5 powodów, dla których amatorskie serwisy podróżnicze skazane są na porażkę

W poniższym artykule postaram się dostarczyć wystarczająco przekonujących argumentów na to, że amatorskie prowadzenie serwisu podróżniczego to niezwykle trudne i niewdzięczne zadanie. Utrzymanie takiego projektu przez okres dłuższy niż parę miesięcy wymaga wielkiego wysiłku czasowego i samozaparcia, a osoby spodziewające się z racji takiej działalności zysków, sławy i chwały powinny jeszcze raz się poważnie zastanowić przed wdepnięciem w to grzęzawisko.

Ten kotek nie podejmuje wyzwania, jakim jest prowadzenie serwisu podróżniczego

Sam przymiotnik "amatorski" kojarzy się automatycznie jako przeciwieństwo słowa "profesjonalny", czyli - w domyśle - nastawiony na czysty zysk finansowy. W tych rozważaniach skłaniam się ku podawanej przez Słownik Języka Polskiego definicji amatora jako miłośnika czegoś czyli osoby znajdującej w czymś przyjemność. Nie zgadzam się natomiast z definiowaniem podejścia amatorskiego jako działalności uprawianej przez osobę bez odpowiedniego doświadczenia w danej dziedzinie. W każdym razie warto pamiętać, że wielu znanych odkrywców i badaczy też było amatorami, co nie przeszkodziło im dokonać czegoś ciekawego i godnego zapamiętania (m. in. casus Heinricha Schliemanna - odkrywcy ruin Troi).

1. Wąskie grono odbiorców

Aby jakikolwiek projekt internetowy odniósł sukces i zdobył popularność, musi być on skierowany do jak najszerszego grona odbiorców. Wiadomo - dużo czytelników to dużo osłon, a to z kolei przyciąga reklamodawców, dziennikarzy, generuje ruch i dochody dla twórców. Jednakże, jak postaram się to wykazać, w przypadku prowadzonego amatorsko serwisu podróżniczego osiągnięcie wielkiej popularności może okazać się niezwykle trudnym, a często wręcz niewykonalnym zadaniem. Co więcej, na osiągnięcie sukcesu nie mają wpływu takie drobnostki jak regularne publikowanie artykułów, dobór zdjęć i ilustracji czy też staranność redagowania całości.

Typowa, entuzjastyczna reakcja czytelnika serwisu podróżniczego

W przypadku TwS mogłoby się wydawać, że możemy zainteresować naszą działalnością całkiem dużo ludzi - nic bardziej błędnego! Przeciętny polski turysta leci do Turcji, aby wypocząć w hotelu i nad basenem, najlepiej w wersji All Inclusive, żeby nie zaistniała konieczność wychylenia nawet czubka nosa poza mury rezerwatu, za którymi można napotkać tubylców. W hotelu co prawda tubylcy też występują, ale w wersji oswojonej i przeszkolonej do obsługi gości. Jedynym dylematem w kontaktach z nimi jest wysokość napiwku, należąca się za fantazyjne zaścielenia łóżka lub podanie wymyślnego drinka z palemką. Bywalcy hoteli z kolorowych folderów biur podróży nie są absolutnie zainteresowani informacjami dostarczanymi przez portal Turcja w Sandałach. Po cóż im informacje o zabytkach czy parkach krajobrazowych? Przylecieli odpoczywać i równie dobrze zamiast w Turcji mogliby siedzieć na plaży w Egipcie, Tunezji lub na Dominikanie, tylko na pobyt w tym ostatnim z wymienionych miejsc najczęściej ich po prostu nie stać - dlatego są skazani na wczasy w turystycznym kołchozie na tureckiej Riwierze.

Jeżeli jednak wśród tych wczasowiczów trafi się jakiś szaleniec, którego dopadnie zachcianka obejrzenia kraju poza hotelem, to przecież wystarczy, że skorzysta z szerokiej oferty tzw. wycieczek fakultatywnych. Nie trzeba planować, zastanawiać się, jak i gdzie pojechać - wystarczy wybrać wśród kilkunastu opcji oferowanych przez rezydentów i lokalne biura. Oczywiście sam wybór takiego biura to powód do burzliwych dyskusji na rozmaitych forach. Wiadomo, że Kapadocja zwiedzona z biurem X wygląda całkowicie inaczej niż Kapadocja odwiedzona z biurem Y. Przy okazji można też kupić sobie oryginalne podróbki zegarków światowych znanych marek, ponarzekać na upał i z ulgą wrócić po całej imprezie nad basen.

Z drugiej strony, publikowane na Turcji w Sandałach wiadomości dotyczące stanowisk archeologicznych, dawnych miast i fortec, należących do cywilizacji, które dawno już zniknęły z powierzchni ziemi, są całkowicie bezużyteczne dla tzw. fachowców czyli rozmaitej maści historyków, archeologów, turkologów i innych ogów, którym podawane informacje z pewnością wydają się płytkie, zbytnio uproszczone i napisane przez kompletnych dyletantów bez przygotowania akademickiego. Fachowcy owi nie będą jednak skłonni niczego napisać dla Turcji w Sandałach - po pierwsze nie zniżą się przecież do jej poziomu, a po drugie (i ważniejsze) - nasz portal ma zasadniczą wadę, a mianowicie - nie figuruje w żadnym wykazie czasopism punktowanych przez Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego. Po cóż pisać coś, za co nie będzie cennych punktów, przekładających się na wysoką cytowalność, rosnący indeks H i inne miłe naukowcom sprawy, za którymi idą granty i pieniądze?

Naiwnie wierzyłam kiedyś, że może nasza działalność uzyska wsparcie instytucji, których celem istnienia jest promowanie Turcji jako kierunku turystycznego. Tak, piszę tu o Biurze Radcy ds. Kultury i Turystyki Ambasady Turcji. Podobno pracują tam bardzo energiczne i pomocne osoby. Serio? Nasze maile z zaproszeniem na wystawę fotograficzną oraz z prośbą o objęcie zeszłorocznej wyprawy honorowym patronatem pozostały bez odpowiedzi, nie doczekaliśmy się nawet lakonicznego "Dziękujemy, nie jesteśmy zainteresowani". Niedawna rozmowa telefoniczna przeprowadzona z pracownicą tej placówki tylko utwierdziła mnie w przekonaniu o kompletnym braku zainteresowania. Osoba ta raczyła nawet przyznać, że nazwa Turcja w Sandałach coś jej mówi (ale nie wiadomo, co dokładnie). Faktycznie, najdłużej działająca i najbardziej aktywnie promująca Turcję strona w polskim zakątku internetu łatwa jest do przegapienia, zwłaszcza, gdy prowadzi się oficjalną, pełną nieaktualnych informacji stronę o tym kraju.

Podsumowując - teksty na Turcji w Sandałach nie interesują prawie nikogo, za wyjątkiem aktualizacji informacji o wizach do Turcji. Niestety tureckie MSZ zbyt rzadko zmienia stosowne regulacje - zaledwie trzy razy w przeciągu ostatnich kilku miesięcy.

Jestem również głęboko przekonana, że podobnie może być w przypadku serwisu podróżniczego poświęconego dowolnemu innemu krajowi czy regionowi świata. Istnieją tutaj zasadniczo dwie opcje - albo pisze się o państwie i tak bardzo popularnym turystycznie - wówczas zastosowanie mają wszelkie uwagi poczynione powyżej co do grupy odbiorców Turcji w Sandałach. Opcja druga zakłada prowadzenie serwisu o miejscu bardzo egzotycznym lub rzadko odwiedzanym przez szerokie grono turystów (Albania, Korea Północna czy Nepal) - wtedy twórcy takiego portalu sami skutecznie redukują sobie grono potencjalnych odbiorców do wąskiego kółka miłośników wspinaczki wysokogórskiej lub jazdy po dziurawych, albańskich drogach.

2. Jeżeli robisz coś nie z chęci zysku, to jesteś wariatem

Jeżeli serwis podróżniczy tworzony jest jako amatorski, oznacza to, że efekty pracy jego autorów będą traktowane niepoważnie, a co za tym idzie - często będą padać łupem złodziei. Nie należy dziwić się, że jakiś znany portal pożyczy sobie stworzone przez Was treści lub zdjęcia, czasami, w akcie wielkiej łaskawości przypisując im właściwe autorstwo. Brak wyrażonej na takie zapożyczenie zgody nie będzie prawie nikomu wydawał się niestosowny - przecież jesteście amatorami. Jednak jeżeli upomnicie się o należną za taką publikację wierszówkę, może się nagle okazać, że zasadniczo tekst jest zbyt słaby, by na nią zasługiwać. Ot, taki paradoks finansowy.

Przede wszystkim liczą się zyski

Po drugie, jeżeli otrzymacie propozycje umieszczenia na takim serwisie płatnych linków lub artykułów sponsorowanych, to nie należy spodziewać się złotych gór. Patrzcie akapit wyżej - jesteście amatorami, więc nie powinniście cenić się zbyt wysoko. Powinna Was w pełni satysfakcjonować opłata pozwalająca na wypicie trzech czy czterech piw w knajpie (lub dwóch puszek piwa w Turcji).

Postawa takich reklamodawców wydaje mi się szczególnie odrażająca i uwłaczająca godności twórców serwisów podróżniczych. Gdyby zadowalać miały nas nędzne ochłapy, to z pewnością zajęlibyśmy się czymś innym, na przykład prezentowaniem szerokiemu gronu odbiorców zawartości własnej szafy z ubraniami. Zbieranie materiałów do serwisu podróżniczego to nie jest bułka z masłem - podróże, sprzęt fotograficzny i tym podobne błahostki kosztują, i to często sporo. Jeżeli amator prowadzący serwis pokrywa te koszty z własnej kieszeni, to powinien cenić się bardziej niż wielu reklamodawców i rzekomych dobroczyńców jest w stanie zaakceptować. Już lepiej pisać za darmo i nie narażać się na zarzuty sprzedajności przy mizernych korzyściach materialnych.

Brak komercyjnego nastawienia twórców Turcji w Sandałach traktowany jest mocno podejrzliwie. Jakże to - istnieje portal, który nie chce zarabiać? To nie jest możliwe, żeby ktoś wkładał tyle wysiłku w przedsięwzięcie beznadziejnie niedochodowe. Chwileczkę, przecież na TwS jest sekcja Polecamy, w której znajdują się płatne linki do rozmaitych przedsięwzięć komercyjnych? Może jednak ekipa TwS zarabia kokosy na ich umieszczaniu, a swoim czytelnikom mydli oczy? Kiedyś dostaliśmy nawet trochę kasy z fundacji Turkish Cultural Fundation, bezczelnie aplikując o grant.

Mizerne dochody z reklam wystarczają na pokrycie podstawowych kosztów działalności portalu, takich jak opłata za hosting czy utrzymanie domeny. Środki z TCF-u zostały natomiast utopione w przygotowanie firmowych koszulek, rozdawanych autorom relacji z podróży. Najwyraźniej koszulki te są bardzo cenne, ponieważ w celu ich zdobycia niektórzy autorzy specjalnie głosowali na samych siebie z różnych adresów IP, a może nawet nakłaniali do tego krewnych i znajomych.

Zresztą, skąd mielibyśmy czerpać większe dochody? Z reklam biur podróży, które jakoś nie walą drzwiami i oknami, aby ogłaszać się na portalu promującym turystykę niezależną. A może z nadzwyczaj korzystnych ofert współpracy, regularnie przychodzących na naszą skrzynkę mailową, których autorzy proponują nam umieszczenie linka do ich stron, o wszystko mówiącym opisie "Turcja", za szalenie wygórowaną kwotę 20 zł na miesiąc?

Być może brak konkretnych rezultatów finansowych wynika z braku naszej desperacji w pozyskiwaniu sponsorów. Widzieliśmy, że wiele blogów i portali podróżniczych radzi sobie na tym obszarze o wiele lepiej. Szkoda, że zbytnio cenię sobie własną prywatność i szczątki godności osobistej, aby reklamować przykładowo kubeczek menstruacyjny, jakże przydatny każdej kobiecie w podróży, o czym świadczy stosowny tekst na jednym z portali poświęconych Gruzji. Tak, właśnie na tym, o którym było ostatnio bardzo głośno, gdy znana aktorka kabaretowa skopiowała z niego teksty do własnej, unikalnej książki o tym przeuroczym kraju.

Jednakże nasze wyraźne braki w umiejętności autopromocji i zdobywania sponsorów nie powstrzymują twórców innych stron i blogów od kopiowania naszych tekstów i zdjęć, bez najmniejszej wzmianki o ich autorach. Przecież jesteśmy zbyt naiwni, żeby takie drobnostki wychwycić. Poza tym, skoro my na tych tekstach nie zarabiamy, to czemu nie miałby na nich zarobić ktoś bardziej obrotny, prawda?

3. Jesteś amatorem? Jesteś niepoważny!

To często podnoszony wobec amatorów wszelkiej maści zarzut - nie jesteśmy profesjonalistami, więc, z definicji, brak nam odpowiednich kompetencji do wypowiadania się na forum publicznym. W obecnych czasach oznaką profesjonalisty są, naturalnie, dyplomy i świadectwa, potwierdzające przebycie bolesnej ścieżki kształcenia w stosownym kierunku. Poza tym, każda dziedzina posiada własne kryteria oceny stopnia przygotowania osoby wypowiadającej się na konkretny temat. Brak papierka równa się, oczywiście, smutnemu faktowi bycia niekompetentnym partaczem.

Profesjonalizm - zawsze w cenie

W przypadku działalności publicystycznej w sieci amator może liczyć co najwyżej na nieco pobłażania ze strony osób zajmujących się pisaniem i publikowaniem swoich tekstów zawodowo. Niech sobie pisze, biedak, skoro już musi, a jak na amatora to nawet czasem nieźle mu to wychodzi. Ale uwaga - nie liczcie na uznanie profesjonalistów, a już szczególnie strzeżcie się przekraczania granicy oddzielającej amatorów od profesjonalistów - ci drudzy potraktują Was wówczas bez litości, wydrwią Waszą mizerną wiedzę, brak przygotowania, jednym słowem - amatorszczyznę.

Ten kij ma oczywiście i drugi koniec. Nie jest wielką tajemnicą fakt, że profesjonaliści popełniają błędy. Wystarczy rzucić okiem na główne strony najważniejszych portali informacyjnych, aby wykryć mnóstwo niedociągnięć, zarówno językowych, jak i merytorycznych, o technicznych wpadkach nie wspominając. Jednakże i tutaj profesjonaliści mają nad amatorami przewagę - wszak oni to robią dla pieniędzy, więc aby przeżyć i zarobić na swój suchy chleb muszą publikować szybko i dużo, a wówczas o błędy nie jest trudno. Taki amator natomiast powinien sam sobie zapewnić korektę tekstu pod wszelakimi względami, przecież nie zależy mu na czasie i zysku. O tym, że nie stoi za nim sztab korektorów i cały dział techniczny, chętnie się zapomina.

Przyznaję się, że dobierając temat do artykułu na portalu TwS nie kieruję się tzw. wymogami rynku. Napisanie krótkiego tekstu o jakiejś ruinie czy zakurzonym meczecie zajmuje mi dużo czasu, poszukiwania informacji, studiowania literatury. Jeżeli w dodatku natrafię wówczas na jakieś ciekawostki, które pokierują moją uwagę w zupełnie innym kierunku, to umarł w butach. Tymczasem, żeby sprostać wymaganiom szerokiej grupy czytelników powinnam pisać szybko i konkretnie na najważniejsze tematy, takie jak wybór waluty (euro czy dolary), wybór hotelu, ocena stołówki w tymże, dni bazarowe w Mahmutlar czy Konakli itd.

Powolne i metodyczne podejście do twórczości nie sprawdza się w obecnych czasach - trzeba pisać błyskawicznie i szybko publikować. Najlepiej pojechać do jakiegoś kraju na 2, góra 3 tygodnie, porozglądać się nieco i wydać o nim książkę. Tylko, że do tego trzeba mieć medialne nazwisko i wtyki w wydawnictwach. Przykro mi, nie nazywam się Pawlikowska, Wojciechowska czy Kraśko. Nie jestem też, niestety, na tyle bezczelna, aby po jednej wizycie w jakimś kraju pisać o nim przewodnik. Piszę niestety, bo najwyraźniej rozlicznym czytelnikom takich pozycji to nie przeszkadza.

Ponadto moje zainteresowanie Turcją jest z natury rzeczy powierzchowne. Nie mogę przecież znać dobrze tego kraju: nie mieszkam w nim, nie mam męża/chłopaka z Turcji, nie jestem Turczynką. Skąd mogłabym wiedzieć cokolwiek istotnego o Turcji nie będąc Turczynką, ja się pytam. Wiadomo, jak to często mi uświadamiano, że Turcję najlepiej znają Turcy, zwłaszcza tacy, którzy nigdy nie podróżowali poza swoje miasteczko (nawet jeżeli jest nim ta ogromna wieś nazywana Stambułem).

Na szczęście zawsze mogę liczyć na moich odbiorców. Jeżeli zdarzy mi się popełnić jakiś błąd, najlepiej, gdy jest to literówka lub niezbyt fortunne sformułowanie myśli, znajdzie się zawsze jakaś poczciwa dusza, która publicznie wskaże mi, gdzie jest moje miejsce. Natomiast jeżeli chodzi o błędy merytoryczne, to jakoś umykają niezauważone w większości przypadków - po co więc mam się starać pisać dogłębnie i sprawdzać w wielu źródłach fakty i dane?

4. Prawdziwy podróżnik powinien przemierzać świat na taczce

Metoda podróżowania oraz sposób, w jaki opisujecie odwiedzane miejsca z pewnością nie wzbudzą zachwytu większości odbiorców. Zawsze ostatecznie okazuje się, że mogliście zrobić coś lepiej, dokładniej, a przede wszystkim - taniej. Staracie się robić ładnie skomponowane zdjęcia ciekawych obiektów? Szkoda zachodu, na rozmaitych serwisach dostępne są za darmo wspaniałe zdjęcia, które można całkiem legalnie i bez wysiłku wykorzystać do ilustracji wpisów. W sumie - szkoda się w ogóle gdzieś ruszać. Obawiacie się, że w ten sposób Wasz portal straci na autentyczności? Brutalnie powiem, że 99,9% odbiorców treści ma to głęboko w poważaniu.

Alternatywny środek transportu kluczem do sukcesu

Sposób podróżowania ekipy TwS jest, brutalnie rzecz ujmując, nudny. Nie jeździmy na rowerach, motocyklach, nie pokonujemy gór Taurus na wrotkach czy w taczce. Proszę się nie śmiać, nagrodę Kolosów - bardzo znanych nagród podróżniczo-eksploracyjnych - za wyczyn roku 2013 dostał facet, który przejechał Amerykę Południową m.in. w wózku sklepowym i na taczkach, w towarzystwie gumowej kaczki o imieniu Grażynka. Jeżdżenie własnym samochodem nie sprzedaje się medialnie, nie wymaga determinacji i wyobraźni. Brak w nim dreszczyka emocji, chyba że wspomnimy o awarii sprzęgła na autostradzie w Ankarze. Nie ma tu nic, co mogłoby zafascynować spragnionych krwi czytelników. Co gorsza, nasze zainteresowania kierują się w stronę zapomnianych miast antycznych, które oprócz nas odwiedzają tylko bezpańskie psy, nie zawsze wściekłe, i archeolodzy, niekoniecznie z Anglii. Nie pijemy z lokalsami, nie przedzieramy się przez dżungle i moczary, nie wytyczamy nowych dróg na szczyty - ziew.

Jeszcze bardziej pogrąża nas pewna finansowa beztroska, objawiająca się niechęcią do oszczędzania na wszystkim. Wiadomo, że najwięcej emocji budzi podróżnik, który z 10 dolarami w kieszeni objechał świat dookoła. Co prawda nie wszedł do tych obrzydliwie skomercjalizowanych miejsc typu Hagia Sophia, Alhambra czy Tadż Mahal, bo szkoda mu było kasy na bilet wstępu, ale przecież niewiele stracił, co też te tłumy widzą w tych budowlach ciekawego? Zdecydowanie lepiej wygląda podróżowanie na sępa - korzystanie z gościnności i szczodrości tubylców, którzy zaproszą, nakarmią i napoją, odbierając sobie od ust, tylko żeby zaopiekować się zbłąkanym wędrowcem. Coż z tego, że ów wędrowiec, kiedy akurat nie jest w podróży zarabia w miesiąc więcej niż cała goszcząca go rodzina przez rok. Liczy się przecież przygoda, a biedaków zawsze można sfotografować jak małpki w zoo i pochwalić się nowo poznanymi znajomymi na Facebooku.

Podejście ekipy TwS, która nie waha się zatrzymać w hotelu, chociaż można przecież spać na czyjejś sofie, jest godne pożałowania. Nie poznamy w ten sposób prawdziwego życia, a te parę groszy, które pozostaną w kieszeniach pracowników tegoż przybytku nie przyczyni się do poprawy ich losu. Zamiast szukać sponsorów wyprawy, ciężko pracujemy, żeby ją sobie sami sfinansować i nie być zmuszonymi do zbytnej skrupulatności w liczeniu zawartości portfeli. Przy okazji - nie, nie po to jeździmy na własną rękę, żeby wyszło taniej niż z biurem podróży. Jeżeli szukacie pomysłów na przyoszczędzenie na wymianie walut czy jedzeniu konserw i zupek chińskich o smaku bekonu przytachanych z Polski, to Turcja w Sandałach nie jest miejscem dla Was.

5. Niech woda sodowa nie uderzy Wam do głowy

Prowadząc serwis podróżniczy można w pewnych momentach poczuć się jak prawdziwy celebryta. Zdarzają się zaproszenia na pogadanki, wystawy czy nawet do ogólnokrajowych mediów. Niech nie uśpi to Waszej czujności - jeżeli zwróci się do Was ktoś z prośbą o udzielenie medialnego wsparcia jakiejś inicjatywie, to na pewno nie kieruje nim podziw dla Waszej pracy. Najprawdopodobniej jesteście po prostu najłatwiejszym łupem, a słowa szacunku i zachwytu kierowane pod adresem serwisu służą mydleniu oczu i ukryciu brutalnej prawdy. Jak to w miły sposób ujął jeden z podróżników, którego wyprawę objęliśmy patronatem medialnym "Nie jest ważne, kto jest patronem, trzeba brać tego, kto się nawinie, może być pierwszy lepszy".

Poczuj się jak prawdziwy zapaśnik w oliwie

Zdarzyło nam się w ubiegłym roku popaść w taką megalomanię, która zachęciła nas do objęcia patronatem medialnym paru przedsięwzięć. Na pierwszy rzut oka wpisywały się one idealnie w nasz profil, ale, jak się okazało, było to oznaką naszej wielkiej naiwności.

Z trzech inicjatyw, które zgłosiły się do nas po darmową reklamę, najgorzej wspominam obecnie współpracę z wydawnictwem Lambook. Być może niektórzy z Was pamiętają, że zamieszczaliśmy na naszym portalu fragmenty jednej z ich książek, traktującej o podróżowaniu po Turcji (oraz sypianiu z przypadkowymi Turkami przy okazji). Reklama tej książki wisiała u nas długo i w bardzo eksponowanym miejscu, napisałam też rzetelną w moim odczuciu, recenzję. Niestety okazało się, że uczciwość nie popłaca - być może nazbyt wolno publikowaliśmy materiały, a brak dostępu do sieci w owym czasie, o czym uprzedzaliśmy z góry szanowne wydawnictwo, z pewnością nie może nas usprawiedliwić. Bardziej prawdopodobne wydaje mi się jednak niezadowolenie z wydźwięku owej nieszczęsnej recenzji, chociaż z perspektywy czasu napisałabym ją w znacznie bardziej zjadliwym stylu - życzliwe spojrzenie na to czytadło wynikało z entuzjazmu dla tej inicjatywy wydawniczej. Skąd moje rozżalenie - otóż obiecano nam egzemplarz recenzencki oraz kilka egzemplarzy do rozdania w konkursie dla naszych czytelników. Obiecanki-cacanki, a naiwnej ekipie TwS - radość. Ani jednej sztuki nie otrzymaliśmy, a recenzję pisałam po zapoznaniu się z tekstem łaskawie nadesłanym w formie pdf.

Kolejną inicjatywą, której początkowo patronowaliśmy z zapałem, była rowerowa wyprawa dwóch studentów z naszego regionu Polski. Chłopcy zjechali na rowerach Gruzję, Iran, Irak i Turcję wschodnią, ale trzeba im przyznać, że uczciwie ostrzegali o swoim braku zainteresowania zabytkami i muzeami. Czemu, ach czemu nie zapaliła mi się wówczas czerwona lampka? Turcja w Sandałach udostępniła im (oczywiście nieodpłatnie) miejsce na zareklamowanie tej wyprawy, zezwoliła na podanie nazwy sponsora w tekście, a studenciaki dostali darmowe sakwy do rowerów. Co dostał w zamian portal TwS? Wielką, śmierdzącą kupę w postaci odesłania nas na drzewo, gdy po zakończeniu tej wyprawy poprosiłam o tekst podsumowujący dla czytelników Turcji w Sandałach. Parę miesięcy później, gdy jeden z jej uczestników raczył narzekać na dziadostwo reklamodawców, wypomniałam mu jego nastawienie. Skończyło się na napisanym z łaski, na kolanie artykuliku, z którego nic nie wynika. Co więcej, okazało się, że link do Turcji w Sandałach nieoczekiwanie zniknął z bloga podróżniczego, któremu patronowaliśmy. Podobno podczas jakichś przeróbek po prostu zapomniało im się o ich patronie medialnym. Blog otrzymał jakieś wyróżnienia w świecie blogosfery, ale co nam z tego? Ponadto, gdy raczyliśmy coś skomentować na tzw. fanpejdżu bloga na FB, zostaliśmy oskarżeni o... chęć wypromowania się kosztem tych rowerzystów. Czy ludzie już zapomnieli, czym jest wdzięczność i uczciwość? Czuję się wystawionym pod grad meteorów dinozaurem w bezwzględnym świecie szerokiego internetu.

Trzecia inicjatywa objęta patronatem TwS nie została zrealizowana z przyczyn niezależnych, wiec trudno mi się rozżalać, tym bardziej, że jej autorka w pełni wywiązała się ze swoich względem TwS zobowiązań, zamieszczając fajną foto-relację z lotu balonem nad Kapadocją. Szkoda tylko, że prawie nikt na jej tekst nie zagłosował w naszym corocznym konkursie. Wygrał tekst rozwlekły i miałki, z nijakimi zdjęciami - takie rzeczy się sprzedają czytelnikom.

Niniejszym obiecuję poprawę - od dzisiaj będziemy na Turcji w Sandałach publikować wyłącznie zdjęcia kotów oraz prześwietlone fotografie tureckich potraw, najlepiej napoczętych zębem reportera przed uwiecznieniem dla szerszej publiczności.

Odpowiedzi

quśfa,

skąd tyle zgorzknienia...

czytałem i chyba ja - stary dziadek zaczynałem mieć mokro pod powiekami...

w wielu aspektach masz rację ale tylko powierzchownie...

napisałaś w swoim dzisiejszym wpisie blogowymtak wiele fraz, że mogłyby one stanowić materiał / podstawę do co najmniej pracy magisterskiej na solidnej nie tylko turystycznej uczelni... 

nie wiem co jeszcze dodać ? czy uzupełniać każdy z tych 5 rozdziałów, czy dopisywać kolejne...

to jest na teraz tylko pierwsze moje westchnienie - ale dałaś taką wrzutę, że nie przejdę obok obojętnie...

i nie wiem, czy lada moment nie zjawi się tutaj Lukroman i inni, jeszcze bardziej znani na TwS...

ocena Twoja jest bardzo trafna ale ma swoje drugie strony medalu - o czym wkrótce nie tylko spod mojej klawiatury będzie głośno...

a szykujta się solidnie do majowej wyprawy - bo na kolejny reportaż czekamy...

amen...

ićta spać...

przytulta się z Jarkiem - jutro dzień nabierze innych kolorów ...  

Ale faktycznie, czytając Twoją odpowiedź, jakoś mi się tak ciepło na sercu zrobiło, dużo pozytywnych wibracji musiałeś władować w ten wpis - dzięki! Jeżeli chcesz rozwijać myśli z tekstu, to zachęcam, jest szerokie pole do popisania. Co do majowej wyprawy, to niepostrzeżenie przekształciła się ona w wyprawę kwietniową - i bardzo mnie to cieszy :)

Hej,

Tutaj ja. Studenciak ignorant i dupek. Przeprosiłem już raz za moje niedopatrzenie i z tego co widzę muszę przeprosić raz jeszcze. Więc – przepraszam raz jeszcze. I tak na wszelki wypadek, jakbyś wylała jeszcze raz żale gdzieś to – przepraszam ponownie. Teraz do rzeczy. Jak już pisałem, całkiem niechcący w nawale wydarzeń po wyprawowych umknęło mi napisanie dla Ciebie artykułu, który obiecałem. Uwierz mi staram się być jak najbardziej rzetelny w tym co robie, ale tutaj faktycznie dałem ciała. Jak tylko przypomniałaś się z nim (i dobrze!) od razu do niego siadłem, olałem pisanie magisterki i po kilku godzinach miałaś tekst. W moim odczuciu niezły, w Twoim pisany na kolanie. Widocznie mamy inne definicje dobrego tekstu. Trudno.

Teraz z innej beczki. Był baner, a link dalej jest w jednym z postów. Ciekawi mnie tylko jedno. Wnioskuję, że oczekiwałaś, że ten baner będzie wisiał do końca życia bloga? Z reguły nawet firmy płacąc ogromne pieniądze poczytnym blogerom za banery czy inne formy reklamy - robią to na okres do miesiąca, po czym bloger zdejmuje baner. Tutaj jest koleżeńska przysługa i bardzo dziękuję za patronat. Wyprawa się skończyła, patronat się skończył, współpraca się skończyła.  Także staram się teraz oddawać innym zaczynającym blogerom to, co kiedyś dostałem od takich jak Ty. Uwierz mi wcale nie zapomniał byk jak cielęciem był. Także robie to nieodpłatnie, z chęci pomocy i bez żadnych zobowiązań z tej drugiej strony. Tak to działa i też do cholery nic z tego nie mam, a jak tamte inne blogi coś wygrają, a ja nie, to nie będę wylewał żali na cały wszechświat tylko będę się z tego faktu cieszył, że komuś choć trochę mogłem pomóc.  I jeszcze jedno na koniec. Jestem ja – Karol Werner, a kolega, który zemną jechał nie ma nic wspólnego z moim blogiem i proszę grzecznie o usunięcie jego osoby z Twojego wpisu. Pozdrawiam.

 

 

dwa pierwsze zdania...

i już ...

To pocieszne! Student dla TwS postawił wręcz na szali własne wykształcenie ("Jak tylko przypomniałaś się z nim (i dobrze!) od razu do niego siadłem, olałem pisanie magisterki i po kilku godzinach miałaś tekst. "), a spotkały go tylko nie zasłużone żale! :)

Ja znam to powiedzenie w wersji "Zapomniał wół, jak cielęciem był". Natomiast czym różni się byk od wołu, to chyba nie muszę wyjaśniać, prawda?

Oj, wylała się żółć na kolorowe strony TwS! Cóż Ci dać na pocieszenie? Chyba tylko 5 powodów, dla których warto TwS prowadzić:   1. Promowanie Turcji jako celu turystyki,  a nie tylko miejsca pobytu. Zajęcie z tych pobożnych życzeń. 2. Dzielenie się, niczym chlebem, swoją wiedzą wysiłkiem zdobytą, z czytelnikami. (Brak wpisów i komentarzy pod artykułami chyba nie bierzesz za ich ignorowanie; zwykle są wyczerpujące i nic dodać się nie da). Taki miłosierny uczynek dla duszyczek     3. Łamy TwS wolne od reklam są balsamem dla hejterów spamów, czyli tych, których wyskakujące okienka wkur.... i odrzucają od przeglądania portali skomercjalizowanych. 4. Macie stale apetyt na podróże i odkrywanie dla siebie (i w konsekwencji dla nas) Turcji, jakiej inni nie poznają. 5. Miłość cierpliwa jest, łaskawa jest, Miłość nie zazdrości, nie szuka poklasku, nie unosi się pychą; nie dopuszcza się bezwstydu, nie szuka swego, nie unosi się gniewem, nie pamięta złego; nie cieszy się z niesprawiedliwości, lecz współweseli się z prawdą. Wszystko znosi, wszystkiemu wierzy, we wszystkim pokłada nadzieję, wszystko przetrzyma.  Przecież widać, żeście zakochani. I niech tak pozostanie. Amen.

 


 

Lukroman ukradł mój pomysł na kolejny wpis na blogu - miał być przeciwwagą dla tego, o którym obecnie dyskutujemy! Ale tak na serio, to bardzo się cieszę, że tak zbudowałeś ten komentarz, pewnie bym tego tak ładnie nie umiała ująć :) Pozdrawiam wiosennie!

Przyszło mi dzisiaj do łba, że od czasu, jak zacząłem zgłębiać teksty na TwS znacznie częściej wtrącam wątki religijne, niż to wynikałoby z mojego światopoglądu. Doszło do tego, że Twoją pasję tworzenia TwS usprawiedliwiam kanonami katechizmu a pocieszam ś. Pawłem! I za ten skandal wstyd mi teraz.    A oszustwo to Twój wpis? Podpucha, włożenie kija w mrowisko? Czy prawdziwy splin z powodów tam wyłuszczonych?

Iza, najpierw szacun za Drupala! :)

I dalej - banalnie: chyba zapomniałaś, że "w Sandałach" przede wszystkim powinnaś być sobą. Że Twój blog jest dla Ciebie najpierw. Dla realizacji Twoich założeń, Twojej pasji, Twojego celu tego, czy innego. Masz żal o wiele spraw, ale czy powinnaś? Czy każdy z piszących o swoich podróżach z automatu zasługuje na uznanie i poklask, wyrażone i w cyfrach statystyk, i w wygłaszanych och-ach, i w zerach sum przelewów? Od tematyki bloga (serwisu), przez wyrażaną pasję, stosowany język, częstotliwość pisania, umiejętności interpersonalne, nawet własną powierzchowność, aż po wiedzę techniczną na temat budowy serwisu, internetowy marketing i domenę - różni nas, podróżujących pisaczy, wszystko! Więc muszą różnić nas efekty naszego pisania i zdobywane doświadczenia.

Jednym przychodzi wszystko łatwo, bo piszą dużo i prosto o najpopularniejszych sprawach. Innym trudniej, bo trudniej znaleźć klienta na trudny towar. Ty należysz do tych drugich. Ale ci drudzy są - znowu - dla jednych lepsi, dla innych gorsi... Tylko jakie to ma dla Ciebie znaczenie? Ty masz być sobą dla siebie. I nie przejmować się, że nie Tobie pisani poważni partnerzy, większe uznanie i duże pieniądze. Widocznie sposób w jaki piszesz o Turcji trafia do zbyt małej grupy odbiorców. Zresztą - sama to wiesz - więc dlaczego masz żal do siebie samej?

I sam dla siebie sobą ma być ten, który za friko prześpi się i naje u spotkanego lokalsa. Dopóki krzywdy tym nikomu nie robi... niech robi co chce. Co nam do tego?  

Na koniec - o samej Turcji i Turkach, tak a propos żalu o brak kontaktu z "Warszawą". Otóż na targach turystycznych w Berlinie napatrzyłem się na mnóstwo nacji z całego świata. Turcja, w przeciwieństwie do zdecydowanej większości wystawiających się państw i regionów ze świata, reprezentowana była głównie przez starszych panów, którzy nie sprawiali wrażenia kompetentnych w dzisiejszym świecie turystycznego marketingu. Twoje niepowodzenie zrzuciłbym na karb właśnie tej nieszczęśliwej specyfiki narodu.

O, ciekawe, ty wyrażasz szacunek za Drupala, a poniżej w komentarzu dostaje mi się za archaiczność strony, różnie to ludzie widzą najwyraźniej. Nam się z Drupalem dobrze układa od wielu lat, zwłaszcza ze względu na specyfikę strony, zapewniającej prowadzenie forum, dodawanie komentarzy, relacji przed użytkowników itd. Chociaż przyznam się, że na początku mocno zastanawialiśmy się, czy forum w ogóle będzie komuś do czegoś potrzebne :P

Co do specyfiki tureckiej to zapewne masz przynajmniej częściowo rację. Z drugiej strony w tym biurze pracują jakieś młode kobiety i w dodatku Polki, więc nie można o wszystko obwiniać wiekowych Turków.

O tym, że TwS wyraża moje (i zespołu redakcyjnego) poglądy nigdy nie zapominam - artykuł stanowi, jak sądzę, wystarczająco mocne ich wyrażenie, chociaż w wielu miejscach są kontrowersyjne, ale są moje własne. Wyrażanie ocen i wartościowanie zjawisk są celem wszelakiej publicystyki, gdyby ich zabrakło, to Turcja w Sandałach stałaby się jedynie leksykonem czy też encyklopedią zabytków tureckich, a tego byśmy nie chcieli.

Pozdrawiam serdecznie, dziękuję za ciekawy wpis!

@Iza,

mocno mi się wydaje, że Adam_s jednak nie do końca rozumie znaczenie używanych słów ;). "Archaiczność" zamieniłbym na "nienadążanie za pędzącymi do przodu standardami e-marketingu" - to by brzmiało inaczej i czuję, że byłabyś skłonna zgodzić się z takim sformułowaniem w odniesieniu do Turcji w Sandałach.

(przy okazji, od razu przychodzi mi na myśl Wasza obecność na FB - po co i otwarta grupa, i fanstrona?)

A Drupal... Drupal to przewspaniałe narzędzie do budowania stron, ale tylko narzędzie. Tylko jądro strony. Funkcjonalności Drupala rozwijają wspaniałe moduły, a za jego wizerunek odpowiada stworzony szablon. Wy korzystacie z możliwości Drupala (uznanie za aktualną wersję 7!) w dość skromny sposób - nie widzę na głównej stronie śladu korzystania z Views, nie widzę włączonej agregacji CSS, a i wybrana 'skórka' jest dość ascetyczna w odbiorze. Stawiacie na jakość - super, ale tu wracamy do początku - sądzę, że właśnie skromną stronę wizualną miał na myśli Adam_s używając (niewłaściwie moim zdaniem, przypominam) słowa "archaiczność".

Aha - uznanie też za otwartą przyłbicę w dyskusji o własnym przedsięwzięciu. To nie zawsze jest łatwe i nie każdy to potrafi.

@szy,

Z views korzystaliśmy, ale pozbyliśmy się ich przy migracji z D5 do D7 bo się nam nie sprawdziły. A z tym CSS to kompresja jest włączona (o to chodzi z tą agregacją?) - ale tylko w ramach ustawień wydajności bez dodatkowych modułów do tego celu.

Natomiast co do skórki, to odzwierciedla ona nasze gusta. Zresztą nasze możliwości graficzne są dość skromne, więc korzystamy z gotowych skórek z drobnymi modyfikacjami, a najłatwiej modyfikuje się te proste.

A ja widzę, tu i na FB, wielu fanów którzy naprawdę doceniają co robicie i są Wam wdzięczni za dostarczane informacje :) Niestety, każda działalność, komercyjna czy nie, przynosi czasem różne frustracje, ale niech to nie przysłoni Ci sensu Waszej pracy!

Strasznie dużo żalu w Pani pisaniu, ale w dużej części uzasadnionego. 

1. Co do pierwszego punktu, to nie ma sięco obrażać na rzeczywistość. Po prostu Pani zainteresowania rozmijają się z oczekiwaniami rynku. Pytanie, czy TwS ma się sprzedawać, czy sprawiać Pani przyjemność. Jeśli to pierwsze, to poza kotkami, proponuję dodać opisy hoteli, lokalnych biur podróży, informacje o tureckiej muzyce pop (to potencjalnie ciekawa nisza) itp. Tylko, czy Pani się do takiej sieczki nadaje?

2. Punkt drugi wynika z pierwszego. Gdybym był reklamodawcą też wolałbym się reklamować na portalu z "tureckimi kotkami", gdzie oglądalność będzie większa.

A za punkty od 3. do 5. pozostaje tylko wyrazić uznanie za spostrzegawczość i trafne opisanie problemów. Punkt 4. to brylancik - powinien być opublikowany na większości podróżniczych portali, których twórcy sami nie wiedzą jak bardzo są śmieszni w swoim pościgu za źle rozumianą oryginalnością.

Co do pracy Pani i rodziny, którą włożyliście Państwo w ten portal, to ode mnie wyrazy uznania. To obecnie z pewnością najlepszy portal podróżniczy o Turcji i nieocenione źródło informacji. Tylko, że z tych wyrazów uznania nic nie wynika tak naprawdę. Osobiście byłbym w stanie płacić za wstęp na portal, ale takiego rozwiązania nie proponuję, bo wiem, że dla zdecydowanej większości osób wszystko co w necie powinno być darmowe, a wprowadzenie opłat byłoby samobójstwem.

Ze swej strony mogę tylko zaoferować jakąś darowiznę na rzecz kosztów utrzymywania portalu - wiem, że to niewiele. Proszę niemniej o podanie danych do tego typu działań, choć z drugiej strony nie wiem na ile byłoby to legalne i jakie należałoby ponosić koszty podatkowe.

Pozdrawiam, i wierzę, że wraz z wiosną, która dziś koło 17 się zaczyna, humor się poprawi!

 

ps Dobór i tytuły zdjęć przesmaczne! :)

Co do punktu 1 i 2, to na pewno jest to rynek z większym potencjałem komercyjnym... Można by dopuścić do interesu nowe osoby, które na tych tematach się znają i zacząć eksplorować temat wyjazdów zorganizowanych, Jolć i Mariolek itp., nie rezygnując przy tym z dotychczasowej tematyki. Ale to już byłby inny portal, pytanie czy faktycznie takiego byś chciała.

Bardzo dziękuję za wnikliwy komentarz, daje dużo do myślenia! Mam taką drobną sugestię, panie Uzmanie, żebyśmy przestali sobie "panować", tutaj na TwS-ie raczej szybko się zaprzyjaźniamy i unikamy form oficjalnych. Z mojej strony - Iza, miło się spotkać!

Punkt 1 - TwS na pewno nie pójdzie w kierunku opisów hoteli, Jolć i Mariolek itp., a o muzyce pop próbowaliśmy troszkę pisać, ale się na niej za bardzo nie znamy, więc daliśmy sobie spokój.

Punkt 2 - doskonale wiem, że historia słabo się sprzedaje, mieliśmy na to niedawno dowód w trakcie nagrania w radiowej Jedynce - gdy tylko chciałam przemycić informację o dziejach miasta Silifke, to szybko mnie doprowadzono do porządku. Właśnie dlatego mamy TwS, żeby nikt nas w tym zakresie nie sprowadzał do parteru i nie hamował naszych zapędów i zainteresowań. Nawet parę osób przyznało nam się, że to z TwS dowiedzieli się czegoś o takich Hetytach i innych cywilizacjach. Było to dla mnie źródłem dużej satysfakcji. Oglądalność portalu jest zresztą całkiem dobra, wnioskując z narzędzi analitycznych. Tyle, że większość osób wchodzi tutaj dzięki wyszukiwaniu takich fraz jak Alanya, zakupy w Turcji, turecka waluta itd. i dalej się nie zagłębia w czytelnictwie....

Punkty 3-5 - chyba najbardziej kontrowersyjne z punktu widzenia wielu podróżników, autorów blogów itd. Poglądy tu wyrażone są szczerze i nie będę się ich wstydzić. Odpowiadając na padające z innych stron zarzuty - nie, nie zazdroszczę takim podróżnikom i nie żałuję niższej poczytności TwS. Przynajmniej nie muszę się ośmieszać i silić na oryginalność. Bardziej interesuje mnie to, co zobaczę i kogo spotkam, a nie - w jaki sposób tam dotrę.

Wprowadzenie opłat za wstęp na TwS absolutnie nie wchodzi w grę, przyznaję, że sama omijam treści płatne w sieci, więc nie będę sama prowadzić takiej polityki. Za ofertę wsparcia finansowego - serdecznie dziękuję, widać, że to z porywu serca. Jednak, po raz kolejny muszę podkreślić (jak w innych tutaj komentarzach), że portal nie ma problemów finansowych i my, jego twórcy, też sobie nieźle radzimy. W narzekaniu na reklamodawców chodziło o ich śmieszne, groszowe oferty, czynione w formie wielkiej łaskawości, prawie tak, jakbyśmy otrzymywali od nich przysługę. Amen.

P.S. Cieszę się, że znalazła się osoba, która zwróciła uwagę na zdjęcia i ich podpisy - mieliśmy wiele radości przy ich doborze. W sumie, gdy artykuł był gotowy do publikacji, humory redakcyjne były już wyśmienite!

Oczywiście, nie ma problemu. Miło napić się brudzia. :)

Pisałam już na grupie na fb. Dodam tylko, że punkt 4 i ta finansowa beztroska jest przykry. Nie chcę go odnosić do serwisu podróżniczego, ale znam takie przypadki, gdzie rodzina zapożyczyła się (!), żeby kupić benzynę i podwieźć takiego "podróżnika", a ten później bez ich pytania wystawił zdjęcia na facebooku, oczywiście w tonie "popatrzcie, jaka bieda". 

..Wasz wpis wykazuje, że nie jestem osamotniona w swoim spojrzeniu na taką formę turystyki, dziękuję!

Pani Izo, doceniam wartość tego co Pani (oraz jej współpracownicy/partnerzy) robi, jednak widzę, że archaiczny sposób prowadzenia tego bloga nie zachęca do aktywności uczestników co w prosty sposób przekłada się na jego atrakcyjność dla ewentualnych partnerów. Proszę o kontakt mailowy - jeśli chciałaby Pani - lub ktoś ze współpracowników przeszkolić się (bezpłatnie i bez ukrytych opłat - projekt UE) w tym zakresie.

Adam

Co prawda bardziej wolę przymiotnik "staroświecki", ale i tak zyskujemy kolejny argument za tym, że jak się nie obrócić, dupa zawsze z tyłu :P Panie Adamie, po pierwsze bardzo mnie ciekawi, co też pan rozumie pod pojęciem archaiczności "tego bloga" (który wszakże blogiem nie jest, ale to swoją drogą)? Po drugie, chyba się nie wyraziłam precyzyjnie w tekście - ja wcale nie chcę być atrakcyjna dla ewentualnych partnerów, TwS prowadzimy głównie dla wąskiego grona fascynatów i miłośników podróżowania po Turcji, no i dla siebie samych.

I tak trzymać! Fascynaci i miłośnicy są bardzo szczęśliwi z istnienia TwS :)

A tak BTW, czyżby do stworzenia tego wpisu zainspirowała Cię niejaka Malanowska? ;)

...jak nam się uda pogadać z Tobą przy herbacie w Stambule ;) A co do Twojego skojarzenia, to przyszło mi ono do głowy, niestety, po publikacji tekstu - więc faktycznie może na to wyglądać ;)

Może się zainspirowałaś nieświadomie ;)

A co do herbaty, to cała przyjemność będzie po mojej stronie. Może jeszcze balik ekmek do tego? :)

...to w ogóle nie będę się zastanawiać! :)

Widzę, że mój emocjonalny wpis odbił się szerokim echem, trochę namieszał i zamieszał w głowach - i bardzo dobrze, w sumie o to mi chodziło. Ostatnio jakoś drętwo było na TwS-ie i chciałam rozruszać atmosferę, a że uzbierało się kilka powiązanych tematów, to je zebrałam w jednym, przydługim wpisie.

Po pierwsze, bardzo gorąco dziękuje wszystkim tym, którzy udzielili mi poparcia i wsparcia moralnego, potrzebowałam takiego kopa na zachętę do dalszych wysiłków. Oczywiście nie było moim zamierzeniem porzucanie pracy nad Turcją w Sandałach. Kiedy przeszło 6 lat temu rozpoczynaliśmy tworzenie tego serwisu nie spodziewaliśmy się tak szerokiego odzewu i tego, że poznamy dzięki temu tak wielu wyjątkowych ludzi - czyli Was. Początkowo TwS-a tworzyliśmy przede wszystkim dla samych siebie, ale teraz to już znacznie większa odpowiedzialność, więc będziemy dalej działać, bez względu na przeszkody i chwilowe zwątpienie.

Po drugie, wpis miał na celu zwrócenie uwagi na parę kwestii natury bardziej ogólnej niż tylko rozważania na temat TwS-a. O co mi chodziło, starałam się wyjaśnić w pierwszych akapitach poszczególnych podrozdziałów. Do rozwinięcia i zilustrowania myśli posłużyłam się konkretnymi wydarzeniami i doświadczeniami, jakie zdobyliśmy przy pracy nad TwS-em, bo najłatwiej było mi po nie sięgnąć.

Po trzecie - wyjątkową uwagę wśród komentatorów przyciągnęły poruszone zagadnienia finansowe, widać to było zwłaszcza w komentarzach poza samym portalem, np. na FB. Otóż śpieszę z wyjaśnieniem, że bankructwo nam nie grozi, nigdy też kwestie finansów nie stanowiły dla nas motywacji do tworzenia tego portalu. Bardziej chciałam zwrócić uwagę, z jednej strony, na uwłaczające mojej godności propozycje finansowe z reklam jakichś podejrzanych biznesów. Za 20 zł TwS nie zamierza się sprzedać, zresztą za większe kwoty też, nie chcemy utracić swobody wyrażania naszych poglądów i kształtowania portalu według naszej myśli. W sumie do niedawna nie zdawałam sobie w ogóle sprawy, jak wiele osób z prowadzenia bloga czy innej strony chce uczynić swoje główne źródło dochodów.

Po czwarte, dzięki artykułowi mogłam hurtowo wyjaśnić kilka spraw związanych z nieudaną współpracą z różnymi mediami/projektami/instytucjami - jeżeli w przyszłości coś będzie mnie kusiło, żeby dać się namówić na jakieś patronaty itp., to mam nadzieję wspomnieć ten wpis i się opamiętać na czas. Natomiast Wy, nasi Czytelnicy, już teraz wiecie, czemu zniknęła z portalu sekcja o partonatach medialnych.

Faktycznie, wiosna idzie, słońce świeci i kolejna turecka wyprawa tuż, tuż. Pewnie teraz trochę rzadziej będą się pojawiać tutaj nowe wpisy redakcyjne, ale to z powodu przygotowań i planowania, a nie dlatego, że mam dosyć! Pozdrawiam gorąco!

Lepiej późno (w zaistniałej sytuacji geopolitycznej mam "ciut" więcej pracy) niż wcale (mogłem "niechcący" nie zauważyć) i żałuję, że dopiero teraz (kiedy już "wszystko" zostało wyjaśnione) i w dodatku tak skromnie (bo piszę tylko jedną ręką). 

Podoba mi cały tekst, gdyż jest taki szarkastyczny (to taka odmiana sarkazmu). Zgadzam się ze wszystkimi przedstawionymi punktami niemal w całej swojej rozciągłości, tzn. w 96% (Polmos coś o tym wie). 4% pozostawiam sobie na piwo. Na drugi dzień. O wielu przedstawionych w tekście zagadnieniach mógłbym powiedzieć, że "z ust mi je wyjęto". Ale nie powiem, bo właśnie to napisałem. 

I tak, napiszę to! Nie będę więcej tego ukrywał przed całym światem! Koszulki TwS są dla mnie cenne! I to bardzo! Bo to dla mojej rodziny i dla mnie zaszczyt je nosić. Bo cenię sobie ludzi, którzy prowadzą TwS, sposób w jaki to robią oraz ich ogromą wiedzę i wnikliwość w wiele tematów. Dla mnie jesteście WIELCY. I trzymajcie ten poziom po wsze czasy. Komercja zabija wolność. I niezależność. Nie wszystko musi być na czasie (powinienem użyć trendy albo chociaż cool, ale nie lubię takich określeń w języku polskim) i podążać za modą jak stado baranów.

Swoją drogą to zabraliście mi pomysł pokonania gór Taurus na wrotkach. Z myślą o sponsorach już nawet nabyłem sporą ilość wazeliny. Zakupiłem też książkę "I ty możesz zostać celebrytą". I co ja teraz biedny zrobię. Chyba przełożę teraz kółka do sedesu. Tureckiego.

Życzę udanych przygotowań i bardzo udanej wyprawy kwietniowej.

I z wielką cierpliwością będę niecierpliwie czekał na wieści jak http://www.youtube.com/watch?v=DH_iCLyn4G4 z wiernych czytelniko-oglądaczy głębszych treści.

Podpisano: archaicznie-staroświecki, bo "już szron na głowie, już nie to zdrowie, a w sercu ciągle maj"! I w to mi graj.

Dzięki przeogromne, choć emocje już opadły, jak po wielkiej bitwie kurz, ale miło czytać miłe słowa! Swoją drogą - czy dostawa koszulek 2014 już dotarła? A co do wyprawy kwietniowej, to obecnie stoi ona pod ogromnym znakiem zapytania, i to wcale nie z powodów wymienionych w moim felietonie... Tak czy siak, materiałów zebranych w zeszłym roku wystarczy pewnie na parę lat pisania ;)

Jeszcze nie dotarły. Dam znać.

2 lata temu też mi wypadł wyjazd kwietniowy do Turcji. Ale wciąż w pamięci mam ten z przed 3 lat i jazdę do wodospadu. Żona już dawno doszła do siebie po tym i nawet gotowa byłaby znów pojechać w tego typu miejsce. A mam na oku ich wiele. Na razie - za miesiąc - jedziemy do Wiecznego Miasta, ale to inna bajka...

A co do wyprawy kwietniowej, to obecnie stoi ona pod ogromnym znakiem zapytania, i to wcale nie z powodów wymienionych w moim felietonie...

 

Jak to, nici ze wspólnej herbaty nad Bosforem? :o

...ale wiele znaków na niebie i ziemi wskazuje, że raczej spędzimy kwiecień po drugiej stronie basenu Morza Śródziemnego. Na razie musimy poczekać, ale co się odwlecze...

Przyznam się, że dopiero dziś znalazłem czas, aby spokojnie przeczytać i przemyśleć cały artykuł. Zaglądam na TwS codziennie i sprawdzam co nowego się pojawiło, ale jakoś nie miałem siły przebrnąć przez tak długi tekst ;)

Po pierwsze odniosę się do głosowania na relację z podróży 2013. Opis naszej wycieczki zrobiłem spontanicznie, licząc, że może coś tam z wiadomości się komuś przyda. Zresztą miałem dużą frajdę z przypominania sobie poszczególnych etapów naszych wakacji :)  Byłem zdziwiony, że będzie jakieś głosowanie na najlepszą relację i dodatkowo, że moja jest wśród zgłoszonych. Jeszcze bardziej byłem zaskoczony tym, że mogę liczyć na jakiś upominek! Zupełnie nie po to opisywałem nasz wyjazd. Owszem, gdy już zostałem wystawiony do meczu ;) namawiałem znajomych do przeczytania mojej relacji i zagłosowania na mnie jeśli im się spodoba. Jeśli było to zabronione, przepraszam. Koszulka to miły prezent za moje subiektywne wrażenia, ale teraz mam niejaki niesmak patrząc na nią.

Nie jestem w stanie odnieść się do wszystkich podnoszonych tutaj kwestii, ale mogę zapewnić, że ten portal był dla mnie dostarczycielem dużej ilości wiedzy i ułatwił mi planowanie wyjazdu. Rozumiem, że jest to w pewnym sensie działalność społeczna, często niewdzięczna, ale chętnie pozostanę czytelnikiem i może jeszcze kiedyś autorem.

dopiero teraz się natknęłam i, przyznam, ubawiłam, bo pióro to Iza ma

wszyscy moi znajomi, którzy tak za friko, z pasji i ku dobru ogólnemu coś popełniają w pewnym momencie siadają jak Iza i trafieni szlagiem jasnym wyleją co mają do wylania; no, taka rzeczywistość...

ale za to na pewno macie, Izo, zapewnione w niebie miejsce pełne baklavy, kebabu i hamsi, 1000 serwetek do każdego posiłku, kolonyali wszelakich, plastikowych drzwi z niezdartą okleiną zabezpieczającą, kotów, tureckiej muzyki 24h, kwiatów pomarańczy i bardzo sicak pide  

ps. trzecie zdjęcie jest wzruszające

Witam.Trafiłem na waszego bloga przypadkowo, szukając informacji na temat medialnych patronów i finansowego wsparcia podróży. Z Żoną wrócilismy z trzy miesięcznej podróży autostopem po Azj Pd.-Wsch. Obecnie przymierzamy się do wyprawy rowerowej przez Bałkany do Stambułu. I chyba po tym artykule utwierdzam się w przekonaniu, że lepiej samemu realizować swoje pasje i prowadząc bloga nie wiązać go z zarobkowaniem i medialnym rozgłosem... Zwłaszcza jeśli człowiek z natury jest uczciwy i "nie lubi się sprzedawać". Choć artykuł w pewnym sensie "zabija" pewne marzenia, to zgadzam się z większością przez Ciebie opisanych kwestii. Gratuluję wyjątkowego bloga i tego, że macie swój ulubiony kraj. My jeszcze nie mozemy się zdecydować:) Pozdrawiam

Dziękuję za słowa zrozumienia, faktycznie najlepiej jest zachować finansową niezależność od prowadzonego bloga/portalu, wówczas radości jest więcej. Co do ulubionego kraju, to ostatnio mam dwie mocne kandydatury konkurujące z Turcją ;) P.S. Właśnie wróciłam z wyprawy samochodowej po Europie pd, w tym - po Bałkanach, jeżeli będziecie potrzebowali jakichś porad/opinii o stanie dróg itd. to w miarę posiadanych informacji służę pomocą.

To teraz bedzie Grecja w sandałach? :-))))))

Przyznaję, chęć pomnożenia bytów jest w chwili obecnej przemożna w zespole redakcyjnym ;)

Dobry tekst. Całe szczęście, że nie wszystko jeszcze jest tylko "komercyjne". Całe szczęście także, że można coś robić tylko dla przyjemności. Pewnie padną głosy, że nie wszyscy mogą sobie na takie podejśie pozwolić - ale o to własnie chodzi, aby nie wszystkich było na takie podejście stać. Zjechałem w ciągu ostatnich lat pół świata i teraz zacząłem porządkować swoje notatki i zdjęcia - opublikuje je głównie dla siebie i przyjaciół - 20 - 30 lat temu skrobałem w zwykłym zeszycie. Także 30 lat temu podróżowałem autostopem, dzisiaj stać mnie na wszystko. Pozdrawiam i życze aby dalej pasja i swoboda decyzji były ponad komercje - nie ma wtedy czegoś takiego jak porażka .

http://zeszytpodrozny.blogspot.co.uk/

 

Az musialam sie zalogowac :)

Na portal trafilam droga pokretna, ale ciesze sie ze trafilam. Przegladam blogi okolopodroznicze, niektore czytam systematycznie, niektore nawet cenie, ale niestety wiekszosc na ktora trafiam ostatnimi czasy to, wlasnie reklamowanie tego opisywanego kubeczka lub dokladnie z ust moich wyjete,  trzy tygodnie gdzies tam i bah,  przewodnik! Na teksty typu co i za ile na weekend w Barcelonie, Londynie i innych, pisane przez tych byle tanio i szybko weekendowych znawcow,  juz nawet nie zwracam uwagi, bo szkoda moich nerwow. Myslalam, ze w tym wszystkim jestem reliktem, (prawie)samotnym zaglem, tymczasem milo mi sie rozczarowac, ze jednak nie, ze jest wiecej ludzi, ktorzy cenia sobie cos wiecej niz tylko tanie bilety do Gdziekolwiek i pozniejsze miano  specjalisty od Gdziekolwiek. Dziekuje