Obiektywnie subiektywny opis wycieczki Magiczny Smak Orientu z BP Premio Travel czyli jak to na takich wyjazdach bywa - część 1

Termin
Rozpoczęcie: 
09/11/2013
Zakończenie: 
16/11/2013
Podróżnik: 
piosharks
Organizator: 
Premio Travel

SOBOTA – 9 XI 2013

Dzień 1
Program - dzień 1

W Antalyi powitano nas chlebem i solą, czyli odhaczono na liście i dano po ichniej kanapce, choć teraz poprawnie językowo powinno być, po sandwichu i napoiku w kartoniku na stoliku jak w bufeciku niemal w pokoiku. Odhaczała nas Polka, która okazała się naszą pilotką, przewodniczką, rezydentką, a obdarowywał nas Turek, przedstawiciel Ministerstwa Turystyki Turcji. I czekaliśmy, aż zbierze się kworum, oddychając przyjemnym – jeśli chodzi o temperaturę, zapach i sentyment – powietrzem. Całość ludzi z samolotu była rozdzielona na prawdopodobnie 4 grupy: Stambuł, Kapadocja, Likia i Riwiera, gdyż tyle naraz wycieczek po Turcji oferowało biuro. W naszej stambulskiej grupie Jaś i Kasia znacznie zaniżali średnią wieku.

Na lotnisku, w jednoosobowym komitecie powitalnym, stał jakiś facet ubrany w czarną koszulę, czarny garnitur, czarną skórzaną kurtkę, czarne krótkie spodenki, czarne sandały i nosił ciemne, lustrzane okulary oraz czarną czapkę narciarską. W rękach trzymał czarny baner z wypisanymi czarnymi literami słowami: Czy mnie jeszcze pamiętasz?, mrucząc sobie melodyjkę Gdzieżeś ty bywał, czarny baranie?

Jakże mógłbym zapomnieć kogoś pojawiającego się dzień w dzień w trakcie rowerowej pielgrzymki do Rzymu. Faktem jest, że to było w ubiegłym wieku, ale moja pamięć jeszcze aż tak mnie często nie zawodzi, a poza tym zbyt szczegółowo zostało to opisane i nawet niedawno zaglądałem do tego tekstu.

Już jako całość poszliśmy do hali odlotów i po przejściu przez pierwszy punkt kontroli znów zbiliśmy się w kupę, niczym pisklaki wokół kwoki, bo jak wiadomo kupy nikt nie rusza. Podniosły się głosy pełne oburzenia niektórych światowców, że kazano im schować do walizek alkohol kupiony w Warszawie, rzekomo w sklepie wolnocłowym, w którym ceny są wyższe niż w normalnym. Gdzie za pół litra liczą sobie aż 6 PLN. I mowa tu oczywiście o zwykłej wodzie. A przecież oni legalnie kupili i mają na to rachunki za to i jak tak można postępować z szanowanymi obywatelami Unii Europejskiej, i co oni sobie wszyscy myślą, i co to za dzikusy, i kiedy się ucywilizują.

W przeciwieństwie do Warszawy, gdzie byliśmy prawie ostatni, tutaj byliśmy pierwsi do odprawy bagażu. W większej walizce przybyło ze 2 kg. Też odwiedziliśmy sklep wolnocłowy. Liczymy na świeży sok z pomarańczy – od lat wozimy ze sobą ręczną wyciskarkę owoców cytrusowych – a do tego żurawinówka.W końcu mieliśmy okazję być w innej części lotniskowej – lotów krajowych.

Terminal w Antalyi
Na lotnisku już odświętnie

Samolot był pełen tubylców (z Antalyi) i tambylców (ze Stambułu) oraz naszej grupy ponad 40 osób. Na pokładzie dostaliśmy po piernikowym ciasteczku z marchewką. Ogólnie lot bez zakłóceń. I ogromne morze świateł przy lądowaniu w Stambule. Robi to wrażenie.

Po wyjściu z terminala, czekaliśmy na autokar. Agatka z Kasią miały zająć się złapaniem strategicznych miejsc w nim, a ja z Jasiem zająć się bagażami. I zajęły 3 rząd po lewej i prawej stronie. Akurat jak lubimy. Dość blisko.

Lotnisko im. Ataturka jest na zachód od centrum, blisko Morza Marmara, a my mieliśmy jeszcze ponad 1 h jazdy do hotelu, jeszcze dalej na zachód. W czasie jazdy dowiedzieliśmy się, że Stambuł ma ponad 20 mln mieszkańców i rozciąga się na przestrzeni 300 km! Szok! Tego nie wiedziałem. Do tej pory myślałem, że ma tylko ze 100 km długości.

Nasza pilotka powiedziała, że ona to ona, czyli MM itp. Okazała się kobietą niezwykle miłą, sympatyczną, wrażliwą i kulturalną, wręcz wysublimowaną i powiedziała, że zaraz pozabiera nam te kabanosy, i że musimy wykupić obiadokolacje za jedyne 130 € od osoby, co jest ceną rewelacyjną i taniej na pewno sami nie damy rady się wyżywić, gdyż restauracje wokół hoteli, w których będziemy nocowali, są pozamykane, albo mają tak mało klientów, że mogą mieć produkty nieświeże i możemy się rozchorować lub zatruć, albo w ogóle będziemy nocować gdzieś w szczerych polach lub na nieszczerych peryferiach, gdzie kupno w sposób jakikolwiek czegokolwiek gdziekolwiek będzie awykonalne.

W trakcie tej jakże elokwentnej przemowy ośmieliłem się pokazać Agatce most na jeziorze. Wtedy usłyszeliśmy znamienne słowa, które pobrzmiewały nam do końca wyjazdu „Jak ja mówię, to wszyscy słuchają” lub „...to reszta słucha”, bo dokładnie nie pamiętam, i jeszcze jedno ważne zdanie, że „pasterz jest jeden, więc barany i owce muszą iść za nim”.

Niektórzy opcję obiadokolacji mieli wykupioną wcześniej (też mogliśmy to zrobić za jedyne 546 PLN od osoby), część się zadeklarowała teraz a około 10 osób nie, w tym nasza czwórka do brydża. I zostaliśmy odpowiednio zaobrączkowani, my białe, a ci hojniejsi, złote bransoletki. Dobrze, że mogliśmy zrobić to sami, więc założyłem sobie tak, aby móc sobie ją zdejmować i nie czuć się jak więzień pod nadzorem. Po zebraniu pieniędzy, pilotka przypomniała sobie, aby przypomnieć innym, że oczywiście wszystkie napoje do kolacji są płatne dodatkowo. Dodatkowo powiedziała, że jutro jest wyjazd na zwiedzanie miasta o 7:00. I że o 6:30 jest śniadanie. Na co podniosły się głosy oburzenia, że jak tak można, przecież nie po to przyjechali. Przecież oni płacą ciężkie pieniądze (chyba samymi monetami) i wymagają, i nie życzą sobie, aby im dyktować kiedy i o której mają jeść i dlaczego tak wcześnie. I, to chyba było najgorsze, dlaczego tak mało czasu na śniadanie! Jakby to miały być wczasy. No cóż, nie rozumiałem tego zamieszania ze strony naszych światowców.

Hotel Artemis Marin Princess w Kumburgaz położony o 60 km na zachód od centrum Stambułu był w porządku. Aby jutro wcześnie wstać, położyliśmy się zatem późno spać.

NIEDZIELA – 10 XI 2013

Dzień2
Program - dzień 2

Śniadanko w porządku, duży wybór różnorodności, także ciepłych dań. Do autokaru wpakowaliśmy się nie jako ostatni. Mieliśmy tylko 1.5 h jazdy do centrum. W końcu pilotka zdradziła nam tajemnicę, co mamy do zwiedzania i w jakiej kolejności. Najpierw Bazar Egipski, potem Hipodrom, Topkapi i na koniec dnia rejs. A w międzyczasie Aya Sofia i lunch.

Część klientów była z tym biurem podróży nie pierwszy już raz, a część nawet nie drugi raz. I oni mieli bogatszą wersję programu wycieczki, ale nie wiem ile płacili za to. Chodzi oczywiście o wycieczki, tak ładnie nazywane, fakultatywnymi i będącymi zupełnie nieobowiązkowymi. W teorii. Pozostali to grupa z zaproszeniami od Ridest Digest i mniejsza grupka, do której należałem z rodziną i przynajmniej jednym małżeństwem, z zaproszeniami od Weltbildu, następcy Świata Książki. I chyba te dwie grupki miały taki sam program, ale tego nie jestem pewien, gdyż nie dopytywałem się, ale w każdym razie wyraźnie uboższy program niż ci pierwsi, co samo się przez się rozumie.

Ale to nic straconego, jak powiedziała nam nasza pilotka, bo mają dla nas przygotowane specjalnie zredukowane, promocyjne, obniżone, obcięte do granic opłacalności i przyzwoitości, posezonowe ceny tych wycieczek. Można by powiedzieć, że sobie gardło podcinają, oferując je nam. Za jedyne 130 € możemy sobie dokupić pakiet fantastycznych i niepowtarzalnych wycieczek. A do tego dostaniemy, absolutnie za darmo, 4 lunche, warte 10 € każdy. I mamy się decydować już, prawie że niemal natychmiast, jeszcze zanim dojedziemy do centrum.

Te wycieczki, to dzisiejsze: Aya Sofia – 25 € i Rejs po Bosforze – 35 €, i późniejsze Meryeana – 35 € (kiedy będziemy zwiedzać Efez) oraz Noc Turecka – 35 € (już w Antalyi). Zniżek dla dzieci nie przewidziano, więc jakby nie liczyć 520 € (2184 PLN czyli niewiele mniej niż opłata całego wyjazdu za 2 osoby). Jak nic. A właściwie, jak bardzo dużo. Akurat nie mieliśmy takich drobnych pod ręką. Ani tym bardziej pod nogą. Było trochę chętnych, którzy się skusili na tę wspaniałomyślną ofertę.

W ramach naszego pakietu mieliśmy w cenie różne wejścia do miejsc płatnych, ale także rejs po Bosforze. I o tym nas zapewniała Pani z infolinii Premio Travel, kiedy zadzwoniłem w środę przed wylotem, z niepokojem i z zapytaniem, bowiem oprócz biletów dostaliśmy też wykaz ww wycieczek z ich cenami. Kiedy podałem swój numer oferty, to Pani z drugiej strony słuchawki łaskawie sprawdziła i potwierdziła, więc w spokoju czekaliśmy na dalszy ciąg.

Wszystko jest złudne i takim pozostaje, dopóki nie otworzą ci się oczy i nie zrozumiesz sensu istnienia. Kiedy pilotka podeszła do nas z zapytaniem o wycieczki, podziękowaliśmy grzecznie za pakiet i powiedzieliśmy, że nas interesuje tylko Meryemana i czy są zniżki dla dzieci, bo wszak rejs mamy gwarantowany. Zniżek dla dzieci nie ma, więc póki co nie skusiliśmy się na ten fakultet. Ale co gorsza, okazało się, że firma Premio Travel pisze bzdury (czyli w prospekcie i na ich stronie internetowej) i takiego rejsu wcale nie mamy. Poza tym, perorowała dalej pilotka, tu jest napisane, że jest rejs promem, a autokary nie są zabierane na nie. Co ma piernik do wiatraka?

Oczywiście mówiła to w sposób powalająco milutki, tonem ociekającym samą słodyczą, że strach było się niewłaściwie odezwać. Właściwie to lepiej się było w ogóle nie odzywać. Kobieta, siedząca z mężem, za Agatką i Kasią, wtrąciła że ona miała to samo i wczoraj próbowała to wyjaśnić z przewodniczką i także kilka dni temu dzwoniła na infolinię i jej potwierdzili rejs.

I jak to w życiu bywa zgodnie z planem podanym wcześniej przez pilotkę zaczęliśmy zwiedzanie od Hipodromu, gdzie byliśmy już o 8:20 i, nie licząc nas, było tam więcej psów i kotów niż turystów. Podobnie jak Turków sprzedających różne różności więcej niż kupujących. Z każdą minutą ten stan rzeczy ulegał zmianie na niekorzyść tych pierwszych. Akurat ta zmiana punktów zwiedzania przypadła mi do gustu.

Hipodrom
Platan

Pilotka coś opowiadała o historii Stambułu. Jakiś gość przyniósł audioprzewodniki ze słuchawkami, a właściwie audioodbiorniki, które nam rozdano a pilotka miała mikrofon, przez który nam opowiadała, a my sobie krążyliśmy wokół, niczym jakieś satelity.

Koty
Koty

Koty
"Mały nie przeszkadzaj kiedy się myję"

Obelisk
Obelisk Totmesa III

Na dziedzińcu Błękitnego Meczetu o 9:05 usłyszeliśmy wycie syren upamiętniających godzinę śmierci Ataturka. W meczecie, mimo jeszcze wczesnej pory, był w nim raczej spory tłum. Na wejściu pobieraliśmy reklamówki na buty, a kobiety, jak nie miały własnych, mogły wypożyczyć chustę na głowę. A gość przenoszący chusty z powrotem szedł w klapkach przez meczet! Byłem w szoku. Wokół meczetu buszują i skrzeczą papugi, które tu się na dobre zadomowiły parę lat temu i jak widać i słychać służy im to.

Meczet slajd 1998
Błękitny Meczet na diapozytywie z 1998r.

Meczet
Błękitny Meczet obecnie

Meczet
Minaret Błękitnego Meczetu

Meczet slajd z 1998
Wnętrze Błękitnego Meczetu na diapozytywie z 1998r.

Meczet
Wnętrze Błękitnego Meczetu obecnie

Meczet
Wnętrze Błękitnego Meczetu obecnie, w 1998r. były inne dywaniki

Meczet
Wnętrze Błękitnego Meczetu

Meczet
Minaret Błękitnego Meczetu

Następny punkt programu to Topkapi, o czym się właśnie dowiedzieliśmy. Szliśmy obok Aya Sofi. Miałem wrażenie deja vu. Ale uzmysłowiłem sobie, że nie dziwota. Dokładnie 5546 dni czyli 15 lat 2 miesiące i 4 dni temu szedłem tędy. I owędy też. Z tym, że wtedy nie mogliśmy wejść do świątyni Mądrości Bożej z powodu sporego remontu.

Topkapi mieliśmy w pakiecie (25 TL = 42.5 PLN) oprócz Haremu (15 TL). Ale z tej nagości, która tam była zostały w zasadzie gołe tylko ściany, więc się nie skusiliśmy. Może w sumie godzinę mieliśmy spacer przez dziedzińce z omówieniem. Potem dostaliśmy trochę ponad 1 h na własne zwiedzanie. Odpuściliśmy sobie skarbiec, gdyż w krótkim czasie ustawiła się tam taka kolejka, że tylko byśmy w niej stali i może udałoby się wejść do środka, ale nic poza tym. A tak zaliczyliśmy taras widokowy z widokiem na Azję (bynajmniej nie Tuhajbejowicza), różne pawilony i widok na Złoty Róg, Komnatę audiencyjną i bibliotekę, gdzie Jaś był zawiedziony, że nie można nic pożyczyć do czytania (może dlatego, że już tam nie ma książek), arsenał, sułtani szmatex, zegary i w końcu salę wezyra (nie mylić z wizyrem!).

Topkapi
Topkapi - Drugi dziedziniec

Topkapi
Kot i to w 100%, ale nie dałem tamtego zdjęcia

Topkapi
Błękit i zieleń

Topkapi slajd z 1998
Widok na Bosfor na diapozytywie z 1998r.

Topkapi
Widok na Bosfor obecnie, w formie panoramy

Topkapi slajd z 1998
Widok na Złoty Róg na diapozytywie z 1998r.

Topkapi
Widok na Złoty Róg obecnie, w formie panoramy

Topkapi
Widok na Złoty Róg obecnie, w formie panoramy

Topkapi
Pawilon Bagdadzki

Topkapi
Trochę złota?

Na miejscu zbiórki stawiliśmy się w samo południe, tuż przed danym nam czasem. Koło Jasia zaczął się kręcić kot maści mieszanej. Chyba na coś liczył. Może wyczuł kabanosy, którymi posilała się jakaś inna grupa z Polski, stojąca tuż obok lub to, że bardzo lubił koty. I dalej je lubi. W każdym razie ten kot przywłaszczył sobie Jasia i szczerzył ząbki na inne, kiedy te zbyt blisko podeszły. W pewnym momencie przypałętał się do nas jakiś pies, których pełno kręci się wokół, a które są kolczykowane, kastrowane, szczepione i wypuszczane z powrotem. Więc kiedy ten pies, kilka razy większy od „naszego kota”, podszedł zbyt blisko, to w przypływie solidarności rasowej koty tak rzuciły się na niego, że ten uciekł skowycząc, ujadając i popiskując, przed trzema kłębami syczących paszczy, zawziętych zębów i drapieżnych pazurów.

Topkapi
A tak niewinnie wygląda?

Pod Hagia Sophią o 12:30 nastąpił podział na tych lepszych, którzy wykupili pakiet wycieczek i idą z pilotką zwiedzać tą niezwykłą budowlę (25 €), i tych gorszych, którzy nie chcieli się skusić na specjalną ofertę. Dostaliśmy czas do 14:30 do ponownego wejścia do autokaru, bo część szła po zwiedzaniu na lunch. Można było sobie oddzielnie dokupić posiłek. Dzisiaj miał być kebab za 10 €. Podczas rozdziału na grupy i zwrotu audioodbiorników dostaliśmy od pilotki propozycję dotyczącą rejsu. Miało to nas kosztować tylko za dwie osoby dorosłe (po 35 €), dzieci miały mieć rejs gratis. Mieliśmy 2 minuty na decyzję, ale potem dostaliśmy więcej czasu, aż do ponownego spotkania w autokarze.

Hagia Sophia slajd z 1998
Hagia Sophia na diapozytywie z 1998r.

Hagia Sophia slajd z 1998
Hagia Sophia na diapozytywie z 1998r.

Hagia Sophia
Hagia Sophia obecnie

Hagia Sophia
Hagia Sophia w drodze do Topkapi

Zanim reszta ruszyła, poszliśmy do kolejki po bilety wstępu, kupując po drodze kasztany, które okazały się niedopieczone. Miałem wcześniej mały dylemat. Nie chodziło mi o propozycję pilotki. Mieliśmy jakieś 2 h wolnego. Zaliczyć jazdę nowym tunelem Marmaray z Europy do Azji i być, być może, jednymi z pierwszych Polaków, którzy dokonają tego? Ale poza samą satysfakcją z tego faktu, to tak naprawdę, co za atrakcja? Tunel jak tunel, tylko głębiej położony. I nowiutki. No i łączący dwa kontynenty. Nieraz już jeździliśmy różnymi. Także w tym roku mieliśmy okazję przejechać się swoim samochodem kilka razy przez tunel o długości ponad 5 km. Postanowiłem zostawić tę satysfakcję ekipie TwS. I nie był to gest wspaniałomyślny. Aż taki wspaniałomyślny nie jestem, wręcz powiedziałbym, że perfidny do granic przyzwoitości pieska preriowego. Zdecydowanie bardziej wolałem zwiedzić Hagię Sophię. Zwłaszcza, że różne słuchy chodzą (nie wiem o jakim stopniu wiarygodności), co do jej przyszłości. Że na przykład znów miałaby być normalnym meczetem.

Hagia Sophia
Widok z galerii

Hagia Sophia
Kopuła z galerii

Hagia Sophia
Rusztowania niemal w całej okazałości

W kolejce po bilety staliśmy może z 10’ i zamiast 100 € (za 4 osoby czyli 420 PLN) zapłaciliśmy 75 TL (za 3 osoby czyli 127.5 PLN). Kiedy staliśmy przy kasie, to tylko Kasię sprawdzali, czy aby nie jest za stara i wtedy minęła nas nasza wycieczka, a właściwie jej część, i stanęła przed wejściem, gdzie zapewne słuchali tego, co ma do powiedzenia przewodniczka. Aby więc ich nie denerwować usiedliśmy zaraz po wejściu na teren i coś nie co przekąsiliśmy z naszych krajowych zapasów. A przy okazji jeszcze raz przeczytaliśmy w przewodnikach o interesującym nas w danej chwili obiekcie.

Hagia Sophia
Mozaika Deesis

Hagia Sophia
Mozaika Komnenów

Hagia Sophia
Mozaika cesarzowej Zoe

Zwiedzanie zaczęliśmy od góry. I tam, na galerii, widzieliśmy rozproszonych członków naszej wycieczki, którzy zapewne dostali czas wolny na samodzielne pochodzenie sobie. Ogrom świątyni robi wrażenie - na mnie ogromne. Zbudować coś tak wspaniałego i wielkiego i to w tak krótkim czasie, to prawdziwy majstersztyk. W obecnych czasach nadal byłoby to wyzwanie trudne do realizacji. Nie spieszyliśmy się, mieliśmy czas, tak jak sama Hagia Sophia, która tu jest już grubo ponad 1500 lat, w takim mniej więcej stanie.

Hagia Sophia
Kopuła z podłogi

Hagia Sophia
Minbar i w oddali mihrab (mocno przysłonięty)

Hagia Sophia
Fontanna ablucyjna

Hagia Sophia
Wyjście

Hagia Sophia
Meczet

Zostało nam tylko 30’ do zbiórki w autokarze. Postanowiliśmy załapać się gdzieś na kebaba (ale nie za 10 € sztuka). Niestety, było za daleko, aby pójść na tego, o którym dowiedzieliśmy się od Katarzyny Mazurkiewicz z Terra Incognita, a który bardzo wychwalała, że jak tylko mają możliwość, to tam chodzą, ale nie podaję gdzie to jest, ponieważ po prostu tam nie byłem i nie jest to moje odkrycie. Coś tam kupiliśmy, po jednym kebabie na głowę, i to za mniej niż te 10 € za wszystkich. Oczywiście porcja porcji nierówna, ale to, co zjedliśmy, w zupełności nam wystarczyło na dłuższy czas.

Hagia Sophia
Spacer po Hagia Sophii

Dla świętego spokoju od naszej wspaniałej i niezrównanej pilotki i spojrzenia z innej perspektywy na Stambuł, która to perspektywa była niezmiernie kusząca, skusiliśmy się na rejs. Jak się okazało tylko my byśmy nie płynęli, więc firma wolała trochę mniej zarobić niż dać nam czas wolny, co mogłoby być trochę dla nich kłopotliwe. Zatankowaliśmy w jednym z bankomatów, aby w razie konieczności, niekoniecznie ze strony biura, mieć więcej potrzebnych argumentów.

Tak mało czasu, a tak wiele atrakcji. Piękna niedziela, smaczny kebab, wielu ludzi na hipodromie. A my uciekamy stąd autokarem na Bazar Egipski, od którego mieliśmy zacząć zwiedzanie. Daliśmy kasę za rejs pilotce, oczywiście nie dostaliśmy żadnego pokwitowania, zresztą jak nikt, a nawet ci, co brali pakiety, więc nie wiem, czy tak bardzo skrupulatnie rozliczano się z tego. Ale to takie moje rozważania, i to niekoniecznie rozważne. Bo wszak wiadomym jest, że najwięcej rezydenci i biura zarabiają na tych fakultetach, łapiąc wszystkich niedoświadczonych, szastających pieniędzmi i nie dbających o nie.

W autokarze
Jazda autokarem po torach

Jazda w okolice mostu Galata, była ciekawym wrażeniem. Jechaliśmy co prawdą ulicą, ale po torach tramwajowych, lecz za to z zakazem wjazdu. Wysiedliśmy za mostem i dowiedzieliśmy się tego i owego i że mamy uważać na bazarze, i że mamy 1 h na to. Bazar Korzenny obeszliśmy w niezłym tłoku, zwłaszcza na pierwszych 50 m, trzymając się prawej strony idąc tam, a wracając lewej strony. Chcieliśmy wejść na most Galata, ale był taki tłok, że zwątpiliśmy i odłożyliśmy to na kiedyś.

Bazar
Nowy Meczet

Bazar
Niestety, nie udało się utrwalić zapachów

Bazar
Jaśmin na herbatkę

Bazar
Bazar Egipski

Wytracaliśmy czas czekając na siebie nawzajem, większość już była, ale 1 h to 1 h, więc z 10' czy 15' staliśmy. Na sporym placu obserwowaliśmy sporo rodzin z dziećmi z Syrii, których wygnała z kraju wojna. Agatka poratowała starszego pana z wycieczki proszkiem na ból brzucha, gdyż zjadł coś nie takiego za te 10 €.

Bazar
Ofiary wojny, dzieci z Syrii

Bazar
Na placu

Na nabrzeże z rejsami mieliśmy z 1 km, który przeszliśmy sobie gęsiego lub w parach. Po drodze kupiłem świeżo wyciskany sok z granatu 1 TL za 200 ml. Niestety z pesteczkami. Na miejscu chyba z pół godziny czekaliśmy na nasz stateczek, co wykorzystywali bezlitośnie z różnym powodzeniem obnośni handlarze różnościami. A gdybyśmy przyszli akurat, to nic by nie zarobili. Ale za to, jakby przyszło czekać jeszcze dłużej...

Rejs
Precle prosto z Krakowa

Na stateczku była tylko nasza grupa, a spokojnie mogłyby się tam zmieścić jeszcze ze 2-3 takie ekipy. Wypłynęliśmy o 16:30 jeszcze przed zachodem słońca i przez Bosfor płynęliśmy po europejskiej części Stambułu, w coraz bardziej otulających nas ciemnościach zmierzchu, który przeradzał się, czasem zbyt szybko, w noc. Jeszcze było dość widno jak przepływaliśmy pod Mostem Bosforskim (Boĝaz Köprüsü) o długości 1560 m i wysokości nad wodą 64 m. Musiałem poprosić Kasię, aby nie skakała po pokładzie, bo może uderzyć głową o niego. Posłuchała.

Rejs
Zachód słońca

Rejs
Zachód słońca

Rejs
Most Mehmeda Zdobywcy w Europie

Rejs
Most Mehmeda Zdobywcy

Przed drugim mostem łączącym kontynent, czyli Mehmeda Zdobywcy (Fatih Sultan Mehmet Köprüsü) zawróciliśmy i płynęliśmy po azjatyckiej części metropolii. I wtedy, nie wiem jakim sposobem, ale wyprzedziła nas czarna triera (trirema) z jedną tylko osobą na pokładzie. Był to mężczyzna w czarnym stroju wioślarza, w ciemnych, lustrzanych okularach i jakimś sposobem wiosłował 85 parami czarnych wioseł. I jeszcze grał sobie do rytmu na czarnym flecie Czarny chleb i czarna kawa. A na czarnych burtach okrętu widniał czarny napis: Za ostatni grosz.

Rejs
Most Bosforski

Rejs
Vanikoy Mahallesi Muhtarligi

Rejs
Most Bosforski

Oba mosty, co jakiś czas, zmieniały dla nas kolory oświetlenia. Stambuł ze statku robi wrażenie i jeśli ktoś będzie miał taką możliwość niech się nie waha. Ale także to można zrobić o wiele taniej, pewnie nawet o połowę.

Rejs
Most Galata

Powrót do hotelu zajął nam ponad 1h. I dowiedzieliśmy się, że jutro wyjeżdżamy dopiero o 7:15. W hotelu byliśmy po 19-stej. Dzieci poszły do pokoju, a my do Migrosa, po przeciwnej stronie ulicy szerokiej jak rzeka. Razem z nami szła jedna para. Po naszym przyjściu do pokoi poszliśmy na teren hotelowy przy morzu. Musiałem dotknąć Morza Marmara, bowiem poprzednio nie udała mi się ta sztuka. Potem wróciliśmy i dzieci poszły na kryty basen. No dobra, basenik. Ale przynajmniej przez kwadrans mogły się w nim kąpać same.

Rejs
Kotka

PONIEDZIAŁEK – 11 XI 2013

Dzień3
Program - dzień 3

Hotel Artemis
Rzut oka z okna hotelu w kierunku Stambułu o świcie

Śniadanko w porządku, duży wybór różnorodności, także ciepłych dań i 15' więcej czasu. Jak święto, to święto i w końcu wyjechaliśmy o 7:30. Przed nami najwięcej jazdy autokarem w trakcie wycieczki aż 440 km. Ciekawe, że mi taki pewien bardzo popularny serwis z wyszukiwaniem i mapami uparcie pokazywał, że nie ma żadnego przejazdu promowego przez Dardanele. Gdzie indziej, jak szukałem połączeń promowych, to były takowe. A tu program był uparty jak osioł.

Prom
Opuszczamy na kilka dni Europę

Jechaliśmy europejską częścią Turcji czyli, jak każdy wie, przez Trację do Gelibolu i o 11-tej zapakowaliśmy się na prom do Lapseki. Przy okazji przypomniały mi się wakacje, bodajże sprzed 3 miesięcy, które spędziliśmy na jednej z chorwackich wysp, gdzie kilka razy tak się przeprawialiśmy. No, prawie tak. Pojechaliśmy tam swoim samochodem osobowym, a nie autokarem.

Dardanele
Panorama Dardaneli

Od pilotki dowiedzieliśmy się, że Çannakale to bardzo duży ośrodek uniwersytecki. Czyżby od tego powstało określenie „Ty ośle dardanelski!?”

Dardanele
Panorama Dardaneli

Troja
Koń Trojański lub Klacz Trojańska

No i o 12:30 Troja i jej koń. Albo klacz. Bo nie wiem, czy jest dokładnie określone jakiej płci była użyta figura do haniebnego podstępu. A swoją drogą, to trzeba być bardzo naiwnym, aby się tak dać nabrać. Godzina zwiedzania ruin plus obowiązkowe zdjęcia przy makiecie konia oraz w nim w zupełności nam wystarczyła. Musiała wystarczyć, aż tyle dostaliśmy czasu, bowiem zaraz był lunch pakietowy, na który dojechaliśmy autokarem tuż przed kasy wstępu.

Troja
Koń Trojański lub Klacz Trojańska

W pewnym momencie z konia trojańskiego wyskoczył ubrany w czarny chiton i czarny pancerz hoplita, w ciemnych, lustrzanych okularach i czarnym hełmie, z czarną włócznią o długości 2.5 m w jednej ręce, czarną tarczą o średnicy 1 m w drugiej i czarnym krótkim (0.5 m) mieczem w trzeciej. A nie! Miecz miał przewieszony przez ramię na czarnym skórzanym pasku, a tylko przy skoku wydawało się, że też go trzyma w ręce. Tylko czarna mitra wydęła się wtedy jak spadochron, kiedy wyskakiwał pogwizdując Jej czarne oczy, a nam ukazał się czarny napis: Nie wierz nigdy kobiecie.

Troja
Prawie jak na okręcie

Troja
Jednak zdecydowanie bardziej wolę Orła cień...

Troja
...kto czytał Cienie pojętnych, ten wie o co chodzi

Troja
Dąb trojański

Dla dzieci frajdą było zbieranie żołędzi dębu trojańskiego. Jak się okazało dla dorosłych też. Te pierwsze drzewa były przetrzebione niemal do cna, a im dalej na szlaku tym ich było więcej. Rzeczywiście, fajne są, podobają mi się. Kasia zebrała chyba ze 2 kg. Chce zasadzić dąbrowę trojańską. Ale mówi, że nie będzie Heleną wierną na balkonie.

Troja
Fotka Jasia: Syn był szybszy

Troja
Fotka Jasia: Czyżby Czerwony Wiewiór?

Troja
Fotka Jasia: Oj, kot, pani matko, oj

Skoro obiad był tuż pod nosem, to równie dobrze moglibyśmy zostać na terenie wykopalisk. Ale nie dość, że mniej zapłaciliśmy, to byśmy byli zbytnio uprzywilejowani w stosunku do tych, co spożywają lunch. Wejściówki mieliśmy w pakiecie, ale tu nie dostaliśmy biletów (15 TL = 25.5 PLN, razem 40 TL = 68 PLN).

Troja
Troja - rampa

Tylko znów sprawdzali Kasię. Pilotka przyszła do nas, abyśmy dali paszport córki. A po co i dlaczego, to już nie raczyła nam powiedzieć. Dopiero po naszym zapytaniu. Zresztą aura tajemniczości towarzyszyła programowi naszej wycieczki nieustannie i co niektórzy głośno się na to uskarżali w oczekiwaniu na półminutową jazdę do restauracji.

Troja
Adios pomidory

Ogólnie dzisiejszy dzień był dość pochmurny i teraz były takie jakby nieśmiałe rozpogodzenia. My poszliśmy zjeść nasze „kabanosy”, ocalone przed pilotką, na łono przyrody w pobliżu cmentarza, z widokiem na widok niewidocznych stąd ruin. Na placyku-skrzyżowaniu stało kilka przyczep pełnych świeżych, czerwonych, dorodnych pomidorów. Aż kusiło by się nimi poczęstować, ale odpuściliśmy sobie.

Troja
"Domek Schliemanna"

W pobliżu kilku restauracji, skupionych razem, była zrobiona, na potrzeby TVNiemieckiej, makieta domku upartego amatora-archeologa Heinricha Schliemanna, odkrywcy Troi, który wytyczył nowe trendy w tej dziedzinie.

Troja
Rysunek z WC męskiego - jak chciałem wejść z aparatem do żeńskiego, to wywołałem spory popłoch i o mało co nie zostałem zlinczowany

O 14:40 dalej w drogę. Na szczęście piękną górzystą serpentyną. Z dwupasmówki, w którymś momencie zrobiła się jednopasmówka. Jeszcze jakby zaraz zrobiłaby się półpasmówka, to byłoby niemal jak w drodze do wodospadu Alara. Ach! To były czasy! Taka jazda! Po bandzie!

Podział terytorialny krowy i owcy
Podział terytorialny krowy i owcy

W końcu osiągnęliśmy poziom morza Egejskiego. Na wprost przez zatokę Edremit Körfezi było dość blisko jakieś 25 km, ale lądem aż 75 km. Jeszcze tylko jeden postój o zachodzie słońca.

Postój
O zachodzie słońca

I znów jazda. Wreszcie zostaliśmy oświeceni bardzo szczegółowym planem dnia jutrzejszego: wyjazd 7:15, Pergamon, jazda, lunch, Efez i, dla tych co się chcą pomodlić za 35 € od osoby w tak ważnym sanktuarium, Meryemana i na koniec jazda do hotelu.

Agatka spytała o bardziej szczegółowy program, wszak hasła i ich kolejność była przecież oczywista. Najbardziej zaskoczyło nas to, że 2 starożytne miasta mają być zrobione jednego dnia. Pilotka uszczęśliwiona i radosna, że ktoś się dopytuje o szczegóły odburknęła, że przecież przed chwilą omówiła program dnia. Ale coś tam dodała jeszcze. I kolejne zdziwienie, że na Efez przeznaczono, aż 1.5 h. Nie wiadomo, co przez tyle czasu tam robić. Chyba tylko przebiec od bramy do bramy. Dom Marii Dziewicy był mocno lansowany przez naszą przewodniczkę jako ważne sanktuarium, które każdy Polak-katolik musi odwiedzić, bo to wszak prawdopodobnie ostatnie miejsce jej pobytu za życia.

W Ayvalik hotel Haliç Park Otel na wyspie połączonej groblą z lądem i z kolejną wyspą. W recepcji kolejne rozdanie kart (kluczy) do pokoi i przypomnienie o odjeździe. I Agatka znów podpadła naszej pilotce, gdyż bezczelnie zapytała, o której będzie śniadanie. Akurat zaraz o to samo spytał ktoś inny i dowiedzieliśmy się, że już od 6:00. Dla kolacjożerców była informacja, że restaurację mogą szturmować już o 19:30 do 21:00, ale tylko przy stolikach z imieniem naszego Turka. No i że basen czynny do 22:00.

Ayvalik
Ayvalik nocą

Ayvalik
Ayvalik nocą

A my zaraz na rekonesans groblą do miasta. Kończyło nam się pieczywo. I picie. Zwłaszcza to kolorowe, słodzone, niezdrowe, gazowane. Znaleźliśmy sklepik i w nim zrobiliśmy zakupy. Nie chciało nam się szukać dalej, w przeciwieństwie do jednej pary, która szła z nami, a którym ten lokal się nie podobał. Kupiliśmy, co mieliśmy kupić, a za dwa duże napoje dostaliśmy jeszcze dwie szklane szklaneczki. Chyba za karę. Ale już zdradzę, że dowieźliśmy je całe do Polski.

Ayvalik
Plac ćwiczeń - współczesny gimnazjon

Na promenadzie były plac zabaw i siłownia plenerowa, gdzie dzieci poszalały sobie po długiej jeździe autokarem. Wracając spotkaliśmy małżeństwo, które siedziało w autokarze za Agatką i Kasią, a które było w Turcji na takim samym zaproszeniu jak my. No i pogadaliśmy sobie. Tzn. głównie pogadały sobie nasze żony.

Ayvalik
Nasi złomiarze jeszcze tu nie dotarli

Tak więc dowiedzieliśmy się, że im bardzo zależało na tym rejsie po Bosforze i nasza pilotka w zasadzie zmusiła ich do wzięcia całego pakietu mówiąc, że nie ma możliwości kupowania pojedynczych wycieczek...

Ayvalik
Ayvalik nocą

WTOREK – 12 XI 2013

Dzień4
Program - dzień 4

Śniadanie najuboższe z dotychczasowych, praktycznie bez ciepłych potraw, poza jajkami i napojami. Położenie hotelu ładne, ale posiłek niezbyt.

Ayvalik
Ayvalik o świtaniu

Po 1 h jazdy dojechaliśmy do Bergamy i tam po przesiadaliśmy się na taksówki, gdyż do Pergamonu (pięknie położonego na wysokim wzgórzu) nie można dojechać autokarem. I to wszystko było na koszt firmy! Zaprawdę, coś niesamowitego! A to, że opłaciliśmy sami nasz wyjazd, to już nieistotne. Ale ważne, że firma ma gest i funduje nam przejażdżkę. Bilety wstępu dostawaliśmy dopiero przy kołowrotkach (25 TL = 42.5 PLN, razem 65 TL = 110.5 PLN). Nie bezpośrednio, lecz przez pośrednictwo wpuszczającego strażnika.

Pergamon
Pergamon

Pergamon
Pergamon

Pergamon
Pergamon - panorama

Specjalnie czworzyliśmy się dla TwS
Dla Turcji w Sandałach wcześniej tylko dwoiliśmy i troiliśmy się, ale to było wciąż mało, więc postanowiliśmy się nawet czworzyć. Moglibyśmy nawet bardziej zwielokrotnić się, ale nie mogłem znaleźć właściwych słów w języku polskim

Pergamon
Popisy Kasi

Pergamon
Pergamon

Pergamon
Pergamon i leżąca poniżej Bergama

I tam pospacerowaliśmy około 45’ pod opieką z pokazem i omówieniem, a resztę czasu sami, czyli jakieś 30’. Razem niemal 1.5 h. Podobał mi się teatr (ale w ogóle, to nie tylko on), jeden z najbardziej stromych w jakich miałem okazję być.

Pergamon
Fotka Jasia: Podczas medytacji (nawiązanie do Licja to przecież nie tylko Szlak Likijski...)

Pergamon
Fotka Jasia: I znowu mnie pierwszy ustrzelił

Pergamon
Fotka Jasia: Kotek prosił o azyl

I znów taksówkami wróciliśmy na dół i do autokaru. Po przejechaniu jakiś 500 m, 15' postój pod apteką, a można było wykorzystać ten czas na zdjęcia Pergamonu z dołu. Oczywiście nie zajechaliśmy do Kızıl Avlu czyli Czerwonej Bazyliki. Bo po co. A na pytanie o nią, jeszcze na górze, bowiem stamtąd była dobrze widoczna, dostaliśmy tylko miłą i grzeczną odpowiedź, po której odechciewało się już wszelkich pytań, że to była jakaś pogańska świątynia.

Po dłuższej jeździe autokarem 30' przerwa w kolejnej pułapce na turystów. A 5' wcześniej mijaliśmy zatokę Çandarli Körfezi, gdzie chyba po raz pierwszy zobaczyłem flamingi na wolności, wiedząc na pewno, że to one. A kiedyś sam miałem flaminga. To był taki rower składak.

Lunch na peryferiach Selçuk, jakieś 1.5 km od twierdzy, czyli pewnie ponad 2 km od prawdopodobnego miejsca grobu Św. Jana Ewangelisty. Czyli akurat za daleko, aby dojść tam z dziećmi, a na tyle blisko, aby się podenerwować, że nie możemy tam pójść i pobyć. Ach jak dobrze jest żyć w nieświadomości! Tyle zmartwień i kłopotów od razu mniej. Poszliśmy do restauracji obok, jak grupka innych osób, którzy podobnie jak my nie wykupili lunchy. Oni zostali tam, my odeszliśmy. Nie było frytek. I kebaba. Przeszliśmy na drugą stronę ulicy, aby na tarasie budowanego budynku spożyć własny posiłek regeneracyjny.

W drodze do Efezu nie zatrzymaliśmy się w celu zwiedzania Bazyliki Św. Jana, lecz za to pilotka po raz kolejny spytała, czy może są jeszcze chętni, aby się pomodlić w bardzo ważnym sanktuarium maryjnym, za 35 €. Nie było już chętnych. Nikt się nie wyrywał. Sami ateiści? Nie miałem pojęcia ilu było chętnych, ale liczyłem, że nie tylko my jesteśmy tak mało religijni. A naprawdę mieliśmy wielką ochotę tam pojechać jeszcze raz, a szczególnie zależało nam, aby zabrać tam dzieci. A tu jakby wszystko sprzysięgało się przeciw temu: zamiast w środę rano, to jesteśmy tu we wtorek po południu i mamy w dodatku tak mało czasu na wszystko.

Była godzina 14:20, jak podjechaliśmy autokarem pod bramę od strony Efes Yolu (Koressos Gate). I tu mój mózg zaczął trybić. Plan miałem już wcześniej, ale musiałem go co rusz korygować, ze względu na zmieniającą się sytuację. Nie było nawet kiedy tego wszystkiego dokładnie omówić z rodziną. Zbyt dynamicznie się wszystko zmieniało. Jak tylko dowiedzieliśmy się, że trzeba będzie tak dużo zapłacić za tą fakultatywną wycieczkę i to bez żadnych zniżek dla dzieci, to powiedziałem, że coś się wykombinuje. Myślałem, że w najgorszym wypadku zostanę w Efezie, a pojedzie tam Agatka z dziećmi. I najważniejsze teraz dla mnie było zobaczyć żółtą łódź podwodną Beetlesów. Albo przynajmniej jakiś żółty samochód na miejscowej rejestracji tureckiej. Zobaczyłem to drugie. Dobra jest! - krzyknąłem w myślach, aż mi pourywało się przynajmniej kilkaset połączeń neuronów. Trzeba zatem realizować plan 7T. Kulturalnie i grzecznie spytałem zatem pilotki, o której mamy czekać pod tą drugą bramą, aż wrócą z Domku Marii Dziewicy, abyśmy mogli sobie spokojnie pochodzić po ruinach. Dostałem odpowiedź, że dostanę odpowiedź pod koniec wspólnego zwiedzania Efezu. No tak. Czego się mogłem spodziewać. Cudu?!

Gorączkowo zacząłem liczyć, kalkulować, szacować, rachować, dodawać, sumować, potęgować i całkować, ile im to może zająć czasu, i o której powinniśmy tam być. A tu naraz znienacka zaskoczenie. Nasza przewodniczka podała nam przybliżoną godzinę: 16:40. Ale oczywiście zastrzegła się, że plus minus 10' i, że oczywiście przy innej bramie niż będziemy zaraz wchodzić. To naturalne, że około, że przecież nie da się tak dokładnie wyliczyć, i nie musi nam tak drobiazgowo tłumaczyć, jak tam dojść. Uff! Jeden etap planu za nami.

Teraz faza druga – dostać bilety wstępu, które mieliśmy w naszym skromnym pakiecie. Turecki przewodnik dzierżył je w dłoni i, tak jak rano, dawał do skasowania obsłudze i kolejno wchodziliśmy. Dałem znać rodzinie, aby się nie wyrywali i czekali aż wszyscy z grupy przejdą. I kiedy zostaliśmy tylko my poprosiłem o bilety, że my wejdziemy sobie później. Wyraz zdziwienia rozlał się na twarzy Turka, ale nie oponował i dał nam trzy bilety (25 TL = 42.5 PLN, razem 90 TL = 153 PLN). I jeszcze podszedł z nami do kasy, aby dla Kasi, po skrupulatnym sprawdzeniu jej wieku na podstawie paszportu, dostać darmowy bilet wejściowy. Mogliśmy to sami potem załatwić bez problemu, ale bardzo serdecznie mu za to podziękowałem. Kolejne stadium rozwijającego się planu za nami!

I teraz tylko sfinalizowanie tego wszystkiego. Podeszliśmy do stojących taksówek. Cennika nigdzie nie było widać, ale była tablica z napisem „House of Virgin Mary”. Nie było problemów ze zleceniem, a że zależało nam na czasie, więc się nie targowaliśmy o cenę, a pewnie jeszcze te 10 TL spokojnie byśmy mogli zbić. Ale co tam. Nie zawsze trzeba aż tak być chytrym. Przynajmniej sobie gość zarobił na nas. Kierowca miał nas tam zawieźć (9 km), czekać ile będzie trzeba, nawet i kilka godzin, a potem przywieźć nas z powrotem, ale już pod tamtą bramę (Magnesian Gate - 5km) i to wszystko za 80 TL. Do tego doszły jeszcze 2 bilety wstępu (za mnie i żonę) po 15 TL. Czyli za 4 osoby zapłaciliśmy w sumie 110 TL (187 PLN czyli 47 PLN/osoba), zamiast 140 € (588 PLN czyli 147 PLN/osoba). Chyba różnica zauważalna dla każdego. A przynajmniej odczuwalna. Rozumiem, że firma i piloci MUSZĄ zarobić! Ale dlaczego moim kosztem i do tego w taki sposób! I dlaczego aż tyle za podwiezienie autokarem tych paru kilometrów i opowiedzenie czegoś o tym miejscu! W kwietniu 2011r. będąc na podobnego typu objazdówce, ale przygotowanego, na szczęście dla nas, przez innych organizatorów, też była możliwość fakultetu do tego sanktuarium i to jedynie za skromne 15 € (za 4-osobową rodzinę po tamtych cenach wyszłoby 252 PLN czyli 63 PLN/osoba) i pewnie byłaby zniżka za dzieci, a przynajmniej za Kasię. I w związku z tym wszystkim teraz mamy wielki problem. Czy jak pomodliliśmy się za wydaną z własnej kieszeni mniejszą kwotę, to czy ta modlitwa będzie tak samo ważna, co za wyższą stawkę nabijając przy okazji tym komuś kasę?

W drodze „pogadaliśmy sobie” po angielsku z kierowcą. Ale dla usprawiedliwienia się podaję, że to on zaczął. Najpierw tak delikatnie, ostrożnie a z biegiem czasu zaczęliśmy iść na całego. Bardzo sympatyczny Turek, cieszył się z uzyskanych odpowiedzi, mam nadzieję, że je rozumiał, przynajmniej z grubsza, a nie tylko udawał. Siedziałem obok niego, a rodzinka z tyłu. W trakcie tej gadki odwracał się do nas bokiem lub nawet przodem, albo kiwał z uciechy głową tak nisko, że była obawa, aby nie zaczepił nią o pedał gazu. Wydawało się jakby był w siódmym niebie, takie sprawiał wrażenie. Póki były to zakręty na płaskim, to jeszcze dało się wytrzymać, ale kiedy to robił na serpentynach podczas wjeżdżania na Wzgórze Słowików, to tym samym dostarczał nam dodatkowych atrakcji i to zupełnie za free. Taki hardcorowy rollcaster.

I na jednym z takich czarnych zakrętów o 180°, minął nas, jadąc z góry na czarnych rolkach po czarnym asfalcie, facet w ciemnych, lustrzanych okularach, czarnym kasku i w czarnym garniturze, grając na czarnych skrzypach utwór Czarna Madonno. Na czarnym sznurku miał doczepiony czarny transparent z czarnymi literami: Po górach, dolinach rozlega się dzwon.

Że jesteśmy na wycieczce, że nie ma co się przejmować resztą grupy, że bez problemu trafimy do niej z powrotem, że to nasz drugi raz w Efezie, że chcemy pokazać dzieciom Dom Matki Bożej (prawdopodobnie przypuszczalny, a właściwie zbudowany na fundamentach dawnego), że mamy na sobie koszulki z napisem turcjawsandalach.pl i dla pewności pokazałem na swoje sandały, że bardzo lubimy Turcję i jej przyrodę, krajobrazy, zabytki i zwłaszcza ludzi, którzy są tak mili i serdeczni, że jestem już ósmy raz w tym kraju (nie wdawałem się już w szczegóły uściślające tę informację, gdyż bym tylko zagmatwał bardziej, że Agatka jest 6 raz, Jaś 5, a Kasia dopiero 4). Wyszło, że ja to już niemal Turek. No, po turecku to ja umiem, ale tylko siedzieć. I może jeszcze uczesać kurę. Zaskoczył nas pytaniem o wizy do Polski dla Turków. Nie wiedzieliśmy jak się sprawy mają, więc tylko powiedzieliśmy, że chyba nie powinno być z tym kłopotów i trzeba się zgłosić do konsulatu lub ambasady.

Domek Marii Dziewicy
Domek Marii Dziewicy

A już na miejscu „jaki tu spokój, nic się nie dzieje, nikt się nie bawi”. Na parkingu żadnego autokaru! Jedynie kilka samochodów, więc więcej tej całej obsługi niż turystów i pielgrzymów. Mogliśmy w ciszy pokontemplować, powdychać powietrza przesyconego wonią lasu piniowego, posłuchać śpiewu ptaków. Agatka wyjaśniała dzieciom co, jak i dlaczego. Po drodze mijaliśmy sadzawkę chrzcielną - cysternę. I Jaś od razu zwrócił uwagę, że powinny być drugie schody do wyjścia, a nie tylko do wejścia. No proszę, nawet się nie zastanawiałem nad tym. Przyjąłem do wiadomości i już. W samym domku też pobyliśmy dość długo. Siedział tam brat z zakonu Braci Mniejszych Kapucynów, ale on sam nie był taki mały. Poza tym przeszło dosłownie tylko kilka osób i to w jednej grupce.

Domek Marii Dziewicy
W środku Domku Marii Dziewicy

Domek Marii Dziewicy
Samopojawiający się obraz

Wszak coś jest w tym miejscu uznawanym za miejsce Wniebowzięcia NMP, że trzech papieży złożyło tutaj wizytę: Paweł VI 26 czerwca 1967r., Jan Paweł II 30 listopada 1979r. i Benedykt XVI 29 listopada 2006r., zostawiając na pamiątkę podarki.

Domek Marii Dziewicy
Czerwony Wiewiór podąża za nam

Nikt nas nie gonił, tylko czas. Niestety nie mogliśmy być tu tak długo jakbyśmy chcieli być. Skorzystaliśmy z wody źródlanej pijąc i napełniając parę butelek na potem.

Domek Marii Dziewicy
U trzech źródełek naraz

Nie zostawiliśmy żadnej karteczki na Ścianie Życzeń, ani nie szukaliśmy tych, które zostawiliśmy poprzednio. Zjeżdżając z góry zatrzymaliśmy się jeszcze przy Meryem Ana Heykeli, dużym złotym posągu Maryi, celem zrobienia sobie fotek, bo autokarem nie mieliśmy takiej możliwości.

Domek Marii Dziewicy
Złoty posąg Maryi

I trochę dalej pod bramą do Efezu znajdującej się, jakże by inaczej, przy Meryem Ana Yolu wysiedliśmy (była 15:20) dziękując bardzo kierowcy za wszystko. Głównie, za to , że mimo przeciwności udało nam się zrealizować nasz cel. Później Agatka przyznała mi się, że dzięki naszej pilotce straciła nadzieję, abyśmy wszyscy tam pojechali.

Zostało nam jakieś niecałe 1.5 h na zwiedzanie, więc poszliśmy normalnym krokiem, a nie takim „zwiedzającym ruiny”. W miarę możliwości chcieliśmy dość szybko dotrzeć do "amfiteatru" i drogi portowej (Arkadiusza lub Arkadyjskiej), aby stamtąd rozpocząć odwrót. Wiem, że amfiteatr jest połączeniem dwóch półkolistych teatrów, ale tak jakoś ładniej brzmi i się przyzwyczaiłem, więc niestety będę robił ten błąd językowy świadomie i z wygodnictwa. I tak sobie idąc i patrząc podziwialiśmy, a Agatka opowiadała dzieciom co, jak i dlaczego. A ja pstrykałem, gdyż na robienie zdjęć nie było już dobrego światła i szkoda mi było czasu. „Na ulicach cichosza, na chodnikach cichosza, nie ma Mickiewicza i nie ma Miłosza”, ale była nasza grupa wycieczkowa.

Wszyscy stali przy skrzyżowaniu trzech starożytnych uliczek, jedna to ta, którędy szliśmy od bramy i Odeonu, a więc Droga Kuretów, druga to kontynuacja tej, którą szliśmy, czyli uliczka zmierzająca w dół, w stronę Biblioteki Celsusa, a której odrestaurowany fronton był stąd widoczny oraz trzecia mniej więcej prostopadła do nich i biegnąca więcej niż mniej na południe. Tak więc stali i czekali, a pilotka siedziała i rozmawiała sobie na antyku przez telefon. Dochodziły do nas odgłosy upadających na kamień i tłukących się przedmiotów. To wypadały sztuczne szczęki z rozdziawionych buź i spodeczki, w które pozamieniały się oczy, jakby pod wpływem wzroku Meduzy. Chyba wszyscy byli mocno zdziwieni widząc nas idących sobie w najlepsze z tej właśnie strony, w którą oni zmierzali. Wyprzedzić i wyminąć ich w trakcie byłoby w zasadzie nie sposób. W tych zielonych T-Shirtach byliśmy zbyt widoczni i rozpoznawalni. Być może co bystrzejsi domyślili się w czym rzecz, ale nikt nas o nic nie pytał. I dobrze, bo nie chcieliśmy się tym chwalić. A na pewno domyślili się nasi przewodnicy, ale ci z tej racji, że znają tutejsze realia i wiedzą, co można zrobić, jak się samemu coś wie i ma się jeszcze chęć do samodzielnego działania. A my, jak gdyby nigdy nic, przeszliśmy sobie grzecznie obok słuchając, również grzecznie, co ma do powiedzenia, jeszcze bardziej grzeczna, Agatka. Niedługo potem grupa skończyła zwiedzanie i ci, co nie jechali na fakultet, a mieli ochotę jeszcze połazić, poszli za nami.

Efes
Fronton biblioteki Celsusa z oddali

I, moim zdaniem, bardzo ważna rzecz, zwłaszcza dla lubiących fotografowanie. Efez koniecznie należy zwiedzać wcześniej, generalnie w godzinach porannych, obiadowych. W zależności też od pory roku i pogody. Ale wtedy jest najlepsze światło i fronton biblioteki jest pięknie oświetlony. Co z tego, że dzisiaj był słoneczny i pogodny dzień, kiedy słońce stało nisko i w dodatku za wzgórzem (Mt. Koressos) od południowej strony, więc wszystko było w cieniu i kolorystyka pozostawiała wiele do życzenia. Dobrze, że 2 lata temu spędziliśmy tu grubo ponad 2 h przy dobrym, przedpołudniowym świetnym świetle. Nie mam pojęcia (w znaczeniu nie doświadczyłem tego osobiście) jak jest wieczorem, o zmierzchu, kiedy dochodzi sztuczne oświetlenie. Ale z tych nielicznych zdjęć jakie widziałem w Internecie, to wygląda, że jest wtedy całkiem bajecznie. Nie wstąpiliśmy znów do domów na tarasach, dodatkowo płatnych (chyba 15 TL). Teraz za mało czasu, a wtedy z lenistwa chcieliśmy poleniuchować. Może za trzecim razem?

Efes
Fronton biblioteki Celsusa z bliska

Efes
Jedna z postaci na frontonie biblioteki Celsusa

W trakcie spaceru dzieci naliczyły 21 kotów, więc się nie zawiedliśmy. Efez jest wciąż miastem kotów.

Efes
Koty,

Efes
koty

Efes
i koty

Efes
i znów koty

Efes
i chyba wystarczy tych kotów

I tak idąc ulicą Marmurową, wzdłuż handlowej agory, usłyszeliśmy dzwonki. Ale to nie była piękna, mimo swych mikro rozmiarów, Tinker Bell, lecz równie powabna owieczka. A właściwie całe stado owiec oraz kóz, jak się po chwili okazało, które to niby się pasąc na zboczu góry, chciały wygonić biedne koty z ich miasta. Lecz te, nie wiem jakim sposobem, gdyż się oddaliliśmy od tego potencjalnego pola bitwy, odparły zmasowany szturm kopytnych i pogoniły je stąd, gdzie rośnie suchsza trawa.

Efes
Ani bee, ani mee

Efes
Na zdjęciu w relacji Skodą po Turcji jeszcze nie było rusztowania

Zmiany, zmiany, zmiany. Już nie ma żurawia nad teatrem (przeszliśmy przez scenę, nie wchodząc na trybuny), zrobił co swoje i odleciał? Znowóż w innym miejscu stoją rusztowania i wre praca, a we wrześniu nic tam się nie działo. Mogliśmy poprzednio pochodzić po agorze i udawać, że coś kupujemy w starożytnych butikach, a teraz figa. I to już uschnięta. Doszliśmy do ulicy Portowej i tam pozwoliliśmy dzieciom poskakać po antykach. A co? Niech mają. Pojadą może kiedyś do Rzymu, to im nie będzie wolno. A tu mogą i to szybko.

Efes
Jeden dla córki, jeden dla żony i jeden dla syna. Mogłem pomyśleć też o sobie. Jeden dla siebie też by się przydał

Efes
Tylko w trzy rodziny?

Efes
To tutaj w cztery rodziny

Efes
Niby jak wyżej, ale inaczej

I nie spiesząc się zbytnio, ale trochę, tak w sam raz, wracaliśmy (1 km do przejścia), aby być o wyznaczonej porze na miejscu. Bo gdybyśmy to my się spóźnili, to byłaby afera, że nie wiem co. Pewnie dostalibyśmy uwagę w dzienniczku do podpisania przez rodziców.

Okazało się, że pojechało tylko około pół grupy. Większość siedziała i sączyła różne płyny, a mniejszość kręciła się to tu, to tam. Dołączyliśmy do większości, ale tylko, aby posiedzieć i pogadać, gdyż lada chwila mógł przyjechać autokar z pielgrzymami, więc nie było tak czasu. Od razu spytano żonę, czy nie swędziały ją uszy. Agatka zdziwiona stwierdziła, że nie, absolutnie, gdzież by znowu. Na co dostaliśmy odpowiedź, że obgadywali nas, a przede wszystkim ją. Ale oczywiście tylko i wyłącznie dobrze. Że byłoby świetnie, jakby to ona była przewodniczką i pilotką, no i w ogóle prawie same aj-waj. Ludziom podobały się nasze zielone koszulki TwS. Jako, że jestem równie gadatliwy, co obraz, zresztą podobnie jak Janek (w tamtym roku postanowiliśmy zrobić sobie zawody, kto kogo zagada i od roku wciąż rozgrzewamy nasze języki), więc to Agatka, jako rzecznik prasowy naszej rodziny, opowiedziała skąd je mamy i dlaczego, a raczej za co, i że to w ogóle przeze mnie, i że to ja tak rozrabiam i wynajduję czasem jakieś dziwne miejsca oraz informacje, a ona je tylko przyswaja. I tu następuje dłuuuuuuuższa przerwa na jak najbardziej pozytywną reklamę serwisu internetowego turcjawsandalach.pl.

Autokar spóźnił się tylko kwadrans i w zasadzie niewiele dłużej jechaliśmy do hotelu Pine Bay w rejonie Kuşadasi. To był chyba największy hotel w jakim gościłem, ale zdecydowanie nie chciałbym tutaj wypoczywać (nie wiem czy to słowo jest adekwatne) w sezonie letnim. Hotel śmiało mógłby mieć dwie strefy czasowe. Świetnie rozwiązano położenie na stoku góry, robiąc kaskadowe piętra.

Pine Bay
Pine Bay

Sam główny hall składał się z jednej części: z recepcji, sal konferencyjnych, restauracji hotelowej, fitness itp. rozmieszczonych na kilku piętrach i z drugiej części równie wysokiej oranżerii ze znajdującym się w niej basenem, który oglądany z wysoko położonej recepcji wydawał się mały. Akurat tego dnia rozpoczęło się w tym hotelu 4 dniowe sympozjum naukowe BIOMED. I tutaj mieliśmy spędzić najwięcej czasu w trakcie podróży. Albowiem wyjazd zaplanowany został dopiero na 9:00. Dostaliśmy informacje o kolacji (od 19:30) i śniadaniu (od 7:00) oraz o basenie (do 19:00 i od 7:00). Dobrze, że pokoje dostaliśmy blisko siebie. W takim molochu moglibyśmy się tak łatwo nie odnaleźć nawzajem. A dzisiaj przejechaliśmy w sumie trochę ponad 260 km.

Dzieci bardzo chciały na basen, więc czym prędzej tam poszliśmy. Trochę nas zdziwiły porostawiane wokół stoliki pozastawiane owocami i soczkami. Ale co tam, zresztą nie byliśmy pierwsi. Wyprzedziła nas kobieta z grupy, która była na wycieczce razem z dorosłą córką. Ledwo dzieci weszły do basenu przyszedł do nas kierownik. Nie wiem, czy kierownik sali będzie dobrym określeniem dla pomieszczenia wysokiego na 4 piętra i będącego oprócz basenu, pełnego całkiem niezłych okazów drzew i innej ciepłolubnej flory. W każdym razie powiedział, że o 18:30 będzie tutaj koktajl i prosi, żeby nie nachlapać na płytki, aby gości nie poniosła fantazja i śliska podłoga i najlepiej jak sobie zaraz pójdziemy stąd. Było jeszcze ze 40’ do tego rautu, więc po kwadransie kąpieli wyciągnęliśmy nasze pociechy z wody. Jednak ciało zanurzone w wodzie stwarza duży opór. Zwłaszcza im jest mniejsze.

Do naszych pokoi daleko, mieliśmy brać nawet taksówkę (trzeci raz dzisiaj!), więc się chwilę kręciliśmy aż trafiliśmy wszyscy do sauny. Potem oblani poszliśmy potem do hammanu, ale już beze mnie. Tam się towarzystwo polewało wodą do upadłego. W końcu jakoś dotarliśmy do pokoi i po własnej kolacji wypiliśmy soft drinki ze świeżo wyciskanych pomarańczy. Dzieciom smakowało i mówiły, że nawet są lepsze niż z kartonów. Razem z Agatką usiedliśmy sobie na tarasie delektując się chłodnymi płynami i ciepłym, miłym wieczornym powietrzem, widokiem na morze, którego nie widzieliśmy z powodu ciemności oraz tym, że mimo przeciwności (ludzi, losu, okoliczności, itp.) udało nam się zrealizować jeden z naszych celów przy okazji tej wycieczki. A w Polsce za to było wtedy mokro i zimno, o czym dowiedzieliśmy się z przeprowadzonej właśnie rozmowy telefonicznej.

Pine Bay
Pine Bay

KONIEC CZEŚĆI PIERWSZEJ

Odpowiedzi

...już nie mogę doczekać się ciągu dalszego (mam nadzieję, że za chwilę dalszy ciąg programu)!

Miałem przerwę na pracę.

A przy okazji. Wstęp będzie na zakończenie i to w części 2.

Zwłaszcza fragmenty programu są źródłem uciechy, np. taka 'kolumna Serpentyna' :) Kim był ów mąż, nazywany Serpentynem, może cesarzem a może sułtanem? Wygląda na to, że komuś się nieźle pomerdało z nazwami, bo przecież chodziło o 'kolumnę wężową' (po angielsku Serpent Column)! Ciekawe, co będzie dalej?

Oczywiście jesteśmy niezmiernie Wam wdzięczni za pozostawienie nam przywileju przejażdżki Marmaray jako przedstawicielom społeczności Turcji w Sandałach. Chociaż - faktycznie: tunel jak tunel, tylko międzykontynentalny :P

Acha - kiedy wyły syreny z okazji rocznicy śmierci Wodza i Ojca Turków, byliśmy kilkaset metrów od Was - pod Cysterną Bazylikową... Prawie na siebie wpadliśmy w Stambule ;)

Rzeczywiście, minęliśmy się o włos. Szkoda. Podobnie jak żałuję, że nie byłem w Cysternie Bazylikowej.

Takich kwiatków w opisie można znaleźć więcej. Do tej pory myślałem, że najważniejsze sanktuarium Islamu to Mekka, a tu niespodzianka.

Dawno nie działałem aktywnie, więc albo trochę zapomniałem jak to się robi wszystko sprawnie, albo po prostu nie wiem. Czcionkę miałem Times New Roman, a tu mi się zmieniała i musiałem ingerować. Ale to w sumie mały kłopot. Gorzej jest ze zdjęciami. Strasznie dużo kliknięć potrzeba na jedno zdjęcie. Przygotowałem sobie zdjęcia w trochę większej rozdzielczości (na ogół 960 px), ale bardziej skompresowane, a tu mi strażnik rozdzielczości robi 700 px (OK, niech robi), ale czasem zwiększa ilość bajtów. 

Muszę sobie zatem na nowo przygotować fotki o szerokości 700px, ale to żaden kłopot.

A tak przy okazji bardzo mi się podobają zastosowane efekty w niektórych zdjęciach np. w Meczet Yavasci Sahin. Wielokrotnie już widziałem podobne fotki, ale na razie nie wiem jak to osiągnąć. Jakieś filtry, metody itp. Czy byłoby to możliwe, aby poznać tajemnicę ich powstawania? Oczywiście niekoniecznie na forum otwartym. A jeśli nie, to rozumiem, bowiem każdy z nas dochodzi do jakichś rozwiązań, czasem znanych tylko nam samym.

 

Wiele z problemów edycyjnych wynika z przeklejania tekstu na TwS z Worda czy innego podobnego edytora. Najlepiej wklejać tekst 'czysto tekstowy' taki z notatnika przykładowo. Ale nie szkodzi, umówmy się, że jak już skończysz relację, to ja się wtrącę i nieco sformatuję tekst do kanonicznej na TwS formy, np. zwiększę czcionkę i wytnę śmieci, które za Twoimi plecami umieszcza w kodzie Word. (I tak się już wtrąciłam, zmieniając organizatora wyprawy na Premio Travel, po uprzednim dodaniu tego biura do listy - mam nadzieję, że nie masz nic naprzeciwko).

Co do zdjęć, to faktycznie większych niż 700 px nie przyjmujemy, żeby uniknąć zbyt ciężkich tekstów i problemów z wyświetlaniem. Za to mogę w ramach rekompensaty zrobić z tych zdjęć taki pokaz slajdów, jaki mamy obecnie w innych artykułach np. w galerii zdjęć z muzeum w Side - ale to też po zakończeniu Twojej pracy.

Zdjęcie tego meczeciku Yavasci Sahin to nie żadna tajemnica, to tzw. HDR czyli High Dynamic Range. Część techniczna redakcji TwS (czyli Mruk) planuje nawet przygotować instrukcję tworzenia takich fotek, ale musimy mu dać trochę czasu. W skrócie - do ich wyprodukowania potrzeba kilku zdjęć tego samego obiektu z różną ekspozycją, czyli albo stosujemy opcję bracketingu w aparacie i otrzymujemy np. 3 zdjęcia o różnej jasności, albo fotografie zapisujemy w formacie RAW i później w domu wywołujemy z różną ekspozycją. Dalsza obróbka wymaga specjalnego oprogramowania, które na szczęście jest darmowe. (Fotografów - profesjonalistów proszę o łagodne potraktowanie tego wielce skrótowego i uproszczonego wyjaśnienia....)

Rzeczywiście Word lubi zaśmiecać, i tego nie widać, a co gorsza nie słychać, i nieraz nie zdajemy sobie po prostu z tego sprawy.

Tego biura podróży nie było w polu wyboru, więc nie mam nic przeciwko.

To, że jest to HDR to wiem, ale jak czasem robiłem go sobie (ciągle zapominam wejść w to głębiej), to mi wychodziły zdjęcia takie normalne w wyglądzie, ale o większej rozpiętości tonalnej. A w tych Waszych zdjęciach tego typu podoba mi się kolorystyka.

Generalnie część 1 mojego opisania wycieczki została zakończona. Tylko po małej przerwie technicznej dodam jeszcze kilka fotek (do pory obiadowej).

Część 2 będzie za czas dłuższy, ale postaram się jeszcze w tym roku.

Trzeba było pisać od razu, że HDR nie jest Wam obcy, bym się nie wygłupiała z podstawami :P Uzyskany efekt jest wynikiem szczegółowych ustawień i wyboru profili w programie, który używamy do obróbki zdjęć (Luminance HDR). Wieczorem postaramy się więcej szczegółów podać, jak dział techniczny się do tego zabierze...Dla pewności - czy o taki efekt chodzi (specjalnie przygotowałam zdjęcie z cysterny Yerebatan, której nie udało się Wam odwiedzić):

Cysterna Yerebatan w HDR

Relacja jest świetna, czytam jednym tchem, przypalając zupę, a dzieci płaczą w kątach z głodu... Zdjęcia poczwórne Waszej ekipy to rewelacja, taka liczna reprezentacja Turcji w Sandałach jeszcze w Efezie i Pergamonie nie gościła! Dziękuję serdecznie za reklamę portalu, może ktoś z Waszych współtowarzyszy niedoli do nas zawita, kto to wie?

Program kolejnych dni wycieczki nadal jest źródłem uciechy, nie wiedziałam do tek pory, że Pergamon leży w regionie Aleksandrii, ale cóż, człowiek się uczy całe życie, po to właśnie istnieje TwS ;)

Na pocieszenie mogę Wam zdradzić, że Czerwona Bazylika w Bergamie jest obecnie remontowana i niedostępna dla zwiedzających (osobiście sprawdzaliśmy to we wrześniu br.). Pewnie jak skończą ten remont, to nie poznamy budowli, aż strach ogarnia mnie na samą myśl, jak twórczo ją odtworzą :(

Światło z rana w Efezie to faktycznie rewelacja, a wieczorem też nie byliśmy - będzie powód do kolejnej wizyty (której z kolei, to już nie jestem pewna). Wille na zboczu są ciekawe, ale na zdjęciach wypadają słabo, niestety, chyba z powodu zadaszenia i braku nieba oraz zieleni drzew.

Daj proszę znać, kiedy Twoja edycja tego odcinka będzie zakończona, to sobie wtedy pogmeram w kodzie html-owym, tak dla rozrywki :)

Uff. Nareszcie. Skończyłem.

Można gmerać, gdyż część 2 będzie osobno. Proszę bardzo.

Urzekło mnie zwłaszcza to zdjęcie zamieszczone na FB. Takie baśniowe klimaty. Pozwoliłem sobie je zamieścić.

TwS

Jeżeli masz większe wersje, to chętnie je przygarnę drogą mailową - zaczarujemy i będą się powiększały na pełny ekran!

Dobra. To już jutro zrobię.

A w jakim programie robisz HDR-y?

HDR-y robię w Photoshopie, ale bardzo sporadycznie, wręcz okazjonalnie. I chyba ostatnio ze 2 lata temu. Ciągle zapominam się nim zająć na poważnie.

bylismy na takiej samej wyprawie  16.11.ale z opisu wynika ze bylismy na dwoch roznych wyjazdach magiczny smak orientu -bylo swietnie  swietna rezydentka Malgosia i  Haluk -swietny program hotele i jedzenie - nie mamy zadnych zastrzezen  -a na sniadanie jest tyle czasu w zaleznosci o ktorej sie na to sniadanie zeszlo  nasza grupa  nie miala z niczym problemu przeciez to nie urlop tylko objazdowka

 

16.11 to jadłem już obiad w domu. Nie kojarzę Haluka, wydaje mi się, że nasz Turek nazywał się inaczej, ale to nie jest tak istotne.

To była dopiero moja 4 (słownie: czwarta) objazdówka tego typu po Turcji, więc nie mam jeszcze aż takiego doświadczenia, jak Wasza grupa.

Nasza rodzina też nie miała problemów ze śniadaniami, napisałem tylko o odczuciach innych osób. Chyba, że to była tylko ich taka gra-prowokacja, a ja dałem się nabrać na to.

I że o 6:30 jest śniadanie. Na co podniosły się głosy oburzenia, że jak tak można, przecież nie po to przyjechali. Przecież oni płacą ciężkie pieniądze (chyba samymi monetami) i wymagają, i nie życzą sobie, aby im dyktować kiedy i o której mają jeść i dlaczego tak wcześnie. I, to chyba było najgorsze, dlaczego tak mało czasu na śniadanie! Jakby to miały być wczasy. No cóż, nie rozumiałem tego zamieszania ze strony naszych światowców.

Jesteśmy ludźmi, nie automatami, więc mamy różne postrzeganie świata, wynikłe z uwarunkowań życia, wychowania i doświadczenia. Dla jednych wystarczy cokolwiek, by się tym oczarowywać, a już szczególnie kiedy za to zapłacą, podczas gdy drudzy mogą przyjąć to za rzecz normalną i oczekują czegoś więcej, a bylejakość ich nie zachwyca.

Do hoteli i posiłków się nie czepiam, nie jestem z tych co wybrzydzają przy byle okazji. A że w jednych jest lepiej, a w drugich trochę gorzej, to przecież normalne.

A czy rezydentka była świetna? To będzie zawsze kwestią otwartą. Podobnie jak jest z różnymi dziwactwami ludzi. Jeśli człowiek normalny ma dziwactwa (nietypowe hobby), to zaraz nazywają go wariatem, ale jeśli to samo robi człowiek bogaty, to on jest ekscentrykiem. Moim zdaniem jako rezydentka była osobą arogancką, i na zadawane przez nas pytania odpowiadała tak, aby zniechęcić do dalszych. Na szczęście potrafimy czytać. Owszem miała wiedzę i potrafiła coś opowiedzieć, ale w zasadzie tylko tam, gdzie musiała. Opis programu posiada sporą ilość błędów merytorycznych, a od firmy, która się specjalizuje w wycieczkach po Turcji można oczekiwać rzetelności. I uczciwości. Mając tak skromne własne doświadczenie zrealizowałbym ten program inaczej, bardziej jednak pod kątem ludzi, a nie firmy. I tak właśnie bywało na poprzednich moich objazdówkach po Turcji, organizowanych przez inną firmę zarówno polską jak i turecką.

Po pierwsze - Twoja relacja jest tak zajmująca, że proszę - pisz dalej!  

Po drugie - poruszane problemy objazdówek są mi naocznie znane i mam podobne opinie o organizacji i organizatorach, dodam tylko, że to nie dotyczy wyłącznie Turcji. Co do Twojej (Waszej) zaradności i poczynionych oszczędnościach to jednak nie wyciągaj z tego wniosków uogólniających. Co się udaje w czwórkę, może być niemożliwe dla dużej grupy i pewnie dlatego ceny touroperatorów mogą nie być bardziej "dla ludzi". Zresztą, te biura robią dla siebie, czyli dla ludzi, tylko innych :) Broń Boże nie biorę ich w obronę... Piloci i rezydenci zapędzający turystów do umówionych placówek w celach handlowych, sprzedawanie wycieczek po zawyżonych cenach, to ciemna strona ich pracy, ale nie oceniam tego, bo nie znam szczerej wypowiedzi rezydenta (tki) czy pilota (tki) poza relacją Izy, oczywiście :)) Natomiast dużo gorzej oceniam poziom wiedzy i erudycji naszych pilotek w Turcji. Wedle mnie milczały, bo nie miały wiele do powiedzenia, a zdawkowe odpowiedzi na pytania to nie arogancja, lecz brak wiedzy i profesjonalizmu (mam porównanie z pilotami rosyjskimi).

Ale wracajmy do tematu  - cdn.pls!!!


Fajnie i z humorem. Prośba więc o więcej!

Pozdrawienia od drugiej pary dla rodziny w sandałach ;-)

Znaleźliśmy Ayawalik inny lepszy, większy i czystszy sklep z większym asortymentem :-)

Czytając tą i wiele innych relacji z podróży zamieszcanych przez turystów, którzy byli z biurem ale chcieli wycieczke przerobic po swojemu na wypad niby samodzielny jest troche żałosne. Jeśli się ma w sobie pasje podróżowania i chce sie na własnych warunkach zwiedzać to trzeba jeżdzic indywidualnie na zwiedzanie, jeśli zaś nie ma sie odwagi, pomysłu itp. i jedzie sie z biurem to takie uciekanie przed pilotem, jedzenie pokątnie kabanosów to śmieszny sposób ominiecia systemu! A system ten to grupowe zwiedzanie, ktore rządzi sie swoim schematem. Jeśli szanowny Pan który to pisze pracuje za darmo i je tylko korzonki to nie bede mu sie dziwić że ma problem z tym że coś kosztuje drożej ( słuszał Pan kiedyś o marży i zarobku) jeśli sie jedzie z BP na wycieczke a nie z Fundacją charytatywną to takie zdziwienie dowodzi czemu?...... Nie bedę kończyć. 
Wypowiadam sie jako pracownik branży turystycznej i podróżnik, jesli jadę sama przez świat to śpię pod chmurką, a jak jadę z biurem to kupuje fakultety  chociaż wiem ze przepłacam, bo na siłe i załośnie nie omijam swoistego "systemu"!!!
Panu polecam się zastanowić nad rodzajem podróży jakie Pan preferuje , jesli nie odpowiada Panu wycieczka zorganizowana to po co Pan jechał????????????? 

Wyczuwam w tym potoku niejasno sformułowanych zażaleń żal za niezdobytą prowizją. W tej relacji człowiek z humorem opisał niedopasowanie rzeczywistości do obietnic, jakie roztaczano przed nim w na łamach folderów. Pan zaś radzi, by w takich przypadkach pokornie nagiąć kark i dostosować się do zgrzytającej organizacji w imię dopasowania się do "systemu". Rada co najmniej idiotyczna. 

Dzięki uznam za uznanie. W dzisiejszych czasach wiele osób ma trudności ze zrozumieniem czytanego tekstu, czego przykład otrzymaliśmy powyżej.

Nie wiedziałem czy mam się śmiać, czy płakać. Został tu bowiem przedstawiony, na podstawie jakiegoś tam jednego tekściku, ciekawy i mocno zgłębiony portret psychologiczny mojej osoby. Doprawdy zdumiewające i godne podziwu! Brawo! Może trzeba zmienić profesję, nim podobni do mnie nie doprowadzą do bankructwa kolejne bp.

Niestety, w przeciwieństwie do opisującej mnie osoby, nie jestem internetowym ekshibicjonistą i cenię sobie bardzo prywatność. Nikomu nie muszę się chwalić, gdzie to ja nie jeździłem, czego to nie zobaczyłem i u kogo to ja nie nocowałem za darmo. Wyjątek zrobiłem dla TwS, gdzie opisałem parę interesujących, z mojego punktu widzenia, miejsc nie zawsze ujętych w przewodnikach. I żeby być szczery, to był jeszcze jeden wyjątek - opis wyprawy rowerowej do Rzymu, który umieściłem gdzieś tam w sieci na prośbę osób, z którymi wtedy byłem, a chcieliby powspominać.

Я слушал (ja słuszał) o marży i zarobku. Tylko pytam się w imię czego mam płacić jakiemuś biuru, które szumnie zwie się, turystycznym, a nie odróżnia Bosforu od Dardaneli, i każe sobie w dodatku płacić kosmiczne prowizje i to po sezonie.

A na tą wycieczkę pojechałem dlatego, że byłem trzy razy na tego typu wyjazdach. I tak wspaniałej organizacji wycieczek oraz pilotów, których pasją jest dzielenie się wiedzą z turystami (nie tylko w zakresie objętym programem) nie spotkałem wcześniej. I też dlatego, że naiwnie wierzę w uczciwość. Ale cóż, tylko do trzech razy sztuka. Za czwartym razem zmienili się organizatorzy zarówno po stronie polskiej jak i tureckiej. Niestety nie na lepsze.

Rozumiem, że wg mojego adwersarza należy na takich wycieczkach postępować zawsze w myśl niepisanego regulaminu, co bardzo ładnie i zwięźle ujął uznam „płacz i płać”:

Pkt. 1 Pracownik, rezydent, pilot biura podróży (branży turystycznej) ma zawsze rację.

Pkt. 2 Jeśli pracownik, rezydent, pilot biura podróży (branży turystycznej) nie ma racji, to patrz pkt.1.

Przeczytałem te napisane przepiękną polszczyzną kalumnie będąc na tygodniowym wyjeździe. Było to tylko 500 km od domu, w dodatku w kraju, więc taki „rasowy, zawodowy podróżnik” (a właściwie w tym przypadku podróżniczka) tylko prychnie na to, jako na coś wręcz niegodnego światowca i obieżyświata. Oczywiście są wyjątki, sam znam osobiście pewne małżeństwo fotografów-podróżników, którzy sobie to bardzo cenią – gdyż Polska jest niezwykła. Cóż, bardzo mi przykro, ale nie był to wyjazd organizowany przez jakieś żałosne bp. Ale jak na turystę z „ambicjami” był bardzo mało turystyczny wyjazd – tylko jedna niewielka wycieczka, a poza tym jakieś narty i basen termalny. I w dodatku nie spałem pod chmurką. I to wszystko tylko i wyłącznie dzięki zaoszczędzonym środkom na wycieczce z przed roku, że nie wykupiłem obiadów i fakultetów. Wielkie podziękowania dla sponsora.

A co do formy podróżowania, to na pierwszym miejscu stawiam preferencje rodziny z jakąś małą możliwością odskoczni dla siebie. Preferuję bowiem chodzenie po chaszczach, górach i bezdrożach, co niekoniecznie jest ulubioną formą spędzania czasu dla osób lubiących mniejszą aktywność. I jeszcze jedno – jestem kartografem, więc mam pojęcie o geografii.

W związku ze świętami Bożego Narodzenia nie chowam urazy, zganiając to wszystko na małostkowość, niedoświadczenie i młodzieńczą bufoniastość (Sądzimy po pozorach, łatwo i często oceniamy. Tymczasem nie wszystko jest tym, czym się wydaje. – Rafał Kosik „Felix, Net i Nika oraz Trzecia Kuzynka”) i życzę moim interlokutorom mądrzejszego spojrzenia na ludzi i świat oraz oczywiście jeszcze wielu podróży.

...tylko nie zrobiłam tego w imię jakiegoś pluralizmu poglądów na TwS-ie, mam nadzieję, Piotrze, że się za bardzo nie przejąłeś tamtą projekcją wyrzutów i zarzutów. Mnie osobiście najbardziej rozbawił fakt zrównania turystyki niezależnej (czyli bez biura podróży) ze spaniem po krzakach :)

Ze śmiesznostek to dodałbym jeszcze to "jedzenie pokątnie kabanosów".

Nawet ma to jakiś sens w Turcji, bo jak wiadomo, skoro klient nie chciał kupować wycieczek, więc biedak i sknera, to i kabanosy pewnie wieprzowe.