A ja znowu chcę do Turcji!

Przyznaję, że przez pewien czas (no dobrze, nie taki znowu długi, bo zaledwie przez jeden miesiąc) miałam Turcji dość. Byłam wściekła na celników, którzy znowu zażądali prześwietlenia naszego samochodu na granicy - czy tak trudno systemowi zrozumieć, że nie jeździmy tam z kontrabandą? Byłam też potężnie rozczarowana pogodą w Stambule, gdzie przez tydzień prawie cały czas padał deszcz. No, ale przecież wszyscy wiedzą, że to wina tureckiego rządu, a w szczególności - premiera Erdoğana (dziękuję serwisowi informacyjnemu Hürriyet Daily News za ostateczne wyjaśnienie tej kwestii i przypisanie winy osobom odpowiedzialnym). W tym trudnym okresie rozczarowania i zawodu odkryłam, że tureckie jedzenie już mi tak bardzo nie smakuje, ceny noclegów są zdecydowanie zbyt wysokie jak na oferowany przez hotele standard, a w ogóle to ładniej i ciekawiej jest w Grecji czy Włoszech.

Czasami w Turcji świeci słońce, ale parasolki i tak się przydadzą!

Jednak, nieoczekiwanie dla mnie samej, po tym miesiącu wściekłości i wielkiej obrazy na Turcję, ze zdumieniem zauważyłam, że wszystkie te powody, chociaż w gruncie rzeczy prawdziwe i uzasadnione, nie są wystarczające do podjęcia decyzji o rozwodzie z Turcją. Co prawda blog Rodzynki Sułtańskie usilnie przekonuje, że do Turcji jechać nie warto, ale ja tam wybrać się muszę, kolejny, nie wiem już który, raz. Zapewne taki stan umysłu kwalifikuje się pod obsesję lub chorobę, na którą zapadają niektórzy podróżnicy, ale co tam, Turcja warta jest wizyty!

Ponieważ nie zapowiada się, żebym z dnia na dzień spakowała walizki i wyruszyła do Azji Mniejszej, pozwolę sobie złagodzić tęsknotę wspominając, co też takiego w tej Turcji jest, że pomimo rozlicznych wad, chce się do niej wracać. Nie chcę jednak narażać Szanownych Czytelników na opisy rzeczy oczywistych: piaszczystych plaż, przebojowych zabytków typu Efez czy też stambulskiego multi-kulti. Poniższe wyliczenie ma charakter subiektywny, więc z natury nie każdy się z nim zgodzi. To co, czas na wyznania?

Wołanie muezzina

Od pierwszej wycieczki do Turcji, którą odbyłam sto lat temu, nieodmiennie zachwycam się nawoływaniem do modlitwy, płynącym z minaretów. Pamiętam oczarowanie i poczucie pewnej nierealności, gdy pierwszy raz usłyszałam muezzina przed świtem, czekając na autokar, który miał zawieźć mnie do Pamukkale. Balkon, ciemności, cisza - tak rzadka w Alanyi, i nagle słychać śpiewne wołanie, do którego dołączają w odstępach ułamków sekund kolejne głosy, lekko niezsynchronizowane. Wieczorem to zupełnie inna sprawa, ale gdy po zachodzie słońca rozlega się wystrzał armatni, obwieszczając koniec kolejnego dnia postu w Ramadanie, to jest w nim zawarty potężny ładunek emocjonalny, o perspektywie ciepłego posiłku nie wspominając.

Minarety Wielkiego Meczetu w Bursie

Samotność w ruinach

Najsłynniejsze zabytki Turcji są niemiłosiernie zatłoczone (ok, nie tak bardzo jak Alhambra, ale i tak przeokropnie). Trudno w takich warunkach napawać się historią danego miejsca, która czai się cichutko w kąciku. Wystarczy jednak nieco poszperać, i już można w samotności przycupnąć wśród pradawnych ruin. Najwyżej przepłoszy się gromadkę cykad lub przyciągnie zdumione spojrzenia owiec, pasących się niewinnie pośród pozostałości dawnych cywilizacji. W poszukiwaniu kolejnych takich miejsc zapada się niepostrzeżenie na chorobę brązowych tablic, na którą lekarstwa nie ma i pewnie nigdy nie będzie.

Taka ładna ruina, a nikt tu nie zagląda (Işıkkale koło Silifke)!

Herbata!

Upał, żar leje się z nieba, instynktownie sięgamy po napoje chłodzące... stop! Czas na herbatę, to najlepsze, co można w taki skwar zrobić. Jedna szklaneczka, druga - przecież nie wypada odmówić, czas zawsze musi się znaleźć. Po częstotliwości zaproszeń na herbatę można łatwo się zorientować, jak daleko oddaliliśmy się od ośrodków turystycznych. Z wielkim sentymentem wspominam herbatę podaną nam na stacji benzynowej, gdzieś daleko na południowym-wschodzie kraju, kiedy zaparkowaliśmy auto tuż przy wozie opancerzonym żandarmerii i spokojnie wychylaliśmy kolejne szklaneczki za zdrowie gospodarzy. Pili wszyscy - sprzedawcy, żandarmi, ekipa TwS - rytuał jest silniejszy od napięć politycznych, wszystkim demonstrantom powinno się proponować szklaneczkę herbaty na uspokojenie, łatwiej znaleźliby wspólną płaszczyznę do spokojnej rozmowy na temat dręczących ich kwestii.

Na upał, na zmartwienie, dla towarzystwa - zawsze czas na herbatę

Utartym szlakiem

Nie, nie mam tu na myśli szlaku utartego przez autokary wycieczkowe, chociaż ich widok cieszy moje oczy, zwłaszcza w mniej znanych miejscach Turcji. Niech turyści poznają różne zakątki kraju, nie tylko te najsłynniejsze (w tym miejscu pozdrawiam wycieczkę Polaków, którą spotkaliśmy w zeszłym roku w Midyat). Dla mnie jednak jeszcze ważniejsza jest świadomość, że przemierzając tureckie drogi i dróżki podążam szlakiem wytyczonym przez wiekami, a nawet - przed tysiącami lat. Na mknące samochody spoglądają seldżuckie karawanseraje i omszałe fontanny z wodą pitną. A jak wiele jest uciechy z lektury książki Jana Reychmana Podróżnicy polscy na Bliskim Wschodzie w XIX w. - czytając przywołuję obraz dróg, którymi wędrowała ekipa TwS: ze Stambułu do Ankary, przez Wrota Cylicyjskie do Adany czy też z Krainy Jezior do Antalyi. Wiele się od XIX wieku zmieniło, ale i wiele miejsc ciągle wygląda tak, jak w opisach XIX-wiecznych podróżnych.

Nieco zapomniany karawanseraj İncir Han

A droga wiedzie w przód i w przód

Turcja to dla mnie przede wszystkim otwarta przestrzeń, puste drogi ciągnące się przez płaskowyż i kuszące, żeby pojechać jeszcze troszkę dalej, a potem - jeszcze dalej i dalej. Często najważniejsza jest dla mnie sama podróż, a nie to, co czeka na końcu szlaku. Wysuszone słońcem pustkowia, oazy zieleni przy rzekach i jeziorach zaporowych, niewielkie wioski położone gdzieś na wzgórzu, skrywającym ślady osadnictwa sprzed tysięcy lat - tego mi brakuje. Nie tęsknię za pyłem i błotem, które później trzeba otrzepywać z ubrań i sprzętu fotograficznego, a w przypadku auta - skuwać pieczołowicie z podwozia. Po zeszłorocznej wyprawie mechanik, któremu zleciliśmy przegląd samochodu, musiał najpierw dokopać się do podwozia, skrytego pod grubą warstwą zaschniętego błota, o czym nie omieszkał nas poinformować z pewnym zgorszeniem, że tak źle traktujemy nasz pojazd. Taka jest cena przygody i włóczęgi!

Gdzieś w południowo-wschodniej Anatolii

Wy

Tak, o Was piszę, moi Czytelnicy i Przyjaciele. Fascynacja Turcją to choroba zakaźna, a ja od wielu lat czynię wszelkie starania, żeby Was nią zarazić. Portal Turcja w Sandałach to najważniejszy sposób szybkiej propagacji tej jednostki chorobowej. O Turcji piszę, opowiadam, ględzę i nawijam, a Wy cierpliwie to znosicie i niepostrzeżenie też łapiecie bakcyla. Przyznawać mi się zaraz - kto też cierpi na turecką chorobę?

Jak tu Wam pokazać, że Turcja jest piękna?

Odpowiedzi

Dowiedziałam się, że cierpię na chorobę brązowych tablic! Czuję się bardzo schorowana ;) Pozdrawiam :)

Pozdrawiam i życzę wspaniałych podróży!

Ja też chcę do Turcji !!! Dajcie mi jeden powód, żeby nie chcieć!

Jesteście niebezpiecznym ogniskiem epidemiologicznym,ale mamy nadzieję,że Sanepid Was nie namierzy i nie wprowadzi obowiązkowych szczepień przeciwko jakże wspaniałej chorobie!

czynionych przez Wasze potomstwo...

nadszedł ku temu czas...

i nie ma odwrotu...

:-)