Podróż na wschód - wreszcie zakończona długa i niepraktyczna relacja

Termin
Rozpoczęcie: 
12/08/2011
Zakończenie: 
27/08/2011
Podróżnik: 
Błażej
Organizator: 
brak

Genesis, czyli początek wyprawy

Podróż na wschód. Marzenie od zawsze, lecz na ten rok nieplanowana. Jeszcze w poniedziałek aktualny był wyjazd z przyjaciółmi do Rumunii. Lecz los chciał inaczej, przyjaciele wycofali się, a ja w Rumunii byłem już dwa razy. Tak więc jednak Wschód -Turcja.

W sobotę rano siedziałem z rodziną w samochodzie. Ja, Agnieszka i nasz ośmioletni syn Szymon.  Bez planu, mapy, czy choćby minimum wiedzy. Kierując się informacjami ze starego przewodnika Pascala, w pierwszym tureckim hotelu pytałem, czy mogę spodziewać się łazienki w pokoju (była, podobnie jak we wszystkich pozostałych…).  Jechaliśmy przez Słowację, Węgry, by dotrzeć w nocy do Subotnicy w Serbii. Tam zatrzymaliśmy się na odpoczynek. Następnego dnia wyruszyliśmy przez Bułgarię do granicy tureckiej, by w ciągu piętnastu dni odwiedzić: Edirne, Iznik, Bursę, Olimp, Side, Konyję, Gorome, Sinop i Kastamonu.

Edirne, czyli zapachy nocy

Rano pomknęliśmy w kierunku Turcji, a na granicę dotarliśmy późnym popołudniem. Dużo formalności, pieczątek i trochę stania w kolejce (około dwóch godzin). Nasz samochód otrzymał swój numer i został wbity pieczątką do paszportu. Byłem podniecony, wprawdzie odwiedzałem już wcześniej Stambuł, ale teraz otworzyła się przede mną cała Turcja, a miejsca w których się znajdę zależały tylko ode mnie. Kontrole ciągnęły się długo, po kolei odprawiały nas rozmaite służby. Gdy sądziłem, że już po wszystkim, zatrzymali samochód eleganccy panowie w garniturach. Ubrani podobnie do obsługujących nas przed chwilą celników, okazali się sprzedawcami chorągiewek. Nie skusiłem się na ich ofertę, ale byłem pewien, że znajdą się turyści sądzący, że zakup małej flagi tureckiej jest jednym z obowiązków przekraczającego granicę.

Do Edirne dotarliśmy o zmroku. Jeden krok za próg samochodu i wszystkie zmysły zostały zaatakowane. Ulice pełne zapachów, światła, w restauracjach mnóstwo gości. Na trawnikach pod drzewami, rodziny rozłożyły się na kocach. Gwar. Ludzie wspólnie jedzą, przechadzają się, idą do meczetu, leżą. Jest czas Ramadanu, o czym wcześniej nie wiedziałem.

Hotel znalazłem w 5 minut, blisko dawnego karawanseraju, również hotelu, ale oferującego zbyt drogie dla nas noclegi. Zrzuciłem bagaże i natychmiast ruszyłem w miasto, chcąc zderzyć się z czekającą tam rzeczywistością, coś zjeść i obejrzeć meczety. Otwarte knajpy przywoływały z daleka. Z większości miejsc rozchodził się zapach grillowanego mięsa. Jestem wegetarianinem i szybko się przekonałem,  że w Turcji utrudniało to nieco życie. Poza lokantami ciężko było znaleźć dania bez mięsa. Do jednej z nich wszedłem i dostałem pyszne grillowane warzywa i ciecierzycę w sosie pomidorowym.Po posiłku snułem się z pełnym żołądkiem wśród innych zadowolonych mieszkańców miasta. Atmosfera przypominała karnawał a ja czułem się błogo. Od ulicznego sprzedawcy pamiątek kupiłem mydełka w wymyślnych kształtach owoców: arbuza, winogron, jabłek. Kawałek dalej stał sprzedawca lizaków. Starszy mężczyzna w białym fartuchu donośnie zachęcał przechodniów do skosztowania specjału. Wokół kłębił się tłum dzieci. Skusiłem się na jeden. Zapłaciłem 2 tln i w zamian otrzymałem patyczek zanurzony w wielobarwnej masie roztopionego cukru. 

Kierując się ruchem tłumu, dotarłem do pierwszego meczetu. Wszedłem do środka i zamarłem olśniony widokiem. Zobaczyłem przed sobą najpiękniejszy meczet, jaki widziałem w życiu, a przecież Stambuł również pełen jest arcydzieł architektury. Misternie zdobione wnętrze, zwieńczone było potężną kopułą. Był to kompleks Selimiye, zbudowany w 1575 roku przez Sinana.  Człowiek ten był jednym z najgenialniejszych architektów świata i pozostawił niezatarte piętno na całym obliczu Turcji, choć jego dzieła można podziwiać również poza jej granicami (np. meczet w Budapeszcie). Sinan urodził się jako chrześcijanin, by po naukach w szkole janczarów i przyjęciu islamu, stać się nadwornym budowniczym czterech kolejnych sułtanów. Imperium Osmańskie miało cudowną zdolność asymilowania i wykorzystania ku swojej chwale podbitych narodów. Sinan był tego najlepszym dowodem. W czasie swojej 50-letniej kariery zbudował 400 (!) obiektów, w tym Błękitny Meczet czy most w Mostarze. Mimo swojego geniuszu całe życie ścigał się z dawnymi mieszkańcami tych ziem, którzy pozostawili po sobie jeden z najbardziej spektakularnych obiektów w historii ludzkości –Hagia Sophię, której kopuła do dzisiaj pozostaje jedną z największych na świecie.

Przysiadłem we wnętrzu świątyni chłonąc jej piękno. Wokół mnie przechadzali się mężczyźni. Niektórzy z nich rozmawiali, inni modlili się albo tylko odpoczywali od spiekoty. Za niskim płotkiem siedziały kobiety w chustach. Nad nami wszystkimi wisiał potężny żyrandol z setkami świateł. Z zadumy wyrwali mnie dwaj mężczyźni, którzy podeszli by przywitać się i uścisnąć moją dłoń. Spojrzałem na nich spłoszony i bąknąłem, że jestem turystą. Uśmiechnęli się do mnie wyrozumiale i odeszli życząc wszystkiego dobrego.

Po godzinie ruszyłem do drugiego meczetu, który zamierzałem w tym dniu odwiedzić. Był nim pochodzący z początków XV wieku Eski Cami. Budowli, położonej w centrum miasta, brakowało lekkości dzieł Sinana. Lekko przysadzista, przykurczyła się przy ziemi, a jej minarety wyglądały na naprędce doklejone. Wnętrze jednak znowu zbiło mnie z nóg. Surowe ściany pokryte były czarną kaligrafią. Litery malowane w różnych stylach, miały w sobie niespotykaną lekkość. Wydawały się bardziej zapisem muzycznych harmonii, niż prozaicznymi literami. Odwiedzający meczet podziwiali je w skupieniu, przed niektórymi modlili się. Nastrój kontemplacji nie przeszkadzał w nieskrępowanej bieganinie dzieci. Nikt ich nie karcił, ani nie wyganiał. Mój syn, widząc wygłupy dzieciaków, dołączył do nich, biegając i fikając koziołki.

Było już późno i postanowiłem wrócić do hotelu. Pierwszy dzień w Turcji odurzył mnie i sprawił, że długo jeszcze nie mogłem zasnąć.

Następnego dnia, przed wyjazdem, odwiedziliśmy jeszcze jedno miejsce: kompleks meczetowy Bejazida II wraz z muzeum zdrowia. Byłem ciekaw jak wyglądało lecznictwo Turcji parę wieków temu. Przejechałem więc starym kamiennym mostem i znalazłem się pod kompleksem, położonym nieco na uboczu. Wnętrze okazałych, odnowionych budynków wypełniały eksponaty, będące niegdyś wyposażeniem izb szpitalnych. Miejsce było piękne, harmonijne i spokojne. Spacerowałem przyglądając się pomieszczeniom, w których trwały zainscenizowane przez manekiny sceny z dawnego życia przybytku. Zobaczyłem aptekę, laboratorium, wnętrze szkoły. Zatrzymałem się przy zespole muzycznym i scenach terapii zajęciowej. Metody pracy z osobami psychicznie chorymi wydawały się niezwykle rozwinięte, jak na epokę w której je wykorzystywano. Szpital powstał pod koniec XV wieku, a to co widziałem, świadczyło o dużym rozwoju medycyny osmańskiej, znacznie przewyższającym wiedzę Europy Zachodniej.

Iznik, czyli korzenie cywilizacji europejskiej

Jadąc przez Stambuł i dalej, wzdłuż morza Marmara, trudno było nie dostrzec ogromnego rozwoju kraju. Znakomita infrastruktura drogowa, ogromne zakłady przemysłu ciężkiego, dużo młodych ludzi na ulicach. Turcja to wschodzący tygrys Europy. Samo miasto, moloch, ciągnęło się przez trzy godziny wolnej jazdy. Mimo kilku pasów ruchu, na drodze panował wschodni chaos, podkreślany ciągłym dźwiękiem klaksonów. Im dalej jednak jechaliśmy, tym było luźniej. Po kilkudziesięciu kilometrach za Stambułem przestaliśmy też spotykać jakiekolwiek obce rejestracje samochodów.

W końcu skręciliśmy z głównej drogi w kierunku Nicei. Teren był pagórkowaty i typowo rolniczy. Wzdłuż drogi rozciągały się plantacje owoców i pastwiska. Co jakiś czas mijaliśmy kamienne wodopoje dla zwierząt. Po przejechaniu paru wiosek dojechaliśmy do zapomnianego grodu –obecnie nazywanego Iznikiem. Zapomnianego dzisiaj, bo przecież tutaj odbyły się dwa sobory powszechne. W roku 325 oraz w 787. W tym miejscu Konstantyn Wielki wspólnie z paroma setkami biskupów ustalił kanon chrześcijańskiej wiary, dając ostateczny kształt jednemu z filarów europejskiej cywilizacji. Duch przeszłości przyciągał mnie do tego miejsca nieodparcie.

Jedną z bram wjechaliśmy do prowincjonalnego, sennego miasteczka. Było pusto i gorąco. Po chwili dotarliśmy do promenady nad wielkim, czystym jeziorem. Było tam kilka hotelików i restauracji. Szybko znalazłem niedrogi, czysty hotel i ruszyłem do miasta. Byłem wraz z rodziną jednym z niewielu turystów w mieście. Agnieszka czuła się nieswojo widząc ukradkowe spojrzenia rzucane przez mężczyzn na jej odsłonięte ramiona. W Izniku życie toczy się powolnym rytmem, większość mieszkańców zajmuje się rolnictwem lub drobną produkcją. W restauracjach na jedzenie trzeba było czekać do zmroku (Ramadan), a kiedy ten zapadł, zaczęło się oblężenie przez miejscowych. Wszyscy czekali na chwilę, kiedy rozlegnie się śpiew imama, by hurtowo rzucić się do jedzenia. Mężczyzna w niebieskiej koszuli solił sałatkę, po czym położył ręce po obydwu stronach talerza, nerwowo zerkając na minaret. Cóż, na razie panowała cisza. Sprzedawca w sklepie z ceramiką rozłożył na ziemi stoliczek i wraz ze swoim sąsiadem sprzedającym owoce ozdobił go przyniesionymi z domu wiktuałami. Każdy przełykał ślinkę, każdy już dokonał zamówienia, każdy zamienił się w słuch, czekając na tę magiczną chwilę. Jest! Zaśpiewał!!! Ruszyli kelnerzy, kucharz z trudem nadążał z ładowaniem dań na talerze. W ciągu paru minut trzeba było obsłużyć wszystkich czekających. Już można było wbić widelec i zatopić zęby w kofte lub kebabie. Cudowne ukoronowanie dnia -w gronie najlepszych przyjaciół spożyć posiłek. Zazdrościłem im tej chwili wspólnoty. W moim, zindywidualizowanym świecie trudno o takie kontakty.

Zjadłem cudowne frytki (wciąż nie pojmuję, jak w Polsce, kraju wielbicieli ziemniaków, można ludzi karmić frytkami z mrożonek) i potrawkę z bakłażana. Tak pokrzepiony postanowiłem dokonać wstępnego rekonesansu. Zapadł już zmrok i miasto stało się gwarne i wesołe. W kiosku kupiłem sok z granatów i zajrzałem do pobliskiego meczetu. Był mały i prowincjonalny, jak wszystko tutaj. W środku było dosyć tłoczno. Usiadłem wraz z synem na dywanie i obserwowałem ludzi. Oni również obserwowali mnie, rzucając ukradkowe spojrzenia. Nie było w nich złości a jedynie ciekawość. Turysta tutaj wciąż nie jest tak powszechny jak w Stambule. Po chwili wszyscy zaczęli gromadzić się przed imamem przygotowującym się do kazania. Nie chciałem zakłócać tej chwili skupienia i ruszyłem do wyjścia. Już za drzwiami dopadł mnie imam. Powiedział coś po turecku i widząc mój brak zrozumienia, gestem ręki nakazał poczekać. Po chwili wrócił, niosąc paczkę ciastek dla Szymka. Pogłaskał go po głowie, mrucząc dobrotliwie. Uznałem to za wspaniałe zakończenie wieczoru.

Rano wstałem rześki i postanowiłem dokończyć zwiedzanie. Poszedłem wzdłuż starych bizantyjskich murów, oplecionych dziką, pleniącą się roślinnością. Przedzierając się przez wysokie zarośla raz na jakiś czas natykałem się na baszty, na które się wspinałem, oraz bramy. Same umocnienia powstały w IV wieku i były niezwykle trudne do zdobycia. Przekonali się o tym krzyżowcy, którzy sprzymierzeni z Cesarzem Aleksem I Komnenem, próbowali odbić miasto z rąk Sułtanatu Rumi w 1096 roku. Podczas oblężenia próbowano wszystkiego by sforsować fortyfikacje, ale nie udało się. Dodatkowo oblężone miasto miało stały kanał zaopatrzenia od strony jeziora. Dopiero sprowadzenie bizantyjskich statków oraz odparcie odsieczy sułtana Kilidża Arslana załamało morale obrońców i spowodowało poddania miasta. Do dzisiaj zachowała się większość z kilku kilometrów murów.

 

Choć wewnątrz bizantyjskie budynki praktycznie już nie istnieją, to sama tkanka miejska prawie nie wychyla się poza starożytne mury. W budynkach sąsiadujących z nimi produkuje się skrzynki drewniane na owoce. Gotowe układane są w wielopiętrowe składowiska. Produkcja odbywa się w sposób chałupniczy. Wśród stert desek stoją piły stołowe, na których dorośli mężczyźni i ich często nastoletnie dzieci docinają deszczułki na wymiar. Praca trwa od rana.

Przed jednym z domów, w wielkim, płaskim garnku, zobaczyłem kobietę gotującą potrawkę z pomidorów dla swojej, sądząc po ilości jedzenia, niezwykle licznej rodziny. Kawałek dalej spotkałem małego psa, który obgryzał głowę barana wyrzuconą pod mury po wczorajszej biesiadzie. Pies, mimo niewielkiej postury, bronił przede mną krwawy ochłap mięsa.

Po przejściu jednej z bizantyjskich bram, zagłębiłem się ponownie w miasto. W drodze do muzeum mijałem liczne sklepiki oferujące kafelki ozdobione wymyślnymi wzorami. Iznik był kiedyś bliskowschodnią stolicą ceramiki, a wyroby stąd były znane na całym świecie. Dość tylko powiedzieć, że tutejsi rzemieślnicy wykonali płytki dla Błękitnego Meczetu Stambule. Obecnie sztuka ta próbuje się mozolnie odrodzić.

Po chwili trafiłem do ozdobionego zielonymi płytkami Zielonego Meczetu. Było tuż przed lekcją religii dla dzieci. Mali chłopcy bili się i tarzali w meczecie, najstarszy odkurzał wielkim odkurzaczem dywan, a dwóch najpilniejszych siedziało już przy ławce. Jeden z chłopców zagadnął mnie łamaną angielszczyzną pytając skąd jestem, kiedy usłyszał odpowiedź skomentował ją po turecku. Było to chyba coś obraźliwego, bo najstarszy z nich spojrzał na mnie spłoszony i udzielił ręcznej reprymendy prześmiewcy, wymierzając mu solidnego kuksańca.

Po szybkim obejrzeniu eksponatów w muzeum archeologii, podążyłem do głównego punktu wyprawy –stojącego w centrum, kościoła Agia Sophia. Daleko mu było do wymiaru stambulskiego. Surową cegłę chroniło współczesne zadaszenie, ale to przecież tutaj miał miejsce drugi sobór powszechny. W środku natknąłem się na przewodnika. Mężczyzna bardzo chciał oprowadzić mnie po muzeum. Pokazał stary fresk i powiedział „very old” wyczerpując swój zasób angielskich słów. Spacerowałem po świątyni. Tutaj po raz ostatni zebrali się wspólnie przedstawiciele kościołów Wschodu i Zachodu, by dokonać wspólnych interpretacji prawd wiary (głównie w sprawie ikonoklazmu). Wprawdzie tych ostatnich było tylko 14, ale ustalenia zostały uznane przez obie gałęzie kościoła. Chociaż rozdzieliły się one na prawosławny i katolicki ostatecznie w XI wieku, to schizma trwała już od dawna. Surowe wnętrze było zniszczone. Zabytek uratował się w ostatniej chwili przed pełną degradacją i został otoczony opieką przez rząd turecki. Został zbudowany w układzie bazylikowym a główna nawa kończyła się obniżonym prezbiterium. Zastanawiałem się, kto zasiadał w centralnym miejscu prezbiterium –legaci papiescy, przedstawiciele cesarzowej Ireny czy patriarcha Terazjusz, nieformalny przewodniczący soboru? Poza przewodnikiem w środku nie było nikogo i mogłem w ciszy wyobrażać sobie jak wyglądało to miejsce w 787 roku, gdy w małej przestrzeni obradowało ponad 300 biskupów i innych dostojników świeckich i kościelnych.

Pozostała już tylko kąpiel w zimnych wodach jeziora, gdzie można z resztek bizantyjskich murów skakać do wody, a potem jazda poprzez gaje owocowe w kierunku Bursy. Opuszczałem Iznik z żalem, zachwycony jego niespiesznością.

Bursa, czyli biznes się kręci

Do Bursy było blisko, zaledwie godzina drogi.  Od samego wjazdu do miasta zaczął się tłok na ulicach. Z trudem przeciskaliśmy się przez zbite w korkach samochody. Nie mieliśmy mapy, więc krążyliśmy szukając hotelu. W jednej z wąskich uliczek, położonej na wzgórzu, otarłem się zderzakiem o dwóch mężczyzn grających przed sklepem w trik traka. Musieli mieć dużą wiarę w moje umiejętności, ponieważ nie posunęli się nawet na centymetr. Hoteli nie było zbyt dużo i były rozproszone po mieście. W końcu znalazłem jeden położony blisko cytadeli Hisar, mieszczący się w starym, pięknie wyremontowanym budynku. Cena była dość słona, ale nie miałem siły by szukać dalej. Z trudem zaparkowałem pomiędzy dwoma samochodami i ruszyłem do miasta.

Tuż obok hotelu, o podnóża twierdzy, znajdował się stary hamam. Półnagi wąsacz zachęcał gestem do wejścia. Był upalny dzień, ludzie leżeli na trawie się w cieniu drzew, próbując złapać oddech. Hamam wydał mi się w tej sytuacji przedsionkiem raju. Łaźnia tylko dla panów, choć panie również mogą z niej korzystać, w wydzielonych dla nich godzinach. Wszedłem wraz z synem. Otrzymałem klucze do malutkich przebieralni i w samej przepasce ruszyłem do środka. Wnętrze było pełne pary wodnej. Po środku wyłożonej marmurem komnaty stał płaski kamienny stół mogący pomieścić kilka osób. Wokół stoły kilkanaście kraników z wodą a w głębi prysznice. Wszystko, jak parę wieków temu. Po 15 minutach siedzenia w saunie dwóch postawnych masażystów ścierało nam naskórek, na przemian mydliło i polewało zimną wodą. Na Szymku, niesamowite wrażanie zrobiły mydliny, którymi „opatuleni” byliśmy w całości. Wąsacz wykręcił mi ręce i naciągał wszystkie mięśnie. Mył wszystkie zakamarki mojego ciała, łącznie z uszami, pozostawiając jedynie genitalia. Na koniec zostałem opatulony w grube ręczniki i położyłem się na leżaku. Przenikało mnie uczucie niespotykanej wręcz czystości. Mogłem bez strachu zmierzyć się z żarem zalewającym ulice, który mimo późnej pory, nie zelżał ani trochę.

W pierwszej kolejności postanowiłem pokłonić się dawnym władcom tej krainy. Na wzgórzu nieopodal cytadeli Hisar znajdował się Osman ve Orhan Gazi Turbeler, gdzie w zrekonstruowanych w XIX wieku grobowcach leżeli Osman Gazi i jego syn Orhan. Osman Gazi  założył na początku XIV wieku dynastię, która przez następne wieki nieprzerwanie rządziła Turcją, aż do upadku Imperium po I wojnie światowej. Samo miasto zdobył jego syn Orhan, dwa lata po śmierci ojca, ustanowił tu stolicę i dał początek rozbudowie Bursy. Orhan był też pierwszym, który używał tytułu sułtana. W grobowcach w ciszy tłoczyli się ludzie. Zmawiali krótkie modlitwy, robili zdjęcia. Widać było, jak ogromnym szacunkiem cieszył się założyciel imperium.

Tuż obok grobowców, restauracja rozłożyła stoły na wolnym powietrzu. Zbliżał się zmrok i kelnerzy układali sałatki oraz przystawki. Przy siedzeniach stały tabliczki z rezerwacjami. Przyszli biesiadnicy oczekiwali na tarasie obserwując Bursę o zachodzie słońca. Przyglądałem się im z zaciekawieniem. Mężczyźni w drogich garniturach i elegancko ubrane kobiety, rozmawiali między sobą lub przyglądali się swojemu miastu. Zestaw klientów wskazywał, że w miejscu tym jadają ludzie bardzo zamożni. Przy ramadanowym stole został ubity pewnie niejeden interes. 

Mnie musiał wystarczyć sam widok. Bursa położona jest pośród wzgórz. Słońce kładło się za jedno z nich oświetlając miasto ciepłym, żółtym światłem. Pode mną widziałem nowoczesną, pełną ruchu metropolię, w której wielopiętrowe wieżowce mieszały się ze starymi meczetami. Mógłbym kontemplować to miejsce godzinami, jednak światło powoli znikało, pogrążając Bursę w mroku.

 

Zszedłem na dół, w kierunku centrum, by obejrzeć Ulu Camii . Meczet ten został wzniesiony przez Bajazyta I, wnuka Orhana, po zwycięstwie nad ostatnią wyprawą krzyżową w 1396 roku. Ze względu na swą masywność i niewielkie okna, meczet przypominał obronną twierdzę. Przed wejściem tłoczyli się ludzie, wycieczka kobiet w chustach (około 100 osób) rozsiadła się na schodach słuchając przewodnika, wokół zewnętrznej fontanny mężczyźni dokonywali ablucji.

U podnóża świątyni rozciągało się targowisko. Wszedłem do środka meczetu i przystanąłem zachwycony. Pokryta dwudziestoma kopułami ogromna przestrzeń otaczała wspaniałą fontannę. Ściany ozdobione zapierającą dech w piersiach kaligrafią i ornamentami przywodziły na myśl europejski renesans. Całość była znakomicie odrestaurowana i utrzymana w czarno-białych barwach.

Przeszedłem do przodu by z bliska podziwiać Mimber, będący arcydziełem sztuki snycerskiej. Meczet tchnął spokojem. Mężczyźni rozmawiali w małych grupkach siedząc pod ścianami, niektórzy czytali Koran, kilku modliło się przed ornamentami, dwóch spało na miękkim dywanie. Usiadłem w jednej z nisz okiennych rozglądając się na boki. Budowla nie miała w sobie lekkości edirneńskiego Selimiye, ale w swoim stylu była doskonała.

Następnego dnia wyruszyłem skoro świt. Starą Bursę, pełną bawiących się dzieci, spotkać można w bocznych ulicach miasta. Rozpadające się domy przywodziły na myśl niektóre z dzielnic Stambułu, choć tam skala upadku była znacznie większa.

Podczas wędrówki spotykałem mężczyzn grających na bębnach przymocowanych paskiem z przodu. Zwykle dźwięki te rozlegały się w nocy, przypominając muzułmanom o ostatnim posiłku przed świtem, lecz tutaj mężczyźni muzykowali w biały dzień. Jeden z chłopców, szczupły młodzieniec z kolczykiem w uchu, wyraźnie kierował swą pieśń do dziewczyny filuternie wychylonej przez okno. Miasto pełne było dźwięków. 

Z rytmem bębnów mieszał się warkot samochodów, nawoływania ulicznych sprzedawców melonów, rozmowy i śmiech przechodniów. Żółte owoce pachniały oszałamiająco, mieszając się z wonią starych domów. Jedynie koty snuły się cicho pomiędzy rozrzuconymi w nieładzie grobami, wewnątrz leżącego pośród budynków cmentarza.

Udałem się w kierunku centrum. Bazar i dzielnica rzemieślników przyciągała mnie jak zawsze. Szedłem przez ulicę szewców i krawców, przez sklepy rzeźników (serca, mózgi, jądra i baranie głowy z oczami), przez zapachy i kolory. Każdy z mikroskopijnych sklepików czy warsztatów był prywatnym biznesem właściciela i jego rodziny, jego powodem do dumy i szczęścia. Czyż nie jest to piękniejszy model niż praca wyrobnika w bezosobowym koncernie? Czy gospodarka oparta na mikroskopijnych i małych firmach, nie daje ludziom więcej szczęścia i czy również nie wyzwala więcej kreatywności (w sklepach bogactwo wzorów zamiast zunifikowanego dyktatu kilku marek światowych koncernów). Z zazdrością patrzyłem na te ulice. Szewcy, krawcy, serwis maszyn do szycia –tu każdy przedmiot ma swoją wartość, opłaca się go naprawić, nie wyrzuca szybko. Może tak bardzo poszukiwany model, ratujący upadającą Europę, znajduje się tuż za rogiem?  

Sam bazar jest mieszaniną nowych budynków i bardzo starych, zabytkowych Hanów. Można tu kupić jedwabną chustę, przyprawy czy kolorowe, żywe ptaki. Kilka sklepów oferuje stroje liturgiczne do obrzezań.

Malutkie manekiny, które przyciągnęły moją uwagę, wyglądały jakby prezentowały stroje dla książąt. Srebro, złoto, gronostaje, wymyślne czapeczki i wspaniałe szable. Gdy przystanąłem przed jedną z wystaw sprzedawczyni założyła kapiącą cekinami czapkę Szymkowi. Gdy wytłumaczyłem mu do czego ten strój służy, zbladł nieco, nie wierząc, że takie rzeczy dzieją się naprawdę. Szczególnie spodobał mi się Koza Han, gdzie wokół małego meczetu rozłożył się budynek z krużgankami, w którym sprzedawcy oferowali wszelkie możliwe wyroby z jedwabiu. 

Dalej od centrum znajdował się jeden z najpiękniejszych meczetów Bursy -Yesil Camii. Mogłem tam dojechać dolmuszem, ale wybrałem przechadzkę. Na placu przed budynkiem, drobni sprzedawcy oferowali pamiątki turystom. Kupiłem bączek na sznurku, który był wprawiany w ruch zręcznymi rękoma starszego mężczyzny (później, w hotelu, próbowałem bezskutecznie powtórzyć ten wyczyn).  Niestety w świątyni przeprowadzano gruntowny remont i nie dane mi było zobaczyć jej wnętrza. Mogłem natomiast obejrzeć znajdujące się tuż obok Zielone Mauzoleum z grobowcem sułtana Mehmeda I, prawnuka Orhana. Wnętrze wyłożone turkusowymi płytkami otaczało grób sułtana, który sam musiał wyrąbać sobie drogę do władzy. Ojciec jego, Bajazyd I, został uwięziony przez Tamerlana po bitwie pod Ankarą i w niewoli zmarł. Mehmed sięgnął po tron walcząc ze swoimi braćmi –Isą i Sulejmanem. W całym zamieszaniu, po różnych stronach konfliktu, uczestniczyło liczne potęgi tej części Europy: Cesarz Bizancjum Manuel, hospodar wołoski Mircza, księże serbski Stefan i Wenecja (jak zwykle mająca interesy wszędzie). Jego kłopoty nie zakończyły się, gdy został jedynym władcą Imperium. Musiał zmierzyć się jeszcze z „cudownie” odnalezionym bratem Mustafą, który zaginął w bitwie pod Ankarą i szejkiem Beddredinem, który pod hasłem zjednoczenia trzech wielkich religii rozpoczął powstanie. Ostatecznie pokonał wszelkie przeciwności, zrekonstruował zniszczone najazdami państwo i w końcu spoczął w Bursie.

W pobliżu kompleksu znajdowała się palarnia fajek wodnych. Usiadłem przy stoliku, w pomieszczeniu o szerokich otwartych oknach, z widokiem na tę część miasta. Gdy dumałem pykając jabłkowy tytoń ze wszystkich stron rozległy się śpiewy muezinów. Po kolei odzywał się minaret za minaretem, drążąc powietrze jękliwymi dźwiękami. Było głośno i kakofonicznie. Dźwięki te, z niezrozumiałych powodów, sprawiały mi przyjemność. Również nad ranem lubiłem budzić się na chwilę słysząc Adhan.

Czas był wracać do centrum i zgodnie z odwiecznym rytmem wschodów i zachodów słońca, znaleźć coś do jedzenia. Wybór padł na knajpkę leżącą blisko bazaru. Zająłem miejsce przy stoliku i przyniosłem kilka różnych potraw (jak zwykle: fasolki, bakłażany i frytki). W tym czasie do mojej rodziny przysiadła się ortodoksyjna rodzina turecka. Trzy kobiety w chustach rozsiadły się wygodnie i czekały na obsłużenie przez mężczyznę, który donosił im jedzenie i napoje. Najmłodsza z nich, wyglądająca na nastolatkę, była żoną mężczyzny. Panie zerkały na nas ciekawie nie odzywając się jednak. Głowa rodziny, po doniesieniu wszystkich koniecznych wiktuałów, sam usiadł i wdał się ze mną w pogawędkę. Pytał o wrażenia z Bursy. Widziałem jego dumę, gdy chwaliłem piękno miasta. Na pytania mojej żony również odpowiadał, ale zwracając się do mnie. W tym kraju mogłem czuć się jak „prawdziwy mężczyzna”.

Następnego dnia nadszedł czas by opuścić Bursę i ruszyć w kierunku morza śródziemnego, by dać chwilę szczęścia najmłodszemu uczestnikowi naszej wyprawy, spragnionemu kąpieli w falach.

Olympia –czyli raj

Wiedziałem czym pachnie wybrzeże. Napawające odrazą kurorty, hordy wczasowiczów. Szczerze nienawidziłem takich miejsc, a myśl o tym, że mógłbym w jednym z nich spędzić czas choć odrobinie dłuższy od chwili, powodowała ból głowy. Nerwowo przeglądałem przewodnik by w końcu natrafić na Olimpos –miejsce w którym zakazano budowy hoteli, ze względu na sąsiedztwo rezerwatu. I ta nazwa!

Po paru godzinach dotarliśmy do Antalyi. Minąłem zniesmaczony to miasto-kombinat, produkujące równo przycięte usługi turystyczne. Hotele, droga, wąski pasek plaży –nie chciałem zatrzymywać się nawet na posiłek. Pojechaliśmy dalej wzdłuż morza, przez śródziemnomorską makię, aż zobaczyłem drogowskaz na Olimpos. Kręta droga prowadziła w dół przez las. Jej kiepski stan utwierdzał mnie w przekonaniu, że nie spotkam wielu turystów. W dole czekało miejsce, które sobie wymarzyłem. Szeroka , pusta plaża, drzewa i niewysokie domki campingowe. W jednym z ośrodków z bungalowami znalazłem nocleg. Był też basen. Gdy szedłem ścieżką wyciętą w tropikalnym buszu, spod nóg czmychały zwinne gekony. Raj, obiecany raj na ziemi.

 Zaraz potem kąpaliśmy się w przejrzystej, ciepłej wodzie. Dookoła pustki, nieliczni turyści uciekli przed skwarem do klimatyzowanych wnętrz. Odpoczywałem i napawałem się widokiem. Idealnie przejrzysta woda obmywała szarożółtą, kamienista plażę, na skraju której rosły powykrzywiane sosny. Całość zatoki skryła się pomiędzy łagodne, skaliste góry. Nurkowałem, a potem parzyłem stopy na rozgrzanych kamieniach. Później obiad w jednej z kilku nabrzeżnych knajp. Obiad w uroczym towarzystwie butelki wina. Była to stanowczo pożądana odmiana po ortodoksyjnym wnętrzu kraju.  

Zapadał zmrok,  kiedy ruszyliśmy ze słabo świecącą latarką w góry. Tam w mroku czaiła się Chimera. Przygnieciony potężną górą potwór nigdy nie pogodził się z niewolę i rozsierdzony ział ogniem. Ognie wydobywały się ze skał od starożytności i nigdy nie gasły, będąc drogowskazem dla pradawnych żeglarzy. Kupiłem bilety i poszliśmy drogą, przez mroczny, niski las, raz na jakiś czas spotykając podobne nam upiory. Po półgodzinnej wędrówce zobaczyłem ognie. Przez wieki nieco przygasły, ale dalej robiły wrażenie. Gaz wydobywający się ze szczelin skalnych zapalał się w powietrzu i płonął w wielu miejscach, nie dając się ugasić nawet obficie sypanym przez Szymka piaskiem. Ogień chyba u każdego z nas wzbudza atawistyczne, pełne szacunku uczucia, usiadłem więc na skale wpatrując się w jego blask. Las był pełen dźwięków, a noc ciemna i duszna. Wspaniałe miejsce do wyciszenia po wizytach w gwarnych miastach.

Rano następnego dnia poszedłem wzdłuż plaży, by dotrzeć do ruin Olimpios. Miasta wielu następujących po sobie kultur, które dobudowywały nowe budynki do już istniejących. W końcu cywilizacje zaginęły a miasto pogrążyło się w zielonym buszu.

Właściwie nie wiadomo kiedy osiedlili się tutaj ludzie, ale w II wieku p.n.e. na pewno mieszkali tu już Licyjczycy, a samo miasto było członkiem pierwszej znanej nam formy demokracji –Federacji Licyjskiej, skupiającej 23 miasta. Rządził tutaj również pirat Zenicetes, a po nim Rzymianie, Bizantyjczycy, Wenecjanie, Genueńczycy, by w końcu opuszczone i zapomniane miejsce stało się częścią Imperium Tureckiego. 


Włóczyłem się swobodnie, czując się jak Disneylandzie. Rzymskie łuki sąsiadowały z grobowcami z czasów licyjskich  by zaraz obok spotkać świątynię z pierwszych wieków chrześcijaństwa. Wszystko w głębokiej zieleni i zwisających pnączach. Przez starożytne miasto przepływała wyschnięta rzeka i sieć kanałów. Wskoczyłem do jednego brodząc po kostki w wodzie. W końcu doszedłem do przeciwległego krańca ruin, gdzie młody Turek zorganizował swój interes. W prostym angielskim zapraszał pod wiszące nad niskimi stołami zasłony i zbierał zamówienie na gözleme –tutejsze naleśniki przygotowywane przez dwie starsze panie. Skusiłem się na nie i usiadłem obserwując ich pracę. Wykonywały ją bez słowa, ich kamienne twarze bardziej przywodziły na myśl medytujących tybetańskich mnichów, niż proste kucharki. Naleśniki były pyszne –jeden z lekko zgliwiałym białym serem i jeden ze szpinakiem. Tak pokrzepiony zebrałem rodzinę i wsiedliśmy do samochodu.

Side, czyli jak najdalej stąd

Długo szukałem miejscowości, w której moglibyśmy się zatrzymać. Całe wybrzeże wyglądało na upstrzone miasteczkami-hotelami. W końcu zdecydowałem się na Side. Miało być przyjemnie. Miejscowość pełna starych ruin. Turystycznie, ale z klimatem. Być może to prawda, ale na pewno nie był to mój klimat. Na wjeździe do centrum przywitał nas tłum ludzi, który towarzyszył nam potem przez cały pobyt w mieście. Nocleg udało się znaleźć nadspodziewanie szybko -w mocno przechodzonym bungalowie (najtańszy dotychczas w Turcji). Camping nie był nastawiony na zachodnich turystów o grubych portfelach, w domkach wokół rozlokowali się Turcy i parę młodych osób z Niemiec. Po wyjściu na deptak znów natknąłem się na tłum ludzi. To chyba był inny kraj. Mijałem kuso odziane dziewczęta i młodych chłopców w krótkich szortach. Zewsząd otaczały mnie języki starej Europy: polski, rosyjski, niemiecki i angielski. Ze strzępów zasłyszanych rozmów układałem plan dnia przeciętnego turysty. Plażowanie, wycieczka do zabytków, skok na spadochronie, wieczorna biesiada. W przypadku osób młodych dochodziły jeszcze łowy na przedstawicieli płci odmiennej.

Brnąc w kierunku centrum mijałem naganiaczy z nabrzeżnych knajp, nachalnie zaczepiających każdego przechodnia w każdym z możliwych języków. Mijałem odpustowe budy z tysiącami błyszczących pamiątek –kapelusików, flag, kamyków, muszli. Nie mogąc przejść deptakiem zszedłem na burą, wąską plażę. Miejscowy fotograf robił zdjęcia wyginającej się w łuk młodej turystce. Ustawiał ją na tle zachodzącego słońca lub przy „malowniczej” łódce. Robił przy tym tak profesjonalne miny, jakby fotografował top modelkę. Dziewczyna była wniebowzięta, z pewnością zdjęcia ozdobią jej profil na Facebooku.

Postanowiłem się wykąpać. Morze było płaskie jak autostrada, płycizna ciągnęła się przez dziesiątki metrów. Nawet mój syn odmówił pływania w tych nieciekawych warunkach. Tak więc dalej w kierunku centrum, nabrzeżną promenadą. W końcu doszedłem do rzymskich ruin. Tłum kłębił się i tam. Znudzone Rosjanki wspinały się na okna starożytnych budowli by cyknąć pamiątkową fotę. Wszyscy kręcili się szukając kolejnego miejsca na drinka. Byłem głodny, ale tym razem wolałem wrócić do bungalowu i tam samodzielnie przygotować posiłek. Kupiłem pomidory i papryki, które okazały się plastikowe i ohydne w smaku. 

Wszystko to różniło się drastycznie od wnętrza kraju. Wśród tłumu turystów nie mogłem dostrzec prawdziwego życia. Przypomniałem sobie Neseber w Bułgarii, który odwiedziłem dwa lata temu, pamiętając jego urok sprzed piętnastu lat. Tam jak i w Side tkanka miejska zaniknęła ustępując miejsca knajpom, sklepom z pamiątkami i innym przybytkom służącym wielonarodowej tłuszczy. Zniknęli też prawdziwi ludzie pozostawiając miejsce jedynie obsłudze turystycznej.

Już wiedziałem -byle jak najdalej stąd. Wybór padł na Konyę. Mapa, którą kupiłem w Polsce kończyła się w okolicach Bursy. Próbowałem wcześniej kupić jakąkolwiek inną na stacjach benzynowych, ale było to niemożliwe. Nie znalazłem też żadnej w informacji turystycznej. Dopiero sklep z pamiątkami zaoferował mi schematyczną mapę Turcji z małymi rysunkami atrakcji. Dalej poruszaliśmy się dzięki niej.

Konya –czyli gdzie ten fundamentalizm

Do Konyi przyciągnęła mnie sława najbardziej ortodoksyjnego miasta Turcji. Chciałem zobaczyć jak daleko posuwa się turecki islam. Czy spotkam kobiety w czadorach i brodatych mężczyzn o ognistych spojrzeniach? Z drugiej strony, to przecież miasto łagodnego mistyka Mevlany. Przywędrował on tutaj wraz z rodziną na początku XIII wieku, gdy jego ojciec zdecydował się opuścić Chorezm w obawie przed Dżyngis Chanem. To tu młody Rumi wstąpił na ścieżkę sufi, by po wielu latach stać się jednym z największych myślicieli islamu i jednym z największych poetów Turcji. Sednem myśli Mevlany była miłość do Boga. Poprzez miłość człowiek stawał się częścią idealnej harmonii wszechświata, jedynie poprzez miłość mógł Boga odnaleźć. I nie tylko wyznawcom islamu objawienie to było dane, również czciciele innych religii podążali do zrozumienia, być może tylko bardziej krętą ścieżką. Poeta, mistyk, wzór tolerancji. Do Konyi współczesnej spieszą liczni wierni, by zadumać się w jego sanktuarium. Tak więc, jaka Konya? Tolerancyjna i mistyczna, czy też ortodoksyjna? Nie wiedziałem czego się spodziewać i nie wiedziałem czy znajdę odpowiedzi na moje pytania.

Od wjazdu polubiłem to miasto za jego orientalny, odmienny charakter. Uderzyła mnie intensywność ruchu ulicznego. W stosunku do poprzednio odwiedzanych miejsc, inni byli też uczestnicy ruchu. Na ulicy, obok zwykłych samochodów osobowych, sunęły skutery załadowane po brzegi towarami, lub wiozące czteroosobową rodzinę, obok ciężarówki objuczone bardziej niż wydawałoby się to możliwe, pomiędzy nimi uliczni sprzedawcy ciągnący swoje wózki i trójkołowe motorki ze skrzynią do przewozu towarów. Wszystko to bardziej przypominało gwarne Indie niż centra miast z naszej części Europy.

Zatrzymaliśmy się w pobliżu bazaru, w dzielnicy pełnej gwaru i pośpiechu. Przez okno hotelu obserwowałem ludzi, kłębiących się jak mrówki.

Samo miasto na pierwszy rzut oka nie wydawało się szczególnie religijne, różnice tkwiły jednak w drobnych szczegółach. Tutaj nie tyle ciężko było zjeść cokolwiek za dnia -tutaj było to prawie niemożliwe. Nadgorliwi restauratorzy zakrywali witryny swoich zamkniętych przybytków szarym papierem, by nie drażnić bogobojnych mieszkańców. Alkohol, cóż… udało mi się kupić po godzinie poszukiwań. Krążyłem po mieście szukając znajomego szyldu Efez. Pytałem w sklepach, zapytałem też taksówkarza, wzruszył ramionami i odpowiedział: „ Good luck!”. W końcu, zmęczony i zrezygnowany, odkryłem w bocznej bramie mały kiosk, w którym chłopiec sprzedawał kilka butelek piwa i jedną (!) butelkę wina. Skrzętnie zapakował mi ją w czarną , nieprzeźroczystą reklamówkę i podał. To tyle, jeśli chodzi o radykalizm. Jeśli istniał tutaj, to w przekonaniach i postawach mieszkańców, na ulicach nie był specjalnie widoczny.

Następnego dnia ruszyłem do miasta. Żar lał się z nieba, a wszędobylski hałas i kurz męczył mnie z każdą minutą coraz bardziej. Powoli przedzierałem się przez upał do muzeum Mevlany. Z daleka już zobaczyłem autokary. Miejsce to odwiedzane jest zarówno przez wiernych jak i tłumy turystów, przyjeżdżających najczęściej w ramach fakultatywnych wycieczek, do Konyi i Kapadocji. Kupiłem bilet i ospale poczłapałem w równym rządku zwiedzających. Turyści rozmawiali głośno, robiąc zdjęcia i pospiesznie przemykając przez muzeum Inaczej zachowywali się wierni. W skupieniu przechodzili od grobowca do grobowca, wyciągając dłonie wnętrzem do góry, dotykając grobów lub modląc się. Nad wszystkimi wybrzmiewała łagodna muzyka fletu trzcinowego. Instrument ten miał niebagatelną rolę w obrzędach sufich, a jego jękliwy dźwięk porównywany był do płaczu zagubionej duszy oddzielonej od Boga i pragnącej się z nim złączyć. Sam grób Nauczyciela był najbardziej okazały ze wszystkich. Zatrzymałem się wśród tłumu Turków, myśląc o przyjaznej filozofii leżącego tam człowieka i zastanawiając się, ile z jego myśli przeniknęło do umysłów otaczających mnie ludzi.

Sam kompleks zwieńczony był jedną z najpiękniejszych wież jakie dane było mi zobaczyć, pokryta turkusowymi płytkami górowała nad otoczeniem. Zachwyt budziły też zabytki kaligrafii. Każdy kto czytał „Nazywam się Czerwień” Pamuka, wie jak istotna była to sztuka dla islamu. Długo przyglądałem się miniaturom. Artyści obchodzili w nich zakaz przedstawiania istot żywych, czyniąc z nich część pisma. Postacie zwierząt i ludzi nie przedstawiały najczęściej konkretnych istot, a były obrazem samego ich jestestwa. Tak jak słowo koń odnosi się do wszystkich koni świata, tak jego wizerunek na miniaturze oddaje całą istotę tego, czym jest to zwierzę. W muzeum nie było wielu ksiąg, ale i tych kilka wystarczyło bym przez godzinę delektował się ich pięknem.

Po wyjściu z Muzeum, kupiłem dwie płyty z muzyką fletów i ceramicznego wirującego derwisza dla syna, potem ruszyłem w kierunku Alaettin Camii, meczetu położonego na wzgórzu, którego budowę rozpoczęto w XII wieku. Niestety był zamknięty, ale mój trud wynagrodził wspaniały widok Konyi. Na zielonych trawnikach i długich schodach bawiły się dzieci pod czujnym okiem matek w chustach. Kobiety wyglądały pięknie, spod chust wyglądały duże ciemne oczy, a szczelnie opatulający ich szczupłe ciała strój, pozostawiał duże pole dla wyobraźni. Przez dłuższy czas obserwowałem zabawę ich potomstwa, a potem ruszyłem na bazar, moje ukochane miejsce w każdym tureckim mieście.

Bazar ciągnął się całą dzielnicą, gdzie pomiędzy domami rozwieszono plandeki chroniące przechodniów przed słońcem. Domy były niskie, parterowe lub piętrowe. Każdy zbudowany w innym „stylu”, część niedokończona. Całość tworzyła niesamowity, eklektyczny krajobraz, tak jakby z kawałków budynków, próbować zbudować całe miasto. W sercu targowiska odkryłem wspaniały meczet, drewno połączone z niebiesko-białymi płytkami, pełnymi ornamentów. Przysiadłem w jego wnętrzu, odpoczywając w ciszy i chłodzie. W środku nie było wielu ludzi, co jakiś czas ktoś wchodził, odmawiał modlitwę i ruszał dalej do swoich spraw. Chłonąłem tę atmosferę, tak różną od pełnego pośpiechu miasta.

Gdy wyszedłem zapadał już mrok i nastawał czas posiłku. Nad ulicą unosił się dym z ulicznych knajpek. Okazało się, że wszędobylskie, trójkołowe skutery, mają jeszcze jedno zastosowanie –mogą służyć jako przewoźnie restauracje, zaspokajając łaknienie przechodniów.

Biedniejsi przetrząsali śmieci wyrzucone przez sprzedawców, w nadziei znalezienia czegokolwiek do jedzenia. Dzień kończył się, a ja wróciłem do hotelu. Następnego dnia mieliśmy wyruszać do Kapadocji.

Kapadocja, czyli święci bez twarzy

Kapadocja odrzucała mnie wizją autokarów pełnych turystów i bezosobowych hosteli, w którym wszyscy mówią w simply English. Przyciągała sławą centrum chrześcijańskiego świata, sławą miejsca, gdzie najdłużej przechowano tradycję dawno upadłego Bizancjum. Postanowiłem zaryzykować, mając nadzieję, że koszmar śródziemnomorskich kurortów tutaj się nie powtórzy.

Jechaliśmy przez wypłowiałe od słońca pagórki, z których gdzieniegdzie wyłaniały się fantastyczne kształty. Po drodze minęliśmy starszego mężczyznę, dostojnie kroczącego z rękoma z tyłu. Istota idąca przed nim, którą początkowo wziąłem za objuczonego osła, okazała się jego równie wiekową żona uginającą się pod ciężarem ogromnego snopka siana. Wreszcie dotarliśmy do pierwszej miejscowości: Derinkuyu. To tutaj znajdowało się największe podziemne miasto. Zatrzymałem się na parkingu w pobliżu starej bizantyjskiej świątyni. Wybudowana z tufu przypominała swoje ormiańskie siostry. Niestety była zamknięta na wielką zardzewiałą kłódkę. Opuszczony kościół sprawiał równie przygnębiające wrażenie, jak rozciągające się wokół zrujnowane miasteczko. Walące się parterowe budynki, upał i tumany kurzu unoszonego przez wiatr.

Na parkingu rozsiadły się stare kobiety o pomarszczonych, ogorzałych twarzach. Próbowały sprzedać turystom własnoręcznie robione laleczki, skarpetki i inne pamiątki. Ruch był niewielki, interes nie wyglądał na zbyt dochodowy. Nagabywały również mnie i w miarę mojego oddalania, podawały coraz niższe kwoty, mając nadzieję, że zdecyduję się zawrócić. W malutkim, kamiennym domu rozgościł się antykwariusz, jego bibeloty w większość wyglądała na repliki. Próbował sprzedać „greckie” monety z wizerunkiem mężczyzny o ogromnym przyrodzeniu. „Turcy mają większego” uśmiechnął się od ucha do ucha. Nawet w taki sposób warto było upokorzyć dawnych władców tej ziemi i pokazać wyższość własnej nacji, która zadomowiła się tutaj na dobre.  

Nie kupiłem niczego i za grupką turystów poszedłem w kierunku podziemnego miasta. Z zewnątrz nic nie zapowiadało wielkości podziemnych korytarzy. Mały budynek krył zejście w dół, do jaskiń wygrzebanych w miękkim tufie. Podobno pierwsze podziemne miasta powstawały na tym terenie 2000 lat p.n.e., na pewno jednak istniały w czasach bizantyjskich. Na ziemi tej, nękanej ciągłymi napadami Turków i Arabów, podziemne domostwa dawały poczucie bezpieczeństwa. Miasto które przemierzałem, mogło być samowystarczalne przez długi czas. System wentylacji zapewniał świeże powietrze, wodę czerpano ze studni, prowiant wystarczał nawet na pół roku, a potrzeby duchowe zaspokajała podziemna świątynia. Ziemie najeżdżane wciąż przez obcych, zwykle tworzą budowle zapewniające schronienie. Tak było i w Rumunii, gdzie powstała cała sieć warownych kościołów, umożliwiających wielomiesięczną obronę w przypadku najazdu. Tak było w gruzińskiej Tuszetii, gdzie kamienne warowne wieże, nie tylko chroniły mieszkańców, ale także poprzez ognie palone na ich szczytach umożliwiały przesłanie ostrzeżenia innym wsiom. Tak było i w Kapadocji, choć tutaj schronienie przybrało wymiar totalny. Schowaj się tak, by wróg nie dowiedział się nawet o twym istnieniu. Dysproporcja sił była tak wielka, że ta taktyka okazała się najrozsądniejszą forma zachowania życia.

Ruszyliśmy dalej, w głąb Kapadocji, chcąc znaleźć nocleg. Mijając kolejne miasteczka dojechaliśmy do Goreme. Miejsce było pełne turystów. W domach, również tych skalnych, rozmieściły się hotele. Kierując się zasobnością portfela wybrałem hostel (niestety…) na uboczu. Położony pomiędzy skałami, poza schludnym pokojem, oferował również basen pełen zimnej wody. We wspólnej sali przewijali się młodzi goście różnych narodowości i anglojęzyczna obsługa lokalu. Postanowiłem wybrać się następnego dnia do osławionego skansenu, by obejrzeć najlepiej zachowane skalne kościoły. W środku nocy obudziło mnie walenie bębnów, które znałem już z Bursy. Tym razem trwało ono dłużej, nie pozwalając na spokojny sen.

Wstałem rano, by zdążyć na otwarcie i być przed tłumem turystów nadjeżdżających znad morza. Kupiłem bilet i wszedłem do środka. Niestety, pięć minut później zamknięty teren wypełnił się zawartością kilku autokarów. Próbowałem obejrzeć niektóre z sanktuariów, jednak ilość ludzi praktycznie to uniemożliwiała. Malutkie kościółki wypełniały się szybko Japończykami, Polakami i reprezentantami innych nacji, biegającymi z jednego miejsca do drugiego. Jakiekolwiek oglądanie, nie mówiąc o kontemplacji, nie było możliwe. Żałowałem, że nie jestem w stanie dojrzeć znad głów wspaniałych fresków. Było to jedne z niewielu miejsc w Kapadocji, które uchroniło się od plagi ikonoklazmu rozwijającej się w VIII i IX wieku. Wyznawcy tej doktryny, wspierani potężnym autorytetem cesarza Bizancjum, uważali, że jakiekolwiek przedstawianie Boga czy świętych jest niedopuszczalne. Ruch ten wywodził swoją myśl wprost z biblii, gdzie napisano: "Nie będziesz czynił żadnej rzeźby, ani żadnego obrazu tego, co jest na niebie wysoko, ani tego, co jest na ziemi nisko, ani tego, co jest w wodach pod ziemią. Nie będziesz oddawał im pokłonu i nie będziesz im służył, ponieważ Ja, Pan, twój Bóg, jestem Bogiem zazdrosnym, który karze występek ojców na synach do trzeciego i czwartego pokolenia względem tych, którzy Mnie nienawidzą.". Wierzenia ikonoklastów spowodowały ogromne zniszczenia w kościołach na terenie całego Bizancjum, bezpowrotnie niszcząc wspaniałe zabytki. Dopiero II Sobór Nicejski w 787 roku zezwolił ponownie na kult ikony, również kierując się Biblią. Przecież w nowych Testamencie, Chrystus, będący Bogiem, ukazał ludziom swoją twarz, tym samym zmieniając nakazy Starego Testamentu. Nawrót ikonoklazmu miał miejsce jeszcze w 813 roku by ostatecznie zniknąć dzięki regentce Teodorze trzydzieści lat później. Niestety, niewiele fresków pozostało do tego czasu.

Pozostawiłem skansen zwiedzającym i udałem się w kierunku wzgórz rozciągających się obok Goreme. Paliło słońce, a żółto czerwone pustkowie nie dawało szans na schronienie w cieniu. Jedyne drzewa rosły w dolinach. Na zboczach spotykałem tylko karłowate, metrowe migdałowce i wyschnięte trawy. Tutaj był jednak upragniony spokój. Góry układały się w fantastyczne, różnokolorowe kształty. Pomiędzy nimi rosły winorośle. Ziemia wydająca się tylko piaskiem, w rzeczywistości była żyzną zwietrzeliną tufu, rodzącą wspaniałe winogrona. W wysokich skałach widać było wykute malutkie pomieszczenia, w których kiedyś zapewne mieszkali ludzie (nie miałem pojęcia w jaki sposób wspinali się kilka metrów do góry).

Po jakimś czasie zszedłem do doliny poszukując ukrytych w niej kościołów. Ludzi w dalszym ciągu było niewiele. Znalazłem pierwsze świątynie. Surowe i opuszczone tchnęły archaicznym pięknem. Kawałek dalej była też herbaciarnia pod drzewem. Dwaj mężczyźni oferowali wędrowcom napoje i proste przekąski. Tuż nad stolikami były zamknięte na kłódkę stalowe drzwi. Od jednego z mężczyzn dowiedziałem się, że za nimi jest świątynia a klucz jest u niego. Po krótkich pertraktacjach otworzył, a ja wszedłem do chłodnego wnętrza. Naprzeciw wejścia zobaczyłem wspaniały fresk. Chrystus Pantokrator siedział na tronie w otoczeniu świętych, w lewej ręce trzymał Biblię, złączone palce prawej dłoni symbolizowały dwoistą naturę Jezusa –boską i ludzką. Wszystkie twarze były wydrapane, ale nie ujmowało to piękna wizerunkom. Nade mną, wykuty w skale, widnial monumentalny bizantyjski krzyż, wpisany w okrąg. Usiadłem na kamiennych ławach, myśląc o mnichach zaludniających niegdyś te pagórki. Islam był wobec nich tolerancyjny. Początkowo wszystkie ludy księgi cieszyły się w imperium sułtanów sporą autonomią. Aż do XIV wieku, mimo czterystu lat władzy tureckiej, kościoły tutejsze tętniły życiem. Szkoda, że muzułmanie, w trakcie następnych wieków radykalnie stracili takie podejście. Niewątpliwie przyczyniły się do tego europejskie wyprawy krzyżowe.

Odpocząwszy wróciłem doliną do Goreme. Wieczorem chciałem odwiedzić jeszcze opuszczone miasto.

Zaparkowałem w Cavusin, u podnóża opuszczonej części miasteczka. Po kataklizmie mieszkańcy przenieśli się na dół, lecz nigdy nie przywrócili dawnej świetności tego miejsca. Życie toczyło się powoli. Opustoszałe uliczki, jedna knajpa, a przed nią starsi mężczyźni pijący herbatę i grający w trik traka. Kobiet nie było widać. Nad wszystkim wznosiła się monumentalna skała upstrzona łukami, okienkami i drzwiami do domostw.

Czekała mnie wspinaczka w słońcu, które w dalszym ciągu świeciło pełnym blaskiem. Mozolnie pnąc się pod górę, doszedłem do starego miasta. Pomieszczenia wykute w skale połączone były korytarzami, niektóre z nich nosiły ślady ognia. Idąc przed siebie doszedłem do kolejnego kościoła, pod wezwaniem Św. Jana. Pomieszczenie pozbawione było fresków, zachował się jedynie kształt świątyni. Przez małe okienka sączyło się do ciemnego wnętrza światło, boki sali wspierały się na wyrzeźbionych w skale kolumnach. Po wejściu wyżej zobaczyłem widok dolin Kapadocji. Usiadłem na chwilę sycąc się ich urodą. Nie było nikogo, w szczelinach skalnych wył wiatr. Przyglądałem się skałom ciągnącym się po horyzont, w nadziei, że uda mi się zachować ten pejzaż w pamięci na zawsze. Moja dalsza droga prowadziła nad Morze Czarne i następnego dnia rano, miałem znaleźć się już gdzie indziej.

 

Sinop, czyli kurort po turecku

 

Odpaliliśmy samochód rano, by po przejechaniu przez ryżowe pola rzeki Kizilirmark, ujrzeć wybrzeże Morza Czarnego. Sinop rozciągał się na cyplu wysuniętym w bezmiar wody. W pamięci miałem Side i bałem się spotkania z kolejnym nadmorskim kąpieliskiem. Miasteczko przywitało  nas starymi murami i sznurem samochodów ciągnących się przez główną drogę. Zatrzymaliśmy się i szybko znalazłem miejsce do spania. Hotele były tanie i zaskakująco, jak na środek sezonu, puste. Korzystając z ostatnich promieni światła, pojechałem popływać. Kąpieliska było nieco oddalone od centrum i przypominało stare, komunistyczne ośrodki w Polsce. Nabrzeże ze zmurszałego betonu, zardzewiałe barierki i opuszczone budynki śmierdzące moczem. Morze było wspaniałe, nie tak cukierkowe jak Morze Śródziemne, wzburzone, ciemne i znacznie zimniejsze. Pod wodą okazało się równie pełne życia. Nabrzeże oklejone wodorostami było schronieniem krabów wielkości pięści i gromad ryb. O tej porze nie spotkałem tam nikogo. Po kąpieli pokręciłem się chwilę, z nostalgią wspominając wczasy nad Bałtykiem, gdzie bywałem jako dziecko.

Kiedy wróciłem było już ciemno i miasto rozbłysło kolorowymi światłami. Podobnie jak Side, Sinop również żył atmosferą nadmorskiego festynu. Turystów zagranicznych jednak praktycznie nie było, za to wakacje spędzało tutaj dużo tureckich rodzin. Tak więc festyn skrojony był również na turecką miarę. Wyruszyłem na promenadę, na nabrzeżu cumowały łodzie, w których można było kupić wiele gatunków ryb, przygotowywanych przez kucharzy na oczach głodnych spacerowiczów. Dwóch mężczyzn siedziało przed talerzem pełnym małych rybek smażonych w całości, obok trzy młode kobiety w chustach jadły sałatki czekając na swoje porcje.

Na chodniku, mimo, że zegar dawno wskazał 22.00, sześcioletnie dzieci sprzedawały prażony słonecznik. Ich wąsaty ojciec podchodził co jakiś czas sprawdzając utarg. W dwóch wypełnionych po brzegi lokalach młodzi i starzy mężczyźni zapamiętale grali w tavlę i karty. Choć alkohol był tu obecny, większość raczyła się herbatą i oranżadą. Wokół krążyły małe stateczki oświetlone różnokolorowymi neonami. Co jakiś czas, któryś z nich podpływał do przystani, by zabrać kolejną porcję ludzi, a po odbiciu od brzegu rozbrzmieć głośną, rytmiczną muzyką.

Uliczne stragany sprzedawały pamiątki: portrety Ataturka, Erdogana, tureckie książki i świecidełka. Z przewoźnych kramików kupowano lody i przekąski. Wąsaty kucharz w spektakularny sposób nabijał na patyczki małże, by po paru obrotach nimi w powietrzu usmażyć w garnku pełnym oleju i podać wszystkim członkom rodziny tęgiego mężczyzny. Pomiędzy spacerowiczami przemykały małe samochodziki z piszczącymi dziećmi. Pojazdy podświetlone od spodu fioletowym światłem wyglądały jak pozaziemska armia atakująca Turcję. Plac zabaw rozbrzmiewał gwarem. O miejsce przy przyrządach gimnastycznych walczyła z dziećmi starsza kobieta w szarym ubraniu i chuście, która widząc moje zainteresowanie, w prostym niemieckim, wytłumaczyła mi, że lekarz zalecił jej ćwiczenia. Dochodziła dwunasta, a ludzi nie ubywało. Impreza toczyła się na całego. Po powrocie do hotelu, otworzyłem wino i długo jeszcze patrzyłem przez okno na pełną ulicę.

Ranek rozbłysnął znowu ostrym słońcem, poszedłem obejrzeć budzące się miasto. Nocne życie toczyło się prawie do świtu, ale drobne kramiki były już otwarte, a ulicami jeździły ciężarówki pełne towarów. Przeszedłem w poprzek zabudowań by znaleźć się wśród bloków położonych nad przeciwległym brzegiem morza. Budynki były postawione od niechcenia i część z nich sprawiała wrażenie niedokończonych.

Było brudno i śmierdziało. Kamienista plaża upstrzona była śmieciami. W miejscu, gdzie zmurszałe mury runęły do morza, ludzie zrzucali odpadki wprost do wody. Na sporym zboczu schodzącym do morza grasowały tłuste szczury. Kawałek dalej był mały pomost rybacki. Kiedy robiłem zdjęcia, rybacy przyglądali mi się obojętnie, a mały przywiązany do słupka piesek odganiał głośnym szczekaniem. W środku miasta, mimo ramadanu, działały lokanty i otwierano sklepy z pamiątkami. Szczególny podziw budziła witryna pełna modeli statków w wielkości od dwóch metrów do pięciu centymetrów. Rybacy sprzedawali też złowione rankiem ryby a topniejący lód znaczył ulicę spływającymi rzeczkami.

Przebrałem się i pojechałem w głąb cypla. Tuż za miastem była mała plaża pełna czarnego piasku, zewsząd okolona wysokimi skałami. Obok plaży znajdował się bar, czy też właściwie zadaszone stoliki, przy których można było napić się kawy, albo zjeść ciastko. By znaleźć się na dole, trzeba było zejść długimi i wąskimi schodami. Wejście nie było darmowe, schodząc uiszczało się drobną opłatę młodym chłopcom, ale dzięki temu ludzi było znacznie mniej, a ja miałem poczucie małej ekskluzywności.

Na plaży gości było mało, pogoda cudowna, woda ciepła i przejrzysta. Obok mnie leżakowała para z trójką dzieci, dalej starsze małżeństwo i jeszcze kilka osób, razem było nas nie więcej niż dwadzieścia. Intymna, sielankowa atmosfera udzielała się wszystkim. Dzieci kąpały się w morzu pod okiem matek, a poważni ojcowie palili papierosy w cieniu, z dumą spoglądając na swoje rodziny. Czułem się doskonale, obserwując te sielskie sceny. Tak więc wygląda raj w wersji tureckiej. Przyznałem w duchu, że mi również jest bliższy od wersji zachodnioeuropejskiej.

Dzisiaj żegnaliśmy się z morzem. Jutro czekał nas ostatni etap podróży przed wyjazdem z Turcji –Safranobolu, choć jeszcze nie wiedzieliśmy, że tam nie dotrzemy.

 

Safranobolu czyli Kastamonu

Mknęliśmy wzdłuż wybrzeża w kierunku ostatniego przystanku podróży –Safranobolu. Droga nie wydawała się długa, więc zatrzymaliśmy się na dwa przystanki. Pierwszy przed Abaną, gdzie duże fale wzbudziły entuzjazm mojego syna. Drugi raz w Inebolu. Miasteczko rozciągało wśród pięknych, zielonych pagórków. Przez środek płynęła zaśmiecona, wysychająca rzeczka. Wzdłuż nabrzeża stały pickupy i samochody dostawcze. Na małym bazarku i na głównej ulicy rolnicy i rzemieślnicy handlowali swoimi towarami. Szedłem wzdłuż stoisk z chustami, siodłami, owocami. Połowa kramów oferowała czosnek, z którego hodowli Inebolu słynęło. Zatrzymałem się obok grupki zawzięcie dyskutujących mężczyzn. Jeden z nich, wysoki i wysuszony, sprzedawał na naprędce zorganizowanej ladzie, naręcza czosnku. Ubrany był typowo –brązowe spodnie i marynarka, koszula i czapka, jednak stan ubrań zdradzał biedę. Postanowiłem kupić jego produkty. Uwielbiam czosnek, a ten tutejszy w niczym nie przypominał chińskich podróbek sprzedawanych w polskich supermarketach. Lepki i pachnący tworzy inną jakość potraw. Spytałem o cenę, a kiedy mężczyzna ją podał, poprosiłem o 3 kg (30 TL). Odchodząc uśmiechałem się długo, mając przed oczami jego szczęśliwe i zdziwione spojrzenie. Nieczęsto zdarzali mu się klienci wykupujący pół towaru bez targowania się. Odjeżdżając, na rubieżach miasta, minąłem dymiące wysypisko śmieci, położone tuż na rzeką.

Kilkadziesiąt kilometrów dalej zatrzymałem się na stacji benzynowej. Podczas płacenia odkryłem, że z portfela zniknęły wszystkie dokumenty samochodu. Szybkie przeszukanie bagaży nie przyniosło żadnych rezultatów. Poczułem się nieswojo. W kraju, gdzie fakt wjazdu samochodem dokumentuje się specjalnym wpisem w paszporcie, nie wyglądało to zbyt dobrze. Było jeszcze wcześnie a najbliższym dużym miastem okazało się Kastamonu. Postanowiłem zgłosić tam policji fakt zaginięcia dokumentów.

Po kilkudziesięciu minutach byliśmy na miejscu i przy głównej ulicy znalazłem okazały budynek policji. Po wejściu do dużego holu nie spotkałem nikogo i dopiero błądząc chwilę po pustych korytarzach odnalazłem pierwszego mundurowego. Spróbowałem niemieckiego i angielskiego, ale mimo ogromnych chęci rozmówcy nie był on w stanie pojąc ani słowa. Po chwili zadzwonił gdzieś i zaproponował kawę. Kilka minut później pojawił się młody człowiek w obstawie dwóch funkcjonariuszy. Niski, lekko łysiejący, był ubrany w drogi garnitur, co zdradzało wyższą szarżę. „I speak English” rzekł. Na mój potok słów odpowiedział nic nierozumiejącym spojrzeniem. „Not so fast Sir”. Zrozumiałem, że muszę swój problem ująć w prostsze słowa. Po chwili udało mi się wyłuszczyć w czym rzecz. Mężczyzna okazał się komendantem regionu a sprawa nie leżała w jego kompetencjach. Jednak przydzielił nam eskortę i kazał odwieźć na posterunek miejski policji. „Turkish police are good people” –pożegnał się ze mną komendant.

 Nasz nowy towarzysz wyglądał jak wycięty z filmu o trochę zepsutych gliniarzach. Nosił brązową koszulę i marynarkę, spod której wystawała niedbale kabura pistoletu. Nieogoloną twarz rozjaśniał uśmiech, kiedy dowcipkował po turecku, mrugając do mnie porozumiewawczo, tak jakbym pojmował jego żarty. Po dziesięciu minutach dotarliśmy do posterunku miejskiego. Eskortujący nas porozstawiał szeregowych stójkowych po kątach i wytłumaczył dyżurnemu o co chodzi. Siedziałem w sali przyjęć, pod ogromnym portretem Ataturka, mając przed oczami cytaty z jego przemówień. Nie działo się zbyt wiele, a oczekiwanie przerywali jedynie kolejni policjanci, którzy przychodzili popatrzeć, kto u nich zawitał. Po jakimś czasie dostałem kawę od mężczyzny, który zagadnął po niemiecku. Minęła już prawie godzina od kiedy przyjechałem i traciłem nadzieję na kontakt z kimkolwiek. Jednak on, po zamienieniu paru słów i wspomnień o swojej pracy w Niemczech, poszedł w swoją stronę. Po dwóch godzinach młody funkcjonariusz zaprowadził mnie do pokoju by, za pomocą Google Translate, oznajmić: wir warten auf Ubersetzer. Próbowałem wytłumaczyć, że nie ma potrzeby, że jego kolega mówi po niemiecku, ale on wciąż wskazywał na ekran komputera –wir warten auf Ubersetzer. Zaproponował też kolejną kawę i udostępnił komputer mojemu synowi, by grą zabił upływający czas. Powoli zmierzchało i byłem głodny, miałem też okazje być świadkiem scysji dwóch młodych kobiet, skarżących się jedna na drugą policjantom. Nic nie rozumiałem ale z przyjemnością obserwowałem ich emocjonalne gesty i grymasy. Mężczyźni traktowali je mocno protekcjonalnie, jednocześnie bezradnie poddając się natłokowi wypowiadanych przez panie słów. W końcu sprawa była jednak załatwiona, a ja czekałem dalej.

Zapadł wieczór, rozległy się śpiewy  i wszyscy zajęli się jedzeniem, w końcu był ramadan i trudno było się dziwić, że po dniu postu pożywny posiłek był najważniejszy. Kiedy wszyscy skończyli i ospale przechadzali się po pokojach, do budynku wparował komendant miejski policji w towarzystwie młodej pary. Sprawy potoczyły się szybko. Komendant zaprosił mnie do swojego gabinetu, gdzie czekało dwoje jego młodych towarzyszy oraz policjant z przygotowaną maszyną do pisania. Rozpoczął się dziwny spektakl. Komendant mówił do kobiety po turecku, ta przekazywała to, co mówił komendant swojemu towarzyszowi w dziwnym języku, a ten, w niezgrabnym angielskim, mówił do mnie. W odwrotną stronę sytuacja była identyczna, ja mówiłem po angielsku po chłopaka, ten do dziewczyny, a ona do komendanta. Na koniec komendant przekazywał policjantowi co ma pisać. Po krótkiej rozmowie okazało się, że moi tłumacze są Irańczykami, czekającymi na możliwość wyjazdu na Zachód. Byli ładnymi ludźmi, ciemnowłosi i szczupli. Nosili się europejsko i nie przystawali do tutejszej rzeczywistości. Dorabiali jako tłumacze w miasteczku, gdzie niewiele osób mówiło po angielsku. Była dziesiąta, gdy otrzymałem efekt wspólnej pracy zespołu –jedną kartkę papieru zapisaną po turecku. Komendant zapewnił mnie, że będzie honorowana na wszystkich granicach świata.

Policjanci zatroszczyli się o nasz nocleg, proponując znalezienie hotelu. Ja jednak, bojąc się, że zawiozą nas do najdroższego przybytku w mieście, postanowiłem poszukać szczęścia na własną rękę. Wyszliśmy w towarzystwie Irańczyków i szybko znalazłem nocleg. Nie zostało zbyt wiele czasu na zwiedzanie Kastamonu. Musiał wystarczyć spacer główną ulicą, przedzieloną w środku kanałem z płynącą wodą. Miasto zrobiło na mnie dobre wrażenie i kiedyś z pewnością tam wrócę. Niestety następnego dnia nadszedł czas wyjazdu.

Droga, droga, droga …

Ponad 7000 km, w tym większość w Turcji, często 500-600 km dziennie. Tak więc Droga. Koniecznym stało się poświęcenie jej kolejnego rozdziału. Opustoszałe miasteczka, wysokie góry, spalone słońcem stepy i dwie kreski ciągnące się aż po horyzont. Doświadczenia, w naszej części Europy, nie spotykane.

Od granic Turcji jechałem trzypasmową drogą. Doskonała nawierzchnia i pustka. Do Stambułu jeszcze duży ruch, samo miasto to wielogodzinne korki, potem zatłoczona droga wzdłuż morza Marmara. Dalej już tylko pojedyncze samochody i w zasadzie tureckie rejestracje. Poruszaliśmy się z miasta do miasta, prawie codziennie zmieniając miejsce, krajobrazy za oknem przesuwały się jak w kalejdoskopie.

Wszędzie płaciłem za przejazd specjalną kartą, którą można zakupić przy wjeździe na autostrady. Częste były stacje paliwowe lokalnych marek. Olej napędowy był drogi, nawet bardzo, obecnie nasze ceny doganiają tureckie, ale przygotować się trzeba na ponad 6zł/litr.

Pierwsza część drogi wiodła wzdłuż morza Marmara. Duży tłok i gęste zaludnienie. Miasta łączyły się ze sobą, sprawiając wrażenie jakby Stambuł nigdy się nie kończył. Dookoła wzrastały nowe fabryki, dając świadectwo rosnącej potęgi gospodarczej Turcji. W jednej z miejscowości zjechaliśmy nad samo morze i zjedliśmy śniadanie na jego brzegu. Brzydko i brudno, choć w wodzie pełno dzieci. Na drugiej stronie Morza Marmara piętrzyły się zakłady przemysłowe.

Droga nad Morze Śródziemne to już pusta przestrzeń. Co jakiś czas miasteczko z wysłużonym przystankiem autobusowym. Puste stacje benzynowe z wielkimi placami. Mijaliśmy pojedyncze samochody. Niestety natknęliśmy się także na policję. Na poboczu stał samochód przodem do mojego kierunku jazdy i sprawdzał prędkość radarem, kilometr dalej czekali już policjanci. Mimo małego ruchu udało im się złowić trzy samochody. Za przekroczenie prędkości o 15 km dostałem 140 lir mandatu. Chciałem zapłacić, ale policjanci odmówili przyjęcia gotówki. Kierowca jednego z zatrzymanych samochodów wytłumaczył mi po niemiecku, że mogę zapłacić w najbliższej miejscowości. Mandatu w efekcie nie zapłaciłem do dzisiaj.

Z Side w kierunku Konyi jechaliśmy przez zakurzony, porośnięty wyschnięta trawą step, a także przez przepiękne, dzikie góry. Rzadkie wioski wyglądały na wymarłe. Zatrzymaliśmy się w przydrożnych barze, gdzie byliśmy jedynym klientem. Mimo braku ruchu obsługa i jedzenie okazały się świetne. Przed barem przejeżdżały stare pickupy jak z amerykańskich filmów a w rogu lokalu stały trzy wysłużone fotele masujące, w których można było się zrelaksować przez dalszą jazdą.

Droga z Konyi do Kapadocji to prawie pustynia. Piasek był słony i nie bardzo chciało na nim cokolwiek rosnąć. Pod drodze dwie atrakcje. Pierwsza to stary karawanseraj w Sultanhani. Warto zatrzymać się na chwilę i pospacerować w chłodnych, ciemnych wnętrzach. Zwraca uwagę również sama bryła budynku, przypominająca bardziej twierdzę. Miejsce to było dawnej niespokojne i często trzeba było bronić się przed różnymi bandami chcącymi złupić podróżnych. Drugie miejsce, które chciałem odwiedzić, to wyschnięte, słone jezioro. Ze szczątkowej mapy wynikało, że znajduje się ono dość daleko od głównej drogi. W pewnym momencie wjechałem więc w step wzniecając chmury kurzu. Przejechaliśmy parę kilometrów, ale pustka ciągnęła się w nieskończoność. Nie udało się dojechać do jeziora, niestety musiałem zrezygnować.

Samochód często prowadziła Agnieszka. Na mijanych, tureckich kierowców działało to jak płachta na byka, momentalnie przyspieszali. Po drodze dochodziło do pasjonujących wyścigów. Kobieta jako kierowca miała też swoje niewątpliwe zalety, po raz kolejny, to ona dała się złapać się na radar, tym razem wystarczył jednak uśmiech i trzepotanie rzęsami. Policjant zrezygnował z ukarania mojej żony, dobrotliwie machając ręka.

Z Kapadocji nad Morze Czarne droga była już znacznie gorsza. Na domiar złego chciałem skrócić trasę i przejechać boczna drogą. Cóż, po kilkunastu kilometrach odkryłem swój błąd. Asfalt zamienił się w polną drogę, wąską i krętą, wijącą się to w górę to w dół. Dodatkowo, często z naprzeciwka nadjeżdżały ciężarówki. Szerokość drogi uniemożliwiała minięcie się i ja, jako słabszy, musiałem cofać do pierwszej zatoczki. Trudy wynagrodził widok pól ryżowych i „przebiegające” przez drogę żółwie.

Na drogach tureckich czułem się jak w amerykańskich filmach. Pustka, żar i kurz i pasek asfaltu ciągnący się aż po horyzont. Jazda sama w sobie była przygodą, którą syciłem się każdego dnia.

 Epilog czyli tak wiele jeszcze do zobaczenia

Z żalem rozstałem się z Turcją. Otrzymany w Kastamonu dokument w zupełności wystarczył w Turcji, jednak w Serbii pogranicznik zbył mnie prychnięciem, każąc załatwić właściwe dokumenty. Uratowała mnie ogromna kolejka samochodów, której widok przytłoczył pogranicznika i zmusił do niedbałego gestu ręką –jedźcie dalej.

W ciągu dwóch tygodni nie udało się zrealizować wszystkich marzeń o Turcji. Nietknięty pozostał wschód z jeziorem Wan, Trabzonem, Erzurum i Karsem. Mimo braku wcześniejszego planu podróży dobór miejsc okazał się trafiony. Jedyną pomyłką było Side. Turcja to wspaniały kraj pełen wielkich pustych przestrzeni, miast obrosłych wielowiekową tradycją i cudownych ludzi. Wszędzie czułem się bezpiecznie, wszędzie mogłem liczyć na pomoc, o ile przełamałem barierę języka. Żałowałem tylko, że nie dane było mi zobaczyć i nigdy już nie zobaczę wielonarodowej Turcji sprzed stu lat, pełnej Greków, Ormian i innych narodów żyjących w Imperium. Na pewno tu wrócę, koncentrując się na wschodzie i wybrzeżu Morza Czarnego. Do zobaczenia, być może gdzieś wewnątrz Anatolii.

Ps. Miesiąc po powrocie otrzymałem kopertę z komendy w Kastamonu a w nim dokumenty samochodu. Turkish police are good people ...

Odpowiedzi

oooo...

widzę po zapisie o Ramazanie, że w Izniku prawie się minęliśmy...

ale Wam udało się wejść do środka Agia Sofii...

zamieszczaj więcej fotek, pls...

A z nami prawie się minęliście w Edirne - nasza córka też szalała po meczetach, zwłaszcza tym z trzema balkonikami czyli Üç Şerefeli Cami.

jest w tytule ale nie widzę w treści...

jakie okulary mam założyć ?

żeby znaleźć opis owego miasta ?

Bedzie, choć właściwie nie do końca. Bezmiar pracy zalał mnie całego po czubek głowy, ale powoli wracam do świata żywych i biorę się za opis.

Pozdrawiam

Wejście do Agia Sofi nie było trudne, zakupiony bilecik i hop -jestesmy w srodku. Przybytku pilnował jeden Pan wyraźnie zaskoczony naszym przybyciem. Pan był równiez przewodnikiem i postanowił oprowadzić nas po kościele. Pokusił się równiez o wielce wymowne opisy fresków używając dwóch angielskich słów, które znał -very old.

Ogólnie, miasto, które obok Konyi, najbardziej zapadło mi w pamięci. Fotek będzie więcej -zgodnie z zyczeniem.

Masz bardzo ciekawe przeżycia i niesamowite zdjęcia! Kilka informacji jest cennych dla mnie osobiście, np. że Yesil Turbe w Bursie już otwarte - podczas mojej wizyte w tym mieście było w remoncie.

Drobna prośba - czy mógłbyś uzupełnić nagłówek o daty rozpoczęcia i zakończenia wyprawy?

Wreszcie udało się dokończyć - dziękuję Błażeju :) W dodatku to zakończenie bardzo mocne - aż mi serce mocniej zabiło przy czytaniu o zagubionych dokumentach. Całe szczęście, że się dobrze skończyło!

no szacun...

także i za hitchckokowskie prowadzenie narracji do samego końca z dokumentami autka...

to też może być dobra wskazówka dla innych nieuważnych...

prawdopodobnie zgubiłeś, bo skradzione by nie wróciły a być może posłużyły do jakiegoś "importu" z zachodu na wschód...

jedno pytanie - Agnieszka nie narzekała na za małą pulę dni plażowych ?

pozdr 

========================================== 

to przyjemne żyć marzeniami twardo stąpając po ziemi...

Dziękuję za słowa uznania. A Agnieszka, cóż... Wspólnie dzielimy zainteresowanie światem, a leżenie na plaży dłuższe niż dwie godziny wydaje nam się nudne. Niestety nasz syn Szymon innaczej wyobraża sobie wakacje i on najbardziej cierpi, choć zawsze zapewniamy mu przynajmniej dwa dni morskich lub jeziornych kąpieli.

Jedną z moich ulubionych książek jest "Nowe życie" Pamuka. Cudownie było poczuć, podobnie jak bohater książki, gorączke drogi w bezkresnych pustkowiach Turcji. To było chyba najwspanialsze przeżycie.

 

Pozdrawiam

Jak w tytule - i piękne zdjęcia.  Czytałam i oglądałam z ogromną przyjemnością. Bardzo lubię TwS za to, że można tu poczuć wspólnotę ducha z tymi, dla których Turcja to nie tylko kurorty, hotele, dywany i pamiątki.  Fantastyczna robota! Warto było czekać. Pozdrowienia.

Chyba tylko to, że mam nadzieję, że Błażej zostanie z nami na dłużej :) Co roku pojawia się tu parę nowych osób - pasjonatów podróży, którzy mają mnóstwo wątpliwości. Można im pomóc dzieląc się swoim doświadczeniem...

Bardzo ciekawa relacja. I wcale nie nudna, tudzież nie niepraktyczna, mimo długości. Przyznam jednak, że razi mnie trochę Pański stosunek do tzw. turystów masowych. Sama zwiedzałam Konyę, Goreme i szereg innych tureckich „szlagierów” jako uczestnik wycieczki autokarowej. I zapewniam, że równie jak Pan potrafiłam docenić, cieszyć się, czy wręcz delektować tym, co widziałam, słyszałam, smakowałam. Nie każdy pasażer wycieczkowego autobusu to pusty turysta (tak wiem, nie takiego określenia Pan użył, to jednak daje się wyczuć z Pana opisu-przynajmniej ja tak to odbieram), biegający tam gdzie mu (po)każą i pstrykający co popadnie… tylko po to by wrzucić to potem na FB. Moja fascynacja krajem, jego historią i kulturą zaczęła się właśnie od owej wycieczki objazdowej, zorganizowanej przez zwykle biuro podróży. I trwa od trzech lat, a z każdym rokiem apetyt na wiedzę i doznania coraz większy. Na współzwiedzających też trzeba umieć się otworzyć:) W przeciwnym razie, odnoszę wrażenie, odbierać oni będą Panu ciągle sporą część przyjemności. (enka)

Cóż mogę rzec. Rzeczywiście jestem niechętny turystyce masowej i sam w niej nigdy nie uczestniczyłem. Nie zmienia to faktu, że taka forma spotkania z obcą kulturą może zaowocować chęcią bardziej dogłębnego poznania kraju, który się odwiedza. Co, jak widzę, stało się w Pani przypadku.

Nie mam nic przeciwko samym turystom. Nie śmiałbym i nie chciał nikogo oceniać. Natomiast podczas wyprawy do Turcji po raz kolejny przekonałem się, że ja sam powinienem raczej unikać miejsc z pierwszych stron przewodników.

Postaram sie wytłumaczyć.

Side. To miłe i ciekawe miasteczko, zostało w całości przerobione na ciąg straganów i knajp. Pierwotna tkanka miejska już nie istnieje lub została skutecznie zakryta. Nie pozostało nic ciekawego a podobne miejsca można spotkać na większości ciepłych wybrzeży swiata. Kiedy jedno z nich się już widziało, nie ma sensu oglądać następnego.

Goreme. Cudowne świątynie do obejrzenia w skansenie. Jestem fanem Bizancjum i ruszyłem tam podniecony. Cóż z tego, kiedy w każdym maleńkim kościele tłoczyło się po trzydzieści osób i naprawdę nie było możliwości obejrzenia czegokolwiek, a już na pewno nie fresków. 

Hostele. Nie lubię, jednak a racji napiętego budżetu, często w nich nocuje. Te miejsca sa jednak, podobnie jak kurorty, totalnie oderwane od kultury danego miejsca. I podobnie jak kurorty są wszędzie takie same. 

Na koniec przepraszam, nie było moim zamiarem umniejszanie czyiś doświadczeń i dzielenie turystów na lepszych i gorszych. Przeglądając teraz jeszcze raz tekst, dochodze do wniosku, że rzeczywiści można było odnieść takie wrażenie. 

To co dobre dla mnie niekoniecznie może być dobre dla innych, ale też z drugiej strony -to co dobre dla innych, niekoniecznie musi odpowiadać mnie.  

 pozdrawiam i do zobaczenia w Turcji 

Oj, nie o przepraszanie i tłumaczenie chodzi. Wyszło, jak wyszło… ja może jestem zbyt przeczulona, a wiem, że przecież nie takie miał Pan intencje. Też nie przepadam za tłumami, ale skoro nie sposób je ominąć (przy zwiedzaniu, bo kwestii kurortów w ogóle nie poruszam na zasadzie nie lubię-nie jadę) to pozostaje zaakceptowanie nieuniknionego faktu. Przecież w gruncie rzeczy to dobrze, że tylu ludzi chce zobaczyć, poznać, zamiast tylko leżeć na słońcu. Jeśli chodzi o freski w Goreme w dużej mierze pokrywają one sklepienia, tudzież wyższe partie ścian, zatem… zadrzeć głowę i tylko się delektować. Choć i ja do jednego kościoła (najmniejszy, bodajże Barbary) wbiegłam dosłownie na jednym krótkim wdechu powietrza (po wyjściu mojej grupy, przed kolejną, przy przed „moimi” było tam już ze 30 Japończyków i najzwyczajniej w świecie w środku nie było już czym oddychać). Cóż takie czasy i taki głód świata za sztuką.. a szczegóły zawsze można dostudiować dzięki dostępnym reprodukcjom. Pięknie Pan pisze o Konyi. Tam też tłumy, a jednak można się „wyłączyć” z tego wszystkiego. Najlepszy przykład dają sami muzułmanie. Wiem, oni mają dodatkowy powód, a jednak… mnie samą to miejsce i jego klimat też pochłonęło w jednej chwili i bez reszty. A zbiory wydań Koranu pamiętam do dziś. Zawsze jednak znajdzie się ktoś, kto tego nie rozumie, nie czuje do końca. Nie dalej jak dziś TwS na swoim FB udostępniła zdjęcie turysty (z wnętrza mauzoleum Mevlany), który wykonał je, jak sam pisze „z ukrycia, mimo całkowitego zakazu fotografowania”. Przecież to nie jest kwestia (tylko) ochrony tamtejszych zbiorów przed fleszem lampy itp., to kwestia poszanowania miejsca spoczynku, kultu, modlitwy. Na koniec jeszcze mała pociecha po Side. Nie byłam i pewnie nie będę, ale coś mi mówi, że gorsze od Marmaris być nie mogło. I jeszcze pytanie. W relacji przeskoczył Pan od razu z Bursy do Antalyi. Czy jechaliście takim ciurkiem przez środek lądu (tj. nie wybrzeżem), nie zwiedzając niczego po drodze?

Zgadzam się, dobrze, że ludzie chcą oglądać cokolwiek więcej niż wasny hotel (szczególnie jeśli są to olśniewające freski). Mi tłum przeszkadza.

Z Bursy do Olimpu jechaliśmy ciurkiem. Zwiedzaliśmy jedynie przydrożne bary (uwielbiam ich klimat) i opustoszałe wioski (też ciekawe).

pozdrawiam

Błażej 

Dziękuję za odpowiedź. Pozdrawiam również.

Relacja napisana świetnym stylem, przez to bardzo interesująca.

Ale najbardziej mnie intryguje, że opisujesz i pokazujesz tę gorszą stronę Turcji, którą wszyscy inni (ja też) omijamy, jako niestosowną na portalu miłośników tego kraju. A przecież widać i słychać i czuć, że jesteś nią (Turcją) zafascynowany, jak my wszyscy... Taka ciekawa dwoistość.

Dziękuję za słowa uznania. Tak, Turcja mnie zafascynowała, pewnie jak wszystkich tu obecnych. Zafascynowała historią ludów, które przewinęły się przez te ziemie, zafascynowała tysiącletnią potęgą Bizancjum będącego w dużej części kolebką naszej cywilizacji i wreszcie zafascynowała życiem codziennym mieszkańców, tak odmiennym od naszego Być może mam w jakiś sposób skrzywiony sposób widzenia świata, ale nie dostrzegam bym opisywał tę "brzydszą" stronę Turcji. Urzekało mnie piękno wyludniałych wiosek, zaśmieconych, ale pełnych życia bazarów czy nadmorskich kurortów wyjętych jak z głębokiego polskiego komunizmu. Przede wszystkim kocham to co charakterystyczne dla wschodu a co u nas już w fazie zanikowej -kwitnące relacje międzyludzkie. Widać to w grupkach mężczyzn dykutujących przed meczetem, staruszkach obserwujących przechdniów ze swoich zydelków, rodzinnych knajpkach, gwarnych targowiskach. To samo zresztą można spotkać na Bałkanach, czy dalej w Armenii i Gruzji

Not bad, not bad... Powiem tak, dobrze mi się czytało tą relację z wyprawy i do końca.

Dziękuję Ci bardzo i cieszę się, że nie znudziłem nadmiernie

Byliście wszędzie tam, gdzie byłam ja. Turcja działa na mnie jak magia, ciągle do niej wracam od 25 lat. Jest co podziwiać. Artykuł pięknie napisany.

Dziękuję. 25 lat? To robi wrażenie. Choć z drugiej strony ja również byłem pierwszy raz w Stambule 25 lat temu, jeszcze z rodzicami. Były to czasy, gdy Turcja była jednym z centrów handlu. My w bagaźniku przywoziliśmy różne dziwne rzeczy z naszej socjalistycznej ojczyzny i wymienialiśmy na naręcza dżinsów. Ach, to se ne vrati. Mój tajny plan na następny wyjazd to wybrzeże morza Czarnego (a gdyby je objechać dookoła?!) i jezioro Wan, tudzież Kars i Erzurum Pozdrawiam