości prawie każdy stosuje jakąś kombinację tych dwóch podejść. Szkoła oszczędzania zaleca zaciskanie pasa, wyjadanie resztek z lodówki i spiżarni, odmawianie sobie drobnych przyjemności lub wyprzedawanie zbędnych książek, ubrań itp. Szkoła zarabiania natomiast doradza zaciśnięcie nie pasa, ale zębów oraz ciężką pracę, która będzie na tyle opłacalna, że pozwoli nie tylko na codzienne bytowanie, ale i podróżowanie w czasie wolnym.

Naturalnie obie szkoły mają ograniczone zastosowanie - żeby zaoszczędzić pieniądze, trzeba mieć ich nadwyżkę, aby coś wyprzedać, trzeba to najpierw mieć, a żeby żywić się zapasami - też należy je wcześniej zgromadzić. Zapracowanie na wyjazd to rzecz chwalebna, ale wystarczy zapoznać się ze statystykami dotyczącymi średniej pensji oraz sprawdzić, jaka jest płaca minimalna, aby dojść do wniosku, że nie każdy będzie w stanie taką nadwyżkę łatwo wypracować.

Pozostaje jeszcze trzeci sposób, bardzo zachwalany przez wielu podróżujących blogerów - szukanie sponsorów. Brzmi obiecująco - prawda? Nie miejcie jednak złudzeń, że owi mityczni sponsorzy zlecą się na każde skinienie. Tutaj potrzebny jest zmysł marketingowy, napisanie mnóstwa listów do potencjalnych sponsorów, a przede wszystkim - jakiś przebojowy pomysł na wyprawę. Powiedzmy sobie wprost - wakacje na Krecie czy wyjazd do Kapadocji mogą brzmieć ekscytująco dla osób je planujących, ale dla instytucji mogących wyjazd sfinansować - już niekoniecznie. Im bardziej niecodzienny pomysł - tym większe ma szanse, chociaż często prowadzi to do udziwnień, które nazywamy roboczo "wrotkami przez Himalaje". Dodatkowo - nie każdy z nas ma smykałkę do takiego pozyskiwania funduszy i niekoniecznie ma ochotę zakładać bloga, walczyć o patronaty i sponsorów.

Czwarty sposób to uprawianie turystyki szkoleniowej czyli podróżowanie na koszt pracodawcy czy organizatora konferencji lub szkolenia. Ta metoda sama w sobie nie jest niczym nagannym, ale na tym obszarze często dochodzi do nadużyć - wyjazdy czysto wypoczynkowe są maskowane pod płaszczykiem oficjalnej delegacji, a niektórym uczestnikom konferencji w miejscach atrakcyjnych turystycznie zdarza się nawet nie pojawiać na sali wykładowej. Poza tym kierunek takiego wyjazdu jest wyznaczony przez osoby trzecie, nie jedzie się tam, gdzie chce, tylko tam, gdzie akurat udało się załapać.

Do dzisiaj wydawało mi się, że na temat oszczędzania w trakcie podróży przeczytałam już wszystko - relacje z podróży autostopem, noclegów na dziko, u znajomych lub na Couchsurfingu, żywienie się zapasami przywiezionymi z ojczyzny lub tym, czym poczęstują nas miejscowi. Jednak na portalu naTemat.pl pojawił się artykuł o sposobie na oszczędne podróżowanie proponowanym przez niejakiego Jarosława Kuźniara, znanego prezentera telewizyjnego. Otóż ów celebryta ujawnił, że "Na podróż z dzieckiem wcale nie jest trudno się spakować, nie trzeba brać wanienek, krzesełek i bóg wie czego jeszcze. Fotelik samochodowy? Nie ma sensu. Do Kanady i USA nie braliśmy żadnych gadżetów. Pojechaliśmy do Walmartu, kupiliśmy wszystko, co było nam potrzebne, a pod koniec podróży wszystko oddaliśmy, mówiąc, że nam nie pasowało".

Przyznaję się, że ten, bądź co bądź legalny sposób sprawił, że poczułam zawstydzenie i zażenowanie, którego nie zdołało wywołać u mnie podróżowanie z wekami, często nadmierne korzystanie z gościnności ludności lokalnej czy wszelkie inne sposoby na obniżenie kosztów podróży. Czarę goryczy przepełniło inne wyznanie tego samego pana, który sam w wywiadzie dla naTemat powiedział, że "Pomyślałem, że skoro moją pasją jest dziennikarstwo i daje mi to pieniądze, to skoro lubię oglądać świat, może powinienem pójść w tym kierunku. Załatwiłem wszystkie formalności, które musi mieć załatwione legalnie działające biuro podróży i postanowiłem wykorzystać nową na świecie tendencję, zgodnie z którą ludzie zaczynają samodzielnie, bez wycieczek, zwiedzać świat. A ponieważ na początku będzie jeszcze jakiś strach przed tym, żeby to zrobić samemu, chciałbym w tym podpowiadać".

Zaczęłam się poważnie obawiać, że pan Kuźniar będzie swoje "prawdy objawione" o tanim podróżowaniu ogłaszał coraz częściej, a ponieważ jest osobą publiczną, to pewnie znajdzie się sporo osób, które uznają je za wyśmienity pomysł. Absurdalne wydało mi się w tym kontekście wygłoszone w tym samym wywiadzie wyznanie: "ważne jest też miejsce, które nie będzie naznaczone Polakami". Nie wiem, jak Wy, ale ja nie chcę wybrać się do miejsca naznaczonego obecnością pana Kuźniara.

Pozwolę więc sobie na apel do Czytelników portalu Turcja w Sandałach: podróżujcie we własnym stylu, tanio lub drogo, opisujcie swoje przeżycia i sposoby na finansowanie podróży, ale błagam - nie sprawiajcie, żeby inni Polacy stali się pośmiewiskiem! Uwierzcie, że zjedzenie przywiezionych z kraju kabanosów, spanie na poboczu autostrady czy wyszukiwanie korzystnych promocji nie spowoduje uszczerbku na honorze, najwyżej jakiś złośliwiec czy zazdrośnik uśmiechnie się z poczuciem wyższości. Są jednak takie zachowania, doskonale ilustrowane postawą pana Kuźniaka, które sprawią, że na polskich podróżników będzie się patrzeć na świecie jak na pospolitych cwaniaczków. Nie róbmy sobie i innym obciachu!

Odpowiedzi

stało się już głośnym po ćwierkaczowym wpisie ...

ale Cię Iza podziwiam za odwagę bo po drugiej stronie barykady stoi mocne bractwo z głównych mediów...

gdyby to było na onecie to już byłby tu zlot ...

PS - to jest dla mnie mocna inspiracja wykazać w relacji jak się żywimy i ... drinkujemy w podróży ...

 

 

...byś zajmowała się brakiem kultury telewizyjnych gwiazdeczek. Temat już został przetrawiony w necie na miliony sposobów, a zainteresowany i tak włoży całą krytykę do szufladki hejterstwo i będzie żył dalej w przeświadczeniu o swojej wielkości.

...ale między gotowaniem sobotniego obiadu a publikacją kolejnej książki ze stajni TwS znalazło się te pół godziny. Zresztą nie chodziło mi o pana K., tylko o ludzi, którzy mogą mu uwierzyć.