Jesienna wycieczka-ucieczka 2013 - część 1

Chociaż wiosenna wyprawa ekipy Turcji w Sandałach należała do nadzwyczaj udanych i bogatych w wydarzenia, to pozostał nam po niej pewien niedosyt. Postanowiliśmy więc, nietypowo, zorganizować drugą w ciągu tego samego roku wyprawę do Turcji, tym razem w sezonie wczesno-jesiennym. Ostateczna nazwa wyprawy czyli 'Jesienna wycieczka-ucieczka' wydaje się dość dobrze oddawać charakter tej podróży, chociaż roboczy tytuł, którym posługiwaliśmy się w trakcie jej trwania, był chyba jeszcze lepszy: 'Wyprawa bez sensu i celu'. Rzeczywiście, celu oraz szlaku nie mieliśmy tym razem wytyczonego, a przygody i wydarzenia, w których uczestniczyliśmy, były całkowicie nieoczekiwane i mocno zaskakujące dla wszystkich zaangażowanych osób. Wyprawa okazała się zresztą tak intensywna, że nie starczyło w trakcie jej trwania czasu i sił, aby na bieżąco zapisywać bieg wydarzeń. Czas nadrobić ten brak, zanim wspomnienia zatrą się w naszej pamięci.

Nasz Pieskowóz w Eceabat, przed przeprawą promową do Azji
Nasz Pieskowóz w Eceabat

Wyruszyliśmy w kierunku Turcji spokojnie, w sobotnie przedpołudnie 7 września 2013 roku. Jeszcze przed wyjazdem mieliśmy zamiar przedłużyć sobie część dojazdową, wybierając trasę alternatywną, przez Macedonię i Grecję, dzięki której moglibyśmy całkowicie ominąć Bułgarię. Jednak w trakcie przejazdu nieoczekiwanie zmieniliśmy zdanie i jednak pojechaliśmy po najmniejszej linii oporu. Zresztą 'nieoczekiwana zmiana zdania' okazała się później jednym z głównych motywów przewodnich wyprawy, a bułgarska 'najmniejsza linia oporu' postanowiła postawić nam na drodze kilka drobnych przeszkód.

Jechało się nam świetnie, bez korków i przestojów, na drogach panował miły, weekendowy luz - prawie zupełnie nie widać było ciężarówek, a okres wyjazdów typowo wakacyjnych już się przecież zakończył. Na granicach (węgiersko-serbskiej i serbsko-bułgarskiej) przechodziliśmy kolejne kontrole bez kolejek i zbędnych opóźnień. Po raz kolejny zachwyciły nas serbskie autostrady, dzięki którym sprawnie przejechaliśmy cały kraj porą wieczorowo-nocną. Nowy dzień (8 września) zastał nas już w Bułgarii i z powodu takiej nocnej pory zdecydowaliśmy się po raz pierwszy w historii naszych transferów polsko-tureckich, przejechać Sofię przez centrum, zamiast skierować się na zdezelowaną obwodnicę.

W centrum Sofii nie dostrzegliśmy jednego kierunkowskazu (a może wcale go tam nie było) i musieliśmy pytać o drogę bułgarski partol policyjny. Tuż po opuszczeniu rogatek miasta mieliśmy drugie spotkanie z policją. Wyglądało ono prawie jak spotkanie z ufo: na środku drogi pojawiła się błyszcząca postać i zaczęła energicznie gestykulować, żebyśmy zjechali na pobocze. Kosmita okazał się przedstawicielem lokalnej drogówki, całkowicie nieszkodliwym osobnikiem, który po sprawdzeniu dokumentów, ważności winiety oraz upewnieniu się, co do kierunku naszej jazdy szybko pozwolił nam na kontynuowanie podróży. Opowieści o wymuszonych łapówkach i fikcyjnych mandatach na szczęście nie znalazły w tym przypadku potwierdzenia.

Na granicy z Turcją w Kapıkule znaleźliśmy się po 19 godzinach i 15 minutach jazdy z Gliwic. Stanowiło to nasz osobisty rekord czasu przejazdu, który będzie trudny do pobicia w najbliższym czasie. Google Maps podpowiadają, że można taką trasę pokonać w 18,5 godziny, ale nie zakładają po drodze żadnych postojów. Świetny wynik transferowy zepsuło nam przekraczanie granicy tureckiej, które zajęło przeszło godzinę, pomimo prawie całkowitego braku ruchu pasażerskiego. Otóż przy kontroli dokumentów samochodu okazało się, że system komputerowy nakazał prześwietlenie pojazdu. Owszem, czytaliśmy o takich przypadkach, ale nigdy do tej pory się nam to nie przytrafiło. Może zbyt często przyjeżdżamy do Turcji? Auto musiało zostać całkowicie opróżnione z pasażerów i bagaży, śpiące dzieciaki zostały zawinięte w koce i odstawione do biura kontrolerów, a my oglądaliśmy sobie na monitorach wnętrzności naszego Pieskowozu. Auto chyba było nieco zażenowane, ale żadnych groźnych tajemnic nie skrywało. Następnie musiałam chodzić od budki do budki w celu skompletowania zestawu pieczątek, kliknięć i podpisów. Trochę to trwało, bo urzędnicy spali sobie w najlepsze i budziłam ich głośnym stukaniem w szyby. W końcu dostaliśmy kod kreskowy na samochód i przejechaliśmy przez ostatni punkt kontrolny. Turcja stała przed nami otworem.

"Przecież jestem zdrowy, po co to prześwietlenie?" - na granicy w Kapıkule
"Przecież jestem zdrowy, po co to prześwietlenie?" - na granicy w Kapıkule

Ponieważ pora była ciągle bardzo wczesna, zdecydowaliśmy się na dalszą jazdę, bez zwyczajowego postoju w Edirne. Pojechaliśmy w kierunku półwyspu Gallipoli, gdzie czekało na nas kilka miłych niespodzianek. Pierwszą z nich był odświeżony wygląd Akbaş Şehitliği czyli cmentarza tureckiej marynarki wojennej w okresu I wojny światowej. Powstała tam nowa konstrukcja, doskonale widoczna z drogi Gelibolu-Eceabat. Dało mi to świetną okazję do pierwszych prób terenowych w wykorzystaniu nowego obiektywu 12-24 mm.

Akbaş Şehitliği - turecki cmentarz wojskowy na półwyspie Gallipoli
Akbaş Şehitliği - turecki cmentarz wojskowy na półwyspie Gallipoli

Naprzeciwko cmentarza położone są pozostałości twierdzy Bigali. W zeszłym roku (2012) były one całkowicie zarośnięte przez kolczaste krzewy i prawie niewidoczne dla podróżnych. Ze zdumieniem naszym oczom ukazał się teraz całkowicie inny widok: teren został wykarczowany i oczyszczony, a ruiny fortecy były wspaniale widoczne i dostępne. Pognałam do nich przez drogę i dalej testowałam obiektyw. Nie spodziewałam się, że na terenie twierdzy zachowało się tak dużo struktur. Podejrzewam, że zarówno nowy wygląd Akbaş Şehitliği, jak i twierdzy Bigali, są efektem gorączkowych przygotowań do zbliżającej się wielkimi krokami setnej rocznicy rozpoczęcia się bitwy o Galiipoli - 25 kwietnia 2015 cały półwysep będzie dokładnie upakowany gośćmi z Antypodów.

Fragment twierdzy Bigali, ładnie wykarczowany teren
Fragment twierdzy Bigali, ładnie wykarczowany teren

Podniesieni na duchu nowym wyglądem znanych nam miejsc pojechaliśmy do miasteczka Eceabat. Z pewnym zaskoczeniem stwierdziliśmy, że pomimo wrażenia, iż jechaliśmy tamtędy całe wieki temu, to tak na prawdę było to w minionym roku. Chociaż z drugiej strony od tego czasu zrealizowaliśmy dużą wyprawę na południowy-wschód Turcji, więc wrażenie oddalenia czasowo-przestrzennego było w pełni uzasadnione. W Eceabat czekała nas przeprawa promowa do Azji, przed którą posililiśmy się w prawdziwie tureckim stylu, zjadając na śniadanie zupę z soczewicy. Podczas przeprawy nie odczuwaliśmy jeszcze zmęczenia spowodowanego przejazdem z Polski, zbyt zajęci byliśmy oglądaniem i uwiecznianiem widoków. Pogoda nam sprzyjała, spokojne wody cieśniny Dardanele również.

Nasz prom przez cieśninę Dardanele właśnie nadpływa
Nasz prom przez cieśninę Dardanele właśnie nadpływa

Po dopłynięciu do miasta Çanakkale trzeba było podjąć decyzję o kierunku jazdy i wyborze miejsca na nocleg. Ponieważ planu wyprawy nie posiadaliśmy, ale myślą przewodnią była jazda w kierunku południowo-wschodnim, do Kızkalesi nad Morzem Śródziemnym, zdecydowaliśmy się na przejazd ostatniego w tym dniu odcinka - do miasteczka Çan, położonego w centralnej części Troady. Mapa drogowa obiecywała, że po drodze powinniśmy natrafić na dwa antyczne miasta (Kremaste i Astyra). Okazało się niestety, że żadnych miast nie znaleźliśmy: brązowych tablic brak, a przeszukiwanie wszystkich bocznych dróżek wydawało nam się w tamtym momencie podróży ponad siły. Wczesnym popołudniem dotarliśmy do Çan, w którym dobrą godzinę spędziliśmy na szukaniu odpowiadającego nam hotelu. Stanęliśmy ostatecznie w hotelu Sergis, tuż przy ogromnej hali targowej, na której codziennie odbywa się bazar.

W centrum miasteczka Çan
W centrum miasteczka Çan

Po doprowadzeniu się do stanu używalności ruszyliśmy poznawać Çan. Najpierw przeszliśmy przez halę targową, na której sprzedawano wszelakie sprzęty potrzebne w gospodarstwie domowym oraz ubrania. Swoje stanowisko miał tam nawet stolarz produkujący meble kuchenne na wymiar. Szkoda tylko, że część spożywcza była niewielka, bo zazwyczaj jest ona sercem bazaru oraz świetną okazją do zdjęć. Tym razem musimy zadowolić się zdjęciami skarpetek i szklanek.

Bazarowy zawrót głowy (albo stopy) - w Çan
Bazarowy zawrót głowy (albo stopy) - w Çan

Na głodnego daleko się nie zajdzie, więc kolejne kroki postawiliśmy w kierunku lokanty, prowadzeni już zza rogu przez cudowne zapachy. Nos to wspaniały przewodnik po tureckiej gastronomii. Tym razem zawiódł nas do lokalu specjalizującego się w pieczonych mięsach. Oprócz zapachu dobrym zwiastunem udanego posiłku było prawie całkowite zapełnienie lokalu przez klientów, ale na szczęście i dla nas znalazł się wolny stolik. Czas na złożenie zamówienia, a my zupełnie nie wiemy, na co się zdecydować. Zazwyczaj w takich momentach wybieramy potrawy, które już znamy, ale tym razem było nieco inaczej. Daliśmy się namówić na specjalności zakładu, a przy okazji dokonaliśmy niezwykle dla nas ważnych odkryć kulinarno-lingwistycznych. Jak główne danie zamówiliśmy karışık czyli mieszankę. W przypadku lokanty w Çan była to mieszanka mielonych kotlecików czyli köfte oraz pieczonych filetów z kurczaka. Jednakże w czasie dalszej podróży przekonaliśmy się, że karışık to słowo-klucz dla niezdecydowanych: jeżeli nie wiecie jaką pide zamówić - z serem, mięsem czy też jajkiem - proście o karışık, a dostaniecie turecką pizzę podzieloną na wiele części o różnym nadzieniu; nie jesteście pewni, który smak lodów będzie najlepszy - zamawiajcie karışık i cieszcie się mieszaniną porcji o rozmaitych aromatach.

Najlepszy lokal w miasteczku Çan
Najlepszy lokal w miasteczku Çan

Druga lekcja, równie dla nas istotna, to odkrycie piyaz czyli sałatki podawanej najczęściej jako przystawka do köfte. Jak to jest możliwe, że po tylu wizytach w Turcji nie zdawaliśmy sobie sprawy z jej istnienia? Piyaz najczęściej składa się z gotowanej fasoli, surowej cebuli oraz innych warzyw, posypanych przyprawą sumak i polanych oliwą. Być może przepis nie brzmi zachęcająco, ale połączenie tych składników oraz mielonych kotlecików to niebo w gębie. Od tej pory zawsze już będziemy wypatrywać takiego zestawu obiadowego.

Piyaz czyli sałatka z fasolą
Piyaz czyli sałatka z fasolą

Po posiłku zajrzeliśmy jeszcze do dyskontu spożywczego BIM, w którym uzupełniliśmy zapasy płynów i chwilę posiedzieliśmy na centralnym placu miasteczka przy herbacie. Jednak zmęczenie bardzo mocno dawało się już we znaki, więc szybko zwinęliśmy żagle i padliśmy w pokoju hotelowym jak zabici. Gdy zasypialiśmy, ciągle trwał targ, a wczesnym rankiem obudziły nas odgłosy kolejnego dnia handlowego. Trzeba było ruszać dalej, ale gdzie dotarliśmy, o tym napiszę w kolejnym odcinku.

Popołudniowa herbata
Popołudniowa herbata

Odpowiedzi

weszła do naszego menu jeszcze z kilka dobrych lat temu - po konsumpcji w barze ( odpowiedniku lokanty ) w BG...

a sumak - też - jako przyprawa do kraju przywiezion został...

jako owoc octowca - rosnącego i na naszym ogródku ...

kończąc dywagacje kulinarne - skoro osły dardanelskie Was nie pokonały to i reportaż ucieczkowy wisi jak bez skazy poczęty...

cardiologistsnode