Kapadocka przygoda ekipy TwS (część 1) - Tyana, Hasan i Ihlara

Termin
Rozpoczęcie: 
01/10/2014
Zakończenie: 
10/10/2014
Podróżnik: 
Iza, Jarek, Tola i Staś (oraz Myszkowóz)

Być może spowoduje to wielkie zdumienie wśród naszych wiernych Czytelników, ale ekipa TwS przez wiele lat omijała teren Kapadocji szerokim łukiem. Owszem, lata temu byliśmy tam kilka razy w ramach wycieczki objazdowej po Turcji oraz wycieczek fakultatywnych, ale od tego czasu jakoś nie było nam do Kapadocji po drodze. Być może wynikało to z wrażeń, jakie mieliśmy utrwalone po tych krótkich, zorganizowanych pobytach w tej krainie. Wycieczki autokarowe, w których uczestniczyliśmy, wyglądały standardowo: sesja zdjęciowa ze skałą w kształcie wielbłąda, zejście do jednego z podziemnych miast, wejście na jakąś twierdzę, przerwa fotograficzna przy ładnej panoramie, przystanek na lody itd. - wiele osób zna Kapadocję właśnie od tej strony. Najprzyjemniejszym wspomnieniem był dla mnie kilkugodzinny trekking, zorganizowany podczas jednej z takich wycieczek, w trakcie którego przewodnik poprowadził nas przez malowniczą dolinkę. Taka forma aktywności zorganizowanej była jednak możliwa w czasach, kiedy to trzydniowe wycieczki do Kapadocji były regularnie organizowane z Alanyi. Obecnie standardem są wyjazdy dwudniowe, podczas których czasu na takie przyjemności po prostu brak.

Rzymski akwedukt w Kemerhisar

Nasza wiedza o Kapadocji była więc bardzo wyrywkowa i składała się z kalejdoskopu pewnych obrazów i wrażeń, których nie byliśmy nawet w stanie złożyć w spójną całość. Które z podziemnych miast odwiedziliśmy? Gdzie ukrywa się słynny "wielbłąd" czy też równie znane "trzy piękności"? Jakimi trasami obwożono nas po Kapadocji? Szczerze pisząc, to nie mieliśmy zielonego pojęcia. Mieliśmy natomiast nieodparte uczucie, że Kapadocja to turystyczny kombinat, w którym gdzie nie spojrzeć, kłębią się tłumy turystów, oprowadzanych przez lekko znużonych przewodników. W końcu nadszedł czas, żeby te wspomnienia skonfrontować z rzeczywistością, w formie samodzielnej wyprawy w stylu TwS. Pełni obaw wyruszyliśmy z wybrzeża śródziemnomorskiego, z okolic Mersinu, na północ, aby na nowo odkryć dla siebie (i dla Was) magię Kapadocji.

Nasza kapadocka przygoda przypadła na okres świąteczny - zbliżało się właśnie wielkimi krokami najważniejsze święto religijne obchodzone przez muzułmanów czyli Kurban Bayramı. Ostrzegano nas, że w tym okresie szczególnie trudno jest o znalezienie noclegu, ale niezrażeni potencjalnymi trudnościami przystąpiliśmy do realizacji planu. Czy faktycznie Święto Ofiarowania pokrzyżowało nasze plany? O tym dowiecie się z dalszego ciągu relacji.

Droga z Mersinu do Kapadocji prowadziła nas początkowo świetną autostradą, wiodącą przez góry Taurus w miejscu, które od wieków znane jest jako Wrota Cylicyjskie. To wąska przełęcz, stanowiąca najważniejszy korytarz komunikacyjny pomiędzy nadmorską Cylicją a Centralną Anatolią. Od tysięcy lat Wrota Cylicyjskie przekraczały kupieckie karawany oraz oddziały wojskowe. Maszerował tędy w 333 roku p.n.e. Aleksander Macedoński w drodze pod Issos, gdzie odniósł wielkie zwycięstwo nad armią perską, przechodził też tędy święty Paweł z Tarsu, w czasach bizantyjskich prowadzono tędy niewolników na targi w Arabii, trasę przez Wrota wybrali też krzyżowcy podczas pierwszej krucjaty.

Obecnie wyśmienitej jakości, chociaż stosunkowo kręta droga przez Wrota Cylicyjskie stanowi ważny odcinek korytarza śródziemnomorskiego, który łączy położoną w Cylicji metropolię Adana ze stolicą Turcji, Ankarą. Zastanawiającym elementem tej drogi były umieszczone przy odcinkach prowadzących stromo w dół dodatkowe pasy, odchodzące od niej pod górę i wysypane żwirem. Po chwili zastanowienia doszliśmy do wniosku, że są to pasy awaryjne, których celem jest zatrzymanie rozpędzonych samochodów, którym popsuły się hamulce.

Po przejechaniu około 100 km zjechaliśmy z trasy E90, która skręcała na zachód i pojechaliśmy dalej na północ, w kierunku miasta Niğde. Stanowi ono południowe wrota na teren Kapadocji, chociaż położone na terenie prowincji Niğde atrakcje turystyczne nie są tak dobrze znane, jak obszar położony w sercu Kapadocji, przy miasteczku Göreme. Taka sytuacja bardzo nam odpowiadała, w końcu ekipa TwS podróżuje tam, gdzie można znaleźć mało rozreklamowane ciekawostki i zabytki.

Tuż po zjeździe z autostrady pojawiły się pierwsze brązowe kierunkowskazy, zachęcające do odwiedzenia miasteczka Kemerhisar. Czemu warto zajrzeć do Kemerhisar? Otóż ta niepozorna mieścina była niegdyś, jako Tuwanuwa, stolicą neohetyckiego państwa, położoną strategicznie niedaleko wylotu Wrót Cylicyjskich. W późniejszych czasach, znalazła się pod kontrolą grecką, a następnie rzymską. Urodził się tu Apoloniusz z Tiany (tak w okresie klasycznym nazywano miasto), znany filozof oraz autor biografii Pitagorasa. Cieszył się on również wśród współczesnych sławą cudotwórcy, a sam podawał się za syna boskiego.

Ruiny antycznego miasta Tyana

Nasze pierwsze wrażenie po dojeździe do Kemerhisar? Jak tu chłodno! - było poniżej 20 stopni Celsjusza, pomimo tego, że niedawno minęło południe. Drugie wrażenie - ależ to biedna mieścina, czy będzie okazja coś ciekawego w niej zobaczyć? Co do temperatury, to owszem, najbliższe dni okazały się okresem aklimatyzacji po upałach i duchocie panującej na wybrzeżu śródziemnomorskim. W końcu wjechaliśmy na przeszło 1000 metrów n.p.m. i na takich wysokościach mieliśmy przez przeszło tydzień pozostać.

Jeżeli natomiast chodzi o Kemerhisar, to pierwsze wrażenie było słuszne, miasteczko liczy sobie zaledwie 5 tysięcy mieszkańców, trudniących się głównie rolnictwem i sadownictwem. Jednak spokojna głowa, warto do niego zajrzeć, zwłaszcza ze względu na pięknie zachowany odcinek rzymskiego akweduktu, który dał zresztą miasteczku jego obecną nazwę. Akwedukt ten stoi sobie wzdłuż drogi w północno-wschodniej części miasteczka, a jego długość to aż 1,5 km. Zdjęcia akweduktu robi się nie najłatwiej - stoją zaparkowane samochody i ciągniki, czają się śmietniki, ale pomimo tych współczesnych elementów budowla ładnie komponuje się z otoczeniem. Ostatecznie w czasach antycznych pełniła funkcję użytkową, a nie dekoracyjną.

Rzymski akwedukt w Kemerhisar

Z Kemerhisar wyruszyliśmy do naszego wyznaczonego na ten dzień celu czyli do Ihlary. Jak się okazało, nie była to droga prosta i szybka. Spieszę tu z wyjaśnieniem, że podczas naszej tegorocznej wyprawy po raz pierwszy podróżowaliśmy po Turcji wyposażeni w system nawigacji GPS, o którą w przypadku tego kraju wcale nie było tak łatwo. Wbudowana w naszym Citroenie firmowa nawigacja w ogóle nie przewidywała rozszerzenia o teren Turcji, posiłkowaliśmy się więc zakupioną na telefony nawigacją o nazwie Sygic, która często ratowała nas z opresji, ale również często pakowała w opały.

Za Kemerhisar przejechaliśmy przez miasteczko Bor, w którym trwała właśnie budowa nowego antycznego teatru, a obok niego odbywała się ślubna sesja fotograficzna. Droga była piękna i szeroka, a od celu dzieliło nas zaledwie 70 km. Nieco zastanawiał nas podawany przez nawigację czas dojazdu - 2 godziny, ale zignorowaliśmy tę informację zakładając jakiś błąd systemowy. O wielka naiwności podróżnicza!

W mieście Bor dzień jak co dzień

W pewnym momencie nawigacja poinstruowała nas, że trzeba skręcić w prawo - ok, tak zrobiliśmy. Droga zaczęła się systematycznie zwężać, a nawierzchnia wskazywała na długą nieobecność ekip drogowych. Wjeżdżaliśmy pod górę, a widoki warte były uwiecznienia na zdjęciach, zwłaszcza we wsi Çömlekçi. Nieopodal rysował się masyw góry Hasan, czyli jednego z trzech wulkanów odpowiedzialnych za powstanie niezwykłego krajobrazu Kapadocji. To znaczy najpierw masyw rysował się w oddali, potem był widoczny bardzo wyraźnie, wraz z zalegającym na wierzchołku śniegiem, aż w końcu okazało się, że nasza trasa prowadzi po jego zboczu!

Okolice wsi Çömlekçi

Z asfaltową nawierzchnią pożegnaliśmy się w wiosce Ulukışla, której nie należy mylić z położonym nieco na południe miasteczkiem o tej samej nazwie. Nasza Ulukışla była miejscem, do którego wynalazek kierunkowskazu jeszcze nie dotarł, a pomysł na utwardzenie drogi dojazdowej uznawano za niezwykle nowatorski. Przekonaliśmy się o tym poszukując sposobu na jej opuszczenie - nawigacja już dawno się poddała prowadząc nas w kółko.

Okolice wsi Çömlekçi

W końcu - sukces. Znaleźliśmy trasę wyjazdową, nawigacja się uspokoiła, a co więcej - przed nami jechał pan na motocyklu, co w pewien sposób działało na nas uspokajająco: ta droga musi gdzieś prowadzić, skoro ktoś nią jeździ, prawda? Wjeżdżaliśmy coraz wyżej, droga na szczęście nie znikała, chociaż miejscami była wąziutka i dobrze ukryta w tumanach kurzu. Tymczasem okazało się, że jedziemy już prawie na rezerwie paliwa, do celu jeszcze 20 km, zbliżamy się do wysokości 2 tysięcy metrów n.p.m., a rozwijana prędkość miejscami dochodziła aż do szalonych 15 km/h. Zacisnęłam zęby (i ręce na kierownicy), stwierdziłam "Dojedziemy! Nie ma problemu!" i faktycznie, daliśmy radę.

Hasanie po wulkanie

Zanim dojechaliśmy do Ihlary trzeba było zjechać z wulkanu, przejechać przez kilka wsi i minąć rozległe uprawy dyń i melonów. Pracujący na nich mieszkańcy okolicy robili wielkie oczy na widok niemiłosiernie zakurzonego Myszkowozu na rejestracjach wskazujących na nielokalne pochodzenie podróżnych. Jeżeli będziecie kiedyś w okolicach wsi Kitreli lub Köprübaşı to może ktoś opowie Wam o szalonych yabanci, którzy samochodem-widmem zjechali z wulkanu, a przy okazji - zapyta o to, czy Sulejman Wspaniały jeszcze panuje nad Imperium.

Czas jesiennych plonów

Do miasteczka Ihlara dotarliśmy wykończeni, nie tym przejazdem, który właściwie bardzo nas pobudził, ale we znaki dawała nam się poprzednia nieprzespana noc w nadmorskim Ayaş. Osoba odpowiedzialna za postawienie tam hotelu tuż przy przelotówce na Mersin powinna smażyć się w piekle, w którym tuż przy jej kotle będą przez cały czas przejeżdżały przestarzałe ciężarówki, powodując drgania kociołka i delikwenta.

W Ihlarze mieliśmy wyruszyć na nasz pierwszy kapadocki trekking, którego trasa wiedzie doliną o tej samej nazwie. Postanowiliśmy jednak zostawić sobie tę przyjemność na następny dzień, odpocząć, posilić się i przespać w ciszy. Znaleźliśmy pokój w pensjonacie Bisginler, położonym na skraju wsi i wyruszyliśmy na zwiady (czyli poszukiwanie posiłku). Obchód wsi długo nie trwał - i już po chwili wróciliśmy do naszego pensjonatu. Okazało się, że po południu prawie nie ma w okolicy turystów, a co za tym idzie - czynnych restauracji brak.

Pensjonat w Ihlarze - miejsce posiłku

Na szczęście pan zarządzający pensjonatem okazał się również szefem kuchni przynależącej do ośrodka restauracji. W sumie byliśmy mocno zadziwieni taką uniwersalnością obsługi - przyzwyczailiśmy się w Turcji, że na recepcji sieci trzech pracowników, w restauracji pracuje kolejnych kilka osób, są też specjaliści od parzenia herbaty, sprzątania, udzielania wskazówek co do prawidłowego zaparkowania pojazdu. Tymczasem w pensjonacie Bisginler wszystkie te funkcje pełnił jeden pan, co więcej, przyrządzony przez niego posiłek był bardzo smaczny.

Nadszedł wieczór i czas próby. Temperatura na zewnątrz szybko spadała, aż w końcu udało się jej prawie dorównać chłodowi, jaki panował w naszym pokoju. Całe szczęście, że dla zahartowania się można było przed snem wziąć długi, zimny prysznic. Noc spędziliśmy pod wszystkimi dostępnymi okryciami, wspomagając się wyciągniętym z bagażnika śpiworem. Z drugiej strony nie ma co narzekać - faktycznie było cichutko, jak makiem zasiał. W każdym razie przez kolejnych kilka dni na wspomnienie noclegu w Ihlarze w naszych głowach pojawiało się hasło "komfort termiczny". Takie słowa wypisane były na owym śpiworze, który miał gwarantować ów komfort do temperatury +15 stopni.

Z samego rana raźno przystąpiliśmy do eksploracji doliny Ihlara. Miejsce to przedstawiane bywa jako alternatywna wersja doliny Göreme czyli jej mniej słynna siostra. Właściwie to po lekturze kilku opisów Ihlary byłam przekonana, że jest to teren turystyki alternatywnej i prawie nikt tam nie dociera, bo wszyscy wędrują po Göreme. Stworzony w mojej wyobraźni obraz Ihlary okazał się całkowicie błędny - w sumie fajnie jest podróżować chociażby po to, żeby takie błędne wyobrażenia sobie prostować.

Dolina Ihlara

Na początku trzeba było do doliny zejść po około 400 stopniach, prowadzących na jej dno. Faktycznie, prawie nikogo przy głównym wejściu do Ihlary nie było, parking pusty, bileterzy zaspani, ekipa TwS pełna zapału do wędrówki, która obiecywała rozgrzanie się przez rozruszanie. Dolina jest świetnie oznaczona, na każdym kroku stoją tabliczki z informacją gdzie, co i jak daleko jeszcze.

Zejście do kanionu Ihlara

No właśnie - czym jest Ihlara? To długi na 16 km kanion, który powstał wskutek wybuchów wulkanów i towarzyszących im trzęsień ziemi, a następnie został pogłębiony przez płynący nim potok Melendiz. W skałach wznoszących się stromo nad wąwozem od IX do XIII wieku wykutych zostało wiele kościołów i kaplic. Ile? Różne źródła podają rozmaite odpowiedzi, ale najbardziej zachowawcza wersja mówi o 60 takich dawnych miejscach kultu chrześcijańskiego. Oczywiście turystów kieruje się do najładniejszych i najlepiej zachowanych z tych kościółków, w tym - do Karanlık Kilise, Yılanlı Kilise czy też do Ağaçaltı Kilise. Ich wnętrza ozdobione są lepiej lub gorzej zachowanymi freskami.

Freski w kościele Ağaçaltı Kilise w dolinie Ihlara

Jeżeli opis ten wydaje się być zbliżony do znanej prawie wszystkim doliny Göreme, to z pewnością nie oddaje dolinie Ihlara sprawiedliwości. Kanion sam w sobie jest niezwykłym cudem natury, szumiące wody potoku pięknie odbijają promienie słońca, które docierają na dno doliny poprzez naturalne zadaszenie utworzone przez wierzby i drzewka oliwne.

Trekking w kanionie Ihlara

Co prawda, jak mogliśmy się przekonać, Ihlarę odwiedza mnóstwo grup wycieczkowych, to jednak rozległość terenu sprawia, że absolutnie nie jest tu odczuwalne stłoczenie, tak znane turystom z Göreme. Wstęp odo kościołów jest nielimitowany, nikt nie zabrania fotografowania fresków (tylko bardzo Was proszę, nie używajcie lampy błyskowej).

Trekking w kanionie Ihlara

W dolinie Ihlary spędziliśmy blisko cztery godziny - weszliśmy tuż po 8, a wyjechaliśmy w kierunku Göreme w samo południe. Gorąco polecam wczesny start - wycieczki zorganizowane dojeżdżają po dwóch godzinach od otwarcia bramek. Zanim spotkaliśmy większe grupy turystów zdążyliśmy zajrzeć do wielu kościółków i wygodnie rozsiąść się na platformach nad potokiem Melendiz. W położonym w głębi wąwozu ogródku herbacianym z przyjemnością sączyliśmy gorącą herbatę, podaną, ku naszej uciesze, w polskim stylu czyli w dużych szklankach. Dopiero wówczas udało nam się tak solidnie rozgrzać po poprzedniej nocy. Zastanawialiśmy się właśnie nad ekonomicznymi podstawami funkcjonowania tej miłej herbaciarni, gdy zatupało, zaszumiało i pojawili się goście ze wszystkich stron świata. Trzeba było pożegnać się z miejscowymi kaczkami i ruszać w drogę powrotną.

Herbaciarnia i kaczki w dolinie Ihlara

Z Ihlary wyjechaliśmy z zakupionym za 5 TL planem doliny oraz całej Kapadocji (mała woda gratis, hehe) oraz z informacją, że pan ze sklepiku z pamiątkami ma żonę z Polski - pozdrawiamy! Czekało na nas o wiele trudniejsze zadanie - był 2 października, co oznaczało, że za dwa dni miało się rozpocząć Święto Ofiarowania, a my nie mieliśmy pojęcia, gdzie będziemy w Kapadocji nocować. Gdzie wylądowaliśmy? O tym napiszę w kolejnym odcinku relacji.

Kanion Ihlara

Odpowiedzi

Ihlara zdecydowanie warta jest przejścia - spokojna, malownicza, sama wioska w pażdzierniku to już była taka nieturystyczna Turcja :) a wioseczka na drugim końcu wąwozu (nazwy nie pomnę) jest na drugim biegunie turystycznoprzemysłowego Goreme. No i ten hotel niezapomniany, najtańszy... Złote zasłony, sedes pod prysznicem w pokoju, poplamione liliowe prześcieradła, na których rozłożyłam... karimatę, dywanik pamiętający co najmniej Sulejmana i przepyszny omlet na śniadanie.

Zapomniałam we wpisie dodać coś o śniadaniu w Ihlarze - my zmietliśmy wszystko, co nam zostało podane, i niebotycznie nam smakowało. Chociaż pewnie zimna noc też się przyczyniła do zaostrzenia apetytu :) A, do posiłku podano chałwę, jajka na twardo, oliwki i ser - taki mix...

Co do wsi na końcu Ihlary, to może chodzi o Selime? O tym miejscu będę jeszcze pisać, jak się zabiorę za drugi odcinek relacji.

Wąwóz Ihlara to przepiękne miejsce.Byliśmy na początku lipca,zwiedzanie rozpoczęliśmy ok godz 13,nie spotkaliśmy ŻADNEJ wycieczki,tylko pojedyncze osoby...chyba mielismy niezwykłe szczęście!