O czasy, o obyczaje! Czyli o upadku bogów reportażu

Dziwne i straszne czasy nastały dla polskich reporterów. Tak się nieszczęśliwie złożyło, że w przeciągu ostatnich trzech tygodni trzech szanowanych dotąd przeze mnie reporterów objawiło się w moich oczach z zupełnie innej, nieprzyjemnej strony. Ponieważ wszystkie trzy przypadki mają związek z podróżowaniem, pozwolę sobie publicznie ponarzekać na obecne standardy polskiego dziennikarstwa.

Kot jak człowiek, też się musi utrzymać

Na pierwszy ogień trafił Jacek Hugo-Bader, niezmiernie przeze mnie ceniony reporter, którego do niedawna kojarzyłam głównie z tekstów traktujących o terenach byłego ZSRR. Niedawno ukazała się jego nowa książka - Długi film o miłości. Powrót na Broad Peak - relacjonująca przebieg wyprawy, której celem było odszukanie ciał polskich himalaistów, Tomasza Kowalskiego i Macieja Berbeki. Hugo-Bader przyłączył się do tego przedsięwzięcia, organizowanego przez Jacka Berbekę, brata zmarłego Macieja Berbeki, a swoje przeżycia i przemyślenia opisał w formie książkowej.

Główna burza, która przetoczyła się po tej publikacji przez polskie media, dotyczyła konfliktu między Jackiem Hugo-Baderem a Jackiem Berbeką. Ten drugi oskarżył reportera o wiele nieścisłości, przekłamań i snucie fantazji nie znających potwierdzenia w faktach. Padł również pod jego adresem ciężki zarzut, że w wysokich górach „zachowywał się jak turysta”. Z innej strony - Jacek Hugo-Bader bronił się, twierdząc, iż pełnił tylko rolę reportera [1]. Trudno tu rozstrzygać, kto ma rację - zapewne, jak to zwykle bywa, leży ona gdzieś pośrodku.

Dla mnie jednak największym rozczarowaniem okazała się zupełnie inna kwestia związana z książką Hugo-Badera. Otóż ten dziennikarz znaną metodą kopiuj-wklej zamieścił w niej fragmenty tekstu, który ukazał się na łamach Tygodnika Powszechnego. Co gorsza, nie raczył podać źródła, z którego swobodnie czerpał. Autorzy owej publikacji, Bartek Dobroch i Przemysław Wilczyński, poczuli się oczywiście urażeni, a ich zarzuty zostały poparte analizą kancelarii adwokackiej. Cóż, zdarza się najlepszym - może zawiniła korekta, może zmęczenia reportera lub zdarzająca się najlepszym niechlujność. I tutaj dochodzę do sedna sprawy - jaka powinna być właściwa reakcja osoby dopuszczającej się takiego zapożyczenia?

Wydawało mi się, że tylko jedna - wyrażenie żalu, ewentualnie związane z propozycją zadośćuczynienia. Tymczasem Jacek Hugo-Bader owszem, przeprosił, ale zarzut popełnienia plagiatu zbagatelizował słowami "To nie plagiat na litość Boską - chodzi o kilka zdań, sześć, dziewięć... Podobnych. Może to tylko nonszalancja, niechlujstwo? Albo nieświadoma inspiracja? Może poniosła mnie materia?" [2]. Co ciekawsze, w swoich tłumaczeniach wspomina złą karmę i klątwę, która rzekomo wisiała nad jego książką od momentu, gdy wpadł na pomysł jej napisania. Jeżeli poważny, jak sądziłam, reporter, podaje takie wyjaśnienia, to mój świat nigdy już nie będzie taki sam.

Drugim chętnym w kolejce do zdjęcia mi z oczu zasłony naiwności, która pozwalała mi w cynicznym świecie dziennikarskim doszukiwać się resztek przyzwoitości i kultury osobistej, jest Mariusz Szczygieł. Tak, to ten pan od słynnego reportażu Onanizm polski, jak również autor wielu reportaży poświęconych w szczególności Czechom i laureat wielu nagród. Gdybym była początkującym autorem reportaży, to pewnie marzyłabym o pochlebnej recenzji z jego strony. Tak byłoby jeszcze do niedawna, teraz wolałabym uniknąć takiego zaszczytu.

Skąd taka zmiana zdania? Zaczęło się niewinnie, od lektury wywiadu z Aleksandrą Gumowską, która napisała ciekawie się zapowiadającą książkę Seks, betel i czary. Życie seksualne dzikich sto lat później, wydaną przez Znak. Reporterka spędziła przeszło miesiąc na wyspach Trobrianda, leżących na Morzu Salomona i należących administracyjnie do Papui-Nowej Gwinei. To na tych wyspach prawie sto lat temu przez dłuższy czas mieszkał polski antropolog Bronisław Malinowski. Wiele osób zapewne kojarzy to nazwisko z zatytułowanej chwytliwie książki Życie seksualne dzikich w północno-zachodniej Melanezji, poświęconej obyczajowości i zwyczajom mieszkańców Trobriandów.

Aleksandra Gumowska, idąc w ślady Malinowskiego, postanowiła sprawdzić, co się od czasów jego pobytu na wyspach zmieniło, a co pozostało po staremu. Autorka posiadała zresztą znakomite przygotowanie merytoryczne do podjęcia takiej próby, bowiem studiowała antropologię kulturową. Jej książka zebrała wiele pochlebnych opinii, a na poświęconej jej stronie na portalu wydawnictwa Znak można przeczytać wypowiedzi tuzów polskiego dziennikarstwa, w tym Wojciecha Jagielskiego i Mariusza Szczygła. Co miał do powiedzenia o książce pan Szczygieł? Przeczytajmy sobie wspólnie: "Podejrzewam, że Kapuściński podskoczyłby z zachwytu. Zawsze marzył o podróży śladami Malinowskiego, miał ją w planach. Potem nie pozwoliły mu na nią siły. A ja liczyłem na to, że któryś z reporterów wykona jego plan w zastępstwie. Nie sądziłem, że będzie to kobieta, a do tego krucha Ola, którą znam od lat" [3].

Przepraszam bardzo, że co? Czemu dziwi się Mariusz Szczygieł - temu, że to kobieta, w dodatku "krucha", wybrała się na Trobriandy i swoje wrażenia opisała? A gdyby zamiast niej dokonał tego postawny mężczyzna, to książka miałaby inne znaczenie czy wartość? Słowo "krucha" kojarzy mi się niezbyt sympatycznie ze "słabą płcią" lub z nawoływaniem wieszcza Mickiewicza "Kobieto! puchu marny! ty wietrzna istoto!" [4]. Wydawało mi się, że mamy już XXI wiek, a nie początki XIX, i walka o równouprawnienie kobiet jest już dawno rozstrzygnięta. Najwyraźniej grubo się myliłam.

Co więcej, sama Aleksandra Gumowska wydaje się nie za bardzo wiedzieć, jak odnieść się do słów Szczygła. Zapytana o to w wywiadzie odpowiada: "Nie wiem właściwie dlaczego tak napisał, trzeba się Mariusza zapytać, dlaczego sobie wyobrażał, że to powinien być mężczyzna" [5]. Jeżeli moja praca miałaby być oceniana przez pryzmat płci, to ja bardzo dziękuję, na taki układ się nie piszę.

Na koniec zostawiłam sobie kwestię Maksa Cegielskiego, przy którym najbardziej zbliżamy się do kwestii tureckiej, bo w końcu piszę na portalu poświęconemu takiej tematyce. Cegielskiego znałam do tej pory z bardzo miłej strony, czyli jako autora książki Oko świata. Od Konstantynopola do Stambułu, którą zrecenzowałam w naszym kąciku czytelniczym. Tymczasem dzisiaj miałam okazję poznać tego dziennikarza z innej strony, jako "badacza tematyki podróżniczej", jak głosi notka biograficzna pod jego artykułem Rozmowy przed odlotem [6].

Czego dowiadujemy się z tego tekstu? Na przykład, że "Im bardziej masowe jest podróżowanie, tym większa potrzeba indywidualnych, niezorganizowanych wyjazdów" albo że "W pogoni za wolnością tacy jak ja i inni przybysze z Zachodu stają się niewolnikami przewodników Lonely Planet, których pełno na terminalu lotniska" [6]. Pierwsze stwierdzenie poraża dogłębnością, zwłaszcza, że pada z ust osoby podającej się za badacza tej tematyki. Co gorsza, wnioski wysnuwa autor na podstawie kilku rozmów przeprowadzonych z podróżnikami na lotnisku. Ubolewa przy tym nad brakami w ich wykształceniu, nad tym, że nie słyszeli o Grand Tour czyli podróży podejmowanej przez młodych europejskich intelektualistów w XVII i XVIII wieku. Rejestruje natomiast oburzenie swoich rozmówców, gdy cytuje im słowa Zygmunta Baumana, który twierdzi, iż podstawowa różnica między turystą a włóczęgą polega na braku przymusu podróżowania w przypadku turysty [7].

Nie wiem, jak Wy, ale gdyby na lotnisku zaczepił mnie nieznany człowiek, pytając o moje poglądy dotyczące filozofii ponowoczesnej, to pewnie bym coś mruknęła na odczepnego i oddaliła się szybkim krokiem. Lotnisko nie jest miejscem do prowadzenia dyskusji dotyczących kondycji współczesnego świata, ani do zbierania materiałów badawczych. Ludzie są czujni, często nerwowi i podejrzliwi, wiadomo, czekanie na lot, troska o bagaże, presja czasu nie sprzyjają dogłębnym analizom. Tylko tego jakoś Cegielski nie dostrzega, snując rozważania na poziomie studenta pierwszych lat antropologii czy socjologii, który właśnie zachłysnął się dziełami takich mistrzów jak Bauman czy Lévi-Strauss.

Natomiast co do tezy dotyczącej bycia niewolnikami Lonely Planet czy jakiegokolwiek innego przewodnika, to większej bzdury dawno nie czytałam. Dobrze dobrana literatura podróżnicza, w tym przewodniki, to podstawa, na której turyści budują własne doświadczenia. Aż tyle i tylko tyle, demonizować nie trzeba, pewnie lepiej by na tym wszyscy wyszli, gdyby rozmówcy Cegielskiego, zamiast dać się wciągnąć w dyskusje na lotnisku poczytali następną książkę, nawet jeżeli miałby to być przewodnik Lonely Planet.

Jakie wnioski można wysnuć z przytoczonych powyżej przypadków? Moim zdaniem widać tu wyraźnie, jak zaciera się granica pomiędzy profesjonalistami a amatorami. Wiele blogów osiąga obecnie najwyższy poziom rzetelności dziennikarskiej, a zawodowi reporterzy popełniają błędy, o które można by posądzić początkującego pisarza, ale nie uznanego i nagradzanego twórcę o bogatym dorobku. Być może jest to oznaką nadmiernej pewności siebie, tej greckiej hybris, która doprowadziła do upadku niejednego bohatera, któż to wie?

Bibliografia

Powiązane artykuły: 

Odpowiedzi

Najpierw Mores: JH-B to był i dla mnie KTOŚ. Ale jeśli taki gość pracuje metodą "wytnij - wklej" to nie z przypadku, tylko z niskich pobudek, i nie ma wytłumaczenia! I taki ktoś już nie ma moresu... Złodziejem sie nie bywa - jak ktoś coś ukradł, to pozostanie złodziejem, nawet jakby swą winę sto razy odkupił. Co najwyżej będzie złodziejem nawróconym...

Teraz Tempora:  Sorry, takie mamy czasy, gdzie liczy się sukces. A sukces jest wtedy, gdy jesteś pierwszy, albo głośniej o swoim sukcesie światu zakomunikujesz... JH-B ma do dyspozycji dużą tubę GW. Ciekawe, czy na niego znajdzie się taki A.Domosławski, który napisze "J.H-B non fiction" ? Bo może duża część jego książek i reportaży to "zapożyczenia kilku zdań" od innych, może mniej czujnych autorów?

Co do Jacka Hugo-Badera, to dziwi mnie jedynie to, że upadek nastąpił tak późno i z tej akurat przyczyny. Dla mnie on nigdy nie był reportażystą. Natomiast zawsze był świetnym bajarzem. Z tego, co słyszałem, to też ponoć taką od lat miał reputację w swoim mateczniku, czyli środowisku wyborczej. Wszyscy wiedzieli, że delikatnie mówiąc lubi podkolorować rzeczywistość. I to był mój główny zarzut do niego i myślałem, że gdy ktoś w końcu skonfrontuje jego skądinąd świetnie napisane konfabulacje z rzeczywistością, to będzie początek jego upadku. 

Sprawa plagiatu mnie nawet tak bardzo nie zaskoczyła, bo w wysokie standardy moralne dziennikarzy od dawna nie wierzę, natomiast poraziła mnie głupota jego tłumaczeń. Takie mnie naszło porównanie, że to jak żywcem wyjętę z tłumaczeń byłych TW - może i coś tam podpisałem, ale nikomu nie zrobiłem krzywdy, i w ogóle nie ma o czym gadać.

Co do Szczygła, to chyba przesadzona reakcja. Kogo jak kogo, ale Szczygła o łamanie prawideł politycznej poprawności nie ma chyba sensu posądzać. Ja jego słów nie odczytałem jako w jakikolwiek sposób dezawuujących.

Cegielski zaś od zawsze raczej pretendował niż był intelektualistą. W jego tekstach zawsze drażniły mnie pseudosocjologiczne wstawki, które trąciły infantylizmem. Taki pop-filozof. Generalnie fajnie się go czyta, ale zawsze brałem poprawkę na to, że brak mu świadomości tego, że aspiracje znacząco przeważają nad możliwościami.

Zwłaszcza Twoje podsumowanie działalności Cegielskiego brzmi tak, jakbym sama je pisała :)

Kłaniam się.

Pani Izo, mam wrażenie, że Pani przesadza. Ja się nie dziwę, że Ola tam pojechała, ja ją podziwiam. Gdyby Pani ją poznała, a przede wszystkim zobaczyła, też by ją Pani podziwiała. Może to i niepoprawne wspominać o wyglądzie kobiety. Ale ja nic na to nie poradzę: znam Olę od dziennikarskiego dziecka (jej dziecka). Mam do niej opiekuńczy stosunek, kiedyś byłem jej szefem, jest dla mnie jak córka. I naprawdę mi imponuje. Gdyby była wysokim, dobrze zbudowanym facetem nie zaimponowałaby mi tą podróżą i w ogóle bym na wygląd tego faceta nie zwrócił uwagi. Wielu tam chciało jechać, nawet dwa razy dwie grupy reporterów się wybierały - i nie osiągnęły celu. Przede wszystkim nie zebrały pieniędzy. Oli się to udało, pojechała tam sama.

"Krucha" - jeśli ktoś sprawia wrażenie kruchego, to nie pisać tego? Nie bardzo rozumiem, co to ma wspólnego z równouprawnieniem. Myślę, że zbyt rygorystycznie Pani traktuje poprawnościowe normy.

Pozdrawiam bardzo serdecznie, Szcz.

Pańska wypowiedź przywraca mi nieco wiary w polskich reporterów i bardzo dobrze świadczy o Panu, zwłaszcza że zechciał Pan skomentować i przedstawić obszerne wyjaśnienie na amatorskim portalu podróżniczym. Sądzę, że w szerszym kontekście tej wypowiedzi Pana komentarz dotyczący książki pani Aleksandry nabiera nieco innego wydźwięku. Z drugiej strony jednak uważam, że pewne kwestie lepiej wyglądają i są poprawnie odczytywane w gronie prywatnym lub w wypowiedziach nieformalnych, i tak w moim odczuciu było z tymi słowami o "kruchej Oli". W moim prywatnym (podkreślam) odczuciu ewentualna kruchość lub tęgość autora czy autorki książki nie ma zbyt wielkiego znaczenia i nie traktowałabym jej jako kluczowego elementu recenzji czy publicznie wyrażanej opinii. Tym niemniej pani Aleksandra również mi zaimponowała realizacją wyprawy na Trobriandy, a jej książkę z przyjemnością przeczytam w najbliższej przyszłości. Swoją drogą, wbrew pozorom nie jestem wcale demonem poprawności politycznej, ale na pewne kwestie jestem zapewne bardzo (być może nadmiernie) wyczulona. Pozdrawiam również bardzo serdecznie, Izabela Miszczak

Obiecuję, że zastanowię się nad każdą myślą do publicznego wyrażenia, która będzie zawierała element oceny pozamerytorycznej czyli np. nawiązanie do wyglądu, do fizyczności itp. Zastanawiam się teraz cały czas, czy tą "kruchą Olą" nie "upupiłem" autorki. Cholera, szkoda, że ani wydawnictwo, ani autorka nie zwrócili mi na to uwagi, zanim dali do druku tego okładkowego blurba. Będę się pilnował. A książka bardzo dobra. Poprowadziłem nawet promocję jej u nas w Faktycznym Domu Kultury czyli jednego z miejsc Instytutu Reportażu. Ooooo! Przypomniało mi się: słyszałem tam właśnie uwagi i to nie mężczyzn tym razem,a kobiet: Boże, jaka szczupła, jaka piękna, jaka delikatna... I w taką drogę się wybrać...

 

Skoro już Pan raczył odnieść się do naszej dyskusji - to czy podzieli Pan trawestację swojego zachwytu nad twórczością Jacka Hugo-Badera, czyli : obraza rozumu?

 

Proszę mi pomóc, bo nie zrozumiałem. "Obraza rozumu" jest trawestacją mojego zachwytu nad twróczością Jacka? A jak brzmiał wobec tego zachwyt? Nie złapałem tej myśli. Pzdr. Szcz.

Tawestacja albo może raczej parabola Pańskiej recenzji (poniżej), w której użył Pan trafnego i wiele mówiącego sformułowania "obraza rozumu". Spodobało mi się, używałem nieraz w mowie potocznej, akcentując że "jak to mówi Szczygieł".  A teraz skojarzyło mi się z przypadkiem JH-B, bo zarówno postępowanie jak i tłumaczenie to "obraza rozumu".
Pojechałem do ZSRR kilka razy w 1991 i 1992 roku i więcej nie chciałem. Fantastyczni ludzie i obraza rozumu. Wielka sztuka i poniżające poszukiwania z opuszczonymi spodniami choć kawałka papieru toaletowego. Wspaniała architektura i okno wychodzące na górę śmieci na wysokość drugiego piętra. Zabrakło mi wtedy reporterskiego zrozumienia, zabrakło determinacji. I oto Jacek Hugo-Bader wchodzi w imperium dla mnie. Bo kiedy czytam jego reportaże, mam wrażenie, że specjalnie dla mnie-czytelnika przeżywa te wszystkie przygody. Przeżywa je niejako w moim imieniu. Wiem, że inni też mają takie wrażenie: czytają i czują, że to jest ich człowiek tam. I włazi, gdzie ja bym się bał wleźć. Ryszard Kapuściński opisywał imperium z lotu ptaka; uchwycił mechanizmy myślenia, zachowań, procesów. Hugo-Bader opisuje imperium z perspektywy wałęsającego się psa; chwyta mechanizmy myślenia, zachowań, procesów i na dodatek szczura za ogon.    Mariusz Szczygieł
A ponieważ wywołano Pana do tablicy w towarzystwie JH-B i M.C. (zgadzam się, że niesłusznie), to korzystam z okazji, by poznać Pana opinię w temacie. Wiem, że niezręcznie, nie te łamy etc. ale nie tracę nadzieji....

Nie powinno się kraść nikomu żadnych zdań, choć Hrabal oznajmiał wprost: jestem złodziejem kieszonkowym.

Tygodnik Powszechny do czterech krótkich akapitów, z których an dodatek wszystkie nie brzmią identycznie zaangażował dwie kancelarie adwokackie, co mnie śmieszy. Dwa słonie do zabicia muchy... :)

Jestem w stanie zrozumieć, że ktoś, kto kończy książkę jest w stanie agonalnym, piekielnym, nietypowym itp., i poganiany może spisać jakieś zdania, które przepisał i wydawały mu się notatkami własnymi.

Rozumiem ogromny ból autorów książki konkurencyjnej, którzy nie poszli na Broad Peak, ale pisali ją w domu, zza biurka, że ktoś ma sukces z tym samym tematem i jeszcze ukradł im cztery zdania. Też zrobiłbym wszystko, żeby zaangażować Tygodnik Powszechny i wmówić redakcji, że kradzież wycieraczki jest tożsama z zajęciem całego domu. I też byłbym szczęśliwy, gdyby pismo użyło tytułu "X ukradł dom?".

Jeśli nie jest prawdą, że Jacek Berbeka słodzi kawę pięcioma łyżeczkami, to reporter musi uważać i bardzo się pilnować, żeby takie szczegóły nie popsuły mu reputacji. Wiem, że mózg też czasem podpowiada mi "jeszcze lepsze szczegóły" (każdy mózg robi człowielowi psikusy, nie mamy na niego wpływu), dlatego bardzo się pilnuję, żeby wszystko notować, nagrywać, pytać bohatera jeszcze raz i jeszcze raz, dzwonić dodatkowo itp. Po co mam wymyślać szczegóły, jak mogę je dostać. Ja akurat jestem wobec moich bohaterów bardzo wymagający, wręcz gwałcący i muszą mi tych prawdziwych szczegółów dostarczyć.

Książka "Długi film o miłości", mimo mankamentów, jako całość bardzo mi się podoba. Uważam, że Jacek miał prawo ją napisać. Ma prawo do swojego widzenia tematu. Każdy reportaż jest subiektywny.

Jak mi się coś jeszcze przypomni, to napiszę. Na razie tyle gorących uwag, bo dopiero przed chwilą tę książkę przeczytałem, chociaż dla mnie to temat nudny jak cholera. A jednak JHB mnie wciągnął jak nikt.

Acha, jeszcze jedno: zaimponował mi JHB tym, że przyznał się w książce do swojej porażki, do tego, że go izolowano i że był wyalienowany. To wielka rzecz. I pan Berbeka, i JHB, to koguty maczystowskie. Faceci z wielkimi jajami. Dlatego tym bardziej mi imponuje Jacek swoję szczerością na własny temat w tej książce.

Pozdrawiam serdecznie, Szcz.

Właściwie powiedziałem wszystko, nie będę się już na ten temat wypowiadał.

Zatem serdeczne podziękowania od miłośnika Pańskiej  (a i JH-B też) twórczości oraz tureckich podróży w sandałach.

Doceniam wielce, że poczuł się Pan wywołamy do tej wypowiedzi przez Lukromana i udzielił szerokich wyjaśnień. Przyznaję, że wiele szczegółów w sprawie JHB nie było mi do tej pory znanych.

Tym niemniej pragnę podkreślić, że celem mojej wypowiedzi nie było w szczególności napiętnowanie tego "zapożyczenia" czy też rozstrzyganie sporu toczonego przez dwóch, jak to Pan określa, "kogutów maczystowskich". Moją uwagę zwróciły natomiast składane przez JHB wyjaśnienia i próby tłumaczenia się, które wydały mi się bardzo nieporadne. Czasami lepiej po prostu przyznać się do błędu, niż tonąć w grzęzawisku wyjaśnień, w stylu "było trzęsienie ziemi", "miałem gorączkę", "dzieciaki skakały mi po klawiaturze".

Zasadniczo poczekam na wypowiedź samego JHB, co w świetle ostatnich wydarzeń na tym portalu nie wydaje mi się wcale nieprawdopodobne :)

Pozdrawiam gorąco, Izabela Miszczak

Ale Jacek już się wypowiedział, w "Tygodniku Powszechnym", więc nie ma już na co czekać. Wiem jedno, że ta odpowiedź przez bardzo wielu jego wiernych czytelników została potraktowana jako bardzo ludzka i przyporzyła mu sympatii. Wierzę, że będzie dalej pisał książki. Tylko musimy pamiętać, że książki JHB nie są książkami "na temat". To są książki o jego przygodzie z tematem. Ja w Himalajach, ja na Kołymie, a nie ja o Himalajach, czy ja o Kołymie. Tak pisał Egon Erwin Kisch, największy reporter europejski 1 poł. XX wieku. Ważny był on a potem temat. Tak samo Jacek zabiera nas w przygodę, którą dla nas przeżywa, ale nie zbiera dla nas informacji.

Kisch sam zaczął od zmyślenia. Spalił się młyn i Kisch zmyślił rozmowy z wyimaginowanymi bezdomymi, którzy tam rzekomi mieszkali. Nie ma świętych. No, prawie nie ma.

Pozdrawiam,Szcz.

Szanowny Panie, 

a nie dało się już pomilczeć w tej sprawie? Nie rozdrapywać, no i nie szkodzić samemu JHB?  

Przecież Hugo-Bader i Wydawnictwo „Znak” wyrazili ubolewanie, można by więc sądzić, że sprawa jest zakończona. Po co więc Pan pisze o liczbie akapitów oraz zdań – skądinąd nieściśle, najdelikatniej mówiąc – całą sprawę próbując bagatelizować?

Jestem współautorem „konkurencyjnej” książki o BP, o której mowa w Pana wpisie. Mam kilka pytań, bo nie wszystko zrozumiałem.

Po pierwsze, jak to w końcu jest z tym zabieraniem zdań: „nie powinno się kraść”, czy jednak czasami wolno, skoro „Hrabal oznajmiał wprost”?

Dwa: czy jeśli ja od Pana wezmę np. jedną stronę książki, ale pozmieniam zdania tak, że nie będą „brzmiały identycznie”, będzie jednak jasne, że skorzystałem z Pana pracy (Pana wyjazdów, rozmów, myśli, bo nie o liczbę zdań przecież idzie, ale raczej ilość pracy, jaka jest potrzebna do ich zrobienia) – to wszystko będzie OK.?  

Dlaczego czyni Pan „TP” i nam zarzut, że zapytaliśmy o zdanie prawników? Czy gdybyśmy nie zapytali, nasze materiały byłyby bardziej dla Pana wiarygodne? A w ogóle to jest Pan pewien, że „dwa słonie do zabicia muchy”? Na pewno słonie? Na pewno muchy? Na pewno „do zabicia”? Przecież Pan doskonale wie, że żadna krzywda się JHB nie stała. Poza tekstami newsowymi („Tygodnik Powszechny twierdzi…”) nikt bodaj w polskich mediach nie przemówił własnym głosem w tej sprawie, zbijając nasze zarzuty, bądź je jakoś komentując. A głos internetu? To przecież, w zdecydowanej większości, wypisz wymaluj Pana wpis: „kilka zdań”; „konkurencyjna książka” „zazdrościli sukcesu” (owszem, u Pana nie wprost, raczej  w formie insynuacji).    

Skąd Pan zaczerpnął informację, żeśmy pisali książkę w domu, zza biurka? Przecież Pan to świetnie wie: ponad dwudziestu kilkugodzinnych, trudnych rozmów nie da się przeprowadzić zza biurka. Zza biurka to można sobie – nie przymierzając – przeczytać cudzy tekst, a następnie go spożytkować ku chwale polskiej literatury faktu J  

Jak Pan godzi tak podziwu godną empatię („ktoś, kto kończy książkę jest w stanie agonalnym, piekielnym, nietypowym…”) z przypisywaniem nam najgorszych intencji? Skąd ten piekielny pomysł, że byliśmy z powodu tego całego zamieszania szczęśliwi? Jak się Panu udało tak dobrze nas i nasze intencje poznać? 

Jeszcze pytania bez związku z tą konkretną sprawą. Może prośba o radę, których udziela Pan osobom piszącym wiele (i mnie udzielił Pan takiej wiele lat temu mailem, kiedy byłem jeszcze młody, za co tą drogą Bóg zapłać J ). Powiedzmy, że za kilka lat zdarzy się coś podobnego. Będzie młody X, na dorobku, piszący książkę na jakiś temat, wypruwając sobie flaki. I bardzo znany Y, też wypruwający sobie flaki na ten sam temat, ale przy okazji czerpiący od młodego Y kilkadziesiąt zdań, kilka stron, nieważne zresztą, ile dokładnie, i nie podając nawet w jednym miejscu źródła. Co Pan radzi X? Skulić ogon? Poprosić prywatnie o wyjaśnienia? Jednak sprawę upublicznić? A jeśli tak, to pytając prawników o zdanie, czy nie?

Na koniec mógłbym rzecz jasna napisać o tym, jak my odchorowujemy całą sprawę. Jakiś fajny fragment o rzyganiu z emocji zapewne „przysporzyłaby nam sympatii”. Tylko że to nie ma być chyba wyścig na emocje, prawda?

Przemysław Wilczyński  

PS. Szacunek dla autorki bloga J

To ciekawy głos w naszej dyskusji i sądzę, że rzucający nowe światło na omawiane kwestie. Osobiście współczuję Wam tej sytuacji, bo doskonale rozumiem, jak bolesne może być zawłaszczenie ważnego kawałka (chociażby krótkiego) swojego dzieła i jak przykre bywa poczucie bezsilności.

Dzień Dobry,

chciałabym dodać, że zgadzam się z Panią Izą. Również z ogromnym zdziwieniem przeczytałam Pana słowa: "A ja liczyłem na to, że któryś z reporterów wykona jego plan w zastępstwie. Nie sądziłem, że będzie to kobieta, (..)." I to ta część mnie zdziwiła, a nie jej kontynuacja o kruchości Pani Oli. 

Po pierwsze, mam pytanie, czy słowo "reporter" według Pana określa tylko i wyłącznie mężczyznę? Moim zdaniem to właśnie wynika z Pana stwierdzenia. A słowa, że nie sądził Pan, że to będzie kobieta, przelały czarę goryczy. Oczywiście nie przyszło mi do głowy, żeby o tym napisać w internecie, mimo że było to niemiłe rozczarowanie. Dlatego tym bardziej dziękuję Pani Izie za poruszenie tego tematu. 

Może osoby, których w sposób bezpośredni nie dotyka dyskryminacja, z pewną bezmyślnością i brakiem wyczucia używają sformułowań, które są dyskryminujące dla innych. Tylko to bardziej boli, kiedy coś takiego pisze człowiek Pana formatu. 

Pozdrawiam serdecznie, 

M.

Bo Pan Mariusz jest męską (wystarczy sobie przypomnieć jego posturę), szowinistyczną ...:)) Ja zresztą chyba też, bo mnie określenie "krucha" kojarzy się z komplementem raczej, niż  wartościowaniem i nie jest pejoratywnym i seksistowskim. Ale któż zrozumie kobiety? Ponieważ to forum jest o Turcji, proponuję porzucić temat gender i wrócić do meritum.

Sam wpis jest związany z kwestią turecką dość luźno i właściwie jedynie osobą Maksa Cegielskiego, więc chyba nie da się do tego tematu wrócić prostą drogą. Co do określenia "kruchy" to pozwolę sobie zacytować Słownik Języka Polskiego (tak, wiem, jestem upierdliwa do bólu): "kruchy - słaby, wątły, nietrwały, delikatny; łamliwy". Być może określenie to jest uznawane za komplement, ale czy chciałbyś być określany jako łamliwy lub słaby, Lukromanie?

A delikatny???? To już do przyjęcia?

Czy nie lepiej brzmi: mężczyzna drobny, mikry, filigranowy, kruchy,  niż: kurdupel, karzeł, liliput? Myślę, że Mariusz Szczygieł nie miał (myśląc o P. Oli) zamiaru ją obrazić czy umniejszyć jej zasług, lecz wprost przeciwnie - podkreślić jej osiągnięcie zawodowe. Nie chcę być adwokatem M.S., bo tego nie potrzebuje, lecz  wskazać, iż uprawniony jest także męski punkt rozumienia tego określenia.

...tj. nie istnieje męski czy damski punkt widzenia w kwestiach publicznych i zawodowych. Albo doceniamy osiągnięcia danej osoby i jej zasługi albo nie. Dopowiadanie, że dokonała tego osoba "krucha" lub "kurdupel" nie ma w znakomitej większości przypadków nic do rzeczy. Jeżeli dodajemy takie przymiotniki, to wychodzi wypowiedź, którą odczytuję w kontekście "całkiem nieźle, jak na... kobietę/osobę młodą/niezamożną/pochodzenia afrykańskiego itd."

P.S. Czy inaczej odczytywałbyś teksty Malinowskiego lub Kapuścińskiego dysponując wiedzą o ich wyglądzie fizycznym? W jaki sposób informacja, że któryś z tych panów był drobnej postury (czyli kruchy) lub miał imponujące parametry fizyczne wpłynęłaby na znaczenie ich twórczości literackiej/naukowej?

Bez przesady. Tu poeta miał na myśli najpewniej to, że podróże w tak ustronne, dzikie, odległe miejsca naturalnie kojarzą nam się z fizycznym wyzwaniem - wdrapywaniem się na stromizny, wycinaniem ścieżek maczetą na kilometry, łapaniem żywcem i jedzeniem surowych małp i inne takie. Jeśli widzimy, że takiej rzeczy dokonuje kobieta, to mimo wszystko to dziwi i wywołuje dodatkowy podziw - że niby taka krucha, a taka dzielna. 

I nie ma tu znaczenia, że zamiast stromizn są przyjemnie chłodne lotniska, zamiast maczet, uprzejmy szofer, a w miejsce surowych małp, w najgorszym wypadku zupki chińskie. :)

 

ps I jeszcze jedno. Istnieje różnica między płciami. Na wielu płaszczyznach. Gdzie jak gdzie, ale na stronie poświęconej Turcji, krajowi muzułmańskiemu, powinniśmy mieć tego świadomość. 

Nie każcie mi tłumaczyć się z rzeczy podstawowych, dotyczących anatomii, fizjologii itd. Miałam na myśli to, że przy ocenie czyjegoś dorobku zawodowego nie powinno mieć znaczenia, czy dokonała tego kobieta (krucha lub potężna) czy mężczyzna (cherlawy lub jak dąb). Co poeta czyli pan Szczygieł miał na myśli, to już nam tutaj ładnie wyjaśnił i sądząc z jego wypowiedzi zrozumiał moje intencje. Natomiast Wam, panowie, trzeba tłumaczyć i tłumaczyć: nie chodzi o prywatne wyrażenie podziwu dla dokonań "kruchej" kobiety, tylko o jej publiczne "upupienie" w niezręczny sposób wyrażoną opinią.

Oj, Iza...  czy chciałabyś w takim razie zlikwidować odpowiednie zapisy Kodeksu Pracy, odnoszące się do różnic pomiędzy kobietami i mężczyznami????  Dział 8 KP jest poświęcony ni mniej, ni więcej, tylko ochronie pracy kobiet właśnie ze względu na te różnice...  Które w moim odczuciu wpływają nieuchronnie także na nasze możliwości zawodowe, no sorry.  I jestem absolutnie przekonana, że przewaga mężczyzn na przestrzeni wieków w dziedzinie trudnych, egzotycznych podróży wynika właśnie z biologicznych różnic między nami.  Prawdę powiedziawszy, osobiście od dawna nie mam z tym problemu. Co więcej - jako świeżo upieczona matka karmiąca z genetycznymi skłonnościami do nadwagi, walcząca obecnie o powrót do dawnej figury, z utęsknieniem czekam, aż ktoś będzie mógł powiedzieć o mnie "krucha"... i nie będe miała nic przeciwko temu, jeśli się tak wypowie w kontekście mojego dorobku zawodowego :) 

...ja na serio nie chciałam ukierunkować tej dyskusji na ogólne kwestie równouprawnienia i tzw. gender - bo to temat-rzeka i w dodatku bardzo niektórych drażniący. Moim zamiarem, który najwyraźniej udało mi się osiągnąć (chylę czoła, panie Mariuszu!), było zwrócenie uwagi panu Szczygłowi na niestosowność jego wypowiedzi w kontekście recenzji książki o Trobriandach.

Z innej strony - ja też, jak pewnie większość ludzi, lubię być komplementowana ze względu na walory fizyczne, ale nie uważam, żeby odpowiednim miejscem na takie pochwały czy zachwyty były recenzje moich prac, ocena dorobku zawodowego itd. Swoją drogą, czemu, ach czemu, żaden z wypowiadających się w tym wątku panów, broniących swojego prawa do komplementowania kobiet na polu zawodowym, nigdy nie zachwycił się, że taki wspaniały portal jak Turcja w Sandałach stworzyła niewielka i drobna Iza? (to tak pół-żartem, jakby ktoś nie zrozumiał aluzji)

No widzisz, a ja jestem zdania, że ta "niestosowność" jest przez Ciebie odbierana jako takowa subiektywnie, i ani Pan Mariusz, ani adresatka, ani nikt inny nie ma obowiązku podzielać tego odczucia- chyba, że przyjmiemy faktycznie, że gender jest jedynie słuszną ideologią, którą mamy już obowiązek wyznawać wszyscy, jak leci...  Mam poczucie, że Ty za wszelką cenę starasz się umieścić epitet czy też komplement (też kwestia odczucia zapewne) "krucha" w kontekście oceny dorobku... ja, czytając tę recenzję, tak bym tego nawet nie odebrała. Jedynie jako element informacji na temat autorki. Jak widzisz, można taki tekst odczytywać różnie.... chyba głównie, niestety, w zależności od intencji....

Czymże innym jest recenzja książki, niż oceną tego fragmentu dorobku autorki? Doprawdy, jej wygląd nie ma tu nic do rzeczy. Swoją drogą, czy czytałaś poniższy wpis dotyczący innej wypowiedzi pana Szczygła odnośnie pani Wosińskiej? Chodzi zwłaszcza o ten fragment "Nie wiem, na czym polega ta współpraca ani jak długo te trzy profesje pani Wosińska uprawia. Sądząc z przyjemnej dla oka fotografii - dosyć krótko." Nie znam sprawy, o którą toczy się tamta dyskusja, ale podejrzewam, że zarzuty pana Szczygła są dość trafne i mocno uargumentowane merytorycznie. Jednak cała wypowiedź zaczyna się w ten dość nieszczęśliwy sposób - argumentem, który nazywamy ad personam - i w ten sposób kładzie się cieniem na całą resztę argumentacji.

Nie będę oceniać ani komentować tej innej wypowiedzi - podobnie, jak Ty, nie znam sprawy i nie wiem nawet, do czego właściwie autor się odnosi.  A co do wyrażonej przez autora oceny, o której tu dyskutujemy... no cóż. Zatytułowałaś ten post "o upadku bogów reportażu".  Szczerze mówiąc, mnie się wydaje bardziej niestosowne ocenianie autora na podstawie właściwie nie tyle jednej recenzji, co wyrażonej - Twoim zdaniem! - przez niego w tejże recenzji postawy wobec kobiet w ogóle (tak odbieram Twoje zarzuty) i wydanie osądu o jego upadku jako reportażysty na takiej podstawie...

Któż by się ośmielił teraz wypowiedzieć jakiś komplement pod Twoim adresem? Zaraz by oberwał ! Dobrze, że to forum pełne jest podziękowań i zachwytów nad autorką Portalu, wcześniej napisanych! A i teraz kilka się dołączyło... Nie wszyscy wiedzą, że jesteś szczupła, zgrabna i raczej ... drobna, a taki z Ciebie Heros. Mam tu na myśli nie tyle Twoją twórczość, lecz Wasze, z dziećmi, podróżowanie przez wiele tygodni,  co naprawdę wymaga heroicznego wysiłku fizycznego, mentalnego, w każdej zresztą warstwie. Ponieważ nie znam żadnej innej takiej osoby (płeć nie odgrywa tu roli), to wyciągam wniosek subiektywny, że widocznie kruche kobiety tak mają :)    PS: 6-te: nie zabijaj:)

Komplementy z radością przyjmę, zwłaszcza te dotyczące merytorycznej zawartości portalu. Co do naszego rodzinnego wysiłku, to jest on wynikiem naszej wspólnej pasji, ale doprawdy nie ma to wielkiego znaczenia, jeżeli chodzi o publikowane treści. Z podróżowania z dziećmi nigdy nie robiłam wielkiego szumu, od tego są inne strony w internecie :) P.S. Nie zabijam i na dokładkę nie kradnę.

Nie znam (jeszcze) ani książki ani jej autorki, ale o ile sprawa "zapożyczenia" tekstu przez JH-B jest głośna, to skandal wywołany określeniem p. Aleksandry przez P. Mariusza "kruchą" jakoś umknął mojej uwadze. Czy są doniesienia o traumie, utracie czci, depresji lub innej szkodzie na Jej wizerunku ? Jeśli nie, to chyba Twoje, Izo, interpretowanie słów M.S. jest indywidualną nadinterpretacją. A jeśli jest coś na rzeczy, to niestety, masz rację :( 

...a jedynie nawiązanie do słów samego M.S. ,który pisze "Zastanawiam się teraz cały czas, czy tą "kruchą Olą" nie "upupiłem" autorki." Jeżeli udało mi się skłonić pana Mariusza do namysłu, to mój cel został osiągnięty. Na tym chciałabym zakończyć temat tym zakresie.

To ja już ostatni raz, bo wydaje mi się, że nie do końca mnie zrozumiałaś. Zacytuję Cię: "Miałam na myśli to, że przy ocenie czyjegoś dorobku zawodowego nie powinno mieć znaczenia, czy dokonała tego kobieta (krucha lub potężna) czy mężczyzna (cherlawy lub jak dąb)."

Z tym się właśnie nie zgodzę. Przykład - znajomy mówi mi, że zaczął na poważniej biegać maratony cztery lata temu, a teraz już doszedł do wyniku 2:40:00. Jeżeli byłby to facet, to wyraziłbym swój podziw. Gdyby to była kobieta, to podziw byłby jednak zdecydowanie wyższy. I na pewno dodałbym, że wynik jest fenomenalnie kosmiczny "jak na kobietę" (jak na faceta, byłby "tylko" kosmiczny). Powód: taki wynik w największych krajowych maratonach to gdzieś około 30 miejsca dla faceta, ale już miejsce medalowe dla kobiety. Nie jestem znawcą tematu, więc nie jestem pewien, czy w ogóle białe kobiety tak szybko biegają - tu się otwiera kolejny temat-rzeka, czyli ewentualny rasizm :).

Do czego zmierzam - płcie różnią się fizycznie i przy ocenie przedsięwzięć, które wymagają fizycznej sprawności - czy jest to politycznie poprawne, czy nie - bierzemy pod uwagę, czy mówimy o mężczyźnie, czy o kobiecie. A jeśli uznamy, że wyprawa w dalekie kraje - podobnie jak sport - takiej fizycznej sprawności wymaga, to stąd możliwość różnego traktowania płci i "wypominania" płci słabszej tego, że "taka krucha, a może".

Temat zdecydowanie rozrósł się aż nadto - obiecuję, że więcej już nie będę się rozpisywał, tym bardziej, że w gruncie rzeczy rozumiem "pretensje" Izy. :) 

ps A propos ostatniego wpisu p. Szczygła, czy zdajesz sobie sprawę, że jako twórczyni tak wspaniałej strony, możesz być przez jego czytelników idealizowana? :)

 

 

...i różnice w możliwościach fizycznych między płciami. Czy wyprawa na Trobriandy była wyzwaniem wymagającym fizycznej sprawności - tego nie wiem na 100%, chodziło mi o wydźwięk tej nieszczęsnej recenzji. Obawiam się i jestem uczulona na takie sformułowania, bo przywodzą na myśl takie skojarzenia, jak "popatrz blondynka, a doktorat zrobiła - brawo" albo "całkiem nieźle jak na matkę dwójki małych dzieci". Co do idealizacji mojej osoby to jakoś jej nie dostrzegłam, ale może to kwestia mojej wady wzroku...

przyjdzie czas na codzienną szarość ..

i codzienny - samodzielny trud - nie chcących się dzielić - założycieli TwS z zadaniami, które teraz przerastają ich możebności...

nie do końca połapałem się w swoistych a medialnych dygresjach...

ale zauważyłem fakt, dyskutanci z pozornie wyższej półki przyszli wyrazić swoje mniemania na turystycznym forum...

znakiem tego Panie Dziejku - w górę idzie znaczenie blogów, forum a spadają tzw. poczytności choćby papierowych wydań drzewiej umocowanych żurnali...

...

znaki czasu to są ?

  

...ma dla mnie teraz kolor błękitu sardyńskiego nieba. Na poważnie - nie będę w tym wątku ciągnąć dyskusji dotyczącej naszych "możebności" itd. Zachęcam do przeniesienia takich rozważań w inne miejsca, gdzie nie będą one zasłaniać przesłania całej tutejszej dyskusji.

Wczoraj oglądałem w tv program o Arturze Barcisiu. Jako kruchy chłopak starał się ze względu na swoją "nikczemną" posturę być lepszy od innych i udało mu się. Gdyby był przeciętnej postaci może nie ukształtowałby się wielki aktor?

Dobry wieczór,

bardzo dziękuję za ten wpis. Z uwagą przeczytałem odpowiedzi Mariusza Szczygła. Niestety zraził mnie do siebie już wcześniej. Inną wypowiedzią. Otóż, stając niejako w  obronie Wojciecha Tochamana na łamach Tygodnika Powszechnego, opublikował list, w którym czytamy opinię o pani Małgorzacie Wosińskiej. Fragment: "Z nazwiskiem Małgorzaty Wosińskiej spotykam się po raz pierwszy. Z notki pod wywiadem już wiem, że jest etnologiem, psychotraumatologiem i muzykiem oraz, że współpracuje z rwandyjską Narodową Komisją Walki z Ludobójstwem. Nie wiem, na czym polega ta współpraca ani jak długo te trzy profesje pani Wosińska uprawia. Sądząc z przyjemnej dla oka fotografii - dosyć krótko."

Polecam przeczytanie całego listu. http://tygodnik.onet.pl/swiat/dlaczego-reporter-nie-zywi-sie-cisza/9c73c

Dziękuję za ten blog.

Pozdrawiam 

Michał Kortek

A miał być komplement dla Oli. Obiecuję, że więcej nie będę.

Pozdrawiam serdecznie wszystkich uczestników dyskusji.

Panie Mariuszu, obserwujac Pana dotychczasowe osiagnięcia sądziłem, ze jest Pan biegły w nowomowie i nowomyśleniu. Niestety nasze pokolenie, wychowane jeszcze w starych szkołach, nigdy nie osiagnie w nich perfekcji. Ale warto sie starać. I jak widać zrozumiał Pan swój błąd. A to pierwszy krok ku nowemu.

Szanowni Państwo, mam taką ogólną refleksję, że poczynając od Pani Izy, wielu czytelników zbytnio idealizuje swoich ulubionych autorów. Ja od czasów, kiedy poznałem swoich idoli osobiście i jeden idol namawiał mnie nachalnie do picia wódki (bo sam był uzależniony) a drugi okazał się okrutny wobec najbliższych, wyleczyłem się z idealizowania. Z tego też powodu prawie nigdy nie zbliżam się ze swoimi czytelnikami i czytelniczkami, uważam to za najzdrowsze (dla nich). Często oprócz maili, że kogoś uszczęśliwiłem swoją wypowiedzią, tekstem, książką, dostaję maile, że kogoś zawiodłem, nie oczekiwał, że..., właśnie po mnie najmniej się spodziewał... itp. Często dotyczy to tych samych posunięć, produkcji, zdań, które innych uszczęśliwiły. Tak musi być. Niedawno napisałem taki felieton w DF pt. "Moje taśmy", można znaleźć w całości na fb Dużego Formatu. Właśnie w nim chciałem zrzucić siebie i koleżeństwo z piedestałku. Tam chciałem pokazać jak jesteśmy zwyczajni i że prywatnie jak wiele osób rozmawiamy przy piwie o wydalaniu a nie o Kancie. Więc podsuwam nieśmiałą sugestię: nie wkładajcie w ulubionych autorów swoich oczekiwań. Zawsze was zawiodą. Jest to możliwe - jak wiemy z przykładów - nawet po ich śmierci.

Panu Przemkowi odpowiem osobiście mailem. Bo dosyć ryzykowne wydaje mi się wylewanie wszystkiego tutaj. Wtedy ta dyskusja nigdy się nie skończy i będziemy tak do końca świata łapać się za każde słowo.

Pozdrawiam, Szcz.

Muszę tu pana rozczarować - osobiście nie mam już od dawna złudzeń, co do tego, że znane osoby, pisarze, naukowcy, politycy itd., są nadludźmi, którzy nie chleją, nie wydalają, nie popełniają błędów. Właściwie, co można uznać za moją prywatną przypadłość, nie istnieją dla mnie niepodważalne autorytety w żadnej dziedzinie. Tym niemniej sądzę, że mam prawo oczekiwać zawodowego profesjonalizmu od osób znanych i nagradzanych we właściwych dobie dziedzinach. Czyli, przykładowo, od dziennikarza czy pisarza, oczekuję rzetelności, celności wypowiedzi, a nie podkradania cudzych myśli czy pseudo-intelektualnego bełkotu. Życie osobiste takiej osoby nie ma tu nic do rzeczy, chociaż oczywiście lepiej czasami nie znać takich szczegółów, o czym świadczy chociażby książka Paula Johnsona Intelektualiści. Jeżeli piszę, że rozczarowałam się Hugo-Baderem, Szczygłem czy Cegielskim, to nie odnoszę się do ich zachowań prywatnych, tylko do działalności zawodowej.

Iza twierdzisz, że nie masz złudzeń. A jednak. Wierzysz w nagrody. Spójrz kto, komu i za co daje nagrody. Żyjemy w swiecie PR gdzie nie liczy sie zawartość ale opakowanie. Dotyczy to zarówno płatków sniadaniowych jak i literatury.

 

 

A tak dla rozładowania atmosfery. Nie wiem czy wiesz, ze oryginał to tylko Dziesięć Przykazań. Reszta literatury to plagiaty, zapożyczenia, bezczelne kradzieże i oczywiście 'kopiuj i wklej".

Nie, Piotrze, nie wierzę (bezkrytycznie przynajmniej) w nagrody i ich wartość jako miernika osiągnięć. W moim felietonie wspomniałam, że reporter był nagradzany, bo wydawało mi się to informacją wartą wzmianki w kontekście dyskutowanych problemów. To, że był nagradzany i przez kogo, dowiedziałam się chwilę wcześniej, sprawdzając biografię autora w celach badawczo-dziennikarskich. Moja ocena twórczości pana Szczygła wynika z tekstów, które czytałam, a nie - z otrzymanych przez niego wyróżnień.

Natomiast do kwestii oryginalności tekstów to w moim uniwersum symbolicznym utrwaliło się raczej przekonanie, że cała twórczość i filozofia nowożytna są zaledwie komentarzami do tekstów Platona i Arystotelesa.

czy temat ten został zakreślony wyłącznie dla reportażystów zdefiniowanych przez Izę praktycznie do 3 nazwisk ?

a jeśli nie - czy znajduje się możliwość rozszerzenia dyskusji o innych reporterach ?

  

...to tylko mój felieton został do trzech przypadków zawężony. Po pierwsze dlatego, że akurat te trzy kwestie przyciągnęły ostatnio moją uwagę, a po drugie - ponieważ są, mniej lub bardziej luźno, związane z tematem turystyki/podróży/zwiedzania.

:):) 

Choć wywołany do tablicy - nie dam się wciągnąć w pyskówkę na temat równości płci na przykładzie kilku słów Mariusza Szczygła. Zwłaszcza z kimś, kto zaperzony, czyta tylko pomiędzy wierszami, a to co explicite - ignoruje.

PS: A Pani mężowi tylko zazdrościć !

Pani Maju. Wbrew pozorom ma Pani bardzo zaweżone spojrzenie na świat i mężczyzn. Jak widac dzieli ich Pani na męskie szowinistyczne swinie oraz osobników pokroju Pana Męża.

W odróznieniu od lukromanu nie zazdroszczę mu. Życ z osoba, która reaguje jak pies drazniony kijem i rzuca sie wsciekle na wszystko wokół. Toż to piekło.

Ale może ma Pani inne przymioty ducha. Bo o ciałe nie wspomne co by znów nie yć zglanowowany równo z poziomem 0.

Przeczytałem Pani wypowiedź kilkakrotnie i cos mi ona przypomina. No tak. juz wiem. "Zapozyczona" metoda 'kopiuj i wklej' z pewnej gazety :-).

Z czarnogrodzkim pozdrowieniem, męska szowonistyczna swinia

piotrmx

Chyba się ta dyskusja nie skończy... Zresztą trudno się dziwić, ostatecznie sążniste, treściwe artykuły pisane przez Izę nie mogą być polemiczne, bo cóż możemy dodać? A wobec zaczepek trudno przejść obojętnie... Nie chciałem tego, Piotrze, ale widać i Tobie trudno było zrobić bypass :)

...jak bardzo bym chciała, żeby to moje teksty o Turcji, jej miastach i zabytkach stały się przedmiotem tak żywej dyskusji jak ta, która jest tutaj prowadzona.

Strony

cardiologistsnode