Wyprawa TwS 2017

Ekipa TurcjiWSandałach powraca po trzech latach do Turcji. Postaramy się w miarę możliwości relacjonować nasze przygody w Azji Mniejszej.

Dosyć spodziewanie nasz pierwszy przystanek wypadł w Edirne. Robimy tu postój na dwie noce - po przejechaniu w dość dobrym tempie 1700 km. Miłym zaskoczeniem na trasie była obwodnica Sofii i mały ruch na przejściach granicznych (choć przezornie wybieraliśmy te mniej uczęszczane).

Fala upałów dotarła i tutaj - dzisiaj temperatura w cieniu dochodziła do 34°C. Zachęca nas to do przemieszczenia się na wschód, gdzie spodziewamy się nieco przyjemniejszych temperatur. Ale nie przeszkadza nam to w robieniu zdjęć!

Wyremontowana Synagoga w Edirne

Na jutro planujemy odwiedzenie najsłynniejszych meczetów Edirne. No i oczywiście zjedzenie kofte.

Powiązane artykuły: 

Odpowiedzi

Drugi dzień pobytu w Turcji zaczynamy (wcześnie) od wizyty w meczecie Beyazyda. Zwiedzamy też ruiny pałacu sułtańskiego. Od naszej ostatniej wizyty niewiele się tutaj zmieniło. Właściwie nic się nie zmieniło - najwyraźniej pomysł otworzenia archeoparku upadł. Zreszą archeopark w centum przy Wieży Macedońskiej jest też w opłakanym stanie.

Odbudowane kuchnie pałacowe przy pałacu sułtańskim w Edirne

Pojechaliśmy też na szybki wypad do dzielnicy Karaagac.

Kolejny punkt programu to wizyta na poczcie. I tu miłe zaskoczenie - udało nam się doładować konto HGS bez kolejki. Zupełnie! Na poczcie nie było nikogo! Szok!

Potem dokonujemy zakupu grzebienia dla jednego z członków ekipy.

Oszołomieni brakiem kolejek na poczcie udajemy się do Polis Parki na herbatę. Zostajemy na jeszcze jedną. A potem idziemy do marketu na zakupy. Główny ich temat to napoje, w tym na bazie winogron.

Potem pora na zakupy odzieżowe. Idziemy do LC Waikiki zapoznać się z propozycją tureckich dyktatorów mody. Dokonujemy zakupu kolorowych szarawarów dla żeńskiej części ekipy. Chłopcy dostają nowe spodnie, przystosowane do zwiedzania meczetów.

Czas na posiłek. Testujemy ostrość papryczek i jakość donera za 3,50. Jest nieźle.

Pokonani upałem wracamy na przerwę techniczą do pensjonatu. Dzieciaki dostają za zadanie narysowanie meczetu.

Druga runda zwiedzania. Idziemy do meczetu Selimiye. Przy okazji zaglądamy do trzech krytych bazarów.

Mydełka owocowe z Edirne

Dzień kończymy posiłkiem w lokancie. Porcja pilawu - 6 LT, zupa z soczewicy - 6 TL, porcja gotowanej fasoli - 8 TL.

"Dokonujemy zakupu kolorowych szarawarów dla żeńskiej części ekipy. Chłopcy dostają nowe spodnie, przystosowane do zwiedzania meczetów" - ciekaw jestem niezmiernie tego widoku :) Zaserwujecie nam ten smaczny widok? 

Postaramy się zrobić zdjęcia - widok jest przedni.

Szarawary

Modelka urocza, poza i okoliczności tureckie, ale szarawary ???  Spodziewałem się takich: Znalezione obrazy dla zapytania szarawary

Dzisiaj przejechaliśmy 850 km z Edirne do Sungurlu. Ruch był stosunkowo mały, nawet w Stambule. Wygląda na to, że na autostradach, z powodu zakończenia Ramadanu, nie są pobierane opłaty. Albo z naszą nalepką HGS jest coś nie tak.

Przed Bolu, tuż po wyjechaniu z tunelu pod Górą Bolu, zatrzymaliśmy się w ogromnym centrum handlowym. Można tu znaleźć sklepy wszystkich tureckich i światowych producentów odzieży. Jest też fantastyczny wybór restauracji, zwłasza z gozleme, manti i innymi tureckimi speciałami. Część ekipy twierdzi, że toalety wyglądają jak w pałacu.

Centrum handlowe za Górą Bolu

Nocujemy w tym samym Domu Nauczyciela co sześć lat temu. Wygląda na to, że został on częściowo odremontowany. Niestety remont nie dotarł do łazienek. Cena za pokój trójosobowy to 90 TL z wliczonym śniadaniem. Jest klimatyzacja i lodówka.

Niedaleko Domu Nauczyciela znaleźliśmy bardzo fajną lokantę. Za jednego et donera i dwa szaszłyki wołowe w zestawach z ryżem i warzywami (plus cztery ayrany i trzy wody) zapłacilliśmy 50 TL. Rewelacja!

Wyśmienity et sis z Sungurlu

Dzisiejszy dzień zaczęliśmy od tradycyjnego tureckiego śniadania - jajka, ser i dżemik. No i oczywiście herbata w dużych ilościach.

Potem szybko jedziemy z Sungurlu do Bogazkale, żeby znowu, po sześciu latach, odwiedzić stolicę Hetutów, Hattusas. Teren wykopalisk jest otwarty w godzinach od 8 do 17. Bilet wstępu kosztuje 8 TL, dzieci weszły za darmo, a bilet obejmuje również wejście do muzeum w Bogazkale i sanktuarium w Yazilikaya.

Teren Hattusas jest bardzo rozległy i najlepiej zwiedzać go samochodem. Nic nie stoi jednak na przeszkodzie, by po terenie poruszać się pieszo. Dzisiaj spędziliśmy 3,5 godziny buszując po ruinach świątyń, pozostałościach pałacu i wspinając się na skałki. W okolicach Yer Kapi urządziliśmy sobie mini-piknik. Nikt nie ma nic przeciwko temu, w tym policja, która przejeżdzała pobliską drogą.

Do zwiedzana Hattusas najlepiej zaopatrzyć się w zapas wody. Szczególnie w dni takie jak dziś, kiedy temperatura przekracza 30°C. Na szczęście cały czas bardzo przyjemnie wiało i temperatura nie dawała nam się we znaki. Ale około południa okazało się, że część ekipy ma opalone na czerwono łydki i karki.

Krótko mówiąc - bardzo polecamy zarezerwowanie na zwiedzanie Hattusas połowy słonecznego dnia. Możecie liczyć na fantastyczne widoki, ciekawe skałki i przyjemne spędzenie czasu. Na pewno nie warto się spieszyć!

Panorama Hattusas

Warto też dodać, że w Hattusas jest raczej mało turystów. Dzisiaj widzieliśmy jeden autokar z turystkami z Turcji. Przejechało też kilka samochodów. Wygląda na to, że miejsce to, pomimo starań władz, wciąż cieszy się małą popularnością.

Po Hattusas, skuszeni tabliczką informacyjną o szlaku Hetytów, postanawiamy pojechać do Sapinuwa. Ruiny tego miasta znajdują się na terenie miejscowości Ortakoy, 80 km od Bogazkale.

Niestety trasa z Bogazkale do Ortakoy okazała się bardziej skomplikowana niż przewidywaliśmy. Powodem była niezgodnośc naszej mapy elektronicznej z rzeczywistością.

NIeco zmęczeni przejazdem docieramy do Ortakoy. Okazuje się jednak, iż pomimo umieszczenia na trasie kilku brązowych tablic kierujących do Sapinuwy, wykopaliska te są udostępniane zwiedzającym tylko w małym zakresie. Większa cześć terenu jest chroniona zadaszeniem i nie możne na nią wejść. Zresztą teren parkingu przy wejściu wskazuje na to, że naprawdę niewiele osób tu trafia. Wejście na teren Sapinuwy jest darmowe.

Zarośnięte ruiny Sapinuwa

Tym razem zwiedzanie nie zajmuje nam zbyt dużo czasu. Niestety w Ortakoy nie udało nam się znaleźć żadnej lokanty, więc w dalszą trasę wyruszamy posilając się resztkami sera i ciastkami.

Dzisiejszym punktem docelowym jest Amasya, dawna stolica Królestwa Pontu. Pozostaje nam przejechać 80 km i znaleźć nocleg na rzeką Yesilirmak, podobnie jak to zrobiliśmy 6 lat temu.

Amasya zaskakuje nas, podobnie jak to zrobiła 6 lat temu, bardzo nieprzyjemną organizacją ruchu. Po złamaniu kilku zakazów wjazdu udaja nam się dotrzeć do hotelu, tego samego co 6 lat temu. Potem udajemy się na zasłużony posiłek. Udaje nam się znaleźć bardzo dobrego iskendera (22 TL).

Na szczeście Amasya zaskakuje też przyjemnym klimatem i odświeżającą bryzą. Wieczór spędzamy na balkonie z widokiem na rzekę, wsłuchując się w nawoływanie muezzina, spisując wspomnienia dnia i delektując się widokami na rozświetlone miasto.

Amasya nocą

Piąty dzień wyprawy można podsumować krótko - tepesi, muzesi, kalesi i kilisesi.

Dzień zaczynamy od wymuszenia na obsłudze hotelu podania wcześniej śniadania. Wcześniej czyli o godzinie 8. Śniadanie bardzo porządne, jest nawet wędlina, zmieciona przez młodszą część ekipy.

Wyruszamy z Amasyi w stronę wybrzeża. Pierwszy cel to Samsun. Sześc lat temu tylko przejeżdżaliśmy przez to miasto i mamy na pamiątkę jedno zdjęcie zrobione z samochodu.

Trasa z Amasyi do Samsunu to ok 1,5 h. Na trasie jest zaskakująco dużo ciężarówek. Wygląda na to, że wiele z nich przewozi żywność.

W Samsunie od razu trafiamy na brązową tablicę prowadzącą nas do Amisos Tepesi. Okazuje się, że tablice wiodą do schodów prowadzących na wzgórze. Parkujemy w prawdopodobnie dozwolonym miejscu i ruszamy pod górę. Zaskakująco, na końcu drogi znajduje się duża restauracja.

Widok na Samsun

Po chwili odkrywamy, że restauracja to nie wszystko. Po pierwsze jest bardzo ładny widok na miasto. Co jednak bardziej interesujące to tumulus, wokół którego poprowadzona jest drewniana rampa. Okazuje się, że w trakcie prac drogowych odkryto tu miejsce pochówku królowej pontyjskiej. Tak przynajmniej wynika z tablicy informacyjnej.

Oczywiście większość przybywających na Amisos Tepesi przyjeżdzą do bardzo ładnie położonej restauracji. W jej pobliżu jest również stacja kolejki linowej, która kursuje między wzgórzem a nabrzeżem.

Korzystając z okazji postanawiamy zrobić przerwę na posiłek. Zamawiamy menemen, na który nabraliśmy ochoty mijając na trasie do Samsunu kilkanaście restauracji specjalizujących się w przygotowaniu tej potrawy.

Menemen

Nasz kolejny cel to muzeum archeologiczne. Niestety nasza nawigacja nie jest zbyt dobrze zorientowana w położeniu tego obiektu. Zamiast do muzeum archeologicznego trafiamy do Muzeum Statku Bandirma. Ta bardzo ważna dla historii Republiki Tureckiej jednostka zasłużyła się jako środek transportu Kemala Ataturka na początku jego działalności na rzecz niepodległości Turcji.

Replika statku Bandirma wystawiana jest na nabrzeżu, a wokół niej przygotowana jest ekspozycja partriotyczna. Zwiedzanie statku jest całkiem przyjemne. Można m.in. zobaczyc jak Kemal Ataturk obraduje wraz z innymi przywódzcami Wojny o Niepodległość. Wstęp na teren gdzie eksponowany jest statek jest płatny - 2 TL dla dorosłych, 1 TL dla nieletnich.

Inscenizacja na Statku Bandirma

Opuszczając Samsun kierujemy się na wschód, wstępnie wybierając za cel miejscowość Ordu.

Trasa prowadząca z Samsunu na wschód jest zaskakująco zatłoczona.

Przeglądając mapę natrafiamy na potencjalnie ciekawy przystanek - zamek w okolicach Unye.

Do zamku udaje nam się trafić za brązowymi tablicami. Jedynym problemem są prace remontowe, na kóre trafiamy przy jedym ze zwężeń prowadzących do twierdzy.

Niestety, zamek w Unye, znany równiez jako Guzel Kalesi, nie jest ptrzygotowany na przyjęcie turystów. Ścieżki nie są zabezpieczone, sporo jest też zaśmieconych miejsc. Jest to tym bardziej dziwne, biorąc pod uwagę fakt, że w trakcie naszaj wizyty na terenie zamku widzieliśmy kilku tureckich turystów.

Zreszta nic dziwnego, że zadali oni sobie trud dotarcia na wzgórze. Przy bramie zamkowej widoczny jest spektakularny, wyrzeźbiony w skale grobowiec królewski. Natomiast z zamku roztaczają się ładne widoki na okolicę.

Grobowiec na Zamku Unye

Ruszamy dalej, tym razem mając za cel znalezienie miejsca na nocleg. Postanawiamy wypróbować miejscowość Persembe, położoną niedaleko Ordu.

Za tą decyzją przemawia brązowa tablica kierująca nas do Kościoła Jazona. Zainteresowani poszukiwaniem śladów wyprawy po Złote Runo, kierujemy się za brązowymi tablicami, mając nadzieję na znalezienie ciekawego i mało uczęszczanego miejsca.

Niestety, Kościół Jazona rozczarowuje. Po pierwsze w okolicy unosi się dosyć nieprzyjemny zapach. Po drugie kościół okazuje się być budowlą z XIX w. Wreszcie po trzecie, jest on dosłownie oblężony przez turystów. Oczywiście nie przeszkadza nam to w zrobieniu zdjęcia, na którym wygląda on jak kościółek na odludziu.

Kościół Jazona

Na szczęście do hotelu nie jest już daleko. Docieramy do jedynego w Persembe hotelu. Szybko przegrupowujemy się i idziemy na kolację. Niestety wybór lokali jest słaby. Nasza kolacja jest smaczna, ale pozostawia niedosyt.

Dzień kończymy spisując relację przy serowej hałwie, ciekawym specjale odkrytym w dyskoncie BiM, i pistacjach w czekoladzie, które zjadają nam dzieciaki.

Peynir Helvasi

Ciekawy przypadek. Ja jednak wolę chałwę :) Zwłaszcza pistacjową

Sobota, 01.07.2017.

Wyruszamy rano z Persembe w kierunku Giresun. Naszym celem jest twierdza. Okazuje się, że wjazd na Giresun Kalesi to swoiste przeżycie. Na szczęście po pokonaniu krętych i wąskich uliczek kaleici można odprężyć się na szczycie przy herbacie.

Teren Giresun Kalesi to obecnie miejsce do piknikowania. Wiele ze stanowisk do grilowania już działało - wygląda na to, że niektórzy mieszkańcy Giresun przyjeżdzają tu na sobotnie śniadanie.

Z samego zamku niewiele pozostało. Ale za to można stąd zrobić ładne zdjęcia z widokiem na miasto.

Widok na Giresun

Po zwiedzaniu Giresun, kierujemy się na Trabzon. Naszym celem jest meczet Hagia Sophia, znany ze swoich fresków.

Przejazd wybrzeżem Morza Czarnego jest dosyć monotonny. Cały czas jedziemy dwupasmową drogą, prowadzącą obok różnych miast i miasteczek.

Wreszcie docieramy do Trabzonu i parkujemy tuż przy meczecie Hagia Sofia. Chwilę zajmuje nam zrozumienie systemu opłat za parkowanie, ale w końcu pojawia się parkingowy.

Okazuje się, że meczet Hagia Sofia jest dość niezwykłym miejscem. Rzeczywiście pełni on obecnie rolę miejsca kultu. Z tego powodu zasłonięto większość znajdujących się tu fresków. Jednakże część świątyni jest udostępniona dla zwiedzających i w części tej freski pozostały wyeksponowane. Co ciekawe, do części dla zwiedzających można wejść bez konieczności zdejmowania butów czy zakrywania przez kobiety włosów.

Freski w meczecie Hagia Sofia

Na obiad zatrzymujemy się za Trabzonem w lokalu o nazwie Bozo Pide w miejscosci Surmene. Jeżeli będziecie tędy przejeżdzać, to szczerze polecamy tę restaurację. Zamawiamy kasarli kofte i sac kavurma i obie potrawy są wyśmienite. Podają tu również bardzo dobry ayran.

Sac Kavurma

Nasz ostatni przystanek to Rize, stolica tureckiej herbaty. Tutaj również docieramy do ruin twierdzy, chociaż dojazd do nich jest mniej ekscytujący niż w Giresun.

Po krótkich poszukiwaniach znajdujemy nocleg w miejscowości Ardesen, jednym z miasteczek przy trasie prowadzącej do Gruzji.

Ostatni punkt programu to zakupy, z naciskiem na herbatę. W lokalnym supermarkecie wybór herbat jest rzeczywiście imponujący. Mamy nadzieję, że ten zakup przyda się na planowane przyjęcie z okazji dziesięciolecia powstania TurcjiWSandalach.

Herbaciane zakupy

A Sumela? Ominęliście czy zostawiliście na później???

Omineliśmy z powodu remontu. Zresztą i tak wszyscy tam juz byli ;)

Ja tam nie byłem :)

Niedziela, 02.07.2017

Dzisiaj mija pierwszy tydzień naszej wyprawy.

Po niezłym śnaiadaniu wyruszamy przez góry w kierunku Karsu. Przezornie tankujemy do pełna w okolicach Hopa. Cena oleju napędowego to 4,42 TL. Obok tankuje pickup pełen kobiet, prawdopodobnie uprowadzonych w celu zbierania herbaty.

Herbaciane uprawy

Po szybkiej kłótni w okolicach miejscowości Barcka, ruszamy w góry i podziwiamy niezbyt urokliwą zabudowę przy drodze. Najbardziej zaskakujące są apartamentowce wyrastające znienacka w niektórych miejscach.

Wygląda na to, że na drodze między wybrzeżem a miejscowością Artvin, góry są zaorane i zabudowane.

Zaorane góry

Pierwszy wart odnotowania przystanek to zamek w Savsat. Miłym dodatkiem do zamku jest cesme, z którego płynie czysta i chłodna woda. Z przyjemnością gasimy pragnienie, tym bardziej, że w dolinie temperatura szybko rośnie do przeszło 35°C.

Savsat Kalesi

Na szczęście dalsza część podróży stoi pod znakiem wspaniałych widoków. Zaskakujące jest dla nas tempo, w jakim temperatura spada wraz z wysokością. Przy odbijaniu od wybrzeża nasz samochodowy termometr pokazywał 38°C, a na wysokości 2500 m - już tylko 23°C.

Droga do Ardahan

Najlepszy przystanek tego dnia robimy na Cam Gecidi, 2470 m n.p.m., tuż przed miejscowością Ardahan. Skuszeni skałkami przy drodze robimy szybki wypad wspinaczkowo-fotogaficzny.

Kwiaty na Cam Gecidi

Ostatni przed Karsem przystanek to Ardahan Kalesi. Twierdza widoczna jest od wjazdu do miasta. Teren twierdzy jest zadbany i wykorzystywany przez mieszkańców jako miejsce spacerów. Niestety brak tu cay bahcesi.

Ardahan Kalesi

Do Karsu docieramy dwupasmową drogą, poprowadzoną wśród malowniczych krajobrazów.

W Karsie znajdujemy bez problemu nocleg. Ostatni punkt dnia to kolacja. Tym razem trafiamy do lokalu serwującego pide. By zasmakowć kuchni fusion zamawiamy pide z sosem meksykańskim.

Pide z sosem Meksykańskim w Karsie

Na jutro planujemy zwiedzanie Ani. Otwartą kwestią pozostaje dalszy plan wyprawy. Prawdopodobnie naszym następnym przystankiem będzie Van.

Poniedziałek, 03.07.2017 r.

Dzisiaj cały dzień spędzamy na zwiedzaniu Ani i Karsu.

Do Ani wyruszamy około 9 rano. Okazuje się, że pierwszym wyzwaniem jest wydostanie się z Karsu. Niemal wszystkie ulice w mieście są jednokierunkowe. Po kilku nieoczekiwanych zmianach kierunku udaje nam się jednak odnaleźć kierunkowskaz wskazujący na ruiny miasta Ani.

Przejazd do Ani trwa około godziny. Teren starożytnej stolicy Armenii znajduje się tuż za miejscowością Ani, i jest położony przy granicy z Armenią.

Ruiny Ani są dosyć rozległe. Na wejściu zwiedzających witają imponujące mury, świadczące o dawnej potędze miasta. Dalej można poruszać się po wyznaczonej trasie. Niestety tablice informacyjne są w bardzo kiepskim stanie i niewiele na nich widać.

Pozostałości murów Ani

Ruiny położone są malowniczo nad wąwozem wytyczonym przez rzekę Arpacay. Trzeba przyznać, że położenie Ani jest jednym z jego największych atutów.

Zwiedzanie zajmuje nam ok. 2 godzin. Warto na przejście po Ani zabrać ze sobą trochę wody. Na szczęście na terenie ruin przyjemnie wieje. Można też robić odświeżające postoje w ruinach zwiedzanych budynków.

Jednym z najlepiej zachowanych kościołów jest ten pod wezwaniem św. Grzegorza Oświeciciela. Jest on połozony tuż nad wąwozem oddzielającym Turcję od Armenii.

Kościół św. Grzegorza Oświeciciela

Po powrocie do Karsu robimy przerwę techniczną przeznaczoną na posiłek i archiwizację zdjęć. W planie mieliśmy również wizytę na hotelowym basenie, ale niestety okazało się, że jest dzisiaj nieczynny. Szczegółnie młodsza połowa ekipy jest tym faktem dość rozczarowana.

Zatem po odsapnięciu zamiast na basen wybieramy się na twierdzę w Karsie. Trzeba przyznać, że miasto to nie robi wrażenia zbyt ciekawego. Okazuje się jednak, że i tu można znaleźć perełki.

Chyba najciekawszą jest Kumbet Camii, zbudowany około 930 roku jako kościół przez armeńskiego króla Abbasa. Na jego fasadzie znajdują się wizerunki 12 apostołów. Od połowy XI w. służył jako meczet, a w czasie rosyjskiej okupacji Karsu - jako kościół.

Kumbet Cami w Karsie

Na dobre zakończenie dnia zdobywamy twierdzę w Karise. Okazuje się, że jest ona w całkiem niezłym stanie.

Panorama Karsu z twierdzy

Podsumowując, Kars zrobił na nas wrażenie miasta bardzo zaniedbanego i chaotycznego. W kilku miejscach można tu znaleźć ciekawe ślady przeszłości, ale nie przychodzi to łatwo.

Oczom nie wierzę, czytając tę relację. Chyba zaczynam rozumieć dlaczego autor ma nick "mruk" ! Iza, zlituj się nad czytelnikami (są jeszcze tacy, jak sądzę) i przejmij relację, a ja zlituję się nad autorem dotychczasowym i nie będę komentował wpadek.

Nie ma co się powstrzymywać - chętnie poznam opinię na temat moich wpadek.

ainsi ma rację. To taki osobisty styl, więc no comments.

Relacja jest rzeczywiście "mrukowata",ale przez to ma swój niepowtarzalny klimat...zupełnie inny niż ten,do którego przyzwyczaiła nas Iza:)

Wtorek, 04.07.2017 r.

Dzisiaj w planie mamy nieśpieszny przejaz do Vanu z planowym przystankiem w Dogubeyazit.

Wyruszamy z Karsu około 9. Nauczeni wczorajszym doświadczeniem nie korzystamy z nawigacji do wyjechania z miasta i wychodzi to o wiele lepiej.

Drogra z Karsu do Igdir przebiega spokojnie. Wreszcie robimy sobie foto-stop, żeby udokumentować marsjański krajobraz na granicy prowincji Igdir.

Marsjański krajobraz na granicy prowincji Igdir

Drugi przystanek następuje szybciej niż się spodziewaliśmy. Zostajemy zatrzymani przy posterunku Jandarmy na rutynową kontrolę paszportów.

Widok na Ararat z trasy do Doğubayazıt

Do pałacu Ishaka Paszy docieramy z lekką trudnością, spowodowaną totalnym rozkopaniem dróg w Dogubeyazit. Na szczęscie sam pałac sprawia nam ogromną radość, jest przepiękny i fotogeniczny, a dzieciaki z chęcią eksplorują wszystkie jego zakamarki.

İshak Paşa Sarayı

Po zakończeniu wizyty w pałacu plan dnia zakładał szybki transfer do Vanu i relaks w basenie hotelowym. Gdy wyruszaliśmy w wyznaczonym kierunku, los cichutko, aczkolwiek zośliwie chichotał.

Zaraz za Dogubeyazit skręcamy zgodnie z kierunkowskazami i nawigacją w drogę prowadzącą do Van. Witają nas na niej betonowe barykady i zakaz wjazdu. Krótki wywiad na pobliskiej stacji benzynowej przekonuje nas, że to nie żarty i że trzeba jechać przez Agri - nadrabiając jakieś 200 km. Nie poddajemy się jednak, mając na widoku hotelowy basen w Vanie.

Droga przebiega w miarę sprawnie, poza dość krótkim, ale męczącym odcinkiem trasy tuż za Agri, gdzie zapychają ją ciężarówki, tłoczące się na jednym pasie ruchu. Dalej jest o wiele lepiej i szerzej, więc sprawnie nadrabiamy aż godzinę w stosunku do ponurych prognoz nawigacji.

Docieramy do Vanu, znajdujemy hotel, dowiadujemy się, ża basen jest czynny do godziny 10 wieczorem i zjadamy smaczną i sycącą kolację. Wybieramy się po niej na zwiad basenowy, a tu - niespodzianka. Basen jest zamknięty - od dzisiaj przez kolejne 4 dni. Przyznaję, że wiadomość ta nas totalnie załamała, bo utrzymywaliśmy młodszą część ekipy przy nadziei na kąpiel w basenie przez ostatnich 400 kilometrów. Zamiast planowanych dwóch dni, zostajemy w Vanie tylko na najbliższą noc, a gdzie dalej nas poniesie, tego nie wiemy. Przy okazji - omijajcie Double Tree by Hilton w Vanie bardzo szerokim łukiem.

Po drodze mieliście wodospad Muradiye - świetne miejsce do ochłody pod "siklawą" czystej rzeki, a i urokliwe miejsce na popas, dla dzieci zwłaszcza. Co tam basen w Hiltonie!

Skoro dzieci nie wykąpane, to teraz wypierzecie je w Jeziorze Wan? :)

Po krótkiej przerwie technicznej, spowodowanej brakiem dostepu do Interenetu, dzisiaj powraca relacja na żywo.

Środa, 05.07.2017 r.

Szybko zmywamy się z hotelu. Naszym planem na następne dni jest zwiedzanie okolic jeziora Van. Natomiast naszym pomysłem na nocleg na dwie następne noce jest kemping.

Wujek Google podpowiada, że w okolicy są dwa kempingi. Na zjęciach kempingu Dogan dostrzegamy namiot. Dostrzegamy na nich również plażę, a nawet udokumentowane zawody w plażowej piłce nożnej. Postanawiamy zatem najpierw zwiedzić Van Kalesi, a potem spóbować swoich sił w kempingowaniu nad jeziorem Van.

Twierdzę w Van odwiedziliśmy 12 lat temu, podczas naszej pierwszej wyprawy do Turcji. Niestety, z tamtej wizyty nie zachowały się żadne godne wspomnienia zdjęcia. Tym razem postanawiamy nadrobić zaległości.

Van Kalesi

Główną atrakcją podczas zwiedzania twierdzy okazuje się przyjacielski pies, który towarzyszy nam podczas całego obchodu twierdzy.

Przewodnik po Van Kalesi

Po zwiedzaniu Van Kalesi, około południa, udajemy się do miejscowości Edremit, około 15 km od Van. Tam znajduje się kemping Dogan.

Okazuje się, że kemping Dogan nieco odbiega od naszego wyobrażenia o kempingu. Składa się on bowiem ze stanowisk do grilowania. Właściciele pozwalają nam się rozejrzeć i udaje nam się znaleźć bardzo dobre miejsce do rozbicia namiotu. Małą wadą jest lekkie zadymienie spowodowane odpalaniem przez gości kempingu instalacji do parzenia herbaty i przypalania mięsa. Właściciele przyznają również, że w natryskach jest tylko zimna woda. Jednak nie zrażeni tymi lekkimi niedogodnościami rozbijamy nasz namiot. Opłata to 50 TL za noc za dwie osoby dorosłe, dzieci gratis.

Postanawiamy skorzystać z okazji i zażywamy kąpieli w jeziorze Van. Niestety, woda tuż przy kempingu nie jest zbyt przejrzysta, co wynika chyba ze sporej ilości osób szukających tu ochłody.

Po kapieli jedziemy na drugą cześć zwiedzania. Tym razem naszym celem jest Hosap Kalesi, położony ok. 60 km od Van, w kierunku na Hakkari.

Brązowe tablice prowadzą nas bezbłędnie do twierdzy. Po drodze pojawiają się również kierunkowskazy na kolejną twierdzę, Cavustepe Kalesi. Pojawiają się również ciekawe krajobrazy i sporo wozów opancerzonych Jandramy.

Hosap Kalesi to naprawdę imponująca budowla, górująca nad pobliskimi zabudowaniami. Na początku okazuje się, że brama wejściowa jest zamknięta. Jednak po chwili pojawia się osoba z kluczem i wpuszcza nas na teren zamku. Opłata to 10 TL od osoby.

Zamek jest, podobnie jak twierdza w Vam, w dużej mierze odrestaurowany. Jednak jest sporo miejsc niezabezpieczonych i przy zwiedzaniu trzeba zachować sporo ostrożności.

Widok na Hosap Kalespi

Widok z Hosap Kalespi

Z Hosap wracamy drogą na Van, kierując się do centrum miasta. Przypadkowo trafiamy na duże centrum handlowe Van AVM, więc postanawiamy wypróbować znajdujące się w nim restauracje.

Trafiamy do Bursa Kebep Evi, która, jak można się spodziewać, specjalizuje się w serwowaniu Iskender Kebap. Możemy śmiało polecić tę sieciówkę, podają bardzo dobrą zupę i iskendera. Nie polecamy natomiast serwowanych tu kofte.

Iskender kebap, Bursa Kebep Evi

Po posiłku, około godziny 18, wracamy na kemping. Okazuje się, że wiekszość gości ciągle parzy herbatę i griluje mięso. Cały obszar osnuty jest dymem z przenośnych grilów i kuchenek. Zresztą jadąc z Van do Edremitu widzilismy w kilku miejscach nad jeziorem mobilne stacje grilowania, a nad jeziorem unosiła sie subtelna mgiełka.

Na szczęście goście kempingowi dość szybko kończą gotowanie. Całe rodziny wsiadają do samochcodów i około godziny 20 na terenie kempingu zostajemy tylko my i obsługa.

Obsługa zajmuje sie sprzątaniem po całodziennej imprezie. My natomiast, po ułożeniu dzieciaków do snu, zasiadamy przy jednym ze stolików i planujemy następny dzień, popijając w ciemnościach sok z moreli.

Na szczęście obsługa lituje się nad nami podając nam herbatę. Zostawiają też włączone światło w pobliskim domku.

Niestety kemping znajduje się dosyć blisko drogi. Nam jednak nie przeszkadza hałas samochodów i szybko zasypiamy.

Czwartek, 06.07.2017

Dzień zaczynamy wcześnie, zanim pojawią się na kempingu jego dzienni bywalcy. Zgodne z sugestiamy wyrażanymi na portalu TwS przez znawców Turcji wschodniej, zabieramy dzisiaj dzieciaki do wodospadów w Muradiye, na północny-wschód od Edremitu.

Po przejechaniu miasta Van, które niestety nie może poszczycić się posiadaniem obwodnicy, przemierzamy prawie pustą drogę aż do miejscowości Muradiye. Po drodze odotowujemy istnienie zamku Amik oraz mostu Bend-i Mahi - do sprawdzenia podczas powrotu na kemping.

Na pierwszy ogień idzie Szatański Most - Seytan Koprusu - tuż przy wjeździe do Muradiye. Zasadniczo nic diabelskiego w nim nie zauważamy. Oto, malowniczy, zabytkowy mostek nad niewielkim kanionem.

Seytan Koprusu

Dalsza droga prowadzi do wodospadów Muradiye, do których docieramy w ostatniej chwili - przed tłumami Turków udających się tu na grillowanie. Gdy przybywamy, nad lokalizacją unosi się jedynie dyskretny aromat szamba (w drodze powrotnej zostanie on stłumiony dymem z palenisk). Niewzruszeni ruszamy przez chybotliwą kładkę nad wąwozem, w celu podziwiania jednego z cudów natury prowincji Van.

Wodospady Muradiye

Do myślenia powinna nam dać plastikowa rura, biegnąca od położonej naprzeciwko wodospadu restauracji... Niezwykle piękny wodospad, spokojne okoliczności przyrody i... niepokojąca plama ścieków unosząca się na zbiorniku wodnym tuż przed wodospadem. Kąpiel oczywiście zostaje w tym momencie wykluczona. O podejściu tureckim do czystości otoczenia można napisać wiele stron, ale w skrócie - takie podejście nie istnieje, tubylcy przyrodę mają głęboko w...

Wracamy powoli w kierunku kempingu, podejmując próbę znalezienia kościoła świętego Stefana, skuszeni oczywiście brązowym kierunkowskazem. Godzinę późnej (i tonę pyłu osadzonego na aucie również) jesteśmy zmuszeni do rezygnacji. Jedyny ciekawy widok, to grupa wyrostków zażywających kąpieli w kanale nawadniejącym, w pobliżu tabliczki wyjaśniającej, dlaczego takie zabawy są niebezpieczne i zakazane.

Porażką kończy się także poszukiwanie zabytkowego mostu Bend-i Mahi, ale w tym przypadku poddajemy się zdecydwowanie szybciej. Smętnie rozpoczynamy odwrót do Vanu gdy wtem! Trafia nam się niezwykle urocza zatoczka jeziora, która jakimś cudem nie jest oblężona przez plażowiczów i grilowiczów. Szybko wskakujemy w stroje kąpiejowe i chlup do wody. Rewelacja! Gdyby tylko brzeg jeziora nie był usłany zużytymi pieluszkami...

Okazuje się, że mieliśmy mnóstwo szczęścia. Gdy tylko ostatni członek ekipy TwS zdążył zmienić mokre kąpielówki na suche gacie, na horyznkie pojawiają się inni chętni do kąpieli w jeziorze.

Od obiadu w Van dzieli nas tylko szybki rekonesans zamku Amik, który okazuje się godzinnym objechaniem rozległego cypla. Sam zamek to skromne obwarowania na wzgórzu górującuym nad jeziorem, ale widoki na Górę Stefana (Suphag Dag) są godne poświęcenia.

Suphag Dag

W Van decydujemy się na kolejny posiłek w BKE czyli Domu Kebabu z Bursy. Tym razem jest jeszcze smacznie (nie zamawiamy kofte) i sympatyczniej, chociaż bardzo dogłębnie uświadamiamy sobie dystans dzielący ten przybytek od wioseczek ogrodzonych zapasami suszonego krowiego łajna. Takie są lekcje i uroki wojażowania.

Ostatni punkt programu to wizyta na stacji benzynowej, uzupełnienie paliwa przed skokiem w nadprzestrzeń czyli transferem na zachód kolejnego dnia oraz zmycie warstwy pyłu z Myszkowozu - które zajmuje dobry kwadrans.

Oto Yikama

Wracamy na kemping, na którym impreza trwa w najlepsze. Odczekujemy do wieczora, przygotowując się do odjazdu wcześnie rano. Była to nasza druga wizyta w okolicach Van, ale tym razem czujemy, że w końcu poznaliśmy ten region zdecydowanie lepiej niż poprzednio.

Piątek, 07.07.2017 r.

Wstajemy o godzinie 6:00, wyśmienicie wyspani i wypoczęci. Zwinięcie obozu zajmuje nam 1 godzinę i 15 minut. W tym miejscu należy podkreślić, że ogromną zaletą kempingu Dogan jest jego położenie, przyjemnie chroniące od porannego słońca.

Po zjedzeniu śniadania wyruszamy w kierunku Diyarbakir. Planujemy nocleg w położonej w pobliżu tego miasta miejscowości Ergani.

Pierwszych kilkadziesiąt kilometrów upływa na żmudnym pokonywaniu drogi. Dla dostarczenia nam rozrywki nasz samochód postanawia uraczyć nas komunikatem "Engine failure: repair needed!" mniej więcej w połowie drogi między Van i Tatvan. Na szczęście po sprawdzeniu, że silnik się nie pali i krótkim postoju na poboczu, komunikat się więcej nie pojawia.

Dla urozmaicenia sobie jazdy zmieniamy się dosyć często za kierownicą.

Około godziny 11 przekraczamy granicę prowincji Siirt. Jak na zawołanie na drodze pojawia się kilka wozów opancerzonych Jandarmy i policji. Na szczęście jadą one w przeciwnym kierunku.

Tuż przy granicy prowincji trafiamy również na częściowo zniszczony most o nieznanej nam nazwie.

Most na granicy prowincji Siirt

Kolejny most, tym razem dość znany, zwiedzamy na granicy prowincji Batman i Diyarbakir. Budowla jest kompleksowo oderestaurowana. Niestety, podobnie jak w wielu innych miejscach, i tutaj wokół polecanego jako atrakcja turystyczna miejsca, znajduje się pełno śmieci.

Most Malabadi

Około godziny 13 przejeżdżamy przez miejscowość Silvan. Daje nam to szansę na znalezienie miejsca na posiłek. I rzeczywiście udaje nam się bardzo dobrze trafić do usytuowanej tuż przy drodzie restauracji Pacacim.

Sac Tava, Silvan

Po posiłku wyruszamy w ostatni etap dzisiejszego transferu.

Bez problemu omijamy obwodnicą Diyarbakir. Jest to dla nas miłym zaskoczeniem, gdyż ostatnio utknęliśmy w tej okolicy w korkach.

Wreszcie docieramy do Ergani i od razu kierujemy się za wskazaniem brązowej tablicy prowadzącej do Hilar Caves oraz Cayonu.

Miejsce to mieliśmy okazję odwiedzić 4 lata temu. Jednakże wówczas przegoniła nas stąd bardzo brzydka pogoda.

Tym razem aura nam sprzyja. Urządzamy trekking połączony ze wspinaczką po skałkach między nekropolią a wzgórzem Cayonu.

Skałki przy Cayonu

Już wsiadając do samochodu zostajemy zaczepieni przez lokalnych dziennikarzy. Tłumaczą nam oni, że wkrótce zostanie otwarta trasa historyczna na tym terenie. Wygląda na to, że lokalne władze wciąż liczą na spopularyzowanie tego miejsca.

Ostatnim punktem dnia jest znalezienie noclegu. Na szczęście dosyć łatwo trafiamy do hotelu usytuowanego na drodze wylotowej w kierunku Elazig. Na nieszczęście do hotelu przyjeżdzają w tym samym czasie goście weselni. Do godziny 22 trwa na naszymi głowami huczna zabawa, polegająca głównie na waleniu w bęben.

Sobota, 08.08.2017 r.

Poranek rozpoczynamy wyśmienicie wyspani już około godziny 5 rano. Po trzech dniach przymusowego odwyku wracamy do rzeczywistości wirutalnej. Jak zwykle jest to doświadczenie traumatyczne, a jednocześnie pouczające. Poprzednie popołudnie spędziłam odpowiadając na sms-y znajomych z całego świata, których zaniepokoiło moje nagłe zniknięcie z sieci w okolicach Van. Padały podejrzenia, że zostałam wtrącona do tureckiego więzienia, przepadłam bez wieści, porwali mnie partyzanci. Na szczęście grono czytelników na TwS po prostu uznało, że miałam focha (ptz).

Z Ergani wyuszamy dobrz znaną trasą przez Maden do Malatyi, wspominając przejazd pociągiem z tych okolic aż do Stambułu. Mamy krótki przystanek fotograficzny nad jeziorem Hazar, a potem podjeżdżamy do miejscowości Harput, leżącej nad nowoczesnym i posprzątanym Elazig. W Harput spędzamy czas intensywnie, odwiedzając zrujnowane łaźnie, odbudowyany zamek, malowniczo usytuowane mauzoleum, i prawie zupełnie zniszczony kościół.

Harput Kalesi

Ruszamy do jaskini Buzluk, pod drodze skacząc po świetnie położonych skałkach. Sama jaskinia może i była niegdyś atrakcją turystyczną, zanim się ordynarnie nie zawaliła...

Dalsza droga stanowi wyzwanie dla kierowcy, a nawet dwójki kierowców. Mi trafia się korek na trasie, spowodowany taką błachostką, jaką jest zderzenie czołowe dwóch samochodów, skutkujące ich całkowityn spaleniem. Obecność ambulansu na miejscu wypadku odczytałam cakowicie symbolicznie. W korku cudem unikamu przeszorowania przez ciężarówkę, która zamiast nas oiera sobie samochód nas poprzedzający jako cel godny zmiecenia z szosy.

Dalej jest tylko łatwiej - a pojazdy jeżdzące pod prąd stanowią może jedynie 10% całego ruchu samochodowego do Malatyi. Zaglądamy do Battalgazi na pysznego kebaba i jedziemy zwiedzić Aslantepe.

Replika domu w Aslantepe

Spędzamy sporo czasu na poszukiwaniu noclegu w Malatyi (ale go znadjdujemy) oraz parku miejskiego (niestety będącego już przeszłością). Malatya w sobotnie popołdnie kipi tłumem ludzi spieszących na zakupy. I tak uważam, że jest przepiękna i czysta. Jutro mamy w planach relaks na bazarze i w muzeum.

Niedziela, 09.07.2017 r., imieniny Anatolii

Dzisiejszy dzień spędzamy w Malatyi.

Rano udajemy się na wycieczke po mieście. Najpiewr odwiedzamy Muzeum Archeologiczne, w którym znajdują się znaleziska z Aslantepe.

Miecze ze zbiorów Muzeum Archeologicznego w Malatyi

Przy okazji odkrywamy na nowo, że Malatya jest bardzo zadbanym i zielonym miastem.

Malatya, park przy ulicy Ataturka

Po zwiedzeniu muzeum i posiedzeniu na ławeczce przy pobliskiej fontannie udajemy się na bazar. Ruch tu dzisiaj nieco mniejszy, ale i tak udaje nam się kupić trochę czereśni. Dodatkowo sprzedawca dosypuje do torby kilka garści moreli.

Malatya, morele na targowisku

Zaopatrzeni wracamy do hotelu. Tutaj dość niespodziewanie, po zjedzeniu owoców, najmłodszy uczestnik wyprawy ucina sobie drzemkę.

Po przerwie udajemy się do lokanty. Dzisiaj za główny posiłek wystarcza nam zupa.

Jako ostatni punkt dnia zostaje nam wizyta w centrum handlowym Malatya Park. Samo jego istnienie jest dla nas niespodzianką, biorąc pod uwagę, że całe centrum miasta jest jednym wielkim centrum handlowym. Może odpowiedzią jest lodowisko działające na jego terenie.

Po powrocie z centrum handlowego kupujemy w pobliskim sklepie zapas moreli do domu i na dalszą drogę.

Morelowe zakupy (mysz nie jest częścią zestawu)

Dzisiaj nadajemy z Kapadocji, z kempingu Ada w Avanos. Nadrabiamy zaległości internetowe z ostatnich dni.

Poniedziałek, 10.07.2017 r.

Rano wyruszamy z Malatyi w kierunku Nemrutu. Po drodze planujemy pomyszkować po okolicy. Ale głównym wydarzeniem dnia ma być spotkanie z Carole Radatto, autorką portalu Following Hadrian (FollowingHadrian na FaceBooku), z którą planujemy zrobić sobie zdjęcie na szczycie góry.

Pierwszy odcinek drogi z Malatyi przebiega spokojnie. Na drodzie jest bardzo mały ruch. Zresztą zastanawiamy się czy wielu turystów odwiedza obecnie Nemrut - w Malatyi nie widzieliśmy żadnych informacji na temat możliwości udziału w takiej wycieczce.

Spokojna jazda kończy się gdy docieramy do rozwidlenia dróg - w jedną stronę Nemrut, w drugą Kahta. Skręcamy i kierunku Kahty i natychmiast dobra nawierzchnia kończy się i następne 10 km jedziemy po drodze, która aż błaga o asfalt.

Tym większe jest nasze zaskoczenie, gdy zaraz po zakończniu wyboistego odcinka naszym oczom ukazują się majestatyczne ruiny zamku - Yeni Kale we wsi Eski Kahta. Parkujemy szybko auto, ignorujemy zaproszenie na kurdyjską kawę i wyciągamy sprzęt fotograficzny. Widzimy, że pod bramę podchodzi grupa kilku turystów. Okazuje się, że są to Turcy, a wraz z nimi jest pan odpowiedzialny za opiekę nad zabytkiem. Otwiera on bramę i przeprowadza naszą grupę po zamku, opowiadając - niestety tylko po turecku - o jego historii i konstrukcji. Coś tam nawet rozumiemy. Wstęp na teren zamku jest darmowy, ale nasz przewodnik dostaje napiwek za swój wysiłek.

Eski Kahta, Yeni Kale

Ruszamy dalej i po około 1 km docieramy do skrzyżowania dróg z dużą ilością drogowskazów - prowadzą one do Arsamei oraz na Nemrut w jedną stronę, i do Karakus Tumulusu oraz Cendere Bridge w drugą stronę.

Wybieramy kierunek na Arsameię.

Po przejechaniu kolejnego kilometra napotykamy opuszczone wejście do Parku Narodowego Góry Nemrut. Wygląda na to, że pobierano tu kiedyś (lub planowano pobierać) opłaty za wjazd na teren parku. Obecnie budka strażnika jest opuszczone, a szlaban gdzieś zniknął.

Po świeżo wybrukowanej drodze docieramy do wejścia na teren ruin Arsamei. Tym razem teren jest równiez pilnowany - strażnik podąża za nami nieśpiesznie, chyba w celu powstrzymania nas przez wandalizowaniem zabytków.

Na wejściu do Arsamei można przeczytać, że była ona letnią stolicą królestwa Komegeny i została założona przez Arsamesa, jednego z przodków Antiocha I. Na terenie Arsamei można znaleźć największy na terenie Anatolii relief z napisem w języku greckim.

Arsameia, insktrypcja i jaskinia

Znajdują się tu również reliefy z królem Mitrydatesem oraz wydrążone w skale jaskinie do przechowywania żywności.

Na szczycie znajdują się ruiny pałacu. Roztacza się tu również wspaniały widok na okolicę, w tym na Yeni Kale.

Arsameia, widok na yeni kale

Po zejściu ze wzgórza, korzystając z okazji, że przy wejściu do Arsamei znajdują się stoły, urządzamy sobie piknik.

Kolejny przystanek to Cendere Bridge. Tutaj jest zaskakująco tłocznie, ale nie chodzi o sam zabytek, a o możliwość ochłodzenia się w rzece. Niestety, okolice mostu są z tego powodu okropnie zaśmiecone.

Most nad Cendere

Przy moście nie zabawiamy długo i ruszamy w kierunku Karakus Tumulusu, położonego na drodze z Nemrut Dag do Kahty. Właściwie na jednej z dróg, bo do Kahty można też dojechać inną drogą. Po drodze robimy foto-stop, żeby uwiecznić widok na Górę Nemrut.

Widok na Nemrut

Karakus Tumulusu powstał dla upamiętnienia rodziny rządzącej królestwem Komegeny w I w. p.n.e.

Jedna z kolumn w Karakus

Wstęp na teren tumulusu jest darmowy. Jednak w pobliżu znajduje się restauracja. Wygladą na to, że jej właściciel pełni rolę opiekuna obiektu. Korzystamy z dostepności schłodzonych napojów i uzupełniamy płyny.

Pozostaje nam terez wracać na Górę Nemrut.

Jedziemy z kierunku Kahty. Przejeżdzamy przez wjazd do Nemrut Dagi Mili Parki i obok ruin Arsamei. Dalej trafiamy na bardzo dobrą, nową drogę. Wygląda na to, że cały teren parku był przygotowywany na przyjęcie dużych grup turystów.

Nasze przekonanie podtrzymuje centrum obsługi gości przy wejściu na Nemrut. Budynek wygląda na bardzo nowy i wykonany z rozmachem. Niestety, w środku jest on kompletnie pusty.

Nemrut, centrum obsługi gości

Okazuje się, że wejście na szczyt jest możliwe dopiero po krótkiej (5 min) przejażdżce busikiem (3 TL dorosły, 1,5 TL dzieci). Kierowca zachęca nas do wsiadania, bo następny busik ma być za pół godziny. W busiku jadą z nami jeszcze 4 osoby. Na końcu trasy znajduje się porzucona budka poboru opłat.

Żeby dostać się na szczyt konieczne jest jeszcze podejście (10-15 min). Do wyboru są dwie trasy - na taras wschodni oraz na taras zachodni.

Podejście na Nemrut

Po krótkiej wspinaczce, około godziny 16, docieramy na taras zachodni.

Na szczycie nie ma zbyt wielu gości, możemy więc swobodnie zachwycać się widokami i robić zdjęcia.

Nemrut, Antioch i Tyche

Góra Nemrut znana jest z widowiskowych zachodów słońca. Podczas naszej wizyty tutaj w 2005 roku wiele osób przyjeżdżało tu specjalnie tuż przed zachodem, więc podejrzewamy, że i tym razem tak będzie.

Cały czas jesteśmy w kontakcie sms-owym z naszą znajomą. Okazuje się, że będzie ona na Nemrucie około godziny 18. Po drodze planuje zwiedzenie Karakus Tumulusu i mostu nad Cendere.

Mamy w takim razie dwie godziny na podziwianie widoków i robienie zdjęć. W zasadzie w tym czasie mamy cały szczyt dla siebie - towarzyszy nam tylko strażnik, czasem przewija się jakiś gość.

Niepokoi nas tylko brak zaklepanego noclegu oraz niski stan wody pitnej w plecaku.

Rzeczywiście ok. godziny 18 zaczynają pojawiać się większe grupy zwiedzających. Są to głównie Turcy, odwiedzający Nemrut często w towarzystwie bardzo małych dzieci. Ze wschodniego tarasu widać, że busik dowożący gości kursuje coraz częściej.

Około 18:30 nasz znajoma daje znać, że jest już w busiku. W tym samym momencie widzimy już ją jak podchodzi ze swoim towarzyszem pod szczyt Nemrut - wygląda na to, że SMS-y w tej okolicy dosyć długo dochodzą.

Witamy się serdecznie i udajemy na zachodni taras. Słońce jest coraz niżej i światło z tej strony kopca jest najlepsze. Niestety nie ma już mowy o swobodnym zrobieniu zdjęcia - na tarasie zgromadziło się już sporo osób czekających na zachód słońca.

Na pamiątkę spotkania pozostaje zdjęcie Carole i Izy na szczycie Nemrut Dag.

Spotkanie na szczycie

Nasi znajomi pozostają na górze czekając na zachód słońca. My natomiast dowiadujemy się gdzie znaleźli zakwaterowanie i udajemy się do tego samogo hotelu. Carole twierdzi, że jest on niemal zupełnie pusty.

Po zjechaniu busikiem i ok. 20 min jazdy samochodem dojeżdżamy do hotelu Nemrut Euphrat, położonego na wjeździe do miejscowości Karadut.

Hotel wygląda na dosyć nowy, ale sprawia wrażenia zamieszkałego przez duchy. W recepcji włączony jest telewizor, więc niewątpliwie gdzieś w pobliżu jest obsługa. Użycie klaksonu nie pomaga, ale na szczęście udaje nam się znaleźć obslugę w restauracji. Właściciel jest bardzo ucieszony pytaniem o wolne pokoje.

Dostajemy dwa dwuosobowe pokoje (210 TL). Budynek hotelu wygląda na niemal nieużywany - farby na ścianach są białe, pościel czyściutka, brak śladów zużycia armatury w łazience. Okazuje się jednak, że ktoś już w naszych pokojach mieszka. Między stolikami nocnymi i łóżkami rozpięte są bowiem dość pokaźne pajęczyny. Wygląda na to, że od dawna do tych pokoi nikt nie zaglądał.

Już po zmroku nasi znajomi wracają ze szczytu Nemrut. Spotykamy się na kolacji. W restauracji, oprócz naszego, zajęty jest jeszcze jeden stolik przy którym siedzą dwie osoby. Zresztą na parkingu hotelowym widzieliśmy tylko trzy samochody.

Pozostaje dla nas zagadką, w jaki sposób nasz hotel jeszcze nie zbankrutował. Wygląda jednak na to, że był on kiedyś dośc popularnym miejscem. Zresztą nie dziwi to biorąc pod uwagę jego położenie. Na drzwiach wejściowych do restauracji widać sporo naklejek reklamujących wyprawy motocyklowe i samochodowe po Turcji. Daty wskazują, iż ostatnia z nich pochodzi z 2014 roku.

Po kolacji układamy dzieciaki do snu i spotykamy się z FH na degustację win tureckich. Na szczęście mamy dwie butelki do przetestowania. Nasi francuzcy znajomi chętnie degustują tureckie produkty. Niestety zmęczenie daje znać o sobie - Carole przejechała dzisiaj 500 km z Iskenderun- i wymiękamy ok 23.

Jutro planujemy ruszyć do Kapadocji, zatrzymując się na lody w Kahramanmaras.

Wtorek, 11.07.2017.

Poranek zaczynamy wczesną pobudką i energicznymi przygotowaniami do wyjazdu w nieznanym kierunku. Poprzedniego wieczoru byliśmy przekonani, że pojedziemy w kierunku Kahramanmaras na tamtejsze lody. Rano nie jesteśmy tego już tacy pewni i pada sugestia jechania jak najkrótszą trasą do Kapadocji. Rozważania nad dostępnymi alternatywami prowadzimy w oczekiwaniu na podanie śniadania, które nieco się opóźnia. Jestem tym poirytowana, bo chciałabym już wyruszyć w drogę, ale jednak warto było poczekać. Panowie z obsługi hotelowej stanęli na wysokości zadania i zapełnili nasze żołądki pysznym i pożywnym jogurtem z owocami, jajecznicą i świeżym pieczywem. Zaskoczył nas wybór napoi, gdyż zazwyczaj do dyspozycji gości hotelowych jest do wyboru herbata albo herbata, a tutaj - oferują również kawę, soki owocowe i wodę.

Przy śniadaniu gawędzimy z ekipą Following Hadrian, wymieniamy koordynaty interesujących miejsc i ubolewamy nad notorycznym brakiem czasu i możliwości, by zobaczyć wszystko to, co jest w okolicy interesujące. Aby przekonać się, ile przegapiliśmy w okolicach góry Nemrut, dokonujemy zakupu przewodnika po prowincji Adiyaman. Czas na pożeganie z FH, podczas którego wyrażamy przekonanie, że spotkamy się po raz kolejny gdzieś na szlaku. Skoro udało nam się to dwukrotnie w przeciągu ostatniego roku, to ciąg dalszy wydaje się nieunikniony.

Dzień przejazdu rozpoczynam od przejęcia kierownicy i zwiezienia nas ze zboczy Nemrutu w okolice Adiyamanu. Droga jest raz lepsza, a raz gorsza - z powodu intensywnych prac mających na celu jej poszerzenie. Na wjeździe do Adiyamanu widzimy tablicę z odległościami do miast przy trasie i z pewnym zaskoczeniem odnotowujemy, że od Gaziantepu dzieli nas zaledwie około 150 km. Przypominamy sobie, że Carole z ubolewaniem stwierdziła, że nie będzie mieć czasu na odwiedzenie tamtejszego muzeum z mozaikami z Zeugmy. Żartobliwie rzucam sugestię, że to tak niedaleko, a Mruk mruczy "Zapomnij"... Naturalnie oznacza to, że nasza trasa zostaje natychmiast przekalkulowana tak, aby odwiedzić Gaziantep. TwS

Zanim jednak tam dotrzemy, czeka na nas rzymska nekropolia Pirin na przedmieściach Adiyamanu. Chociaż jest dopiero 9 rano, temperatura przekracza już 35 stopni. Stwierdzamy, że wypadniemy z auta na chwilę z aparatami, klikniemy kilka zdjęć i dalej w drogę w klimatyzowanym wnętrzu. Tymczasem, pomimo braku brązowych kierunkowskazów przy drodze dojazdowej, na miejscu czeka na nas ogromna (dosłownie) niespodzianka. Przestronny parking przed nowoczesnym centrum dla gości, ocieniona ścieżka, sklep muzealny, kawiarnia - oczywiście puste poza kilkoma osobami obsługi. Nikt nawet nie próbuje sprzedać nam biletów wstępu.

Co więcej, cała ta otoczka nie jest przesadą, gdyż Pirin jest najprawdopodobniej najbardziej rozległą nekropolią rzymską, jaką mieliśmy okazję odwiedzić. Nawet nekropolia w Hierapolis nie jest tak ogromna. Przez jej teren wytyczono trasę zwiedzania, wraz z ławeczkami i altankami zapewniającymi jakże potrzebny cień. Za ogrodzeniem wytyczającym obszar udostępniany zwiedzającym widzimy dalsze grobowce oraz stanowisko pracy archeologów. Oczywiście zamiast pobieżnych 5 minut spędzamy w Pirin całą godzinę, a i tak nie widzimy wszystkiego. Wygania nas coraz bardziej opresyjny upał.

Nekropolia Pirin

Bez zbędnym dyskusji ruszamy w kierunku Gaziantepu, tym razem z Mrukiem w roli kierowcy. Droga nadal nie jest idealna z powodu prac poszerzających, ale szybko pochłaniamy kolejne kilometry. Niedaleko Gaziantepu robimy szybki postój przy znanym nam już dolmenie. Odwiedziliśmy go już w 2013 roku, ale tym razem młodsza część ekipy, po lekturze przygód Gala Asterixa, jest zdecydowanie bardziej zainteresowana ekploracją tej megalitycznej struktury. W jej wnętrzu panuje miły chłód, pomimo temperatury osiągającej 40 stopni Celsjusza w cieniu.

Wjazd do Gaziantepu przebiega nad wyraz sprawnie. Do muzeum mozaik prowadzą nas brązowe kierunkowskazy. Jest ono dogodnie usytuowane przy obwodnicy miasta, więc nie ma potrzeby wjeżdzać do centrum. Samo muzeum robi od razu duże wrażenie - za wyjątkiem braku rozwiązania problemu parkingowego przy większej liczbie odwiedzających. Na (nie)szczęście odwiedzających nie jest zbyt wielu. Poza ekipą TwS zauważamy jedynie gości z Turcji.

Muzeum Mozaik z Zeugmy w Gaziantepie jednogłośnie oceniamy jako wyśmienite. Przestronne, dobrze zaprojektowane wnętrze kryje unikalne mozaiki oraz inne eksponaty z antycznej Zeugmy, obecnie skrywającej się pod wodami jeziora zaporowego. Odwiedzającyh główny budynek wita subtelny podkład muzyczny, delikatnie oświetlone wnętrza i olśniewające mozaiki. Jako rodzice młodych podróżników doceniamy kącik dla dzieci oraz liczne panele interaktywne, przy których można odkopać wirtualną mozaikę spod piasku, ułożyć mozaikowe puzle lub rozpoznać mozaikę po jej fragmencie. W pewnym momencie do młodszej połowy ekipy TwS dołącza ochrona muzeum, pod pretekstem wyjaśnienia im zasad układania puzzli. Pół godziny później nadal intensywnie to sobie wyjaśniają, a my mamy pełne karty zdjęć eksponatów.

Gaziantep, Muzeum Mozaik z Zeugmy

Z nieco burczącymi brzuchami stwierdzamy, że czas zakończyć wizytę w muzeum. Strażnik, pomimo dość elementarnej znajomości angielskiego, mocno sugeruje, żebyśmy wyszli wyjściem na pierwszym piętrze, zamiast, jak wszyscy odwiedzający, kierować się do głównego wyjścia. Wychodzimy niepozornymi drzwiami, prowadzącymi na kładkę pomiędzy dwoma budynkami, z której pozornie nie ma wyjścia. Na jej końcu widzimy solidne drzwi z napisem "pchać", na więc pchamy.

W tym momencie wygrywamy konkurs na najgłupszą minę podróżnika w sandałach. Zamiast do wyjścia zostaliśmy przekierowani do drugiej części muzeum. Nie ma tu nikogo oprócz nas i jednego znudzonego ochroniarza. Nie gra muzyka, nie ma paneli interaktywnych, klimatyzacja nie za bardzo wydala. Są natomiast ogromne i wspaniałe mozaiki, których większość odwiedzającyh muzeum przegapia. Na trzech kondygnacjach, które mamy na wyłączność, znajdują się wspaniałe i nieznane skarby, w tym - kompletna podłoga trójnawowego kościoła z IV wieku. Zapominamy o pustych brzuchach i fotografujemy wszystko jak szaleni. Gdy w końcu wychodzimy przed budynek, wita nas widok "naszego" strażnika, ktry czeka na ławeczce, aż opuścimy tajemny skarbiec muzeum. Dlaczego dostąpiliśmy tego zaszczytu? Pojęcia nie mamy, ale nasza Tola z entuzjazmem relacjonuje długą rozmowę z tym panem, podczas gdy my szaleliśmy z aparatami...

Gaziantep, Muzeum Mozaik z Zeugmy

Wyjazd z Gaziantepu urozmaicają nam roboty drogowe oraz widok odważnego kierowcy skracającego sobie drogę jadąc pod prąd po estakadzie. Za Gaziantepem zatrzymujemy się na bardzo wyczekiwany obiad w lokalu przy autostradzie. Ponieważ nasze żołądki są ciągle nieco wrażliwe po kebabcie z Battalgazi, zamawiany zupę yayla oraz mercimek plus ayran na popicie. Czeka nas teraz szybki transfer do Tarsus, gdzie planujemy nocleg w znanym nam z 2013 roku hotelu Konak Efsus.

Siadam za kierownicą i natychmiast spływam potem. Jedziemy wprost na zachodzące słońce, po wijących się wiaduktach i długich tunelach. Wiatr szarpie autem, a ja staram się manewrować pomiędzy ciężarówkami. Pada wiele gorzkich słów pod adresem kierowców samochodów przewożących autostradą słomę i siano oraz złom. Przy Adanie sytuacja się uspokaja, tylko Mruk jako pasażer kilka razy pojękuje bez istotnego powodu. Wkrótce docieramy na przedmieścia Tarsus, gdzie tankujemy Myszkowóz i zamieniamy się za sterami.

W Tarsus, jak zwykle nieco się gubimy w plątaninie wąskich uliczek. Po zaparkowaniu na jakimś gruzowisku, na piechotę wędrujemy do hotelu... i stajemy jak wryci. Cztery lata temu działał tu prężny hotel butikowy w odrestaurowanym domostwie. Teraz budynek zamknięty jest na głucho i gęsto porasta go bluszcz. Po raz kolejny uświadamiamy sobie, jak mocno kryzys polityczny uderzył w lokalny przemysł turystyczny, Po raz pierwszy natomiast uświadamiamy sobie, jak mocno uderzył on w osoby takie, jak my - niezależni podróżnicy. Super fajna miejscówka upadła, a my - zostaliśmy na lodzie. Owszem, jest alternatywa - lokalny Dom Nauczyciela, do którego z podkulonymi ogonami się kierujemy, zastanawiając się nad dostępnymi noclegami, jeżeli okaże się on pełny. Perspektywy są mizerne...

Tarsus, zamknięty hotel

Na nasze szczęscie w Domu Nauczyciela są wolne pokoje. Bez wielkich ceregieli decydujemy się na spędzenie dwóch nocy w 2-pokojowym klimatyzowanym apartamencie. Potrzebujemy chwili wytchnienia, żeby doprowadzić się do porządku. Otwarta pozostaje także kwestia działania naszego systemu HGS na autostradzie. W okolicach Adany, gdzie przejeżdzaliśmy przez bramki, ponury komunikat głosił, że kara za nielegalne korzystanie z autostrady będzie wynosić 130 TL. Chyba trzeba będzie to wyjaśnić kolejnego dnia.

Dzień kończymy w centrum handlowym TarSu, w którym czas spędzają nieliczny żyjący mieszkańcy miasta. Pozostali dawno już uciekli gdzieś nad morze. Miasto wydaje się praktycznie wymarłe, pogrążone w 40-stopniowym upale i wilgotności powietrza, która wywołuje u naszej córki komentarz, że wydaje jej się że pływa, a nie idzie.

Środa, 12.07.2017 r.

Dzisiejszy dzień poświęcamy na wyrównanie porachunków z Tarsem. Chodzi głównie o Donuktasz, świątynię która umknęła naszej uwadze w trakcie ostatniego pobytu.

Zaczynamy jednak od wizyty na poczcie, żeby wyjaśnić czy nasz samochód jest poprawnie zarejstrowany w systemie HGS. Trzeba przyznać, iż wizyty na poczcie nie kojarzą nam się z niczym przyjemnym. Co prawda w Edirne udało nam się załatwić doładowanie konta HGS w pięć minut, ale uznajemy to raczej za wyjątek.

Jakież jest zatem nasze zaskocznie, gdy bez zbędnego czekania w kolejcie dowiadujemy się, że z naszym HGS-em jest wszystko w porządku. Zaczynamy podejrzewać, że PTT to nie takie złe miejsce.

Po wizycie na poczcie zawracamy w kierunku świątyni Donuktasz. Brązowa tablica kierująca do niej znajduje się na skrzyżowaniu tuż przy Domu Nauczyciela.

Posiłkując się nawigacją docieramy do celu po ok. 10 minutach.

Donuktasz to dosyć tajemnicza struktura, częściowo wtopiona w zabudowę ubogiej dzielnicy Tarsu. Wygląda na to, że w pewnym okresie była ona poświęcona kultowi cesarz Komodusa. Ale tablica informacyjna składa się głównie z gdybania i niewiele wyjaśnia.

Tarsus, Świątynia Donuktasz

Po obfotografowaniu Donuktasza wracamy do hotelu. Pierwotny plan zakładał pieszą wycieczke do muzeum. Panujący upał koryguje te plany - postanawiamy odwiedzić kilka miejsc w Tarsie korzystając z samochodu.

Pierwszym obiektem jest Most Justyniana. Trzeba tu przyznać, że nie wiedzieliśmy o nim do wczoraj. Iza widziała go w notatkach Carole. Mijaliśmy go również wjeżdżając dzień wcześniej do miasta.

Most położony jest się tuż przy drodze wjazdowej. Obok niego znajduje się park.

Tarsus, Most Justyniana

Po moście kolej na muzeum. Ruch w Tarsie jest wyjątkowo spokojny, więc szybko docieramy do celu przejeżdzając obok Bramy Kleopatry. Okazuje się, iż to imię przemawia do młodszej części ekipy, zaznajomionej z przygodami Asteriksa.

Parkujemy ignorując zakaz i zdewastowane paliki.

Muzeum to odwiedziliśmy w 2013 roku. Wygląda na to, że albo zapomnieliśmy jak jest słabe, albo coś się tu bardzo pogorszyło. Wstęp jest co prawda darmowy, ale wygląda na to, że głównym celem dyrekcji jest pozbycie się odwiedzających. Wszystkie klimatyzatory w muzeum są ustawione na 40°C, co powoduje, iż w środku panuje nieprzyjemny zaduch. Nadrabiamy zaległości fotograficzne i czym prędziej opuszczamy przybytek.

Tarsus, Zbiory Muzeum

Ostatni przystanek to Studnia św. Pawła. Jest to jeden z najbardziej znanych zabytków Tarsu. Zgodnie z informacjami na tablicy przy wejściu jest on również bardzo ważny dla tożsamości miasta.

Tarsus, Studnia św. Pawła

Trzeba przyznać, że miejsce to jest zadbane i udostępnione w bardzo przyjemny sposób.

Zmęczeni upałem wracamy do hotelu na szybkie przegrupowanie.

Iza napomyka coś o planach samodzielnego myszkowania po Tarsie. Jej zapał jest skutecznie chłodzony przez sprawnie działającą w pokoju klimatyzację, która pozwala zapomnieć o panujących na zewnątrz upale i zaduchu.

Zatem zamiast zwiedzać wybieramy się na posiłek i zakupy do pobliskiego centrum handlowego TarSu.

Wybieramy restaurację BayDoner, serwującą głównie dania z... donera. Wygląda na to, iż eksperymentują oni nawet z takim klasykami jak iskender, np. dodając do niego bakłażana. Niestety obsługa nie kwapi się z podaniem nam menu i twierdzi, iż można zamówić tylko standardowego iskender kebaba. Na szczęście mają dobrą zupę.

Po posiłku idziemy na zakupy spożywcze, głównie z myślą o imprezie związanej z 10-leciem istnienia TurcjiWSandałach.

Obładowani soczewicą, winem, miodem i pistacjami wracamy do hotelu.

Dalsza część dnia upływa nam na przygotowaniu się do dalszego przejazdu. Udaje nam się również nadrobić trzydniowe zaległości w spisywaniu relacji z wyprawy TwS 2017. Niestety sieć bezprzewodowa w Domu Nauczyciela nie działa i z publikacją na portalu musimy poczekać.

Dzisiaj porcja relacji pisana w Pamukkale

Czwartek, 13.07.2017 r.

Po szybkim śniadaniu wyruszamy przez Wrota Cylicyjskie w kierunku Kapodocji. Postanawiamy tym razem nie jechać autostradą tylko starą drogą D750 Adana-Aksaray Yolu, i polować na brązowe tablice.

Pierwszy zjazd wykonujemy kilka kilometrów za Tarsem - kusi nas napis Roman Yolu. Niestety poszykiwania pozostałości rzymskiej drogi kończą się niepowodzeniem.

Jedziemy zatem dalej, ale szybko napada na nas stado brązowych (i nie tylko) tablic.

Tablice na trasie z Tarsu

Tym razem odbicie z trasy jest owocniejsze. Udaje nam się znaleźć Varda Koprusu, czyli wiadukt kolejowy znany z filmu Skyfall.

Varda Koprusu

W okolicach wiaduktu znajdują się dwa punkty widokowe. Z daleka wyglądaja one bardzo zachęcająco, ale po podjechaniu do nich okazuje się, że prace budowalne zostały tu zarzucone. Wygląda na to, że robotnicy opuścili plac budowy, porzucając niemal wykończone budynki, w których miała się mieścić restauracja.

Niedokończona restaruracja przy wiadukcie Varda

Zadowoleni wracamy na trasę. Robimy postój na posiłek w miejscowości Tekir. Stajemy w restauracji specjalizującej się w grilowaniu mięsa. Chwilę po przyjęciu przez kelnera naszego zamówienia, owiewa nas dym z paleniska.

Et mangal w Tekir

Jedziemy jeszcze trochę starą drogą, ale w miejscowości Pozantı postanawiamy zjechać na autostradę. Doprowadza nas ona jakieś 10 km od Niğde. Dalej, nieco inorując brązowe tablice, kierujemy się na Nevşehir.

Około godziny 14 docieramy na Ada Camping w Avanos. Nasz cel został osiągnięty - udało nam się znaleźć kemping z aquaparkiem. Młodsza część ekipy jest zachwycona.

Avanao, Ada Camping Aquapark

Teren kempingu jest dosyć pusty, więc można do woli wybierać miejsce. Sprawnie rozbijamy namiot i ruszamy popływać. Niestety woda w basenie jest dosyć zimna.

Na terenie kempingu jest dostępna sieć bezprzewodowa. Udaje nam się zatem nadrobić zaległości i opublikować na TurcjiWSandałach relację z kilku dni, którą spisaliśmy w Tarsie.

Piątek, 14.07.2017 r.

Dzień rozpoczynamy wcześnie, jak to mamy w zwyczaju. W przypadku niektórych członków ekipy może nawet nieco wcześniej - Mruk od 4 rano cierpi na problemy żołądkowe. Gdy słońce już wstało wyruszamy zdobyć składniki na śniadanie, a początkowo mamy nawet ambitne plany zjedzenia tego posiku podczas trekkingu po kapadockich dolinach. Okazuje się jednak, że wyprawa do sklepu wyczeruje nasze możliwości.

Po prostym śniadaniu - sery, simity i jogurty - dla niektórych nadchodzi czas drzemki rekompensującej zarwaną noc. Pozostali podróżnicy zabawiają się w wojnę znalezionymi patykami i czytają książki. Zapowiada się spokojny i leniwy dzień, pierwszy od tak dawna. Tuż przed południem zabieram dzieciaki na basen, na którym spędzamy godzinkę. Potem czas naimprowizowany lunch - z powodu perypetii gastrologicznych decydujemy się na gotowany makaron i zupę pomidorową z kartonu, zakupioną w pobliskim centrum handlowym. Jak się okazuje, ta pyszna zupa przybyła do Turcji aż z odległej Polski.

Po posiłku czas na drugą rundę kąpieli basenowych. Woda w basenie jest chłodna, więc dzieciaki często wychodzą, żeby się ogrzać. Ja śmiało opalam nogi, od dwóch tygodni ukrywane pod długimi nogawkami. Mruk nadrabia kilka zaległości zawodowych i dołącza do nas na czas zakupu lodów. Wszystko wydaje się zmierzać w dobrym kierunku.

Po południu basen zostaje zamknięty wyjątkowo wcześnie, bo już przed godziną 17. Okazuje się, że wieczorem będzie on miejscem imprezy weselnej. Po hucznych wspomnieniach z Ergani, z pewnym niepokojem oczekujemy na jej przebieg. Tymczasem całość kończy się już przed godziną 23. Zasypiam jeszcze przed jej zakończeniem, ale budzę się przed północą z bardzo dziwnym uczuciem. Okazuje się, że i mnie dopadła "zemsta sułtana". Zlana zimnym potem i mdlejąca ledwo docieram do toalety, eskortowana przez Mruka. To była długa noc...

Sobota, 15.07.2017 r.

Niezrażeni nieprzyjemnymi przygodami postanawiamy trochę ruszyć się z kempingu. Głównie interesuje nas podziemne miasto, odkryte w Nevşehir jesienią 2014, tuż po naszej poprzedniej wizycie w Kapadocji.

Udajemy się zatem do Nevşehir. Najpierw znajdujemy muzeum archeologiczne. Niestety, podobnie jak kilka innych placówek muzealnych w Kapadocji, i to muzeum robi na nas nie najlepsze wrażenie. Efekt jest tak silny, że powoduje u niektórych ból brzucha.

Broń hetycka w muzeum w Nevşehir

Z muzeum jedziemy na górujące nad miastem wzgórze z twierdzą. Niestety na miejscu niewiele da się zobaczyć. Wyraźnie widać, że wiele budynków zostało zburzonych. Gdzieniegdzie majaczą elementy sugerujące instnienie pod gruzami starszych struktur. Natomiast teren nie jest absolutnie gotowy do udostępnienia zwiedzającym.

Teren twierdzy i podziemnego miasta w Nevşehir

Przed powrotem na kemping planujemy odwiedzić jeszcze jedno muzeum - Muzeum Ceramiki w Avanos (Güray Müze, GurayMuze.com). Znajduje się ono kilkaset metrów od naszego kempingu i w całym Avanos można znaleźć drogowskazy kierujące do niego.

Güray Müze jest perełką wśród muzeów w Kapadocji. Jest to muzeum prywatne i wstęp kosztuje 10 TL. Muzeum urządzone jest w podziemnych korytarzach. Trzeba przyznać, iż sama lokalizacja robi duże wrażenie.

Avanos, Güray Müze

Ekspozycja podzielona jest na trzy części. Pierwsza z nich to zbiory przedstawiające ceramikę od czasów wczesnej epoki brązu do czasów Imperium Osmańskiego.

Avanos, Güray Müze, zbiory historyczne

W drugiej części prezentowane są dzieła współczesnych wielkich mistrzów ceramiki. Można tu również znaleźć ceramikę wykonaną w warsztacie prowadzonym przez właścicieli muzeum.

Avanos, Güray Müze, ceramika wykonana w warsztacie

W trzeciej części prezentowana jest wystawa malarstwa współczesnego. Jest też miejsce do wypicia herbaty i dyskutowania o najnowszych trendach w ceramice.

Przy Güray Müze działa również warsztat i w sklepie muzealnym można nabyć ceramikę tu wyprodukowaną. Można również zobaczyć przy pracy artystów zdobiących ceramkię.

Po wizycie w muzeum wracamy na kemping. Cześć ekipy ma do odespania nocne przygody, a cześć idzie na basen.

Przy okazji warto tu ostrzec przed kąpielami słonecznymi w Kapadocji. Dość dużym dla nas zaskoczeniem były opalone na czerwono wybrane części ciała. I to po zaledwie godzinnej wizycie na basenie. Okazało się, że kapadockie słońce działa szybko i bezlitośnie. Dlatego też przy kolejnych wizytach na basenie stosowaliśmy środki zaradcze w postaci kremów do opalania.

Dalsza część dnia upływa spokojnie. Wygląda na to, że kolejną noc prześpimy spokojnie.

NIestety nasz spokojny sen przerywa nawoływanie muzeina rozlegające się około północy. Wygląda na to, że mają one coś wspólnego z rocznicą nieudanego zamachu stanu. Rzeczywiście w centrach Nevşehir i Avanos można było dostrzec patrijotyczne dekoracje. Nie spodziewaliśmy się jednak, że rocznica 15 lipca będzie świętowana tak głośno.

Ile km macie już najechane od wyjazdu z Polski? Czym jedziecie (na zdjęciu z myjni widać Citroena C4 Picasso?) i jaka tam jednostka napędowa jest zamontowana?

Pozdrawiam serdecznie!

Jedziemy faktycznie C4 Picasso 1.6 HDi, a obecnie przekroczyliśmy już 7 tysięcy kilometrów. Jeszcze parę tysięcy pewnie dojdzie do kompletu.

Niedziela, 16.07.2017 r.

Nadszedł dzień wielkiego skoku na zachód Turcji. Wstajemy o 6 rano i całkiem żwawo zabieramy się za zwijanie obozowiska. Przed godziną 8 jesteśmy już po śniadaniu, a namiot i wszelkie manatki zostały władowane do Myszkowozu. Właściciel kempingu czatuje na nas przy bramiej wjazdowej, zapewne doświadczony srogą nauczką, kiedy to jego tureccy klienci zwinęli się bez uiszczania płatności w środku nocy (co mieliśmy okazję podejrzeć). My grzecznie płacimy 120 TL za trzy noce.

Jedziemy w kierunku na Nevsehir, a następnie na Aksaray. Pierwszym istotnym odjazdem z trasy jest stanowisko archeologiczne Acem Hoyuk, o którego istnieniu dowiedzieliśmy się z mapy Marco Polo (no dobrze, nazwę znałam już wcześniej, ale nie wiedziałam, jaka jest dokładna lokalizacja kopca). Decyzja grupowa jest następująca: jeżeli będą brązowe kierunkowskazy, to zjeżdżamy z trasy w poszukiwaniu kopca, ale jeżeli nie - to dajemy sobie spokój. Oczywiście, brązowe tablice są, i to w dużych ilościach, więc - jedziemy!

Acem Hoyuk

Na drodze do celu staje nam lokalny bazar i zamknięte uliczki. Sprawnie identyfikujemy objazd i docieramy do kopca. Widać, że odsłonięto tu sporą część osady z epoki wczesnego brązu. Niestety tablice informacyje zdążyły już prawie całkowicie wyblaknąć. Wędrujemy dookoła wykopków i robimy zdjęcia. W pewnym momencie widzę głowę wychylającą się z baraku oznaczonego jako dom wykopalisk, ale nie towarzyszy jej reszta osoby, która rezygnuje z bliższego kontaktu z dziwnymi osobnikami w sandałach. Przynajmniej zdjęcia możemy zrobić bez przeszkód, co powinniśmy docenić w świetle późniejszych wydarzeń.

Najsłynniejszym karawanserajem w okolicy Aksaray jest Sultanhani - odwiedzany zapewne przez prawie wszystkie grupy wycieczkowe zmierzające do Kapadocji z wybrzeża śródziemnomorskiego. Naturalnie, ekipa TwS istnienie tej budowli ignoruje - lub też gwoli ścisłości - budowla ignoruje naszą obecność, skrywając się wśród rozległych robót drogowych.

Brak karawanseraju do kolekcji zdjęć rekompensujemy sobie dzięki hanowi Obruk, zawdzięczającemu swoją nazwę położonemu w pobliżu zbiornikowi wodnemu. Tego typu karawanseraje - w ciągłej renowacji i niedostępne od wewnątrz - bardziej przyciągają naszą uwagę. Z wielką pieczołowitością studiujemy ściany budowli, wyszukując mnóstwo fragmentów pochodzącech z wcześniejszej konstrukcji - najprawdopodobniej kościoła bizantyjskiego.

Obruk Han

Tranzyt przez Konyę przebiega zaskakująco sprawnie, zwłaszcza biorąc pod uwagę zasłużoną reputację tamtejszych kierowców spod znaku 42. Dopiero poza miastem odczuwamy, jak bardzo wąsaty styl jazdy potrafią oni reprezentować.

Docieramy do Beysehir, gdzie planujemy zasłużony posiłek, zarówno dla nas, jak i wysuszonego Myszkowozu. Autko dostaje świeże paliwo, a my - przepyszny etli ekmek z ayranem (restauracja Olcay Etliekmek - polecamy!), który znika bez dyskusji i marudzenia, pomimo zamówienia podwójnej porcji. Przy okazji odnotowujemy, że znane nam Beysehir z początków maja to zupełnie inne miejsce niż popularny kurort letni, będący oddechem i wypoczynkiem dla mieszkańców ogromnej Konyi. Całe szczęście, że pamiętamy adres restauracji położonej nieco na uboczu do oblężonego jeziora.

Restauracja Olcay Etliekmek

Kwestia doboru dalszej trasy przejazdu jest dyskusyjna. Wiadomo, że punktem docelowym ma być miejscowość Egirdir, położona nad jeziorem o tej samej nazwie. Dojazd do niej możliwy jest dwiema trasami - pierwsza z nich, dobrze nam znana, przebiega wzdłuż wschodniego brzegu jeziora Beysehir, w pobliżu słynnego hetyckiego stanowiska Eflatun Pinar. Mruk wydaje się być zwolennikiem tej opcji, pod pretekstem pokazania dzieciakom słynnej hetyckiej fontanny...

Tymczasem, po nipostrzeżonym przejęciu przeze mnie sterów Myszkowozu, tajemniczy los kieruje nas wzdłuż zachodniego wybrzeża jeziora. Przed 4 laty, gdy gościliśmy w tych okolicach nieco dłużej, droga ta bya zamknięta z powodu remontu. Głośno tłumaczę sobie i Mrukowi, że po ubiegu takiego szmatu czasu, z pewnością trasa będzie otwarta dla podróżnych. Na zachętę widzimy ogromny billboard reklamujący pałac sułtana Alaeddina Keykubada, oddalony o 30 km od skrzyżowania.

Chwilę później kontemplujemy tablicę informującą nas, że trasa dojazdowa jest zamknięta na odcinku około 10 km - czyli nie ma po co się fatygować. Jadący przed nami Opel Astra nie ma watpliwości prąc do przodu, a Mruk mruczy, że dalszy przejazd jest na moją odpowiedzialność.

Faktycznie, droga traci aslaft, a potem pojawiają się na niej ciężkie pojazdy, zajmujące się kładzeniem nowej nawierzchni. Dzielnie przemy do przodu, a Mruk składa uroczystą przysięgę, żeby nigdy już nie oddać mi kierownicy. 10 kilometrów (i kilka ton pyłu dalej) docieramy do utwardzonej nawierzchni i kierując się ogromnymi tablicami dojeżdżamy do letniej siedziby seldżuckiego sułtana.

Ruiny Kubad Abad Sarayi

Sułtańskie włości ekslorujemy na piechotę. W połowie trasy docieramy do siedziby tamtejszych archeologów. Uważne oczy śledzą naszą wędrówkę, ale dopiero po dłuższych deliberacjach wysyłają posłańca niosącego złe wieści. Zapewne to jedyna doktorantka władająca językiem anglosaskich najeźdżców w stopniu umożliwiającym zakomunikowanie nam, że robienie zdjęć jest zakazane. Pokusa dyskusji z tym jakże życzliwym powitaniem gości w arcypopularnym miejscu zostaje stłumiona przez wszechogarniające zobojętnienie. Wszak na karcie mam już setkę fotografii ruinek, a za zaułkiem strzelę ich kolejną porcję. Dyskutowanie z osobą ledwo komunikatywną w języku obligatoryjnym dla adeptów nauk wszelakich nie ma sensu żadnego, pomimo sapania Mruka nad upadkiem i schyłkiem... Ja widzę tutaj jedynie krajobraz po burzy, jaka przetoczyła się nad Turcją w związku z czystkami w środowisku naukowym - krajowym i zagranicznym.

Z ruin pałacu ruszamy dziarsko bocznymi drogami do Egirdir. Na papierowej mapie nasza droga jest zaznaczona jako cienka szara kreska, ale w rzeczywistości jest całkiem dobrej jakości asfaltówką. W pewnym momencie natrafiamy na wytyczony objazd, a przy nim - na rozległy teren kempingowy na łonie natury, w lesie. Odnotowujemy obecnośc czuwającej nas bezpieczeństwem Jandarmy oraz istnienie zaplecza sanitarnego. Tylko jak te tłumy tutaj trafiły i skąd?

Droga pnie się w górę, na wysokość przeszło 1800 metrów n.p.m. W oddali majaczą nam o wiele wyższe szczyty, a na nich widoczne są łachy śniegu - w środku lata! Krajobrazy są przepiękne, ale ich urok ciężko oddać za pomocą zdjęć - to trzeba przeżyć na własnej skórze.

Zjeżdżamy z gór do Egirdir i rozpoczynamy poszukiwanie noclegu w jednym z licznych hoteli i pensjonatów położonych na wąskim półwyspie wysuniętym daleko w wody jeziora. Na jego czubku panuje sztuczny tłum, spowodowany przez uroczystości weselne. Poza tym jest cicho i spokojnie, a pensjonat Sahil, w którym się meldujemy świeci pustkami.

Na kolację jemy kofte i pieczoną rybę, po czym spędzamy wieczór na tarasie z widokiem na jezioro.

Egirdi, kofte

Niestety noc upływa nam kiepsko - pokój nie posiada klimatyzacji i nie da się w nim wywołać jakiegokolwiek przewiewu.

Poniedziałek, 17.07.2017 r.

Wyruszamy z pensjonatu skoro świt. Do wczesnej pobudki motywuje nas brak śniadania. Postanawiamy pojechać do Isparty i tam zapolować na śniadanie w jakimś markecie.

Przed wyjechaniem z Egirdir zatrzymujemy się jeszcze, żeby zrobic zdjęcia twierdzy. A właściwie resztek twierdzy, bo niewiele z niej zostało.

Pozostałości twierdzy w Egirdir

Egirdir jest położone 30 km od Isparty, więc szybko docieramy do celu. Niestety, ku naszemu przerażeniu, okazuje się, że Isparta spowita jest w smogu. Na wjeździe do miasta znajdują się zakłady przemysłowe, wyrzucające z kominów monstrualne ilości pyłów. Ponieważ miasto położone jest w niecce, nie ma szansy na przeciąg, który poprawiłby sytuację. Dodatkowo dzień jest ciepły i duszny, co negatywnie wpływa na jakość powietrza.

Nic dziwnego, że mieszkańcy Isparty chętnie wybierają się do Egirdir, położonego nad rozległym jeziorem, od którego przyjemnie wieje.

Postanawiamy zatem pojechac do Burdur, gdzie znajduje się muzeum wystawiające eksponaty z Sagalassos. Wymaga to co prawda małego odbicia z trasy na Denizli, ale muzeum jest ponoć bardzo dobre.

Sytuacja na wjeździe do Burdur wygląda podobnie jak w Isparcie. Miasto okryte jest mgłą o niezbyt przyjemnym kolorze. Na dodatek co chwilę widać górę wygryzioną przez ciężki sprzęt w celu wydobycia kamienia.

Na wjeździe do Burdur znajdujemy dyskont BIM. Każdy może sobie wybrać coś na śniadanie. W trakcie posiłku orientujemy się, że dzisiaj jest poniedziałek - muzeum może być nieczynne...

Postanawiamy jednak spróbować. Na nasze szczęście muzeum jest otwarte. I rzeczywiście było warte odbicia z trasy. Muzeum położone jest w zabytkowym budynku. Część eksponatów prezentowana jest w ogrodzie.

Ogród muzeum w Burdur

Z Burdur ruszamy do Denizli, a właściwie do Pamukkale. Młodsza część ekipy jest podekscytowana perspektywą kąpieli w śnieżnobiałych basenach.

Do Pamukkale docieramy ok. 14. Jedziemy na oko do hotelu w którym zatrzymaliścmy się trzy lata temu. Ale skręcając w boczną uliczkę widzimy ładnie wyglądający hotel White Heaven, na dodatek z basenem, więc postanawiamy spróbować.

Po wejściu do hotelu okazuje się, że jest w nim pełno gości z Azji. Nie rokuje to dobrze jeżeli chodzi o cenę noclegu. Jednak obsługa prowadzi nas do przestronnego, czterosobowego pokoju. Pytamy zatem o cenę i jako wyjściowa pada kwota 450 TL za noc, która jak dla nas, może być opuszczona do 350 TL. Pokój nam się podoba, ale to niestety za dużo.

Zatem grzecznie dziękujemy i zbieramy się do wyjścia. Manewr ten powoduje gwałtowny spadek ceny. Po chwili dochodzimy do kompromisowej ceny 200 TL za noc.

Część popołudnia spędzamy na odpoczynku. Zresztą panujący na zewnątrz upał nie zachęca do wychodzenia z klimatyzowango pokoju.

Ale perspektywa kąpieli jest dobrą motywacją, więc postanawiamy przetestować hotelowy basen.

Przy okazji rozwiązuje się zagadka szybkiego spadku ceny za pokój. Otóż azjatyccy goście, których widzieliśmy wcześniej, przyjechali do hotelu tylko na posiłek. W całym hotelu kręci się tylko obsługa, a na basenie nie ma nikogo oprócz nas.

Po pływaniu pora na odrobienie zaległości w pisaniu relacji. Udaje nam się spisać 3,5 dnia wyprawy. Niedokończoną połówkę zostawiamy na jutro.

Wtorek, 18.07.2017 r.

Zrywamy się, jak zwykle, wcześnie, aby jak najlepiej wykorzystać poranne godziny dnia, kiedy to upał nie daje się aż tak bardzo we znaki. Zaskoczona obsługa hotelu usiłuje nam wytłumaczyć, że śniadanie zaplanowane jest na 8:30 czyli musielibyśmy czekać jeszcze całą godzinę. Stwierdzamy, że nie ma mowy, bo nam się spieszy do zwiedzania Pamukkale, a bufet jest, jak widać, dobrze zaopatrzony. Zrezygnowany kelner przytakuje nam pokornie, mamrocząc coś pod nosem o tym, że miał jeszcze podać jajecznicę.

Przed wejściem na teren Pamukkale meldujemy się tuż po jego otwarciu, dobrze zaopatrzeni w stroje kąpielowe, mleczko do opalania i maski do nurkowania. Po raz pierwszy wizyta w tym miejscu nie jest dla mnie wyzwaniem reporterskim ani zawodowym. Celem tego przedpołudnia jest pełny relaks i wykorzystanie słynnych uzdrowiskowych właściwości termalnych wód Pamukkale. Ponieważ kondycyjnie jest z nami ostatnio kiepsko z powodu nawracających problemów żołądkowych o prawie wszystkich członków ekipy, mamy nadzieję, że kąpiele dobrze nam zrobią.

No to - chlup! Wspinamy się pod górkę, po drodze zaliczając kolejne sztuczne baseny położone na trasie. Obkładamy się glinką, moczymy z każdej strony, siedzimy w kanale, którym wody spływają z góry, masujac nam plecy i inne części ciała. Dzieciaki stają się bohaterami sesji fotograficznej zorganizowanej przzez parę z Japonii. Przy okazji robimy kilkaset zdjęć, ale tak jakby od niechcenia. Fakt godny zapamiętania - baseny położone najniżej są najczystsze, mają najchłodniejszą wodę i są najmniej oblężone.

Jeden z 11 basenów w Pamukkale

Przy okazji odnotowujemy, że kryzys turystyczny wydaje się omijać Pamukkale. Od czasu naszej ostatniej wizyty w 2014 roku wydaje się, że turystów wcale nie ubyło. Słychać język polski, japoński, rosyjski, turecki - jak to od lat bywało. Po dwóch godzinach docieramy na szczyt trawertynów, ale zamiast zwiedzać muzeum - idziemy do tzw. Basenu Antycznego. Przyznam się, że chociaż w Pamukkale byłam tyle razy, że trudno mi to zliczyć, to ani razu się w tym basenie nie kąpałam. Albo nie było na to czasu, albo też cena biletu wydawała mi się przesadnie wysoka. Tym razem ma się to zmienić.

Stoimy grzecznie w kolejce po bilety na basen, gdy wtem - okazuje się, że jesteśmy "celebrytami". Podchodzi do nas nieznany mężczyzna i dobrą polszczyzną przedstawia się nam jako znajomy z Facebooka - Metin z biura podróży Metin Tour. Okazuje się, że pilnie śledzi naszą fotorelację z tegorocznej wyprawy i rozpoznał nas po zdjęciach!

W basenie spędzamy prawie dwie godziny. Staś chciał odkryć ruiny zatopionego miasta, a tutaj nadarzyła mu się nadzwyczajna okazja do nurkowania i podziwiania zatopionych kolumn. Starsza część ekipy eksploruje głębszą część basenu i tak miło schodzi nam czas.

Po wynurzeniu się z wód termalnych dzieciaki odkrywają, że są wściekle głodne. Nas też zaczyna ssać w żołądkach - w końcu moczymy się już prawie 5 godzin. Szybko schodzimy do naszego hotelu na lunch w formie otwartego bufetu - na szczęście dostępne są całkiem niegroźne dania czyli gotowany kurczak i pilav.

Po lunchu - sjesta. I tak niewiele da się zdziałać w te najgorętsze godziny wczesnego popołudnia. Około 17 jesteśmy już świeży i wypoczęci. Postanawiamy, że czas pozwiedzać ruiny Hierapolis. Szykujemy się na uderzenie gorąca przy wyjściu z hotelu, tymczasem okazuje się, że wieje bardzo silny wiatr, a temperatura w cieniu wynosi "zaledwie" 31 °C.

Zwiedzamy północną nekropolię Hierapolis, w świetnych warunkach atmosfrycznych i w ciepłych promieniach chylącego się ku zachodowi słońca. Zaglądamy do grobowców, wędrujemy na przełaj, załapujemy mnóstwo ostów na spodniach.

Wspaniałe światło na robienie zdjęc w Hierpolis

Po dwóch godzinach mamy dość - ale bardzo chce nam się pić. Postanawiamy zaopatrzyć się w pobliskim Karahayit.

W tym momencie odkrywamy, że Karahayit to bardzo ciekawa baza wypadowa do zwiedzania ruin Pamukkale. W przeciwieństwie do stanowiącego pułapkę turystyczną Pamukkale, jest to żywa osada z normalnymi sklepami i restauracjami. Postanawiamy, że w przypadku, gdy los ponownie rzuci nas w te okolice, to zanocujemy właśnie tu. Przy okazji nabywamy dla dzieciaków tzw. śnieżną chałwę czyli kruszony lód z sokiem owocowym.

Dzień kończymy w wyśmienitych humorach i w poczuciu wielkiego samozadowolenia. Również dlatego, że udaje nam się całkowicie nadrobić zaległości w spisywaniu relacji.

I coraz bardziej czuję się podpuszczony do powtórki z TR za rok.

PS - to jak to jest z tą chałwą / "hałwą" śnieżną ?

Przydałby się szerszy opis ...

Nie mogę się już doczekać :)

Oczywiście zachęcam do dalszego śledzenia portalu TwS, bo ta relacja, pisana "z trasy", to dopiero przygrywka do bardziej dogłębnych opisówi wpisów!

Rankiem rozpoczynamy dalszą podróż na zachód, nieco zmęczeni sensacjami żołądkowymi najmłodszego członka naszej ekspedycji. Jedziemy prosto na zachód, na wybrzeże Morza Egejskiego. O godzinie 15 jesteśmy umówieni z Glennem Maffia w Didim, w celu dokładnej eksploracji świątyni Apollina. Tymczasem okazuje się, że czasu mamy aż nadto, więc zaglądamy do Magnezji nad Meandrem. Stanowisko to zaskakuje nas kilkukrotnie. Najpierw trafiamy na ogrodzony teren, na którym trwają intensywne prace archeologiczne, prowadzone przy użyciu koparki. Zarządza nimi pani archeolog, kompletnie ignorując naszą obecność - nawet zdjęć nam nie zakazała robić. Po raz kolejny zdumiewa mnie znieczulenie archeologów na osoby odwiedzające ich miejsce pracy.

Po uważnym przestudiowaniu planu Magnezji dochodzimy do wniosku, że jej największy skarb czyli stadion, znajduje się poza ogrodzonym terenem, więc można go odwiedzać o dowolnej porze i bez opłaty. Wędrujemy w jego poszukiwaniu pośród drzewami oliwnymi, a po drodze mijamy antyczny gimnazjon oraz ignorujemy strzałkę sugerującą odwiedzenie teatru. Jesteśmy już zbyt zmęczeni podróżą, by wykrzesać w sobie wystarczającą dawkę entuzjazmu. W sumie to dziwię się Stasiowi, który po nieprzespanej nocy nadal chce zobaczyć pozostałości rzymskiego stadionu, które faktycznie są imponujące.

Stadion w Magnezji nad Meandrem

Do Didim docieramy godzinę przed umówionym czasem. Na szczęście Glenn już na nas czeka w umówionej knajpce. Parkujemy w niej z radością i zajmujemy się uzupełnieniem niedoboru płynów i kalorii. Następnie pozuję we wschodnio-anatolijskich gaciach do zdjęcia w lokalnej gazecie - oto koszty sławy i chwały.

Przechadzka z Glennem po świątyni Apollina jest jednocześnie bardzo pouczająca, jak i zabawna, z powodu sesji zdjęciowej dla pluszowych myszy. Oprócz samej świątyni, oglądamy ślady po lokalnym stadionie, teatrze, innej świątyni oraz kaplicy z okresu bizantyjskiego. Niestety niewiele z tych budowli jest obecnie do zobaczenia, gdyż zostały ponownie zakopane przez archeologów w celu ich ochrony.

Świątynia Apollina w Didymie

Wieczór spędzamy z Glennem, najpierw w lokalnej restauracji, a potem na jego balkonie, gdzie degustujemy napój przywieziony z odległej Polski. Nasz angielski znajomy od dawna już czekał na to spotkanie, a w oczekiwaniu przygotował dla nas dwie sypialnie i oddzielną łazienkę. Zasypiamy jak zabici, wiedząc, że kolejnego dnia czeka nas długa podróż na północ Turcji.

Rankiem żegnamy się z Glennem oraz z Didimą. Szybko przemieszczamy się w kierunku Troady, po drodze odnotowując z pewnym zdziwieniem, że znany nam Burger King przy trasie przelotowej w okolicach Selcuku upadł sobie cichutko. Kupujemy kanapki i kawę na stacji benzynowej, tankujemy autko i ruszamy dalej. Do wykonania mamy zaplanowane: zwiedzenie ruin rzymskiej willy w Antandros, zakup mydła z dodatkiem oliwy w Havran oraz dotarcie na nocleg do miasteczka Can.

W drodze sprawdzamy dokładne koordynaty Antandros, dostępne w przewodniku TwS po Troadzie. Kierując się nimi z satysfakcją stwierdzamy, że doprowadzają nas prosto pod bramę wiodącą na teren wykopalisk. Warto odnotować fakt, że stanowisko to o wiele łatwiej zauważyć i pod nie podjechać, podróżując z kierunku wschodniego, z Edremitu. Na terenie Antandros prowadzone są obecnie prace archeologiczne. Mozaiki i freski ścienne w willi rzymskiej faktycznie są imponujące, ale niestety trudne do sfotografowania i dokładnego obejrzenia.

Willa rzymska w Antandros

Po zwiedzaniu czas na obiad i zakupy. Docieramy do Havranu, gdzie z przykrością stwierdzamy, że zniknął nasz ulubiony sklepik z wyrobami z oliwy. Zlokalizowanie jakiejś miłej lokanty przychodzi nam z trudem, bo nie mamy smaku na kebaba, tylko na zupę. Ostatecznie odnosimy podwójny sukces - znajdujemy lokal serwujący pyszną zupę z kurczakiem i lokalizujemy sklepik z wyrobami z oliwy. Dokonujemy zakupu 2 kg mydła oraz kolonyi i zapachu kwiatu oliwnego.

Ostatni odcinek drogi prowadzi trasą śródlądową przez Troadę. Wieczorem planowo docieramy do Can, gdzie znajdujemy nocleg w znanym nam hotelu Sergis i zjadamy kolację w ulubionej restauracji Gulen Pilic. Ostatni wieczór turecki podczas tegorocznej wyprawy spędzamy na balkonie hotelowym, do późnego wieczoru wsłuchując się w odgłosy imprezy muzycznej, odbywającej się na pobliskim placu.

Jedzonko w Can

Poranek zaczynamy od przeprawy promowej do Europy. Z Azją żegnamy się w Lapseki, a Europę witamy w Gelibolu. Na promie po raz ostatni raczymy się turecką herbatą. Jeszcze szybkie zakupy w Kesan - rzutem na taśmę nabywam nowe szklaneczki do herbaty z podstawkami i zapas chałwy pistacjowej. Potem już tylko przejście graniczne z Grecją w Ipsali i po 20 minutach jesteśmy w Helladzie. Do widzenia Turcjo, do zobaczenia za rok!

Na promie z Lapseki do Gelibolu

w dresach - polarach ?

aż tak się ochłodziło ?

 

Szczerze powiedziawszy to spodziewałam się jakiegoś bardziej dogłębnego komentarza, a tu - garderoba na planie pierwszym. Otóż, odpowiadając na Twoje pytanie, Grecję przywitaliśmy w koszulkach z krótkim rękawem. Zdjęcie natomiast zostało zrobione na promie z Lapseki do Gelibolu, na pokładzie którego mocno wiał wiatr. Niecałą godzinę wcześniej, w górach Troady, temperatura wynosiła jakieś 17 stopni C, co dla osób przyzwyczajonych do temperatur +30 było pewnym zaskoczeniem...

będzie po zapoznaniu się z detalami ...

póki co jest fascynująco ...

cardiologistsnode